Prowadzenie lekcji w Zoo jest prawdziwym wyzwaniem dla nauczyciela z co najmniej kilku powodów. Niski poziom intelektualny oraz zaległości edukacyjne sięgające głębokiej podstawówki to tylko najbanalniejsze z nich. Do tego dochodzi zmaganie się z zaburzeniami emocjonalnymi i neurologicznymi uczniów, ich zdemoralizowaniem i generalnie "anty" nastawieniem do świata dorosłych. Mówiąc wprost i lekko brutalnie - wchodząc na lekcję musisz liczyć się z tym, że małpka siedząca na przeciw ciebie [oczywiście zakładając, że w ogóle siedzi w ławce, a nie w tym momencie wskakuje na stolik albo parapet...] jest albo lekko przygłupia, albo bandziorowata, albo stuknięta, albo wszystko na raz. Pisząc to oczywiście uogólniam, tym niemniej taki jest statystyczny obraz ucznia naszej szkoły.
Ale te trudności nie są jedynymi, z którymi mamy do czynienia. Dziś rzecz będzie o najbardziej przyziemnym z problemów, a mianowicie o wyposażeniu przeciętnej małpki. Otóż - o czym już też kilka razy wspominałam - wielu uczniów przychodzi do szkoły tak, jak stoi, wychodząc z założenia, że już sama ich obecność na zajęciach jest wyczynem godnym pochwały. Nie są rzadkością delikwenci, którzy nie posiadają nawet długopisu, o zeszytach i podręcznikach nie wspomniawszy. Gdyby bowiem wzięli ze sobą całe uczniowskie oprzyrządowanie, to musieliby je spakować do jakiegoś plecaka czy torby, a to już zdecydowanie za dużo zachodu. No w głowach się tym nauczycielom poprzewracało: nie dość, że każą przychodzić do szkoły, to jeszcze nosić ze sobą bagaże, z którymi nie ma co zrobić w razie wagarów...
Największym utrudnieniem jest oczywiście brak podręczników. W historii funkcjonowania Zoo jako szkoły dla trudnej młodzieży próbowano już na różne sposoby radzić sobie z tym problemem, jednak póki co bez większych rezultatów. Nie zaprzeczam, że jest niestety całkiem pokaźna grupa uczniów, którzy nie kupują książek, bo ich zwyczajnie na to nie stać - ale jest i spora część takich, którzy ich nie mają z czystego wygodnictwa. Od kilku lat bowiem dla świętego spokoju pracujemy z klasami na kserówkach, egzekwując tylko [mniej lub bardziej skutecznie] składki pieniężne na papier i tonery. Teraz jednak sytuacja musi się zmienić, bo szkoła jest tragicznie niedofinansowana [gdybym Wam podała, jaką w wyniku polityki cięć budżetowych miasta mamy dziurę w finansach, to byście pewnie nie uwierzyli...] i dyrekcja musi oszczędzać dosłownie na wszystkim. Ksero więc ma służyć wyłącznie do powielania sprawdzianów i materiałów dodatkowych, ale z kopiowaniem stron podręczników w ilościach hurtowych koniec. Na czymś jednak pracować z dzieciakami trzeba, a przynajmniej na moim przedmiocie. O ile mogę sobie wyobrazić lekcję matematyki bez książek - bo ostatecznie zapisywanie zadań z poziomu gimnazjum na tablicy jest wykonalne - to absolutnie nie sposób przeprowadzić analizy jakiegokolwiek tekstu, nie mając tego tekstu przed oczami. Trzeba więc albo jakoś książki skombinować, albo zmusić jak największą ilość małpek, by jednak się w nie zaopatrzyły.
To pierwsze rozwiązanie oznacza zabawę w żebranie, czyli pisanie do wydawnictw edukacyjnych z prośbą o podarowanie szkole podręczników. Mam zamiar siąść w weekend i wysmarować chwytającego za serce maila do oficyny, z której książkami pracuję, opisując w nim tragiczną sytuację finansową moich podopiecznych [co - przynajmniej w odniesieniu do niektórych małpek - wcale nie będzie przesadą] i prosząc o wsparcie placówki w zamian za reklamę na naszej stronie internetowej. Bardzo niezręcznie się czuję w roli kwestora - z tego też powodu nienawidzę pierwszego w roku szkolnym zebrania z rodzicami, na którym trzeba wydębić jak największą ilość wpłat na Radę Rodziców. Ale cóż, siła wyższa, więc w imieniu moich wychowanków trzeba schować dumę do kieszeni i wyciągnąć łapkę.
Pozostaje jeszcze wpłynięcie na uczniów, by jak największa ich ilość po pierwsze kupiła książki, a po drugie - nosiła je do szkoły. Dragonka postawiła sprawę jasno i bez niedomówień: podręczniki mają być i koniec, co oznajmiłam małpkom już na pierwszych lekcjach organizacyjnych. Książka może być używana, może być kupiona z kolegą na spółkę - ale ma być bezwzględnie jedna na ławkę. Dałam im na to dwa tygodnie, po czym wprowadziłam system minusów, podobny jak funkcjonuje na moich zajęciach w kwestii aktywności. Jest pięć lekcji języka polskiego w tygodniu, zatem z pięciu minusów robi się jedynka. Nie obchodzi mnie przy tym, która osoba z ławki zawaliła i nie przyniosła książki - konsekwencje ponoszą obie. Teraz najważniejsze to trzymać się tego planu i nie robić absolutnie dla nikogo wyjątków.
Zgodnie z zapowiedzią zaczęłam w połowie września, czyli od minionego poniedziałku. Przezornie jeszcze biorę ze sobą na lekcje kserówki, które owszem, na razie rozdaję tym, którzy nie mają podręczników - ale bez pardonu wstawiam też minusy. Oczywiście przy pierwszej takiej akcji w mojej muppeciarni podniosły się głosy: "Oj proszę pani, to chociaż od jutra, jutro już książki będą...". Spokojnie odparłam na to, że nie ma mowy, bo doskonale wiedzieli, że mają mieć podręczniki i jeśli nie zacznę ich z tego rozliczać, to nigdy ich nie kupią. Podkreślam: cała akcja kontrolna przebiega spokojnie, bez prawienia kazań, po prostu idę z dziennikiem na początku zajęć po klasie i wstawiam "pustym ławkom" minusy, nie wygłaszając żadnych komentarzy. Nie ma też oczywiście znaczenia, kto nie przyniósł książki - czy moja ulubiona Młoda Gniewna, czy Lechu, który mnie irytuje na każdym kroku. Tu nie Orwell, by jedne świnie były równiejsze od drugich.
Jaki jest efekt po pierwszym tygodniu? Najlepiej w pierwszej klasie, ale to było akurat do przewidzenia, bo uczniowie nie zdążyli nabrać nawyku, że w Zoo podręczniki są niepotrzebne. Tutaj po pierwszej akcji pokazowej na drugiej lekcji WSZYSCY mieli książki [a nie to, że jedna na ławkę...], z wyjątkiem Smrodka, który jednak usprawiedliwił się, że będzie ją miał pod koniec września, bo wtedy dopiero ojciec dostanie wypłatę. Przystałam na to z zastrzeżeniem, że jeśli po tym terminie dalej nie pojawi się podręcznik, to w dzienniku pojawi się jedynka - i to bez czekania, aż uzbiera się 5 minusów. W pozostałych klasach książki ma mniej więcej połowa, ale to już i tak spory postęp.
Nie wiem, jak sobie radzą nauczyciele innych przedmiotów, ale u mnie jest całkiem nieźle. Rozbawiła mnie w tej kwestii matka Lecha na wywiadówce, kiedy wystosowałam do rodziców moich muppetów płomienną mowę uzasadniającą zakupienie w tym roku szkolnym dzieciom podręczników. "No proszę, a syn mówił, że trzeba koniecznie tylko do języka polskiego, a o innych przedmiotach nie wspomniał...".
Hie hie hie...
Ja dla mnie: masz powolanie specjalne... i idzie Ci jak po masle i to znak, ze masz to powolanie nauczycielskie!
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judith
Powołanie specjalne - do pracy ze "specjalną" młodzieżą :)
UsuńKomentarz mamusi na koniec jest najlepszym podsumowaniem Twoich wysilkow. Znaczy jako belfer dzialasz swietnie. I oby tak dalej. Serdecznosci.
OdpowiedzUsuńNa komentarz mamusi mało nie gruchnęłam śmiechem. Czyli się mnie jednak skubańcy trochę boją :)
Usuńznaczy dobrze im tak! :)
Usuń