Wpis zacznę "po brytyjsku", czyli od narzekania na pogodę. Nienawidzę czegoś takiego - ni to zima, ni to wiosna. Jak człowiek [przepraszam - smok] wychodzi rano do pracy, to opatula się ciepłą kurtką, a jak z niej wraca, to jest mu za gorąco. Albo jeszcze więcej atrakcji, bo wciąż pada i wieje, ale to tak, że pysk urywa razem z łuskami.
W dodatku od poniedziałku "coś po mnie łazi" - musiałam się dorobić podczas spaceru po Wrocławiu i polowania na krasnale. I nawet trudno powiedzieć, co mi jest, bo nie pamiętam, żebym kiedyś miała takie objawy. Żadnej gorączki [ale to akurat norma - rzadko kiedy reaguję podwyższoną temperaturą], nic mnie nie boli, ale za to telepie mną na wszystkie strony, jak przy jakimś cholernym delirium tremens [nie, żebym to znała z doświadczenia, ale rozumiecie, o co chodzi...:)]. Apogeum było we wtorek, kiedy słyszałam, że zaczynam niewyraźnie mówić [bo mi tak szczęki latały], ciężko mi było pisać kredą po tablicy [z powodu dygotania dłoni], a ze szkoły wracałam w płaszczu i mega-grubym polarze trzęsąc się pomimo 10 stopni ciepła na dworze! Ale na szczęście powoli wszystko wraca do normy, bo dziś już prawie mną nie telepało, a i drogi oddechowe zaczyna mi odtykać. W sumie to czemu ja się dziwię? Skoro swojego czasu nie powaliła mnie gruźlica, to co mi może zrobić banalne przeziębienie?
Póki co powiem Wam jedno: ta parszywa pogoda chyba ma w nieoczekiwany sposób zbawienny wpływ na małpki. Co prawda wieje silny wiatr, ale to z pewnością nie jest halny, bo wtedy uczniowie są wyraźnie pobudzeni i nawet ci z reguły spokojni zamieniają się w bandziorów [o czym już też kiedyś pisałam]. Nie wiem, może ciśnienie poleciało na łeb, na szyję, może są senni z powodu mżawki i zachmurzenia - dość powiedzieć, że są spokojni i potulni jak baranki. Miałam dziś od rana 6 lekcji [w tym jedną z zawodówką!] i z ręką na sercu mogę stwierdzić: ŻADNYCH krzywych akcji :)
Przychodzę do moich Muppetów, dzieciaki grzecznie czekają, siadają, zeszyty wyjmują. Sprawdzam listę, pytam, czy ktoś jest nieprzygotowany - a tu Lechu podnosi rękę i pyta nieśmiało, czy "może na ochotnika". Nosz kuuu...rteczka na wacie, czegoś takiego jeszcze tu nie grali :) Rzecz jasna pozwoliłam i faktycznie, obryty aż miło, a jak na niego to w ogóle bomba zważywszy na to, że chłopak przeszedł warunkowo do drugiej klasy z jedynką z polskiego właśnie. Posadziłam go z czwórką, którą oczywiście kazał sobie wpisać do zeszytu [pochwali się mamie i kuratorowi]. Ale nie koniec na tym, bo przez resztę lekcji Muppety pracowały wzorowo, zgłaszały się, a dodatkowo Fanka Metalu błysnęła [jak na ich poziom] wiedzą historyczną, podając w przystępny sposób przyczyny rozbiorów Polski [było mi to potrzebne jako kontekst do "Legendy żeglarskiej" Sienkiewicza]. Po prostu cud, miód i orzeszki, co im rzecz jasna wprost zakomunikowałam po skończonych zajęciach.
Ale idźmy dalej - dwie lekcje [przedzielone odstępem innych zajęć] z wredną 3C. Na pierwszej nie spodziewałam się kłopotów, bo właśnie omawiamy fragmenty "Władcy Pierścieni", a tak się złożyło, że w klasie jest dwóch maniaków tej książki [podkreślam: KSIĄŻKI, nawet nie filmu!], którzy znają fabułę lepiej ode mnie. No i fajnie, z pomocą chłopców scharakteryzowaliśmy szczegółowo Aragorna jako ideał rycerza i władcy, ale na kolejnej lekcji zapowiedziałam im powtórkę ze związków frazeologicznych, więc mimo wszystko spodziewałam się schodów. Faktycznie, fani Tolkiena się ulotnili [uznali pewnie, że swoje zrobili i wystarczy], ale za to reszta pracowała tak chętnie i ładnie, że byłam pod wrażeniem. Notabene szczególnie udzielał się kolejny "nowy" - jest w tej klasie od dwóch dni. Jak na razie wiem tyle, że jest spokojny i na moje oko dość inteligentny, a w takim razie pojawia się pytanie, co też musiał nawywijać, że go do nas przeniesiono i to na kilka miesięcy przed egzaminem gimnazjalnym...
Co do zawodówki - ćwiczenia z przysłówka, przyimków i partykuły, które przewidziałam na całą lekcję, rozwalili w pół godziny... W nagrodę oczywiście przestałam ich męczyć [mam taką umowę z klasami, że jeśli uda się nam zrealizować przewidziany materiał szybciej, to nie wymyślam niczego dodatkowego, tylko sobie rozmawiamy], w wyniku czego wysłuchałam szczegółowej relacji Arka o zawodach w tańcu na rurze [chłopak dorabia jako ochroniarz w jakimś klubie nocnym].
Na deser została 3A - klasa Jadzi - ale to są moje ulubione małpiątka i tu już dawno nie miałam żadnych problemów. Zresztą, to była i ich, i moja ostatnia godzina, zatem zgodnie ryliśmy nosami o blaty stolików.
Reasumując mój wywód, to czułam się dziś zupełnie tak, jak bym uczyła w zwyczajnej szkole. Może mi ktoś to wytłumaczyć? Jakiś konkurs na Małpkę Roku organizują, czy co? :)
Smoku, po prostu halny wiał w drugą stronę hihi;-))
OdpowiedzUsuńWidzisz, koło Zoo to nawet halny zawraca :)
OdpowiedzUsuńMiło coś takiego czytać :))) Mój pesymizm zdążył mi już podszepnąć złośliwie, że może knują coś wielkiego (jakieś zawładnięcie wszechświatem czy coś w tym stylu), ale szybko go uciszyłam :))) Po tak udanym dniu można by pozwolić sobie na solidny słodki deser z radości. O!
OdpowiedzUsuńA wiesz, że kilka dni temu miałam coś podobnego ze zdrowiem? Niby wszystko w porządku, ale jakaś taka dziwna byłam. Rano (bodaj w piątek) wstałam i zrobiło mi się tak strasznie słabo, że ledwo doszłam z łazienki do łóżka. Nie miałam siły się nawet przykryć. Dobrze, że przeszło.
One zawsze coś knują i to też było moje pierwsze skojarzenie.
UsuńCo do choróbsk, to taka pogoda jest najgorsza, bo one się świetnie czują, o wiele lepiej, niż podczas mrozów. Hipek mnie opierdziela, że nie idę do lekarza.
I słusznie. Wiosna pod tym względem jest chyba gorsza niż jakakolwiek inna pora roku - wszystko ożywa, ale osłabione i jakieś takie cherlawe po zimie. Bardziej narażone na bakterie.
Usuń