Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 20 sierpnia 2014

Only youuu... :)

    Mam spore zaległości w temacie innastrańców. Od ostatniego tygodnia lipca mam regularnie grupy studentów, wśród których nie brakuje ciekawych postaci, czyli tzw. oryginałków. Jest zatem o czym pisać, tylko szczerze mówiąc czasu brak. Pracy mam naprawdę sporo, a kiedy od czasu do czasu trafi mi się luźniejsze popołudnie, to przeznaczam je na czynności gospodarcze, czyli np. ugotowanie czegoś sensownego - bo ileż można żywić się kanapkami i gotowcami kupionymi w sklepie? A z kolei wieczorem, kiedy już zasiądę z laptopem na górnej części nóg, a z kotem na dolnej, to zwyczajnie nie mam siły ani ochoty wysilać mózgownicy [a przecież moja praca zawodowa jest wyłącznie umysłowa] i pisać posta. Z doświadczenia zresztą wiem, że do "TFUrczości literackiej" nie ma co siadać pod przymusem, bo wtedy wychodzą gnioty, a nie ciekawe wpisy. Wieczorem więc szczerze mówiąc najchętniej włączam sobie jedną z odmulających gierek komputerowych, mniej lub bardziej ogłupiających - lub przerzucam kilkadziesiąt stron jakiejś książki, o ile moje zwoje mózgowe wykazują jeszcze wolę współpracy.
    Wracając do meritum - obiecuję poprawę, ale nie podaję terminu :) Postaram się zdać ze wszystkiego relację w swoim czasie. Dziś - aby nie pozostać gołosłowną - napiszę, jak potoczyły się dalej zajęcia z Jekateriną, bohaterką posta "Coś się ruszyło". 
    Otóż na szczęście mogę stwierdzić, że jej początkowa nieporadność językowa była wynikiem niepewności, obaw związanych z nową sytuacją [czyli: nowy język, nowe miasto, nowa nauczycielka etc.]. Z każdą następną lekcją Katia była spokojniejsza, nieco mniej "najeżona", co - mówiąc nauczycielskim żargonem - wpłynęło bardzo dodatnio na jej proces uczenia się. Należy zdaje się do grona tych osób, które w kontakcie z kimś nowym początkowo zachowują duży dystans i przyjmują postawę obronną, z której wycofują się, kiedy już lepiej tego kogoś poznają - nawet, jeśli to tylko lektor języka polskiego w prywatnej szkole, za którą przecież płaci ciężkie pieniądze :)
    Przez dwa tygodnie intensywnych zajęć [czyli po 4-5 godzin dziennie] zdążyłam ją nauczyć podstaw, tzw. "survival polish", czyli jak prawidłowo zareagować w najczęstszych, codziennych sytuacjach. Umie zatem powiedzieć coś o sobie i swojej rodzinie, zrobić zakupy w sklepie osiedlowym, zapytać o drogę, powiedzieć, która jest godzina, zrelacjonować, co ostatnio robiła i co zamierza robić. A co dalej? Поживём – увидим :) Na razie Katia pojechała wygrzewać się na słońcu w Chorwacji, ale wraca jesienią i zamierza kontynuować naukę w naszej szkole. Pytała zatem, czy ja uczę w trakcie roku szkolnego, na co odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że owszem, ale tylko popołudniami [bo rano tresuję moje małpki :)]. Pospieszyłam z zapewnieniem, że jeśli bardziej pasują jej godziny poranne, to na pewno szkoła znajdzie jej innego lektora - ale Katia stwierdziła, że to wykluczone, bo ona chce zajęcia ze mną i koniec. Kazała więc sobie przesłać mailem grafik, jak tylko będę miała plan lekcji 1 września, żeby mogła się dostosować. A na ostatnią naszą lekcję przyniosła mi w podziękowaniu ogromniaste pudełko czekoladek "Merci".
    Jeśli nic jej się do jesieni nie odwidzi, to wygląda na to, że będę miała "drugiego Drybka", czyli stałego klienta. Trzymajcie kciuki.

4 komentarze:

  1. zaciśnięty i jeden i drugi kciuk, ale do 1 września to ciężko będzie trzymać, jednak kciuk- rzecz do życia czasami potrzebna ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam kciuki, stały klient mile widziany wszędzie :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ba. Nie ma to jak stały, dodatkowy przypływ gotówki. Na "whiskas" dla Kotecka :)

      Usuń