Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 20 marca 2013

Wasze prawo ściągać, moje prawo łapać

    Kto nigdy na klasówce nie ściągał, niech pierwszy rzuci kamień... Korzystanie na sprawdzianach z "niedozwolonych pomocy naukowych" czy podpowiadanie kolegom jest prawdziwie polską specjalnością, z której zresztą jesteśmy znani za granicą [o czym już kiedyś wspominałam]. Nie chcę w tym momencie analizować szerzej przyczyn takiej postawy, bo temat jest długi i szeroki. Dość stwierdzić bez zbędnej hipokryzji, że ściągali nasi dziadkowie, rodzice, my sami - a i dzieci nie są gorsze. To, co na zachodzie Europy, czy tym bardziej za oceanem, jest siarą i plamą na honorze, u nas spotyka się najczęściej ze zrozumieniem i cichym przyzwoleniem.
    Ponieważ hipokryzja to coś, czym się naprawdę brzydzę, na pytanie, czy jako uczennica sama ściągałam, odpowiem twierdząco. Nie chcę, by zabrzmiało to jak usprawiedliwianie się, ale starałam się mimo wszystko, by dotyczyło to wyłącznie przedmiotów, z którymi nie wiązałam planów na przyszłość i o których wiedziałam, że moja przygoda z nimi zakończy się wraz z liceum. Odpisywałam więc notorycznie prace domowe z fizyki [w zamian dzieląc się zeszytami z języka polskiego...], a przed każdą klasówką z matematyki robiłam drobiazgowe ściągawki z wzorów. Mam bardzo duże trudności z zapamiętaniem abstrakcyjnego ciągu liter czy cyfr - dziś wiem, że to objaw dyskalkulii, natomiast w liceum komentowałam to stwierdzeniem: "bo żeś głąb i tyle" :). Wiedziałam, że poradzę sobie z zadaniem, jeśli będę miała wzór [o ile oczywiście nie pomylę się w liczeniu, bo z kalkulatorów rzecz jasna nie wolno było korzystać], natomiast bez wzoru niczego nie ruszę. Z tego powodu na każdą klasówkę z matematyki szłam uzbrojona w kilka małych, zagryzmolonych karteczek, starannie ukrytych przed okiem nauczycielki. Nota bene, dzięki temu zwyczajowi odkryłam w trzeciej klasie, że mam wadę wzroku. Był sprawdzian, ja jak zwykle rozsiadłam się w mojej bezpiecznej, ostatniej ławce, patrzę na tablicę... a tam zadania nadziubdziane takim maczkiem, że za cholerę nie mogłam ich odczytać! Musiałam zgłosić zaistniały fakt nauczycielce, która poleciła mi przesiąść się bliżej. Sęk w tym, że została tylko jedna wolna ławka - pierwsza, koło biurka matematyczki. No ale wyjścia nie było. W efekcie jednak nie mogłam pod jej nosem wyjąć ściągawki w wzorami i dostałam jedyneczkę. Stwierdziłam, że tak być nie może, zaalarmowałam rodziców - i dwa dni potem znalazłam się u okulisty.
 
     Ale znów popadam w niepotrzebne dygresje... Wbrew temu, co by się mogło wydawać, ściąganie w Zoo nie jest zjawiskiem nagminnym i szczerze mówiąc tutaj trafia się to rzadziej, niż w poprzednim liceum, w którym pracowałam. Nie chodzi tu oczywiście o jakąś wybitną uczciwość małpek, co to, to nie! Myślę, że większość z nich jest brutalnie rzecz ujmując za głupia na to, by ściągać - kombinowanie wszak wymaga pewnego niezbędnego poziomu inteligencji, a ta cecha w Zoo jest towarem deficytowym. Druga sprawa, że aby zrzynać, trzeba mieć skąd - a skoro się nie prowadzi zeszytów ani nie nosi podręczników, to nie ma do czego sięgnąć w sytuacji awaryjnej. Tym niemniej jednak niektórzy delikwenci próbują swoich sił, ale sam fakt, że o tym wiem, świadczy tylko o nieudolności próby.
    Wszystkim klasom zawsze wprost wygłaszam maksymę mojego niezapomnianego geografa z podstawówki [skądinąd - świetny facet, może kiedyś o nim napiszę :)], który otwarcie mawiał: "Wasze prawo ściągać, moje prawo łapać". Myślę, że jest to bardzo uczciwe postawienie sprawy. Nie denerwuję się zatem nigdy na małpkę przyłapaną na zrzynaniu [bo i po co?], tylko spokojnie i konsekwentnie albo obniżam ocenę, albo zabieram kartkę i wstawiam jedynkę. Zależy to od stopnia podpadnięcia klasy, o czym towarzystwo jest świetnie poinformowane.
    Jakie są reakcje uczniów przyłapanych na ściąganiu? Ano rzecz jasna różne. W Zoo niestety trzeba się liczyć z tym, że efektem będzie agresja, bluzgi lub nawet atak szału, jak w przypadku Psychopatki. Ale czasem była nawet zabawnie, tak jak ostatnio w 2B na sprawdzianie z wykresów zdań złożonych. Na samym początku klasówki, ledwo po rozdaniu kartek zauważyłam, że Pawełek chowa coś pod kurtką leżącą koło niego na ławce [przypominam, że w Zoo nie ma szatni]. Podeszłam, podniosłam kurtkę - i oczywiście oczom moim ukazał się otwarty zeszyt do polskiego, bo ta małpka była akurat na tyle przezorna, by pieczołowicie notować na zajęciach. "Paweł, znasz zasady" - powiedziałam, po czym zabrałam mu kartkę i nagryzmoliłam na niej "ndst". Uczeń wyglądał na bardzo zaskoczonego, ale następnie zaczął głośno narzekać na moją niesprawiedliwość. Wiecie, jak ją uzasadnił? "Psze pani, pani nie ma prawa! Przecież to początek, nie zdążyłem jeszcze nawet nic ściągnąć!" Rozumiem wobec tego, że gdybym przyłapała go w połowie sprawdzianu, to nie miałby żadnych pretensji... :)

    Osobna kwestia dotyczy wypracowań. Prawie nigdy nie zadaję ich jako pracę domową, bo mija się to z celem - w dobie Internetu nikłe mam szanse na to, że otrzymam tekst napisany przez ucznia samodzielnie. Tym niemniej czasem robię wyjątki, przestrzegając jednak, żeby nie obrażali mojej inteligencji i nie oddawali mi wypracowań przepisanych z różnego rodzaju portali edukacyjnych, bo to naprawdę żaden problem taką pracę namierzyć... Mimo tego zawsze znajdą się jacyś kombinatorzy, którzy nie dowierzają i postanawiają mnie sprawdzić. W 1B po omówieniu "Krzyżaków" zadałam banał, czyli charakterystykę Zbyszka z Bogdańca. Każdy otrzymany tekst przepuściłam przez wujka Google i w ten sposób namierzyłam cztery plagiaty. W takim przypadku robię print screen'a strony, drukuję, zaznaczam jaskrawym markerem zerżnięte zdania i oddaję uczniowi wraz z wypracowaniem. Zwykle przyjmują to bez komentarza - w końcu trudno dyskutować z oczywistym dowodem zbrodni... Bywają jednak i inne przypadki. Otóż Andrzejek złapany na plagiacie i przywołany w tej sprawie do nauczycielskiego biurka wziął do ręki kartkę z print screen'em, potem swoje wypracowanie, patrzył na obie prace długo, z wyraźnym niedowierzaniem, a następnie wycedził: "No nie, ja ją chyba zajebię...". Okazało się, że zlecił napisanie charakterystyki starszej siostrze - a ponieważ najwidoczniej nie chciało jej się pisać wypracowania, to ściągnęła je z Internetu i oddała bratu jako oryginalne, nie informując go, jak się sprawy mają :) Tym sposobem całkiem niechcący go wkopała. Nosił wilk razy kilka, chciałoby się rzec...
 

5 komentarzy:

  1. u mnie ze ściąganiem było zawsze kiepsko, ściąg nie robiłam, bo z moja wadą wzroku nie potrafiłam ich później odczytać, ale od koleżanek żżynałam :) Choć też robiłam to tylko z przedmiotów, które do życia mi się raczej nie przydawały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Usiłuję sobie przypomnieć, czy ściągałam na studiach. Niewykluczone, że jakieś karteczki pomocnicze z końcówkami deklinacyjnymi na cerkiewce czy gramatyce historycznej się pojawiły... :)

      Usuń
  2. Co za czasy nawet ściągać się nie da normalnie :-)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie przypuszczałam, jak to widać, że ktoś ściąga- dopóki nie stanęłam z drugiej strony katedry. To, że nauczyciel nie łapie i nie wywala- to tylko jego dobra wola...
    Zaraz po studiach miałam króciutki epizod "asystencki". Doskonale było widać, kto pisze kolokwium sam, a kto z udziałem "pomocy naukowych". Albo ten mój wydział był taki niewprawiony ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widać widać, choć też i trzeba oddać "sprawiedliwość" co niektórym, którzy umieją ściągać niezauważenie.

      Usuń