Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 14 marca 2012

Pozytywni zapaleńcy

    Daaawno, daaawno temu, w początkach istnienia tego bloga, w poście "Z lekturą wśród zwierząt", próbowałam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego uczniowie w szkołach - i to nie tylko tych dla trudnej młodzieży - zasadniczo nie czytają lektur. Zauważyłam wtedy, że i tak mają zdecydowanie łatwiejsze zadanie, bo nie dość, że lista obowiązkowych książek została w drastyczny sposób odchudzona, to jeszcze wprowadzono na nią sporo takich naprawdę "nieszkolnych" tytułów, o jakich ludzie z mojego pokolenia [czy tym bardziej starsi] mogli jedynie pomarzyć. Najlepszym przykładem jest tutaj "Hobbit" oraz "Władca Pierścieni" Tolkiena, którego ja czytałam w szóstej klasie podstawówki ukradkiem na fizyce pod ławką z wypiekami na twarzy - a teraz jako nauczyciel mam obowiązek omówić z dzieciakami jako przykład klasyki fantasy [jeśli nie w całości, to przynajmniej we fragmentach].
    Nie mam jakiegoś wyjątkowego świra na punkcie tej książki i bynajmniej nie jestem z niej ekspertem, ale byłam zaskoczona, kiedy odkryłam, że obecnie uczniowie często reagują na nią dokładnie tak samo, jak na lektury pozytywistyczne spod znaku Sienkiewicza - czyli głośnym ziewnięciem i pełnym wyrzutu pytaniem: "Czy NAPRAWDĘ musimy to przerabiać...?". Pewnie wychodzą z założenia, że skoro coś zostało wciągnięte na listę lektur, to musi to być edukacyjne nudziarstwo i nie warto sobie nim zawracać głowy. Tym niemniej jednak jako nauczyciel mam ułatwione zadanie, bo w wyniku szumu medialnego towarzyszącego ekranizacjom każdej kolejnej części trylogii Tolkiena, to raczej nie trafia się delikwent, który nie miałby kompletnie pojęcia, o co w całej tej historii chodzi [nawet, jeśli nie chciało mu się obejrzeć filmu].
    Dla polonisty z wyobraźnią "Władca Pierścieni" jest genialną okazją do przemycenia rozmaitych uniwersalnych kulturowych toposów, archetypów oraz kopalnią symboli, z którymi można się bawić przez szereg lekcji. Żeby nie być gołosłowną, mogę podać kilka przetestowanych już osobiście przez Dragonkę pomysłów na zajęcia, rzecz jasna z zastrzeżeniem, że nie zawsze daje się wszystko zrobić. Zależy to oczywiście od poziomu wiedzy i zainteresowania słuchaczy.

1) "Aragorn jako ideał rycerza i władcy" - czy może istnieć wdzięczniejszy pretekst do powtórki, na czym polegał średniowieczny kodeks rycerski? Tutaj zwykle zapodaję fragment o wezwaniu armii nieumarłych, którymi Obieżyświat dowodzi jako potomek Isildura, a potem przechodzę do sceny koronacji, kiedy wyraża życzenie, by insygnia władzy przekazali mu Frodo i Gandalf. Żywa i łopatologiczna ilustracja tego, jakie cechy idealnego wojownika są zakorzenione w kulturze europejskiej od czasów najdawniejszych.

2) "Symbolika śmierci rycerskiej" - tutaj najlepiej działa zestawienie aż czterech fragmentów literackich [jako teksty oraz ekranizacje, jeśli dysponuję odpowiednim sprzętem], a mianowicie:
   - śmierć Boromira zabitego strzałami orków [fragment filmu]
   - śmierć Rolanda z jego wyborem miejsca agonii, chowaniem miecza pod siebie oraz wyciąganiem do nieba rękawicy [tekst]
   - śmierć Podbipięty, od strzał i z modlitwą na ustach [fragment filmu]
   - śmierć Emilii Plater w utworze Mickiewicza "Śmierć pułkownika" [tekst].

    Z doświadczenia wiem,  że nawet najbardziej odporni na wiedzę uczniowie łapią w tym momencie, że jest to dokładnie ta sama śmierć, ten sam motyw, tylko powielany w różnych epokach. I są na ogół mocno zdziwieni, jak bezczelnie twórcy od siebie zrzynają :)

3) "Archetyp idealnej przyjaźni" - we "Władcy Pierścieni" mamy tu przykładów do wyboru, do koloru. Zwykle wybieram rzecz jasna Froda i Sama, ale jak ktoś chce, to Legolas z Gimlim lub Merry z Pippinem nadadzą się równie dobrze.

4) "Pierścień Władzy jako symbol zła" - no i tu mamy naprawdę bardzo szerokie pole do popisu, w zależności od tego, jak głęboko w symbolikę chcemy się zaryć. Można poprzestać tylko na analizie, co Pierścień robi ze swoim właścicielem, ale moim najnowszym odkryciem - i to właśnie z lekcji w Zoo - jest odczytanie tego jako metafory uzależnienia. Zestawienie wyniszczenia fizycznego i psychicznego Golluma z "archetypem" alkoholika czy narkomana okazało się strzałem w dziesiątkę [czyli doprowadziło do tego, że tematem zainteresowała się cała klasa i każdy z delikwentów koniecznie miał coś do dodania].

    "Władcę Pierścieni" [rzecz jasna we fragmentach] skończyłam właśnie omawiać w obu moich trzecich gimnazjalnych. I o ile w klasie Jadzi przemknęłam przez tę knigę tak szybko i sprawnie, jak tylko mogłam [bo temat wyraźnie im zwisał i powiewał], to w 3C sytuacja była zupełnie inna. Trafiłam tam mianowicie na dwóch zapaleńców - Marka i Karola - którzy mają prawdziwego świra na punkcie Tokiena, znają trylogię na wyrywki i oczywiście o wiele dokładniej, niż ja, a ekranizację widzieli tyle razy, że już stracili rachubę.
    Tu może pojawić się pytanie: co powinien zrobić nauczyciel, jeśli odkryje, że trafił na temat, w którym jeden z uczniów bije go na głowę? Otóż według mnie tylko jedno - pod żadnym pozorem nie rżnąć głupa, tylko przyznać otwarcie, że w tym wypadku uczeń przerósł mistrza i pozwolić, by delikwent błyszczał wiedzą, ile tylko ma ochotę. Nie ma takiej możliwości, by jeden człowiek był ekspertem z każdego tematu, a zwłaszcza wtedy, kiedy trafi na zapaleńca. Wyraziłam zatem mój niekłamany podziw odnośnie merytorycznego przygotowania obu panów i ograniczyłam swój udział w lekcjach do umiejętnego sterowania ich wypowiedziami przez zadawanie pytań - oraz zbierania najważniejszych informacji pod koniec każdych zajęć po to, by reszta ich kolegów wiedziała, co jest najważniejsze, bezwzględnie do zapamiętania i do wrycia na sprawdzian.
   A sama klasówka? Nie zapominajmy, że to jednak jest Zoo, więc jej poziom z konieczności był dość niski, a wszystkie pytania, które się pojawiły, wcześniej omówiłam szczegółowo na powtórzeniu wiadomości. Byłabym jednak świnią, a nie smokiem, gdybym przy tym ostatecznym skontrolowaniu wiedzy z treści książki nie doceniła Marka i Karola i nie pozwoliła im odnieść wymiernych korzyści z ich hobby. Dlatego też do sprawdzianu dołączyłam dwa bardziej szczegółowe pytania z komentarzem, że są one na szóstkę i uczeń, który poradzi sobie z resztą testu, może spróbować na nie odpowiedzieć.
    Efekt? Ano pierwszy raz w historii mojej kariery nauczyciela w szkole dla trudnej młodzieży postawiłam dwie oceny celujące :)

10 komentarzy:

  1. Podziwiam. Właśnie szukam czegoś, co Pokemony mogłyby łyknąć z równym zapałem...

    Gwoli przypomnienia: jestem Twoim kolegą po fachu, tylko podlegam pod "to drugie" ministerstwo. Tym większą zgrozą napełnia mnie to, czego doświadczam na zajęciach. Ludzie, posiadający maturę, ale nie umiejący wykonać prostego, nadzorowanego tłumaczenia (translatoryka to 75% moich zajęć), za leniwi, żeby użyć słownika - i co gorsza, wcale przy tym niegłupi, bo chwytają ogólne zasady języka nieeuropejskiego, z którym się bawimy. Jednak ich zasób słownictwa jest wręcz żałosny, używanie synonimów leży, metafory takoż, a ostatnio jedna ze studentek podśmiewała się ukradkiem, że używam imiesłowów przysłówkowych uprzednich. Albo to ja powoli kamienieję, albo orzę w intelektualnym oborniku.

    Zastanawiam się, co mogę zrobić, żeby jakoś im podnieść poziom świadomości językowej. I siwieję przedwcześnie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam w takim razie kolegę po fachu - i szczerze współczuję, bo wiedząc, jaki materiał studencki wypuszczają teraz z liceum [przypominam, że uczyłam w tego rodzaju szkole 3 lata], to wcale mnie nie dziwi, co piszesz o Pokemonach. Im się chyba powinno zadawać czytanie słownika języka polskiego, a potem robić kolokwia z treści...
    Pamiętam załamanie, kiedy "Odę do młodości" Mickiewicza musiałam omawiać przez 3 lekcje, bo język okazał się nie do przebrnięcia. Pytania padały w stylu: "Psze pani, co to znaczy gnuśny"?.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tylko leciutko zahaczając o komentarz nad Tobą ;))) powiem, że ten uprzedni imiesłów faktycznie brzmi nieco archaicznie i przy dzisiejszym jENzyku sesemesowym pewnie śmieszy małolatów, ale ja z kolei uwielbiam imiesłowy przym. współczesne. W mojej książcynie używam ich chyba za często, ale tak mi pasują :)))

    Przyznam, że do tej pory czytałam o Tolkienie (i o ogromnej pracy, jaką wykonał przy tworzeniu elfickiego), ale nie sięgnęłam po żadną z jego książek. Filmy oczywiście oglądałam. Jako mól książkowy nie pojmę jak można nie czytać, ale znam masę ludzi otwarcie przyznających, że czytanie to strata czasu i nuuuudaaa. Przykre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę rzekłszy i uprzedzeń się wyzbywszy - ja imiesłowy uprzednie uwielbiam :) W ogóle uwielbiam imiesłowy :) Podobno kiedy o nich opowiadam, to mam ogień w oczach [tak mi mówiło już kilka osób].
      Co do Tolkiena - nie jestem w stanie przebrnąć przez "Silmalirion". Trzy razy zaczynała, trzy razy poległam. Cytując mojego kumpla Robala, tam jak któryś elf idzie się odlać w krzaki, to wraca z innym imieniem...

      Usuń
  4. Ależ imiesłowy wszelakie są wspaniałymi częściami mowy, i kto raz skosztowawszy ich, nie będzie zadowolony, ten winien być na wolnym ogniu przypiekany, póki błagając o litość nie wyzna swych grzechów (hehe, udało mi się zawrzeć wszystkie 4 w jednym zdaniu:) )

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja choc stara juz jestem uwielbiam bajki... i poczytuje te, ktore znam prawie na pamiec!
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  6. No można powiedzieć, że "Władca Pierścieni" to taka bajka dla bardzo dużych dzieci :)
    Co do starości, zawsze powtarzam, że to kwestia umysłu, a nie wieku metrykalnego.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Cześć.
    Omawianie lektur = przymus, tak smutna prawda. Żeby coś omawiać, to po pierwsze trzeba przeczytać tekst, po drugie trzeba się dostosować do schematu narzucanego przez nauczyciela, po trzecie trzeba podjąć wysiłek intelektualny aby zapamiętać to co jest wymagane. Pewnie, że sympatyczniej jest omawiać Władcę pierścieni, czy Harrego Pottera, niż Żeromskiego, ale (jak mówi przysłowie) jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził. A kiepski nauczyciel może "położyć" każdy z pomysłów proponowanych przez Ciebie :) A Władca już wkrótce może być nie do strawienia dla młodego pokolenia ery smsów przez swoją objętość.
    Osobiście zawsze lubiłem czytać, ale pewne lektury mnie zniechęciły - może to nie był dla mnie właściwy moment. Zdarzało się też, że wracając po latach miałem inne odczucia niż w szkole. Może powinienem wrócić do Lalki, którą prawie wszyscy chwalą, a mnie zupełnie odrzucała. Dlatego też wcześniejsza dyskusja o tym jaka powinna być lista lektur jest mocno subiektywna.
    A i jeszcze jedno! Często bywam w kinie na dyskusyjnych klubach filmowych i nieodmiennie ze zdziwieniem obserwuję, że większość widzów w ogóle nie jest zainteresowana dyskusją. Nie interesują ich przemyślenia/obserwacje innych, czy też w szkole nikt nie pokazał im jak powinna wyglądać dyskusja?
    Pozdrawiam, Alpha Centauri

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodzę się z Tobą, że kiepski nauczyciel jest w stanie położyć nawet najciekawszy temat, ale tak jest chyba z każdym przedmiotem, nie tylko z językiem polskim. A dyskusja o liście/anty-liście lektur z założenia miała być subiektywna, o to mi właśnie chodziło :)

      Czy szkoła uczy dyskusji? Dobre pytanie. Teoretycznie tak, w praktyce pewnie różnie z tym bywa. Ale nawet jeśli by nie uczyła, to nie powinno być to usprawiedliwieniem. Co to znaczy, że "nikt im nie pokazał"? Ja jakoś nie przypominam sobie, bym w szkole miała zajęcia o choćby podstawach retoryki, ale najwidoczniej dobrałam się do nich z innych źródeł.
      Nie mieści mi się w głowie, jak można uczestniczyć w klubie dyskusyjnym i nie być zainteresowanym dyskusją. Smutne jak cholera.
      Pozdrawiam również.

      Usuń