Okazuje się, że dobrze zrobiłam, chcąc kończyć post o Zadziorze po przerwie. W międzyczasie bowiem okazało się, że przesadziłam nieco z optymizmem twierdząc, że po interwencji u jej matki dziewczę jest przynajmniej w stosunku do mnie grzeczne. Otóż - nie, nie jest :) No cóż, w Zoo jak zwykle panta rhei, czyli wszystko płynie.
Karolina przyszła wczoraj na polski nabuzowana jak to ona, zwyczajnie. Już na wstępie jej podpadłam, bo kazałam jej wyłączyć muzykę - słuchała przez słuchawki tak głośno, że było słychać aż przy moim biurku. Następnie zgodnie z zapowiedzią mieli napisać sprawdzian z przeczytanej [teoretycznie :)] lektury [notabene, kilkunastostronicowa nowelka Konopnickiej, wielkie halo...], więc kazałam im wyciągnąć kartki. Ponieważ Zadziora zignorowała kompletnie moje polecenie, powtórzyłam je raz jeszcze, tym razem skierowane personalnie do niej - na co odparła podminowanym tonem, że "po chuj mam niszczyć zeszyt i wyrywać kartkę, jak i tak dostanę pałę". Tjaa... Zostawiłam rzecz całą bez komentarza, kartkówka się odbyła, a Karolinie wstawiłam ndst. Panna zupełnie się tym nie przejęła, tylko wcisnęła głębiej słuchawki do uszu.
Ponieważ calusieńka klasa zgodnie oddała puste sprawdziany, co oznaczało, że nikomu nie chciało się przeczytać w Internecie nawet streszczenia "Miłosierdzia gminy", o samym tekście nie wspominając, stwierdziłam, że zrobimy akcję "Cała Polska czyta dzieciom" - czyli przeczytam im tę nowelkę na lekcji [no bo jaki mam wybór, jeśli chcę z nimi ją omówić...?]. System miał być taki, że ja czytam powolutku i po kawałku, co jakiś czas robię pauzę, omawiamy i układamy plan wydarzeń. Małpki chętnie na to przystały - z wyjątkiem Karoliny, która stwierdziła, że to jest bez sensu, nudziarstwo i lepiej byśmy sobie po prostu o czymś pogadali. Odparłam aksamitnie spokojnym tonem, że nowelkę musimy omówić, a ponieważ jak widzę nie ma sposobu, by skłonić klasę do samodzielnego przeczytania, to musimy sobie poradzić w ten sposób.
Czytanie się rozpoczęło i generalnie pracowało się normalnie - tzn. małpki komentowały, a kolejne części planu pojawiały się na tablicy - z tym, że kilka razy lekturę zakłócały komentarze Karoliny w stylu: "Kurwa, ale beznadzieja!", "Zaraz rzygnę!" czy "Nie można by kurwa trochę ciszej?!" [zdaje się, że przeszkadzałam biedactwu w słuchaniu muzyki...]. Po którejś uwadze nie wytrzymałam, bo primo i święty by się w końcu wkurzył, a secundo - nie mogłam dłużej nie wyciągać żadnych konsekwencji wobec tak jawnie prowokacyjnego olewactwa. Podeszłam więc do Zadziory, otworzyłam jej zeszyt, a ponieważ rzecz jasna nie było tam ani pół słowa notatki czy nawet tematu lekcji, to oświadczyłam, że jeśli do końca zajęć nie uzupełni braków, skończy się to jedynką. W odpowiedzi usłyszałam coś w stylu [cytuję z pamięci]: "Ja pierdolę, chuj mnie to obchodzi, odpierdol się wreszcie. W dupie mam jedynki, daj mi kurwa wreszcie spokój!". Po czym dała muzykę na fula i do końca lekcji traktowała mnie jak powietrze, a po dzwonku, kiedy wychodziła z sali i poprosiłam ją, by została , po prostu przeszła koło mnie, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem.
Słodko, prawda? No cóż, za ten incydent otrzyma Naganę Wychowawcy, pytanie tylko, co dalej. Pogadałam z Pedagożycą, a ona z Wiceszefową i póki co ma się odbyć z Zadziorą "męska rozmowa". Usłyszy na niej ultimatum mniej więcej podobnej treści: "Albo zaczynasz się zachowywać jak człowiek, albo zabieraj papiery". Oczywiście nie sądzę, by Karolina się poprawiła, nie sądzę również, żeby dobrowolnie od nas odeszła - a zatem będziemy musieli niestety poczekać, aż dowali jeszcze kilka numerów i w końcu przegnie na tyle, że wyczerpią się kary statutowe i będzie można rozpocząć procedurę dyscyplinarnego pozbycia się pełnoletniej w końcu uczennicy. To pewnie jednak potrwa co najmniej kilka miesięcy.
Rzecz jasna, Zoo pisze różne scenariusze. Może być i tak, że zbluzga kiedyś jakiegoś nauczyciela personalnie, co skończy się pójściem na policję i zgłoszeniem obrazy funkcjonariusza państwowego na służbie [przynajmniej, jeśli trafi na mnie...]. Może nie wytrzyma na praktykach i podskoczy pracodawcy na tyle, że ten rozwiąże z nią umowę - co będzie skutkowało natychmiastowym wydaleniem Karoliny ze szkoły. Może tak, a może siak. Kto przewodzi, co świrowi strzeli do głowy...?
Naprawdę to jest niemożliwe ...
OdpowiedzUsuńSkąd się biorą takie dzieci i dlaczego one takie są ??
Z Twojego punktu widzenia ...
Tu nie ma jednej odpowiedzi, każdy "przypadek" jest inny. O samej Karolinie za mało wiem, ale obstawiam przemoc fizyczną w rodzinie.
UsuńJak ja sie ciesze, ze porzucilem ''stan oswiatowy'', naprawde. I momo tego, ze pracowalem przeciez w warunkach o niebo lepszych od Twoich. I teraz jeszcze prawdopodobnie porzuce homologacje dyplomu, bo nie mam ochoty na powrot do oswiaty nawet tutaj. Mam swoje plany jak wiesz i tego sie bede trzymac :)
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki, jak zawsze.
A wiesz, że ja na samą pracę nie narzekam. Świry się trafiają regularnie, bo to taka szkoła, ale nikt mnie nie zmusza, żebym tu była. Już nie takie numery widziałam :)
Usuńjestem przerażona, jak to wytrzymujesz?
OdpowiedzUsuńW piątym roku pracy to już po mnie spływa. Szczerze mówiąc, to nawet mi ciśnienia nie podniosła. Tak tylko patrzę na nią i patrzę i myślę sobie: "Tjaaa, kolejna małpka do spacyfikowania...".
UsuńW mojej osiedlowej szkole panuje cisza i porządek. Mimo, że leży ona na najbiedniejszym osiedlu dość biednego miasta. I takich egzemplarzy jak Karolina jest w niej sporo.
OdpowiedzUsuńSprawa jest załatwiona dość prosto - nauczyciele nie muszą wcale chodzić na policję. Dyrektor szkoły dogadał się z komendantem i jak uczeń zakłóca przebieg lekcji, nie daje się uspokoić, to wystarcza telefon, najdalej 10minut potem wpada dwóch policjantów, zabierają dzieciaka na przesłuchanie. Wzywani są rodzice, jak nie przyjdą odebrać, to dzieciak spędza noc w policyjnej izbie dziecka. Która znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej. Przy tych uciążliwościach kilkuset złotowy mandat za zakłócanie porządku, to już zupełny drobiazg.
Wystarczyło kilka takich akcji w przeciągu kilku lat (ostatnią pamiętam trzy lata temu), a hyr w lud taki poszedł, że nawet na korytarzach w czasie przerwy jest względnie cicho. Jest to taki wielki "kombinat pedagogiczny" od zerówki do liceum (a w tym liceum bywają również i przerośnięci, też przyjmują każdego), ale miejscowe elity typu sędziowie, biznesmeni czy miejscy urzędnicy wolą swoje dzieci wysyłać tu, niż do szkół prywatnych. Bo dyscyplina przekłada się na wyniki w nauce lepiej niż drogie korepetycje.
ali
Jedna tylko uwaga: policja nie ma prawa przesłuchać nieletniego bez obecności rodzica - a z braku rodzica przynajmniej pedagogicznego pracownika szkoły [np. pedagoga czy wychowawcy].
UsuńAli, szkoła, o której piszę, sama w sobie jest specyficzna, tzn. my z założenia przyjmujemy właśnie takie dzieciaki, jak Karolina. Zachęcam do lektury starszych postów :)
I pozdrawiam - jak mi się zdaje - Nowego Czytelnika / Nową Czytelniczkę.
Szkoła o której mówię jest duża, zawsze jakieś ciało pedagogiczne się znajdzie by towarzyszyć. Ale jak się nie znajdzie (jak pełnoletni, to się nikomu nie chce iść) to tym lepiej, podskakiwacz siedzi w strachu, czekając aż ciężko wkurzony rodzic dotrze. Zapewniam, że też są tu pełnoletni (no może niemal pełnoletni) gimnazjaliści z dozorem kuratora. Z klasy mojej córki właśnie jeden się wybiera do jakiegoś zamkniętego ośrodka wychowawczego. Inny ma orzeczone ADHD. Ale nawet oni są w szkole ujmująco grzeczni. Wiedzą, że poza jakieś tam palenie na przerwie, podskakiwać nie warto. Niektórzy na własne oczy widzieli te akcję sprzed 3 lat, inni o niej usłyszeli i sobie wyobrazili w dwunajsób.
UsuńZdążyłem zauważyć jaka to Twoja szkoła, CKU też mamy w mojej miejscowości, ale to nie oznacza że musicie się męczyć. I że te dzieciaki się muszą męczyć. Wbrew pozorom nawet te dzieciaki z patologicznych rodzin cenią sobie bezpieczeństwo w szkole. A i przypuszczam, że na dłuższa metę wolą słuchać Ciebie czytającą "Miłosierdzie gminy", niż Karolinę. Zawszeć to odmiana. A takie same Karoliny mają na co dzień w domach i na podwórkach. Czyli taka pacyfikacja na dłuższą metę dzieciaków nie odstraszy, a przyjemniej się będzie pracowało. Wszystkim. Tylko dyrektorka musi to załatwić z kim trzeba.
Dziękuję za pozdrowienia. Pozdrawiam wzajemnie. Płci jestem męskiej.
ali
Z tego, co piszesz, to jest jednak kilka zasadniczych różnic między Zoo a szkołą Twojej córki - i zresztą, całe szczęście, bo moja szkoła nie jest pomyślana dla "normalnych" dzieci...
UsuńPrzede wszystkim u nas proporcje są takie, że na całą szkołę [sic!] jest ledwo kilkoro w miarę zwykłych dzieci, a reszta to patologia i margines społeczny. Jeśli ktoś trafia do nas BEZ kuratora, to jest to wydarzenie komentowane w Pokoju Nauczycielskim. Z reguły też każde z tych dzieciaków ma już na koncie kontakty z policją [a tak z 1/3 ma wyroki w zawiasach], więc to średnio działa jako straszak. Rzecz jasna czasem policję też wzywamy [mamy zaprzyjaźniony komisariat], ale do zdecydowanie grubszego kalibru rzeczy, niż zakłócanie przebiegu lekcji. Wzywamy, gdy stanowią zagrożenie - pobicia, kradzieże, przynoszenie do szkoły niebezpiecznych narzędzi etc. Oczywiście pod warunkiem, że nam delikwent nie zwieje, wszak NIE MAMY PRAWA go zamknąć w klasie do przyjazdu policji.
Co do samej Karoliny - była kilka lat w różnych placówkach zamkniętych, z domu zabierali ją skutą kajdankami, co uważa za powód do dumy. Niebiescy to ostatnie, co mogłoby ją wystraszyć. Poza tym w tym konkretnym przypadku jakie byłyby niby podstawy do wzywania policji? Gdyby zbluzgała mnie personalnie, to owszem, ale myślę, że jest już za bardzo doświadczona i wie, że w świetle prawa za samo "spierdalaj" skierowane do nauczyciela mogą jej nabimbać - co innego za "spierdalaj, ty kurwo"...
Nasza szkoła z założenia nie jest szkołą normalną, tylko ostatnią deską ratunku dla młodzieży przed poprawczakiem. Policja jest wzywana wtedy, kiedy jest potrzebna. Musi być to adekwatne do sytuacji. Jeśli będziemy wzywać policję do niegrzecznego ucznia na lekcji, to co zrobimy z takim, który chodzi po szkole i dajmy na to wymachuje maczetą?
no patrz, a już miałaś względny spokój, a tu taka Zadziora się trafić musiała. znając życie, znajdziesz na nią sposób, ale wiem, że to też nerwy niepotrzebne.
OdpowiedzUsuńCoś się wymyśli. Można ją "przyjedynkować", tylko po co? Najlepiej, żeby sama papiery zabrała, a jak nie, no to trochę to potrwa...
UsuńNo cóż, taka praca :)