Moi drodzy, jestem już po pierwszych zajęciach z ruskiego.
Póki co jest faaajnie :) Grupa docelowo składa się z 6 osób, z czego wczoraj jedna była nieobecna. Z mojego lektorskiego doświadczenia wiem, że to dobra ilość do nauki języka - daje możliwość swobodnego przeprowadzania ćwiczeń komunikacyjnych [czyli takich, w których uczący się muszą rozmawiać, zdobywać informacje, odgrywać scenki etc.]. Jednocześnie w dalszym ciągu osób jest na tyle mało, by nauczyciel mógł wyłapać, kto i w czym konkretnie potrzebuje pomocy. Zatem jest dwoje studentów [ale nie pochwalili się jeszcze, jakich kierunków] oraz prawnik i przewodniczka turystyczna - oboje ciut starsi ode mnie. Zajęcia prowadzi szefowa szkoły i lektorka w jednym, rodowita Rosjanka z Petersburga.
A same zajęcia? Zgodnie z nowoczesną metodytką nauczania języków obcych pani Nadieżda mówi do nas niemal wyłącznie po rosyjsku, polskim posługując się tylko w celu tłumaczenia jakichś zawiłości gramatycznych. Jeśli chodzi o mój poziom, to jak na razie standard - czyli rozumiem prawie wszystko [a czego nie rozumiem, to wywnioskuję z kontekstu], natomiast kiedy mam sama coś powiedzieć, to nagle dostaję dziwnej amnezji i nie pamiętam żadnych słów :) Z czytaniem radzę sobie na poziomie moich co bardziej tępawych małpek, czyli składam bukwy i sylabizuję co dłuższe i trudniejsze wyrazy. Pisanie idzie lepiej, choć zdarza mi się od czasu do czasu "zawiesić" i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, jak - dajmy na to - wygląda "ju" czy inne "szcz". Ale to kwestia wprawy i zmuszenia mózgu, by zaczął myśleć po rosyjsku.
Pozytywnym skutkiem ubocznym tych lekcji będzie też fakt, że sama jako lektor języka obcego będę mogła podpatrzeć, jak ktoś inny prowadzi zajęcia. Już np. wczoraj pani Nadieżda zrobiła nam na wstępie lekcji bardzo fajne ćwiczenie na zadawanie pytań i mam zamiar je w przyszłości wykorzystać z moimi obcokrajowcami. Odświeżę więc nie tylko rosyjski, ale również mój warsztat metodyczny.
A na razie pilnie i skrupulatnie odrabiam pracę domową. Lubię się uczyć, ale o tym już Wam na pewno mówiłam :)
No to jestes lepsza ode mnie. Ja zapisalem sie na kurs katalonskiego i przed pierwszymi zajeciami dostalem rozwolnienia. A potem to juz nie bylo mowy, zebym sie zmusil do nauki tego jezyka. Pomijajac kwestie, ze jako jezyk absolutnie mi sie nie podoba (mam to samo z niemieckim), to jeszcze to co tutaj wyprawiaja coraz bardziej mnie odpycha. W bardzo niedalekiej przyszlosci wroce do angielskiego i rosyjskiego, bo beda mi potrzebne w pracy. Mojej wlasnej.
OdpowiedzUsuńNawet nie wiem, jak brzmi kataloński. A brzmienia niemieckiego też nie trawię, tak więc w tym względzie Cię świetnie rozumiem - przez całe życie tak kombinuję, żeby nie musieć się go uczyć :)
UsuńA jak wrócisz do ruskiego, to daj znać, będziemy wymieniać doświadczenia.
to masz tutaj probke, dziewczyna, Mel ma swoj videoblog i nakrecila filmik nt. katalanofobii. Filmik zrobil furore w sieci i to jest jej spotkanie w TV3, to telewizja katalonska. Ona mowi po hiszpansku (jest andaluzyjka, wiec to slychac), a wiekszosc ludzi w studio mowi po katalonsku.
OdpowiedzUsuńhttps://www.youtube.com/watch?v=HAGVwh7f_tc
Robalku, to pewnie dlatego, że nie jestem osłuchana ani z hiszpańskim, ani z katalońskim... ale ja nie słyszę specjalnej różnicy... :) Nie znam słownictwa, a "melodię" dla mnie te języki mają dość podobną. Pewnie to dla Ciebie brzmi jak bluźnierstwo.
Usuńdokladnie jak bluznierstwo :) to jak porownac polski jezyk literacki z wiejska gwara, naprawde tak mi brzmi :)
UsuńNo to się pocieszam tym, że nieosłuchany z polszczyzną obcokrajowiec też pewnie nie dostrzegłby specjalnej różnicy między językiem literackim a dialektem wiejskim. Kwestia słownictwa i akcentu.
Usuń