Tym razem mam istotny powód ponad tygodniowego milczenia na blogu. "Moja" szkoła językowa odnotowała nagły przypływ klientów i w związku z tym Smok dostał pod swoje skrzydła rozmaitych obcokrajowców na różnym poziomie zaawansowania. Jak zwykle wszystko odbyło się z dnia na dzień, czyli na zasadzie: dziś telefon, jutro zajęcia. Nie jest to komfortowa sytuacja, ale - jak zdążyłam się przekonać - ta szkoła często funkcjonuje na owej zasadzie i jeśli chcę mieć u nich robotę, to muszę się do tego przyzwyczaić. A ponieważ każdy sposób na podreperowanie domowego budżetu jest dobry, przeto Dragonka nie narzeka, tylko bierze, co dają.
Nie obyło się jednak na początku bez dość nieprzyjemnego zgrzytu. Otóż ze szkołą skontaktował się niejaki Ian, brytyjski biznesmen lat ok. 50. Oczekiwania miał bardzo jasno sprecyzowane - przylatuje do Polski w południe we wtorek, wylatuje o 16 w poniedziałek i w tym czasie chce mieć tak dużo indywidualnych lekcji, jak to tylko możliwe. Sekretarka odpowiedzialna za organizację kursów dla innastrańców obdzieliła więc trzy lektorki maksymalną ilością godzin, co nie było wcale proste tak z dnia na dzień. Sama Smoczyca dostała 6 godzin we wtorek [facet był zdesperowany zacząć już o 14, czyli dwie godziny po przylocie!], potem po dwie w czwartek i w piątek oraz jeszcze po cztery w sobotę i w niedzielę. Uwzględniając fakt, że przecież równolegle normalnie prowadzę zajęcia w Zoo, to szykowałam się na niezły maratonik - i to jeszcze niestety z przeziębieniem na karku. Ale co tam, nie można wybrzydzać, jeśli tylko jest praca.
A gdzie ten zgrzyt? Powoli, powoli :) Pierwszy dzień zajęć z Ianem minął normalnie - rano w Zoo mam na szczęście tego dnia tylko 3 lekcje, więc potem udało mi się pociągnąć szóstkę bez padnięcia na pysk. Sam Ian okazał się dość specyficzny - potargany, zaniedbany typ podstarzałego pracoholika. Uprzedził lojalnie, że podczas zajęć może dzwonić mu telefon w sprawach służbowych i wtedy będzie musiał odebrać i porozmawiać. Rzeczywiście tak było - komórka odzywała się nieustannie, co było o tyle irytujące, że wybijało faceta z rytmu i przeszkadzało mu w skupieniu. No ale nasz klient, nasz pan, jego kasa, jego sprawa... Przerobiliśmy przewidziany materiał, a następne zajęcia odbyły się w czwartek. Oboje padaliśmy ze zmęczenia: on, bo był po sześciu godzinach z drugą lektorką - ja, bo od 8 rano miałam lekcje ciurkiem bez żadnej przerwy w Zoo. Kiedy po wszystkim dotarłam do Pomarańczowej Jaskini była godzina 20:30, a ja miałam siłę tylko na tyle, by dać Pumie kolację, wypić fervex na przeziębienie, a potem zwalić się na łóżko.
Szczerze mówiąc obawiałam się trochę piątku, który miał być powtórką z rozrywki jeśli chodzi o ilość godzin - ale problem rozwiązał się sam. Otóż rano odebrałam telefon od sekretarki szkoły językowej z wiadomością, że... Ian zażądał zmiany lektora. Stwierdził, że jestem zbyt surowa i wymagająca oraz że okazuję za mało empatii w stosunku do jego potrzeb. Szkoła rzecz jasna w takiej sytuacji musi podporządkować się woli klienta, choć doprawdy nie mam pojęcia, jak oni to zorganizowali w tak krótkim czasie. Dla mnie była wiadomość i zła, i dobra. Zła - bo nie zarobiłam, dobra - miałam możliwość spokojnie powalczyć z przeziębieniem przez weekend, które porządnie już dawało mi w kość.
Zbyt surowa i wymagająca... Sekretarka pocieszała mnie, żebym się kompletnie nie przejmowała taką opinią, bo uczniowie są różni i podobno nie ma w szkole lektora, który prędzej czy później nie trafiłby na jakiegoś przewrażliwionego delikwenta, któremu nie podobają się określone metody nauczania. Zdaję sobie też sprawę, że nie jestem typem ciepłej i czułej nauczycielki-mamusi, do której lgną dzieciaki i która zawsze pocieszy, przytuli i obetrze zasmarkany nosek. No ale moim uczniem nie było dziecko, tylko facet, który z racji wieku spokojnie mógłby być moim ojcem! Zgadza się, że w czwartek byłam zmęczona [a w dodatku przeziębiona...], mogłam więc pewnie mieć trochę mniej cierpliwości niż zwykle. Ale do jasnej anielki, jeśli Ianowi nie odpowiadało tempo lekcji [bo np. tłumaczyłam zbyt szybko czy zawile], to przecież mógł mi to powiedzieć! Wydaje mi się, że tak postępują dorośli ludzie - jeśli coś mi przeszkadza, to mówię o tym otwarcie. Tymczasem on nie zająknął się na zajęciach ani słowem, tylko wolał polecieć do sekretariatu i domagać się zmiany nauczyciela. Nie ukrywam, że jest to dla mnie przykre, bo primo jest to pierwsza tego typu sytuacja, z jaką się spotykam, a secundo - naprawdę nie mam pojęcia, o co facetowi chodziło, a w dodatku już się tego nie dowiem. Niby mam się nie przejmować, ale niesmak pozostaje.
Zajęcia z pozostałymi uczniami przebiegły za to już bez komplikacji. Dostałam kilka indywidualnych lekcji z Brytyjczykiem Nathanem, który mimo swojego niskiego poziomu zaawansowania chciał jak najwięcej rozmawiać. Na szczęście kompletnie nie zrażał się tym, że wychodziło mu to dość pokracznie :) Pierwsze zajęcia przegadaliśmy na temat... oceny pontyfikatu Benedykta XVI i oczekiwań w stosunku do Franciszka, bo na moje zwyczajowe pytanie [mające na celu sprawdzić stopień opanowania Narzędnika]: "Czym się interesujesz?" - Nathan odparł, że... religią, a najbardziej Kościołem Katolickim. Nawet w dyskusji z rodakiem byłby to dość skomplikowany temat, a co dopiero dla kogoś, kto musi o tym nawijać w obcym języku :) Nathan tak się zmęczył, że aż się spocił, ale był wyraźnie zadowolony - bo nic tak nie pomaga w nauce, jak połączenie przyjemnego z pożytecznym.
A dziś dostałam w przedświątecznym zastępstwie 4 lekcje z przesympatycznym, ciut starszym ode mnie Belgiem, który zażyczył sobie, żeby nauczyć go mówienia o czasie i częstotliwości, a potem końcówek Dopełniacza liczby pojedynczej [czyli najtrudniejszego przypadka w całej polskiej deklinacji - hie, hie, hie...]. Poszło jednak bez problemu i w nader sympatycznej atmosferze, zwłaszcza od momentu, w którym przy okazji jakiegoś ćwiczenia wyszło na jaw, że oboje wolimy koty od psów, a w dodatku oboje jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami miaukaczy [tyle, że Belg ma białą kicię, a ja czarne, wredne Pumiszcze].
Jak zatem widać, mam wystarczająco dużo empatii, by rozmawiać o wyborze nowego papieża [i to pomimo ateizmu!] oraz o kotach - ale za mało, by prowadzić zajęcia z biznesmenem, którego cały świat stanowi praca. No cóż, nikt nie jest doskonały :)
Slonce, ja wczoraj spotkalem sie z Mariuszem. Tutaj w Bcn. I naprawde bylo to dla mnie wydarzenie ponadczasowe. Problem polegal na tym, ze Mariusz przylecial tu z towarzyszem, ktory mieszkal 3 miesiace w Bcn i pozjadal wszystkie rozumy. Skurwysyn pusty jak beben no i mu nie pozwolilem pogwiazdorzyc, wiec sie obrazil i rozstalismy sie z Mariuszem w dosc glupiej sytuacji. Nie chcialem go stawiac przed wyborem albo kretyn albo ja, bo zbyt go szanuje i na dodatek przylecieli razem. Jesli ci powiem, ze gdybym toto mial jeszcze przez 30 sekund przede mna, to bym mu jebnal na ulicy. I niesmak tez pozostal do dzisiaj. I pewnie jeszcze troche pozostanie, dopoki nie porozmawiam z M.
OdpowiedzUsuńNigdy nie pozwol, aby jakis idiota zrujnowal Ci dzien.
Zdrowiej szybko. Wiosna jest za zakretem (ktoryms :)
Rzeczywiście Mariusz musiał ostro przeginać, skoro miałeś ochotę uciec się do rękoczynów. Z tego, co wiem, raczej nie jesteś do nich skory - no chyba, że się aż tak zmieniłeś przez te lata... :)
UsuńWiosna za zakrętem, powiadasz? Nomen omen "zakręt" po waszemu to "kurwa". Bardzo adekwatnie, bo to słowo coraz częściej ciśnie mi się na usta w związku z pogodą :)
hahahahahaha. Mariusz nie przeginal, to ten drugi kretyn. Studiowal tu weterynarie (w Galicji) i mieszka w Anglii. Skad go Mariusz wytrzasnal, to nie mam pojecia.
OdpowiedzUsuńA Mariusz byl jak zwykle, spokojny, opanowany, blyskotliwy...
A ten zakret to mi tak wyszedl spom-tanicznie :)
No tak , za dobrze uczniowie mają i dlatego tak się zachowują...
OdpowiedzUsuńBym się biznesmenem w ogóle nie przejmowała :-)
Oni tam płacą ciężką kasę za naukę polskiego, dlatego też i mają wymagania...
UsuńPo prostu nie lubię takich sytuacji, gdy ktoś coś do mnie ma, nie powie wprost, tylko potem się dowiaduję od innych osób. Bo samego Iana to mi nie szkoda - był dziwaczny, mało sympatyczny i do tego obleśny :)
Do sekretarki z donosem poleciał, bo to był angielski dżentelmen i kobiecie nie śmiał przerwać ;-)
OdpowiedzUsuńA widzisz, nie przyszło mi to do głowy :) Zbyt małą mam widać znajomość psychologii Anglików...
Usuń@Dragonko, a czy zapytałaś Iana, jak tam w pracy? Czy pochwaliłaś, że tak dobrze pracuje? Czy podziwiałaś, że aż tyle pracuje? Coś mię mówi, że miał chłopina za mało pracy w pracy po prostu ;)
OdpowiedzUsuńZ konieczności wypytywałam go o pracę, bo to był jedyny możliwy temat rozmowy. Na pytanie o zainteresowania, hobby - odparł, że praca jest jego hobby. A kiedy dopytywałam, co lubi robić po pracy, to stwierdził, że on cały czas jest w pracy i tylko to go interesuje... Widocznie wykazałam za mało entuzjazmu dla tego faktu :)
UsuńSwojo drogo, to bardzo smutny człowiek chyba musi być...
Usuń