Pamiętacie może, kiedy na początku tego roku szkolnego wspominałam, jakie klasy w tym roku uczę? Przewidywałam wredy kłopoty z 1A, która jako wychowawcę dostała informatyczkę Grażynę, osobę z powodów osobistych - delikatnie mówiąc - dość niezrównoważoną. No i niestety wychodzi na to, że się nie pomyliłam...
Trzeba przyznać, że na początku zachowywali się w miarę przyzwoicie jak na standardy Zoo, ale im więcej czasu mija, tym robią się bardziej bezczelni. Na domiar złego z tą klasą w ogóle będzie niezły problem. Jest tam na obecną chwilę zapisanych tylko 13 osób [we wrześniu było więcej, ale się z różnych przyczyn powykruszali], z czego na lekcje uczęszcza góra 8, a i to w sposób bardzo nieregularny. Jeśli zatem w drugim półroczu nie nastąpi "cudowne rozmnożenie", czyli przypływ małpiątek powyrzucanych z innych gimnazjów, to uczniów może być za mało, by powstała druga klasa.
No dobrze, na czym jednak polega ich bezczelność? Ogólnie rzecz ujmując na olewatorskim podejściu do wszystkiego co im się zaproponuje i postawie, którą ja nazywam "biernym oporem". Mówiąc delikatnie, niezmiernie trudno prowadzi się zajęcia z 6 osobami - bo tyle mam średnio na polskim, przy czym rzecz jasna nie jest to cały czas ten sam skład - które są obecne jedynie czysto fizycznie, bo odmawiają jakiejkolwiek pracy. Poza jedną Laurą [chlubnym wyjątkiem od reguły] cud boski, jeśli ktokolwiek ma zeszyt, bo o podręczniku można tylko pomarzyć i to bez względu na to, że wymagam jego przynoszenia pod groźbą jedynki. Praktycznie niezależnie od tematu lekcji mogłabym równie dobrze gadać do pustej klasy, bo na wszelkie pytania odpowiedzią jest głucha cisza, a polecenia małpiątka wykonują jedynie wówczas, jeśli KAŻDEGO indywidualnie przypilnuję, ze trzy razy opieprzę i postraszę czym tylko jestem w stanie. Uwierzcie mi, ręce opadają, a ponieważ taka atmosfera panuje na niemal każdej lekcji, to sama już nie wiem, czy oni są aż tak leniwi, czy aż tak tępi - a może i jedno, i drugie?
Podam przykład, jak wygląda codzienna "praca" w 1A. Tematem lekcji była ballada Mickiewicza "Lilije" - kojarzycie: "Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana...". Tekst nota bene moim zdaniem nawet interesujący, ale to nieważne. Mam dość ładne aktorskie nagranie w formie słuchowiska tego utworu, przytachałam więc na lekcję mojego laptopa z zamiarem puszczenia dzieciaczkom, aby już im pójść na rękę i maksymalnie ułatwić przyswojenie treści. Rozdałam im do tego Karty Pracy z prostymi ćwiczeniami, które mieli wykonać podczas słuchania - uporządkowanie podanego planu wydarzeń plus zadanie typu "prawda/fałsz". Po odtworzeniu ballady [a zajęło to dobre 15 minut...] chcę sprawdzać pierwsze zdanie, a tu okazuje się, że nikt nic nie ma. Pytam więc spokojnie, "po dobroci" - o co w ogóle tam chodziło, co to za historia, kto kogo zabił, dlaczego...? Nic, zero, cisza. Nic nie wiedzą, nic nie zrozumieli, bo "to jakieś głupie było". Zupełnie tak, jak by ich nie było w klasie - albo tekst był wygłoszony w języku chińskim.
Z uwagi na to, że mieliśmy jeszcze drugą lekcję, opanowałam więc narastające we mnie wkurzenie [bo w końcu wyszło przecież na to, że zmarnowaliśmy prawie całe pierwsze zajęcia bez żadnego efektu!] i po przerwie stwierdziłam, że skoro język utworu sprawia trudność [w co nie wierzę, no bez przesady, Mickiewicz to jednak nie Kochanowski czy Rej...], to rozdam im podręczniki [przytachane przeze mnie oczywiście...], będziemy czytać utwór na głos wspólnie po kawałeczku i na bierząco komentować. Ok, ja zaczęłam, przeczytałam pięknie i wyraźnie dwie pierwsze zwrotki, a potem proszę pierwszego ucznia, żeby mi własnymi słowami powiedział, o czym to było.
PATRYK [leży na ławce i nic nie mówi, zero reakcji na moje polecenie].
JA: Patryk, halo, budzimy się. Powiedz, o czym to było?
PATRYK [podnosząc nieprzytomny wzrok]: Nie wiem, nie pamiętam...
JA: [biorąc głęboki wdech, bo przecież skończyłam czytać ledwie kilkanaście sekund wcześniej, więc niemożliwe, żeby uczeń tak szybko dostał amnezji]: W takim razie zerknij do książki i zobacz.
PATRYK: A gdzie czytamy?
JA: [kolejny wdech, żeby nie wybuchnąć]. Na samym początku. To co się tam stało?
PATRYK: No pani była...
JA: I co z tą panią?
PATRYK: Zabija pana.
JA: Dobrze. I co potem?
PATRYK: Grzebie w gaju.
JA: Patryk, ale spróbuj opowiedzieć własnymi słowami.
PATRYK: Przecież mówię.
JA: Cytujesz, a ja chciałabym, żebyś mi po prostu opowiedział, co się tam stało. No dobrze, a co zrobiła potem?
PATRYK: [cisza].
JA: Co posadziła na grobie?
PATRYK: Trawę.
JA: Nie zmyślaj, tylko patrz do tekstu.
PATRYK: Ale gdzie to...?
I tak w koło Macieju... Identyczna sytuacja powtórzyła się w przypadku drugiego oraz trzeciego ucznia. Zero współpracy, każde słowo muszę wydobywać siłą. A ponieważ nawet Smocza cierpliwość na swoje granice, zarządziłam zmianę reguł gry:
JA: O nie, moi kochani, tak nie będzie. Balladę musimy omówić, ale nie chcieliście wspólnie, więc będziecie pracować samodzielnie. Każdy siada sam w ławce, dostaje podręcznik i czyta. Waszym zadaniem jest wykonanie ćwiczeń na Karcie Pracy. Macie na to 20 minut, potem sprawdzam i oceniam.
Efekt? Owszem, jedna bardziej "kumata" dziewczyna uporała się z ćwiczeniem w tempie błyskawicznym [bo swoją drogą, uwierzcie, polecenia były naprawdę banalne i na poziomie średnio inteligentnego ucznia...], zrobiła bezbłędnie i dostała piątkę. Trzy osoby coś tam popisały - trochę błędów było, ale ponieważ widziałam, że przynajmniej rzeczywiście przeczytali utwór, to wstawiłam im dostateczne. Patryk natomiast zajmował się leżeniem na ławce i szukaniem czegoś w komórce, od czasu do czasu podnosząc się i próbując czytać kawałek, by po minucie znów się zniechęcić i wrócić do leżenia. Kiedy czas przeznaczony na wykonanie ćwczenia dobiegał końca, zauważyłam, że "piątkowa koleżanka" posłała mu karteczkę. Podeszłam, zabrałam świstek - i rzecz jasna okazało się, że były na nim zapisane prawidłowe rozwiązania. W rezultacie oboje zarobili po ocenie niedostatecznej, co nie odbyło się bez protestów, bluzgów i awantury.
I tak, Kochany Czytelniku, wyglądają w zasadzie wszystkie zajęcia w 1A. Bierny opór, gadanie do ściany, wymuszanie jakiejkolwiek aktywności niemal torturami. Skrzydła opadają i odechciewa się Dragonce wszystkiego.
Mam z tej klasy jeszcze jedną, świeżutką historię do opowiedzenia, już niestety z gatunku mniej sympatycznych. Ale to już w kolejnym poście, czyli koło weekendu, bo i tak się rozpisałam. A Czytelnik ma przecież próg wytrzymałości :)
Heh, to bardziej szokujące niż opisywanie drastycznych przewinień pojedynczych uczniów. Bo tutaj wygląda to na sytuację bez wyjścia. Bez wyjścia na każdym możliwym poziomie "załóżmy-że". Załóżmy, że nauczyciel będzie ich lał pasem za brak odpowiedzi - nie zadziała. Załóżmy, że nagrasz film ukrytą kamerą i pokażesz rodzicom - nie zadziała. Załóżmy, że zmienią się przepisy i takie chamy nie dostaną promocji do następnej klasy - nie zadziała. Ba! Nawet jakby ich wysłać do więzienia, to też ich nie ruszy. Niestety nie można ludzi uszczęśliwiać na siłę - chcą się stoczyć i to właśnie uczynią. Można jedynie gdybać, że za kilka-kilkanaście lat ich podejście zmienią najniższe pobudki - brak pieniędzy, strach przed konsekwencjami kradzieży itp.
OdpowiedzUsuńSmutne.
Pozdrawiam, Alpha Centauri
Masz niestety całkowitą rację. Nie chce im się - i nic z tym nie zrobisz. Możesz co najwyżej przyjedynkować całą klasę - to będą powtarzać do skutku, aż skończą 18 lat i się ich wywali. Co roku mamy takie przypadki. Rekordzista był pięć razy [!] w pierwszej klasie. Osiągnął pełnoletniość - został skreślony i tyle go widzieli.
UsuńJak ja znam podobny ból, o którym Ci ostatnio pisałam. O tych 2 ziółkach ode mnie z grupy treningowej. Jeden sie dzisiaj ogarnal, ale drugi totalna olewka co mowi trener. A mnie krew zalewa, jak widze brak szacunku do nas jako wspoltrenujacych i senseia. Chłopakowi nie chce sie cwiczyc, nie chce sie wykonac danych ruchow. Z łapami w kieszeni stoi jak sie do niego mowi, no kurde co z niego za facet wyrosnie az strach mi myslec. Jestem w stanie zrozumiec, ze szkola mu sie nie podoba, ale po jakiego grzyba przychodzi na zajecia na ktorych zachowuje sie w ten sposob ;/
OdpowiedzUsuńA tego to i ja nie rozumiem. Przecież nikt mu nie każe chodzić na karatę - chyba, że rodzice. W takim razie wypadałoby porozmawiać z rodzicami chłopaka, bo jeśli to jest tak, że on chodzi z przymusu, to nie ma żadnego sensu.
UsuńJa w tym nie widze wcale sensu. Jego brak szacunku mnie poraza. Patrzyl mi sie w oczy z mina pt. Jestescie zalosni z tymi swoimi cwiczeniami. To nie ze mna jest problem, ze sie angazuje ale z nim ze go rodzice nie wychowali.
UsuńZgadzam się w zupełności, że taką roszczeniową postawę wynosi się z domu. Ale ponieważ to są zajęcia nieobowiązkowe, to na miejscu senseja porozmawiałabym z rodzicami chłopaka na zasadzie: "Jeśli syn nie ma ochoty ćwiczyć to bez sensu, żeby się nudził na zajęciach, a Państwo muszą za to płacić. Lepiej niech go Państwo zapiszą na coś, co mu się będzie podobało".
UsuńO matkotyjedyna...
OdpowiedzUsuńWspółczuję ale i podziwiam Ciebie.
Ja się nie nadaję do takiego czegoś...
Do czegoś takiego to i ja się nie nadaję :)
UsuńA dlaczego dałaś niedostateczny z polskiego za podanie ściągi ? Nie było innych sposobów okazania dezaprobaty ? Wróżę, że niedługo i ta kumata popadnie w apatię.
OdpowiedzUsuńzaz
Dlatego, że to jest oszustwo, na które nie może być przyzwolenia. Szkoła, oprócz uczenia, ma również za zadanie wychowywać [nota bene - wiecznie się to nauczycielom wytyka, że tego nie robią...], pokazywać właściwe wzorce.
UsuńPatrykowi zresztą powiedziałam wyraźnie: gdybyś zrobił źle, ale SAMODZIELNIE, nie dostałbyś jedynki, po prostu nic bym Ci nie postawiła. Ponieważ jednak postąpiłeś nieuczciwie, to musisz ponieść konsekwencje.
Co do kumatej - jeśli jest mądra, to wyciągnie wnioski i przestanie "pomagać" w ten sposób leniwemu koledze. Jeśli jest głupia, to "na złość mamie odmrozi sobie uszy".
Pozdrawiam.