Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 6 grudnia 2013

Wizytacja w toku

    Jak tam zmagania z wizytacją?
    Nalot miał się rozpocząć w miniony poniedziałek. Zaczęło się jednak od tego, że "szanowni ewaluatorzy" zadzwonili w piątek [czyli tydzień temu] do szkoły ok. godziny 15 - czyli w porze, kiedy nie było już żadnej dyrektorki, a i sekretarka zbierała się do wyjścia - z informacją, że coś tam im się pozmieniało i w związku z tym wizytację zaczną dopiero od środy. Wszystko pięknie, gdyby nie fakt, że zgodnie z ICH życzeniem porozsyłaliśmy oficjalne zaproszenia do rodziców na spotkanie na wtorek po południu! I co w związku z tym? Ano to, że musieliśmy [tzn. - wychowawcy...] telefonicznie wszystko odkręcać, przepraszać, odwoływać "z powodu nagłej choroby". Słowem - wyszliśmy na kretynów. I to jeszcze wobec takich rodziców, którzy łagodnie mówiąc nie stanowią wzoru zaangażowania tak w wychowanie swoich dzieci, jak i w życie szkoły. "Szanowne kuratorium" strzeliło nam w ten sposób niezłego gola, bo następnym razem, kiedy będziemy prosili rodziców o jakąś inicjatywę związaną ze szkołą, to będzie jeszcze marniejszy odzew. Ale to przecież nie problem kuratorium, tylko nasz, prawda...?
    Co dalej? Olewka na każdym kroku. Przyszli w środę, przez cztery godziny maglowali Główną Szefową w jej gabinecie, potem trochę się pokręcili po szkole. Wparowali na zajęcia geografii z ankietami dla uczniów - przy okazji będąc świadkami, jak jedna z uczennic upomniana przez nauczycielkę za odebranie telefonu na lekcji zareagowała słowami: "A ch*** mnie to obchodzi". Urocze, no ale cóż, tak wygląda nasza szkolna codzienność. W czwartek znów zaliczyli geografię, wylądowali też na historii, a w międzyczasie wzywali do siebie wolnych  akurat nauczycieli, by przeprowadzać z nimi kompleksowe wywiady. A na odchodnym oświadczyli, że w piątek ich nie będzie, ale planują zawitać do nas jeszcze w poniedziałek. Nie wiadomo, co będą robić i szczerze mówiąc po ich podejściu do pracy sądzę, że sami tego nie wiedzą.
    Mam nadzieję, że wraz z poniedziałkiem to całe wariactwo się skończy i atmosfera w Zoo wróci do normy. Uwierzcie, my na co dzień naprawdę mamy poważniejsze problemy, niż branie pod uwagę humorków urzędników z kuratorium.

    Co poza tym? W całej Polsce szaleje orkan Xawery, co na nasze szkolne warunki przekłada się tym, że małpkom odwala - jak zawsze podczas silnych wiatrów. Chłopcy z 3B, z którymi miałam rano dwie godziny, tak mi podnieśli ciśnienie, że druga kawa nie była potrzebna. Pomyślałam, że z powodu trudnych warunków atmosferycznych zrobię im luźną lekcję, więc wynoszę z pokoju nauczycielskiego 2 pudełka scrabbli. Oni widząc to strzelili pokazowego focha i zaczęli jęczeć: "Cooo? Scrabble? Nuuuda, bez sensu... Ale beznadzieja, ja pierdolę...". Smoczyca więc odwróciła się na pięcie i zaniosła grę z powrotem komentując, że łaski bez i że skoro wolą zajęcia o błędach językowych, to proszę bardzo. Sęk w tym, że oni NIC nie chcieli - a przynajmniej nic, co mogło się odbyć w ramach zajęć szkolnych. W rezultacie spędziłam 90 minut na użeraniu się, uspokajaniu towarzystwa i pilnowaniu, by niczego w klasie nie zniszczyli oraz na dbaniu, by nie dać się sprowokować przez głupie i chamskie komentarze. Rezultatem lekcji było postawienie przeze mnie 5 czy 6 jedynek za pracę na lejkcji [a raczej jej brak...], a także wpisanie długich litanii do Zeszytu Uwag.
    Na szczęście jednak potem miałam zajęcia z 2B, czyli również męską klasą mojej ulubionej historyczki Marzenki. Piszę "na szczęście", bo generalnie chłopaki mnie lubią i już nie pamiętam kiedy miałam z nimi jakieś przykre przejścia. I tym razem się na nich nie zawiodłam, bo byli tak sympatyczni, że po skończonych zajęciach poszłam ich pochwalić przed wychowawczynią. Trochę popracowaliśmy, trochę się pośmialiśmy, pożartowaliśmy na temat ewaluacji [bo to obecnie oczywiście temat nr 1 w Zoo], poopowiadaliśmy sobie najnowsze suchary - a w ramach Mikołaja uczniom aktywnym na zajęciach powstawiałam na koniec lekcji piątki zamiast zwyczajowych plusów. A co, równowaga w przyrodzie musi być zachowana :)
    Ciekawe, czy w poniedziałek dorwie mnie wizytacja. Znów mam zajęcia z 2B, a do tego dwa razy "Makbeta" z moją zawodówką oraz jeszcze nie wiem co z pierwszą gimnazjum. Jeśli mi się trafi nalot, to oczywiście zdam wam relację.

3 komentarze:

  1. Powodzenia z wizytacja, nie daj sie.
    Tak sie zastanawiam czy okres mlodosci to nie najgorszy z okresow czlowieka. Mlodzi sa we wszystkim na nie, cokolwiek im nie podrzucisz bedzie zle i nie dobrze. Podobna sytuacje mam na treningach karate, mamy w grupie doroslych dwoch gimnazjalistow. I cokolwiek kumpel, ktory jest Senseiem by nie wymyslil im to nie pasuje. Bo zla jest rozgrzewka, bo cwiczenia sa be, bo powtarzanie ruchow jest nudne i w ogole karate jest be, bo nie ma bezmyslnego lania sie po mordach. Czasami to mi kumpla zwyczajnie szkoda, bo bym wziela jednego i drugiego opierdaczyla od gory do dolu. I albo woz albo przewoz. Mowie ci porazka po calosci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bunt u nastolatków i postawa podważająca wszelkie autorytety to zupełnie normalny okres w rozwoju - niestety... Inna sprawa, że dziś młodzież jest bardziej rozczeniowa, bo jest przyzwyczajona, że im się wszystko należy i ich życzenie powinno być dla reszty świata rozkazem.

    OdpowiedzUsuń