Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 22 września 2012

Oczko się zepsuło temu smoku...

    Jakiś czas temu [tu w ramach uczciwości muszę przyznać - znaczny czas temu...] coś mi wleciało do lewego oka. Zajęłam się intruzem tak, jak Seniorka uczyła, czyli napełniłam szklankę wodą po brzegi, nachyliłam nad nią głowę i mrugałam felernym ślepiem po powierzchni cieczy, aż nie odniosłam wrażenia, że już po wszystkim. Następnego dnia jednak po przebudzeniu znów czułam coś pod powieką, ale owo coś przestało mnie uwierać w ciągu dnia, w miarę jak się oko "rozmrugało". Sytuacja powtarzała się co jakiś czas [nie częściej, niż 2-3 razy w tygodniu], nie była jednak uciążliwa, bo trwała najwyżej kilka minut po wstaniu z łóżka, a potem dyskomfort przechodził. Pomyślałam, że jednak coś mi tam siedzi, ale ponieważ ani nie bolało specjalnie, ani nawet codziennie - to doszłam do wniosku, że zajmę się tą sprawą, kiedy będę szła do optyka wymienić okulary [a noszę się z tym zamiarem co najmniej od czerwca - niestety, na przeszkodzie zawsze staje mi permanentny brak funduszy].
    Woziłabym się z tym kolejne miesiące, gdyby nie ostry ból w lewym oku po przebudzeniu w środę. To już nie było "uwieranie", ale uczucie, jak by mi ktoś wbijał pod powiekę cieniutką, ostrą igłę. Oko się spłakało, zrobiło czerwone jak u małpki ujaranej zielskiem, ale w końcu po staremu się "rozmrugało". Dotarło do mnie, że bez okulisty jednak się nie obejdzie - tyle że sami wiecie, jaki napięty grafik miałam ostatnio w związku z robieniem de facto na dwóch nauczycielskich etatach. No nic Smoku, jakoś musisz do przyszłego tygodnia dać radę...
    No cóż, moje oko zdecydowało inaczej. Ból powrócił w środę na zajęciach z Amerykanką, a potem było już tylko gorzej. Noc miałam praktycznie nieprzespaną, bo najlepiej czułam się z otwartym ślepiem - natomiast każdy ruch powieką powodował wbijanie się znajomej mi już igły. A weź tu śpij z otwartym okiem! Na dodatek w czwartek miałam aż 6 lekcji [nie mogłam bez uprzedzenia na nie po prostu nie przyjść - nie zrobiłabym tego Wicedyrze], a po południu zebranie z rodzicami, na którym musiałam się stawić bez dwóch zdań. Jedyną możliwością było dostanie się do lekarza w przerwie między skończonymi zajęciami w Zoo a zebraniem. Wynotowałam więc sobie z Internetu adresy przychodni oraz prywatnych gabinetów okulistycznych w okolicy Zoo z nadzieją, że gdzieś mnie przecież przyjmą...
    Tjaa... Po raz kolejny [bo pierwszy raz to pamiętna historia z gruźlicą] natrafiłam na niewzruszony opór lekarskiej materii. Okazało się, że dostanie się w moim mieście do okulisty bez wcześniejszego długiego okresu wyczekiwania w kolejce jest niemożliwe. W przychodniach państwowych dostałam opierdziel [w pierwszej - od recepcjonistki, w drugiej - od lekarki], że co ja sobie w ogóle wyobrażam, że tłum pacjentów jest umówionych, że same nagłe przypadki i co z tego, że bardzo boli. W gabinetach prywatnych wcale nie lepiej - nikt nie zgodził się mnie przyjąć od zaraz, najwcześniejsze, co udało mi się wytargować, to wizyta następnego dnia rano. Poradzono mi jednak, abym w takim razie zgłosiła się na SOR do dyżurnego szpitala, bo "z takim bólem to pani do rana nie wytrzyma" [no jak bym sama tego nie wiedziała...].
    Cóż było robić? Z okiem opuchniętym i sino-czerwonym, z którego nieprzerwanie lały się łzy, wróciłam do szkoły i przeprowadziłam zebranie. Potem spod Zoo zgarnął mnie Hipek i po krótkich, acz bardzo nieprzyjemnych odwiedzinach w Wojewódzkim Szpitalu Okulistycznym [skąd nas po prostu wygoniono, bo przecież nie mamy skierowania, a jakieś zasady muszą być...], wylądowaliśmy w końcu na ostrym dyżurze. Trzeba przyznać, że miałam tutaj sporo szczęścia [w końcu!]. Primo - do okulisty nie było akurat dużo ludzi, secundo - okazało się, że nic mi się w to oko nie wbiło [co podejrzewałam sądząc po tym koszmarnym bólu]. Fachowo nazywa się to erozja rogówki - prawdopodobnie tamten paproch pocharatał mi gałkę oczną i zostawił na niej ranę. Leczy się to kilka dni za pomocą maści i kropli, ale potem trzeba iść na kontrolę do okulisty i uważać, bo cholerstwo lubi nawracać.
     I tak to w piątek legalnie siedziałam sobie na L4 [o czym już wcześniej przezornie powiadomiłam Wicedyrę, żeby mogła rozpisać zastępstwa] - musiałam też niestety odwołać zajęcia z Amerykanką, przez co jestem 3 lekcje w plecy... Dziś już prawie nie boli, a w zasadzie tylko uwiera. Do poniedziałku będę zupełnie zdrowa.

    Na zakończenie tej historii jedna dygresja. Otóż rzecz jasna mój stan nie uszedł uwadze małpek, więc od rana uczniowie we wszystkich klasach pytali, co mi się stało w oko. Wiecie, jakie były ich typowe skojarzenia? "Psze pani, czy to ten pani narzeczony tak panią załatwił...?".
    No tak... Skoro kobieta chodzi z czerwonym i opuchniętym okiem, to w ich świecie musi oznaczać, że ktoś jej to oko podbił... Ale tego już im nie powiedziałam.

6 komentarzy:

  1. A weź nawet nie mów, z tymi lekarzami to jakaś porażka. Niby płacisz składki, powinnaś mieć dostęp do służby zdrowia, a jak przyjdzie co do czego, to się dostać nie można. Ostatnio chciałąm się zapisać do dermatologa-najbliższy wolny termin- za rok. No comment. Mam nadzieję, że przejrzał już Smok na oko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie k***ca trafia kiedy widzę, ile miesięcznie mi potrącają z pensji na NFZ - bo gdybym te same pieniądze wpłacała na ubezpieczenie w jakiejś prywatnej klinice, to miałabym opiekę full-wypas... A z okiem już prawie całkiem dobrze.

      Usuń
  2. a ja juz sie balem, ze oczko od zareczynowego szlag trafil i ze jakis bybel ci ten H (przez samo h :) wcisnal, a tu prosze...
    A propos lekarzy... mialem wczoraj okazje po raz pierwszy zwizytowac tutejszy szpital... I spedzic w nim ok 7 godzin.
    R mial operowana przepukline pepkowa, nic wielkiego, znaczy niewielka byla na szczescie ale tez w pore zoperowana. Kiedy siedzielismy w poczekalni na III pietrze, podeszla do nas pielegniarka i zaprosila R do pokoju... Tjaaaaaa....
    Poniewaz placi prywatne ubezpieczenie, otrzymal pokoj jednoosobowy (i nie byla to izolatka) z kanapa dla osoby towarzyszacej, wygodnym fotelem... Roznica pomiedzy tym pokojem a normalnymi, jest taka, ze w normalnych... sa 2 lozka. Tak, 2 a nie 8... Pan chirurg sprawnie sie zajal dolegliwoscia i o 16 R wrocil do pokoiku... o 18:30 bylismy juz w drodze do domu... Goi sie jak na psie.
    W sumie zabieg byl planowany z kilkumiesiecznym wyprzedzeniem, ale tylko dlatego, ze letnie temperatury nie pomagaja w gojeniu ran. Od momentu wejscia do gabinetu do wyjscia nie minelo 10 dni, z czego 5 zajelo potwierdzenie od ubezpieczyciela. Caly zabieg kosztowal ok 1200 euro...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet mnie nie denerwuj... Wiesz przecież sam, jak funkcjonuje polska służba zdrowia, bo Ty i Gienias swojego czasu też mieliście z nią przejścia. Oczywiście trafiają się wyjątki - casus Hipka i jego "raczego" leczenia, na które złego słowa od początku do końca nie można powiedzieć. Ale to jednak tylko wyjątki.

      Co do pierścionka - no gdzieżby bubel, skoro to mojej teściowej :) Oczko to akwamaryn, jak ustaliła seniorka. Osadzone pancernie, nie ma prawa wypaść.

      Usuń
    2. no coz, myslalem ze oczko w ''lapie'' smoka... no, ale jak widac o tamto oczko dbasz lepiej niz o swoje wlase... Erozja rogowki mowisz? Starzejesz sie Wacpanna :P... i ciesze sie z Twojego wyjatku :)

      Usuń
  3. Coz Smoczku, czlowiek cale zycie sie uczy....ludzi, nieprawdaz?
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń