Jako wychowawca mam raczej pozytywne doświadczenia, jeśli chodzi o współpracę z rodzicami moich podopiecznych. Było tak nawet w mojej poprzedniej szkole, czyli w liceum - a trzeba podkreślić, że pierwszą klasę na wychowawstwo dostałam już od razu, na stażu, a więc będąc kompletnie nieopierzoną i niedoświadczoną nauczycielką z pachnącym jeszcze nowością dyplomem magisterskim. Trafiła mi się zmanierowana zgraja nastolatków, z którymi sporo się naużerałam, nim udało się ich jako tako postawić do pionu. Co najzabawniejsze, w konflikcie z nimi rodzice zainteresowanych stali po MOJEJ stronie wbrew swoim własnym dzieciom, co jest chyba najlepszym dowodem na to, że to gówniarze przeginali, a nie ja :)
W Zoo rzecz jasna mamy do czynienia ze specyficzną grupą rodziców. Nie ma co niestety ukrywać, że 2/3 z nich w ogóle nie interesuje się edukacją swojej pociechy. Tym bardziej zatem zależy mi na utrzymaniu dobrych kontaktów z tymi, którzy jednak do szkoły przychodzą i przynajmniej starają się ze mną współpracować. Staram się więc być cierpliwa i otwarta, wysłuchuję ich narzekań, kiedy muszą się wygadać, gryzę się w język, by nie oceniać i nie krytykować. Co dobrego przyniesie, że przejadę się po takiej zagubionej mamusi, nawet kiedy widzę wyraźnie, że kobita postępuje idiotycznie? Jeśli potrząsnę nią zbyt mocno, to uzna, że ma w wychowawcy swojego dziecka wroga - i przestanie się ze mną kontaktować. Rozmowa z rodzicami wymaga zatem panowania nad sobą oraz dużych umiejętności dyplomatycznych.
Są jednak takie momenty, kiedy Smokowi wszystko opada - nie tylko skrzydła - a bluzgi same cisną się na pysk. Mam w Muppeciarni dość sympatyczną Patrycję, która trafiła do Zoo cztery lata temu z powodu wagarowania oraz niekontrolowania wybuchów złości [co zdarza się jej do dziś]. Pierwszą klasę gimnazjum jeszcze powtarzała, a potem wylądowała u mnie, zaklimatyzowała się w nowym zespole i od tej pory nie ma większych problemów z nauką. Niedawno jednak skończyła 18 lat i od tego czasu zaczęło jej lekko odbijać, czego przejawem niestety są coraz dłuższe nieobecności. Przeprowadziłam z nią kilka rozmów na tę okoliczność, w których Patrycja obiecywała, że "no dobra, teraz to już będzie chodziła do szkoły" - ale jak wiadomo, obiecanki-cacanki. Kiedy zatem dziś znowu pojawiła się tylko na dwóch środkowych lekcjach, a potem się zawinęła, postanowiłam zaalarmować rodziców. Wiem z doświadczenia, że jej matka jest osobą dość zajętą i rzadko odbiera telefon w godzinach południowych, wykręciłam zatem numer do tatusia. Oto przebieg rozmowy:
-Dzień dobry, z tej strony Smoczyca Dragonella [tu oczywiście padło moje nazwisko :)],wychowawczyni Patrycji. Rozmawiam z tatą Patrycji? Dzwonię do pana, ponieważ niepokoją mnie jej nieobecności.
- Taaak? [zdziwiony głos tatusia]
- Od początku stycznia pojawia się w szkole coraz rzadziej, a w lutym to już w ogóle było tragicznie. To są i całe dni nieobecne [tu wyliczyłam kilka dat], ale także córka zaczyna wybierać sobie godziny, czyli np. pojawi się na jednej czy dwóch lekcjach, a potem sobie idzie. Martwię się, że jeśli tak dalej pójdzie, to nałapie enkaeli, a przecież oceny ma całkiem dobre i szkoda by było, żeby przez wagary nie skończyła szkoły.
Tu nastąpiła chwila milczenia, po czym tatuś westchnął i powiedział:
- Wie pani, a czy mógłbym się z panią umówić na rozmowę w szkole w któryś dzień? Tak by chyba było najlepiej.
- Ależ oczywiście, to bardzo dobry pomysł. - odparłam uradowana, że trafiłam na tak rozsądnego rodzica. Mój entuzjazm został jednak brutalnie zgaszony następnym zdaniem:
- Tylko wie pani, czy może mi pani podać adres szkoły? Jaka to jest ulica? Bo ja nie wiem, a córka mi nie chce powiedzieć...
MACIE POJĘCIE? Patrycja jest podopieczną Zoo od czterech lat, a ojciec nie wie, gdzie jest szkoła! I to z jakiego powodu? Bo dziecko go terroryzuje i nie chce mu podać adresu! To przepraszam, co to ma być - ojciec, czy pipa grochowa?!
Pomijam rzecz jasna oczywisty fakt, że w dobie Internetu coś takiego, jak adres edukacyjnej placówki publicznej, można ustalić w dwie sekundy, zadając odpowiednie pytanie wujkowi Google...
Do znudzenia pytam: jak te dzieciaki mają wyrosnąć na ludzi z takimi rodzicami...?
To faktycznie nieźle. Ciekawy "osobnik" z tego rodzica. Nie wiem kogo bardziej żałować, rodzica, że taka z niego pipa właśnie czy córki, że ma takiego ojca. Sama pewnie wiesz, że to i tak jeden z tysięcy beznadziejnych przypadków rodziców, którzy nigdy nie powinni nimi zostać. Przypomina mi się dyskusja na temat testów na rodziców... wiem, wiem marzenie ściętej głowy.
OdpowiedzUsuńP.S. Mam w końcu trochę czasu na nadrabianie zaległości - jestem na zwolnieniu. Niestety przypadłość na którą je dostałam nie pozwala mi za długo siedzieć przed kompem... Ale choć troszkę się postaram :-)
Mnie się tylko w głowie nie mieści, że można dać się do tego stopnia "wychować" własnemu dziecku. No i jak po 4 latach można nie wiedzieć, gdzie jest szkoła, do której chodzi córka? Tacy rodzice faktycznie powinni mieć żółwie, jeśli za dzieckiem nie są w stanie nadążyć...
UsuńŻyczę bardzo bardzo dużo zdrowia. Mam nadzieję, że to nie problemy z oczami?
Niestety z oczami, a konkretnie z jednym... Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy. Na razie choróbsko cofa się powoli, zobaczymy co z tym będzie. Oby się polepszyło :-)
OdpowiedzUsuńZastanawiam się, czy i żółw to dobre rozwiązanie. Może już lepiej żeby tacy ludzie hodowali sobie wszy na głowie i karaluchy w kuchni. Te zwierzaczki są w stanie same się o siebie zatroszczyć i nie potrzebują aktywnej opieki człowieka. A już na pewno do niczego nie przyda im się taki osobnik (w pierwszym przypadku wystarczy, żeby miał włosy, zapewne brudne. W drugim też czystość nie jest wymagana :-)
p.s. Mam jakieś dziwne lęki, kiedy piszę komentarz u Ciebie. Nigdy nie byłam za dobra w pisaniu, ale tu wygląda to tak, jakbym co najmniej masochistką była :-))) Tak się podkładać "pod ocenę" polonistce ... eh naprawdę źle ze mną :-)
Cholera, sama dobrze wiem niestety, co to znaczy chore oko... Trzymaj się Motylku i lecz, jeśli się da.
UsuńTen tatuś nie jest jeszcze taki tragiczny jak na realia Zoo. Facet jest po prostu - jak to obrazowo określa Hipek - "la pippa".
Co do PS. - a dajże spokój... Nie bać się polonistów, nie gryzą :) Poza tym nie jestem w pracy. Żyję normalnie, gdybym tak poprawiała wszystkich na każdym kroku, to bym już nie miała pewnie połowy zębów :)
Postaram się dbać o Twoje uzębienie i nerwy :-)
UsuńW sumie najtragiczniejszy nie jest, zawsze mogło być gorzej. Jednak po przeczytaniu najnowszego posta, zgadzam się ze stwierdzeniem Hipka i nadal postuluję testy na rodziców. Jak widać wcale nie potrzeba patologicznej rodziny, żeby dziecko było beznadziejnie wychowywane, czy też raczej chowane...
A z okiem pomału lepiej, dostałam końskie dawki leku i czekam na jakieś większe efekty, bo jak na razie szału nie ma.
Z zębami chodziło mi o to, że dawno by mi je ktoś już wybił :)
UsuńNie zajarzyłam... podobno mam prawo po tym czym mnie uraczono w szpitalu, tak mi przynajmniej tłumaczył to mój przyszły niedoszły, gdy długo nie mogłam czegoś zrozumieć. Taka mała pomroczność jasna :-)
UsuńPipa czy nie, przynajmniej sie do tego przyznal a nie wykrecal od spotkania. Jak widac jest spierdolony caly system rodzinny. Mamusia wiecznie zabiegana a tatus pantoflarz. Z systemu przejety zostal schemat, ze kobieta jest silna a mezczyzna nie sluzy do niczego. Wiec P. wychowala sobie tatusia na rodzinna modle.
OdpowiedzUsuńNie liczylbym na jakies cuda w zwiazku z ta rozmowa. Mamusia uciekla w prace. Klasyka. Zero odpowiedzialnosci rodzicielskiej.
Fajnie.
Pozdrawiam cieplo
O tatusiu zaraz będzie ciąg dalszy.
Usuń