W "karierze" wychowawcy - wszystko jedno, czy chodzi o rodzica, pedagoga czy szeregowego nauczyciela - przychodzą czasem takie momenty, że trzeba zrobić tzw. pokazówkę. Jako instytucja wychowawcza z premedytacją zachowujemy się więc w określony sposób, reagując "dla przykładu". Zwykle chodzi oczywiście o ukaranie lub innego rodzaju wyciągnięcie negatywnych konsekwencji. Umiejętnie przeprowadzone pokazówki są niezmiernie owocne i dają długotrwałe efekty. Rzecz jasna takie działania mają znamiona manipulacji, bowiem by dana akcja była naprawdę skuteczna, musi być dość spektakularna, często bardziej, niż tego rzeczywiście wymaga sytuacja. Delikwent musi odnieść wrażenie, że jest dużo groźniej, niż w rzeczywistości. W Zoo umiejętność robienia dobrych pokazówek jest bezcenna, bo niestety - u najbardziej zdemoralizowanych Małpek nie ma innego sposobu wywołania pożądanych przez pedagoga zachowań, niż poprzez zastraszenie... Dziś zatem będzie o świeżutkiej pokazóweczce autorstwa Smoczycy.
Zaczęłam właśnie z 1B powtórkę z części mowy. Gwoli ścisłości: teoretycznie powinni to wszystko już po podstawówce umieć, ale gdyby tak rzeczywiście było, to nie uczyliby się u nas... W praktyce zatem omawiam z nimi każdą część mowy po kolei, zupełnie tak, jak by to były zajęcia w czwartej klasie. No i w zeszły piątek zaczęliśmy od rzeczownika. Powolutku, spokojnie, od wyjaśnienia, co to w ogóle jest i co nazywa, potem rozpoznawanie w zdaniach oraz określanie form [swoją drogą, chyba nigdy mnie nie przestanie oburzać, jak można nie znać nazw przypadków...].
Tjaaa... W piątki mamy dwie godziny pod rząd, ale tym razem było to 90 minut użerania się z rozbrykanym stadkiem, proszenia o choć kilka minut ciszy, a także zaganiania Małpiątek na miejsca, ściągania z parapetów czy rozdzielania, kiedy zaczynali się między sobą tłuc. Serio serio, przypomniały mi się lekcje z pierwszego roku mojej pracy w tej przeszanownej placówce edukacyjnej. Chłopcy wyraźnie byli nakręcani przez niejakiego Bartka, który postawił sobie za cel wyprowadzenie tego dnia Smoczycy z równowagi. I trzeba przyznać, że niestety mu się to udawało. Przypadkowo trafił na poletko, które ciężko mi przemilczeć, a mianowicie prowokował mnie faszystowskimi uwagami. Przykłady? Powitanie mnie okrzykiem "Heil Hitler" połączonym z odpowiednim gestem wyciągniętej ręki. Zadawanie niezliczonej ilości obrzydliwych pytań związanych z Holocaustem ("Psze pani, a jak długo palił się taki Żyd? A czy te mydła fajnie się pieniły?"). Opowiadanie głośno kolegom dowcipów o Żydach i wygłaszanie nazistowskich komentarzy. A kiedy w którymś momencie zdenerwowana krzyknęłam na jednego z chłopców, uradowany Bartek zaczął parodiować moją złość na wzór przemówień Hitlera... Nie wiem, jak Drogi Czytelnik zachowałby się na moim miejscu, ale Dragonka myślała, że szlag ją zaraz trafi.
Po lekcji zgłosiłam zachowanie klasy Marzence [ze szczególnym uwzględnieniem Bartka], która w moim imieniu obdzwoniła rodziców najgorzej zachowujących się delikwentów. Sama natomiast zaplanowałam na następny polski słodką zemstę połączoną właśnie ze zrobieniem pokazówki. Weszłam zatem do klasy z wyjątkowo surową miną, lodowatym głosem sprawdziłam listę, a potem zaczęłam tradycyjnie:
- Kto jest nieprzygotowany? [tu zgłosiły się dwie osoby, co odnotowałam]. Czy ktoś jeszcze? Nie widzę, nie słyszę. Reszta zatem pochować wszystko, wyciągnąć kartki i piszemy kartkówkę z ostatniej lekcji o rzeczowniku.
Tu nastąpiły protesty, złorzeczenia, wycie i ogólne niezadowolenie. Nigdy bowiem nie robię niezapowiedzianych kartkówek. Smrodek nawet usiłował obrócić wszystko w żart, myśląc, że robię sobie z nich jaja. Wyprowadziłam ich jednak z błędu.
- To w ramach podziękowania za wasze zachowanie na ostatnich zajęciach. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. Róbcie tak dalej, to od kartkówki będziemy zaczynać każde zajęcia. Ja w dzienniku mam mnóstwo miejsca na oceny...
Efekt był do przewidzenia: same jedynki - z wyjątkiem Radka, który na tej nieszczęsnej lekcji o rzeczowniku siedział w pierwszej ławce przy biurku i starał się uważać pomimo hałasu w klasie. Dostał dopalacza, co jak na niego i tak jest sporym osiągnięciem.
Pytacie - co mi to przyniosło? Ano ciszę jak makiem zasiał. Po napisaniu sprawdzianu zaczęły się zwyczajne zajęcia o przymiotniku. Nie oszczędzałam ich, więc było mnóstwo notowania i ćwiczeń. ŻADNYCH zbędnych komentarzy, wszyscy zajęci przepisywaniem, podchodzący do tablicy i robiący ćwiczenia bez szemrania. A kiedy w jednym momencie usiłował zbuntować się Marcin - notabene nowa Małpka, pierwszy dzień w szkole - to został usadzony przez Andrzeja następującymi słowami:
- Kurwa matole, zamknij dupę i pisz! Jak przez ciebie będę miał drugą kartkówkę, to dostaniesz wpierdol, rozumiesz?!
Pozwoliłam sobie zostawić ten tekst bez komentarza...
Od pokazówki minęły już 4 lekcje. Największe emocje opadły i nie ma aż tak idealnej ciszy, tym niemniej kolejne części mowy omawiane są bez problemów i opóźnień. Małpiątka notują, robią ćwiczenia, do tablicy przychodzą - a Dragonka zaciera skrzydła. Zresztą, jak tak dalej pójdzie, to może się czegoś zdołają naprawdę nauczyć i kiedy przyjdzie czas na godzinny sprawdzian, to napiszą coś sensownego i nie będę musiała stawiać jedynek od góry do dołu...
Szacun, wielki szacun, Dragonko Droga!
OdpowiedzUsuńSwoją drogą, może ja jestem nie do końca ten tego, ale wzruszają mnie takie Andrzejki ;)
Wyrazy "szacunu" przyjmuję za to, że nie rozszarpałam Bartka za te hasła o Hitlerze...
OdpowiedzUsuńCo do Andrzeja, to problem w tym, że to jest kawał żłoba [jak to barwnie określa moja Wicedyra...] i nie mam wątpliwości, że spełnienie takiej groźby to dla niego jak splunięcie.
A to pewnie połowa Twoich uczniów szacownych tak ma, przypuszczam?
UsuńMyślę, że połowa to i tak optymistyczne założenie... Andrzejek z pewnością równo pod sufitem nie ma i nawet ma na to papiery.
UsuńOmatkotyjedna....
OdpowiedzUsuńJa Ciebie podziwiam naprawdę, jak Ty sobie dajesz radę z tym zoo...??!!
Nauczyciele to zawód , w którym powinno się zarabiać najwięcej w Polsce,
wróć najwięcej na świecie...
Dobrze ,że pracuję z dorosłymi...
Spójrz na to tak: mam przynajmniej o czym pisać na blogu :):):)
UsuńPozdrawiam gorąco.
podobno to niepedagogiczne... ale też stosuję zbiorową odpowiedzialność bo niestety w niektórych sytuacjach tylko to działa :(
OdpowiedzUsuńDorota B.
Też nienawidziłam "odpowiedzialności zbiorowej", kiedy sama byłam uczennicą - ale tak jak mówisz, są niestety momenty, że inaczej się nie da. Poza tym w Zoo oni są bardzo wyczuleni na to, jeśli nauczyciel traktuje jakiegoś ucznia lepiej od innych. Mszczą się na takich bardzo. Nie mogę więc jawnie kogoś faworyzować, bo by za to oberwał po lekcjach.
UsuńDragonello, korzystam z niedzieli, by napisac, że likn do Twojego bloga u mnie nie działa uparcie, mimo, że wysłałas drugie zaproszenie. Wykonałam wszystkie polecenia Bloggera sumiennie i piętnascie razy sprawdzając, czy nacisnęłam własciwe guziczki, a i tak wyswietla mi sie informacja "To zaproszenie jest już nieaktualne". Doniose więc tylko, że pozostaję wierną czytelniczką, oraz prosze bys z tych "wolnych weekendow' nie rezygnowala, bo bez nich już Blogger dopilnuje, żebym nie mogła miec pojęcia, co u ciebie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Mogę słać te zaproszenia do znudzenia - ale blogger jest do dupy... Dostaję sporo takich sygnałów, że coś nawala.
UsuńJa też Cię czytam regularnie, choć nie zawsze komentuję. Mam nadzieję, że wiosenna deprecha szybko Cię opuści.
super pomysł z tą kartkówką. szacun!
OdpowiedzUsuńKarne kartkówki - metoda stara jak szkoła... :)
UsuńJesteś the best :-) Świetna metoda i jak widać wyjątkowo skuteczna. Gratuluję! Oby małpiątkom zostało tak na zawsze.
OdpowiedzUsuńDzięki :)
UsuńA co do małpiątek - to nie mam złudzeń... :)
A już myślałam, że liczysz na to, że masz choć ciut nadziei...
OdpowiedzUsuńMoże choć jedna zaskoczy Cię pozytywnie na dłużej :-)
Może jedna :) Na całą klasę...
Usuń