Od początku bieżącego roku szkolnego w Zoo już cztery razy uczniowie rozpylili gaz pieprzowy. Takie incydenty zdarzają się u nas od czasu do czasu i niestety nie jest to nic zaskakującego zważywszy na to, jaka młodzież do nas uczęszcza. W szkole działa monitoring, który w większości przypadków bardzo pomaga w namierzeniu sprawcy i wyciągnięciu wobec niego odpowiedzialności - ale bywa i tak, że nie udaje nam się nic ustalić.
Za pierwszymi "trzema razami" w tym roku prawdopodobnie stała ta sama osoba, czyli delikwent z trzeciej gimnazjalnej - nazwijmy go Pawełkiem. Kawał niereformowalnego żłoba, w dodatku mocno jeszcze młodocianego, a w związku z tym byliśmy bez szans usunięcia go z Zoo z powodów dyscyplinarnych. Przypominam, że z powodu ustawowego nakazu nauki do 18 roku życia szkoła nie ma prawa wywalić niepełnoletniego ucznia na zbity pysk [bo przecież on ma prawo do nauki...], chyba, że znajdzie się mu inną placówkę oświatową. I tak gagatków z normalnych, porządnych gimnazjów przenoszą właśnie do nas. A co w takim razie możemy zrobić my, jeśli delikwenta nie udaje się okiełznać? Jedyną drogą jest załatwienie mu biletu w jedną stronę do MOW-u [=Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy, czyli uroczy budynek z kratami w oknach zamiast firanek], co najczęściej jest do zrobienia przy pewnej determinacji. Wiem, co mówię, bowiem w ciągu tych 3 lat pracy w Zoo sama mocno się przyczyniłam do posłania tam dwóch moich Muppetów. Wracając jednak do Pawełka, to w jego przypadku sprawa nie była taka prosta ze względu na jego rodziców. Mówiąc bez ogródek - nie byli na tyle majętni, by sprawiającego problemy syna zapisać do prywatnej szkoły, ale wystarczająco, by mu wynająć w sądzie całkiem niezłego adwokata. Tym sposobem jakiś czas udawało się smroda wybronić od zamknięcia, ale na nasze szczęście moment trzeciego rozpylenia gazu bardzo wyraźnie nagrał się na monitoringu i jednoznacznie wskazywał, że sprawcą jest właśnie Pawełek. Okazało się to dla niego gwoździem do trumny i tak wreszcie mogliśmy się od gówniarza uwolnić. Sądziliśmy, że z jego odejściem "ataki bronią chemiczną" ustaną, ale niestety znalazł się naśladowca.
Zacznę od przedstawienia faktów. Gaz rozpylono w miniony wtorek na drugim piętrze w sali nr 8, gdzie właśnie miało się odbyć spotkanie z zaproszonym z zewnątrz doradcą zawodowym. W sali obecne były dwie klasy - moja pierwsza zawodowa oraz jedna z trzecich gimnazjalnych. Do incydentu doszło na samym początku zajęć. Nastąpiło szybkie wietrzenie korytarzy, a potem wezwanie policji, która nota bene spartaczyła sprawę koncertowo, przeprowadzając przeszukanie w sposób tak nieprofesjonalny, że Wiceszefowa w końcu wypierniczyła ich ze szkoły. Niestety, sprawcy zaraz po zajściu nie złapano.
Kiedy emocje opadły, nadszedł czas na spokojne, powolne przeanalizowanie nagrania z monitoringu. Nie daje on tym razem jednoznacznej odpowiedzi [kamera w tym miejscu ustawiona jest akurat w taki sposób, że część obrazu została ucięta], ale w połączeniu z innymi poszlakami wskazuje na to, że gaz rozpylił jeden z moich Muppetów, którzy siedzieli na przerwie pod klasą i jako pierwsi weszli do sali. I tu zaczyna się problem, bo cholera naprawdę nie widać, który. Nie widać - ale my, jako nauczyciele znający przecież naszych uczniów nie od wczoraj, nie mamy akurat wątpliwości. Oto Muppety z owej feralnej czwórki:
- Michał: jestem jego wychowawczynią od pierwszej klasy gimnazjum, a zatem już czwarty rok. Przez ten czas nie miał ANI JEDNEGO głupiego wybryku, każdy rok kończył z dobrym zachowaniem. Spokojny, miły chłopak. Trafił do Zoo tylko i wyłącznie z tego powodu, że nie wyrabiał intelektualnie w zwyczajnej szkole. Nie miał nawet nigdy kuratora.
- Lechu: również "mój Muppet". Kojarzycie go zapewne - to ten, który nie radzi sobie z negatywnymi emocjami i reaguje jak pięciolatek. Owszem, ma trudny charakter, ale przez 3 lata pobytu u nas nigdy nie zrobił nic w podobnym stylu. Pyskówki, rzucanie przedmiotami - to jak najbardziej, ale na pewno nie rozpylenie gazu. Poza tym w trzeciej gimnazjum jest jego dziewczyna, która miała zajęcia akurat w sali obok. Na 100% nie zaryzykowałby, że i ona nawdycha się gazu pieprzowego, bo jest w niej naprawdę po uszy zakochany.
- Marysia - nowa w Zoo [tzn. nie kończyła naszego gimnazjum], ale jak do tej pory dała się poznać jako cicha, spokojna dziewuszka, taka, co to siedzi zawsze grzecznie, notuje i nawet nie gada na lekcjach. Wiem, że pozory mogą mylić, ale jakoś mało prawdopodobne wydaje mi się, by osoba, która przez półtora miesiąca była kulturalna, dobrze wychowana i zawsze uśmiechnięta - nagle przyniosła do szkoły gaz...
- Gabrysia - no właśnie... Skończyła nasze gimnazjum [choć ja jej akurat nie uczyłam], dość bystra i w sumie sympatyczna dziewczyna, tyle tylko, że łatwo ulegająca rozmaitym wpływom. Zdarzały jej się głupie wyskoki, choć jak do tej pory nie były one niebezpieczne.
Otóż - cała akcja najbardziej pasuje nam jako wybryk Gabrysi, problem jednak w tym, że nie mamy na to wystarczających dowodów. Nie możemy całej sprawy zostawić, bo jeśli sprawca zostanie bez kary, to "ataki chemiczne" wejdą naszym uczniom w krew. Wyjścia są dwa: albo skłonimy winnego, by sam się przyznał, albo będziemy musieli ukarać całą czwórkę naganami. Znając bowiem niepisany kodeks honorowy Zoo, nie ma takiej możliwości, by to ta trójka niewinnych wskazała na prawdziwego sprawcę.
Rozmawiałyśmy jak na razie tylko z Gabrysią, bo pozostali zdążyli pójść na wagary [co nie miało związku ze sprawą, bo nie wiedzieli, że chcemy ich wezwać na dywanik]. Oczywiście wyparła się wszystkiego, a kiedy postawiliśmy sprawę na ostrzu noża - czyli albo powiecie, kto to zrobił, albo bekniecie we czwórkę - usiłowała zwalić winę na grupkę uczniów z trzeciej gimnazjum, którzy weszli do klasy zaraz po Muppetach [ale ta wersja wobec znanych nam faktów jest mało wiarygodna]. Udałyśmy na razie, że jej wierzymy, a w najbliższym możliwym czasie porozmawiamy z resztą. Niech się z tym prześpią kilka dni. Oczywiście mamy nadzieję, że Gabrysię ruszy sumienie.
Michał i Lechu to naprawdę fajne chłopaki. Nie zasługują na nagany, wkurzą się, będą mieli poczucie, że zostali przez nas skrzywdzeni, ale na tym pewnie się skończy. Jakoś to pewnie przełkną. Gorzej z Marysią. Otóż miałam okazję poznać jej rodzicielkę - prosta, energiczna kobieta, matka gromadki dzieci. Idę o zakład, że na wieść o naganie nie będzie się patyczkowała, tylko spuści córce regularny wpierdziel.
O rany, smutno się zrobiło ..
OdpowiedzUsuńI za co lanie ma dostać Marysia ??
A swoją drogą Ty to masz nerwy ...opanowane...
Marysia była w złym miejscu o złej porze. Życie :(
UsuńCholera, ciężka sytuacja :( Czekam na relację o dalszym rozwoju wypadków.
OdpowiedzUsuńNa razie sytuacja jest patowa. W takich momentach to się wszystkiego odechciewa.
Usuń