W szkole językowej dostałam kolejną grupę - tym razem większą, bo liczącą 8 osób w bardzo różnym wieku. Głównie Niecmy [to zdaje się standard], ale jest też Szwedka polskiego pochodzenia [tzn. córka Polaka, ale jej ojciec umarł, kiedy była małą dziewczynką, a wychowywała się z matką w Sztokholmie, więc w tym przypadku o żadnej dwujęzyczności nie może być mowy] oraz student z Singapuru. Po pierwszych zajęciach mogę ogólnie stwierdzić, że są dość sympatyczną gromadką, co i dobrze, bo jutro mam z nimi aż siedem lekcji...
Poza "oczywistą oczywistością", że ja po prostu lubię uczyć, to praca w charakterze lektora języka polskiego dla obcokrajowców ma dla mnie jeszcze jeden duży plus. Daje mianowicie możliwość zetknięcia się z ludźmi z różnych kręgów kulturowych, dowiedzenia się czegoś więcej o świecie. Taki cudzoziemiec staje się w tym momencie moim oknem na świat, prywatnym ambasadorem swojego kraju w Polsce. Z tego powodu rzecz jasna z im bardziej egzotycznego miejsca go przywiało, tym lepiej i ciekawiej. Niestety, w mojej karierze lektora nie miałam zbyt wielu okazji, by uczyć ludzi pochodzących z prawdziwie odległych stron - jeszcze na praktykach studenckich "przerabiałam" jedynie Kurda, Nigeryjkę i Argentynkę. No i teraz mam Chen Chana, czyli Singapurczyka.
Zetknięcie się z odmienną od europejskiej kulturą jest oczywiście inspirujące, ale bywa też najzwyczajniej w świecie zabawne. W tym poście postanowiłam uraczyć Was garścią anegdot wyjętych z szuflady: "Efekt zderzenia Europy z resztą świata". Te historie pochodzą z różnych źródeł - zresztą, przeczytacie sami.
- Na początek opowieść niezupełnie na temat, bo dotycząca moich własnych doświadczeń w charakterze ucznia. Otóż jako nastolatka zostałam wysłana przez rodziców do wakacyjnej szkoły językowej do Anglii, gdzie chodziłam na zajęcia bardzo podobne do tych, które sama teraz jako lektor prowadzę. Pierwszego dnia nauki zebrano wszystkich nowoprzybyłych w sali, żebyśmy napisali test kwalifikacyjny. Dyrektorka szkoły rozdała kartki, po czym zwróciła się do zgromadzonych mniej więcej z takim apelem: "Moi drodzy, ponieważ wiem, że na sali są Polacy, to mam do was prośbę - nie ściągajcie... Ten test jest tylko po to, byśmy mogli was przydzielić do klas, które odpowiadają waszemu poziomowi językowemu, nikt tu nie stawia ocen, więc nie róbcie sobie sami krzywdy i piszcie samodzielnie...". No cóż, nie ma to jak odpowiednia opinia o polskich studentach :)
- W tej samej szkole językowej któregoś dnia zagadnęliśmy lektora, żeby powiedział nam, którą nację najtrudniej mu się uczy i dlaczego. Bez wahania stwierdził, że najgorzej jest z Japończykami. Powód jest prosty - ich rodzimy system edukacji i presja bycia doskonałym, w której są wychowywani, powoduje, że Japończyk przenigdy nie przyzna, że czegoś nie zrozumiał. W Japonii zadanie pytania czy poproszenie o dodatkowe wyjaśnienia to ciężka obelga, bo byłoby to odebrane jak wytknięcie nauczycielowi niekompetencji, oskarżenie go, że nie potrafił nauczyć. Nasz angielski lektor mówił nam, że jeśli w grupie trafią mu się Japończycy, to musi się zawsze namęczyć, żeby przekonać się, czy rzeczywiście zrozumieli lekcję, bo jeśli zapyta, to oni i tak powiedzą, że wszystko jasne - nawet, jeśli dalej nie wiedzą, "o co kaman".
- Moją ulubioną anegdotką jest zdarzenie, o którym opowiedziała nam pani doktor, z którą miałam zajęcia na studiach. Uczyła polskiego grupę Hindusów - byli wyjątkowo sympatyczni i bardzo się z nimi zżyła. Kiedy mieli ostatnią lekcję, panowie najwidoczniej postanowili jej jakoś ładnie podziękować, a zapamiętali z zajęć, że w Polsce często przy różnych okazjach daje się kobietom kwiaty. Przynieśli więc jej przepiękną wiązankę... ze wstążką z napisem "Ostatnie Pożegnanie". No co, przecież to naprawdę było ich "ostatnie pożegnanie", prawda? :)
- Również na studiach usłyszałam historię o dwóch przyjaciołach z Turcji, którzy uczyli się polskiego w połowie lat '90. Lektorka języka polskiego musiała im zwrócić uwagę, że... nie powinni chodzić po mieście trzymając się za ręce, bo może być to - mówiąc delikatnie - bardzo źle odebrane. Panowie byli szczerze zdumieni, gdy dowiedzieli się, że przez taki gest wezmą ich za homoseksualistów. Okazało się, że we wschodniej części Turcji nieprzyzwoite byłoby, gdyby na ulicy chłopak i dziewczyna szli trzymając się za ręce, natomiast jeśli robi to dwóch mężczyzn, to jest to odbierane jako coś zwyczajnego i świadczy tylko o tym, że są kumplami.
Na dzisiaj tyle. Ale mam cichą nadzieję, że obecność Singapurczyka w grupie, którą aktualnie uczę, będzie źródłem kolejnej anegdotki.
Opinia o polskich studentach dobra :)))) Ciekawe ile jeszcze legend krąży o Polakach na globie i jakie :)))
OdpowiedzUsuńNie chciałbym być doskonały i żyć w takiej presji jak Japończyk, i tak mam zbyt wielkie ambicje, które mnie wykańczają, ale gdybym się urodził w Japonii i doświadczył rezimu edukacji, chyba bym oszalał ;)
Opowieść o Hindusach wywaliła mnie z butów :DDD To musiało być przeurocze doświadczenie :)
Jeszcze nie słyszałem, żeby trzymanie się za ręce dwóch Turków świadczyło o koleżeństwie :))) ale to ciekawe!!! jak będę szedł ulicą ze swoim chłopakiem i ktoś mnie wyzwie od "pedałów" to mu powiem, że się nie zna na obyczajach tureckich i niech się douczy zanim zacznie bluzgać na lewo i prawo hihi ;-)
W krajach islamskich [bo panowie byli zapewne z islamskiej części Turcji] wiele rzeczy jest postawione na głowie z punktu widzenia mieszkańca Europy. Kontakty damsko-męskie są na cenzurowanym, a przecież człowiek na co dzień potrzebuje dotyku... Może stąd takie przyzwolenie? Ale każdy kij ma dwa końce, bo w Turcji za homoseksulizm trafia się do więzienia.
OdpowiedzUsuńhehehe miałem nauczycielke Niemkę od niemieckiego, ta była w szoku jak uczniowie w LO ściagają
OdpowiedzUsuńredcat
ja niedawno czytałam "Japoński wachlarz" Joanny Bator o Japonii, tam rzeczywiście system edukacji jest masakryczny. A tak w ogóle to widzę, że Drago się wciągnęła w tę szkołę językową. Jak by Ci zaproponowali pełny etat, zostawiłabyś Zoo?
OdpowiedzUsuńMag - to jest pytanie retoryczne, bo takiej możliwości nie ma. Szkoła jest firmą prywatną, zatrudniającą nauczycieli na umowy o dzieło lub umowy-zlecenie. Żadnych składek, żadnego ubezpieczenia. Nie ma takiej opcji, by była to moja główna praca.
OdpowiedzUsuńAle jeśli pytasz, czy zamieniłabym Zoo na szkołę językową, gdybym mogła mieć normalny etat z takimi prawami, jak w budżetówce - to odpowiedź jest prosta. TAK, OD RAZU, BEZ WAHANIA. Kiedy piszę o Zoo, to robię to z ironią i z humorem, ale to nie znaczy, że tam jest wesoło. Ta praca JEST realnie niebezpieczna. Kto mi zagwarantuje, że następnym razem śruba nie trafi mnie w środek głowy? Albo że kolejna Ania-Psychopatka nie przyniesie noża do szkoły i mnie nim nie dziabnie? Nie przesadzam ani trochę...
no domyślam się
OdpowiedzUsuń