Dziś będzie o szkolnictwie powszechnym w czasach kryzysu połączonego z dziurą budżetową w kasie miasta. I dla odmiany sprawa wcale nie będzie dotyczyła Zoo, choć - jak już wielokrotnie wspominałam - nasza sytuacja w tym roku szkolnym jest jeszcze gorsza, niż w poprzednim [ergo: wcale się nie zdziwię, jeśli znów trzeba będzie odwołać zajęcia z powodu mrozów].
Jedna z naszych polonistek, Kamila, w ramach łatania etatu pracuje również w pobliskiej podstawówce. Jest bardzo młodą nauczycielką [bardzo - czytaj: jeszcze młodszą, niż Smoczyca :)], zaczynała w Zoo, więc po raz pierwszy ma możliwość prowadzenia zajęć z tak małymi dziećmi. Trzeba Wam wiedzieć [mam tu na myśli tych spośród moich Czytelników, którzy nie są nauczycielami], że praca w szkole podstawowej zdecydowanie różni się od pracy w gimnazjum czy liceum. Nie chcę tu rozstrzygać, czy jest łatwiejsza, czy trudniejsza [bo to pewnie zależy od osobistych umiejętności belfra] - po prostu jest zupełnie inna. Na tym etapie kształcenia na dobrą sprawę bardziej liczy się wyrobienie w dzieciach pewnych nawyków, które będą im procentowały w przyszłości, a nie przekazanie konkretnej wiedzy [której - nie czarujmy się - po reformie systemu edukacyjnego zostało naprawdę niewiele...]. Mówiąc wprost, nauczyciel ma nauczyć dziecko, jak się ma skutecznie uczyć. Jeśli to się uda, to młody człowiek poradzi sobie, kiedy przyjdzie mu się już zmierzyć z konkretną wiedzą. Jeśli natomiast ten etap zostanie zawalony, to istnieje duża szansa, że na skutek braków i opóźnień w rezultacie trafi do placówki takiej, jak Zoo.
Ja nigdy do tej pory nie uczyłam w podstawówce, ale wydaje mi się, że kompletnie bym się do tego nie nadawała. Jestem pewna, że szlag by mnie trafił, gdybym na każdej lekcji była zasypywana gardem zadawanych całkiem na serio pytań w rodzaju: "Psze pani, a czy to trzeba na kolorowo? A czy może być zielonym?", "Psze pani, a co zrobić, bo wyszłam na margines?", "A mi się tu nie zmieści, co mam zrobić?", "Czy podkreślić temat?", "Mam zły numer lekcji, co teraz?" - i tak dalej, i tak dalej... Doskonale rozumiem, że te dzieciaki jeszcze nie wiedzą, co jest istotne, a co nie, więc moim psim obowiązkiem jest je tego nauczyć, ale obawiam się, że najzwyczajniej w świecie nie wystarczyłoby mi cierpliwości. Do tego trzeba by pamiętać o tak istotnych kwestiach, jak np. fakt, że Marysia jest pokłócona z Kasią [a więc nie mogą być w jednym zespole podczas pracy], a Kubuś nie lubi Jasia [więc jeśli siedzą za blisko, to się będą prali w trakcie zajęć]. Nie nie, dziękuję, postoję...
Kamila w ramach "odgadania się" serwuje mi różne kwiatki z życia swojej drugiej szkoły, ale dziś zwróciła uwagę na problem, którego genezą są koszmarne długi, w jakie popadło miasto. Magistrat tnie po oświacie bez miłosierdzia, a jednym z symptomów takiej polityki oszczędzania jest odgórny szlaban na nauczanie indywidualne. Dyrektorzy szkół mają zapowiedziane, że w kasie absolutnie nie znajdzie się na to ani złotówka i nie ma przy tym znaczenia, jak bardzo chore lub zaburzone jest dziecko. Musi stanąć na głowie i uczęszczać na zajęcia razem z kolegami w klasie - albo po prostu będzie powtarzało rok i koniec. A ponieważ żaden rodzic nie chce pozwolić, by pociecha miała opóźnienie, dzieciaki pakowane są na siłę do klas bez względu na to, co im jest. I tu zaczyna się prawdziwe piekło.
Czas na konkret. Kamila opowiadała mi o czwartej klasie podstawówki, w której uczy. Zwyczajna, państwowa szkoła, uczniowie z rejonu. W klasie jest ich 25, wydawać by się więc mogło, że nie aż tak dużo [choć ja uważam, że nawet w zwykłych szkołach klasy nie powinny być liczniejsze, niż 20 osób]. Wśród nich jednak na skutek zakazu indywidualnego nauczania znalazło się:
- czworo dzieci z bardzo wysokim IQ, laureatów olimpiad [rzecz jasna stosownych dla ich wieku]
- troje dzieci z ciężkim ADHD, które nie są w stanie usiedzieć spokojnie kilku minut bez zajęcia
- pięcioro dzieci nie mieszczących się w normie intelektualnej [ale jednocześnie nie na tyle upośledzonych, by kwalifikowały się do kształcenia specjalnego].
Pytanie za 100 punktów: jakim cudem przeprowadzić zajęcia jednocześnie dla geniusza i debila [mówiąc brutalnie] w taki sposób, by ten pierwszy się nie zanudził, a ten drugi miał szansę czegokolwiek się nauczyć? A w dodatku uważając, by któryś z nadpobudliwych gagatków nie wyskoczył w tym czasie przez okno? Jestem ciekawa, jak na to pytanie odpowiedzieliby urzędnicy magistratu. W normalnych warunkach przynajmniej część z tych dzieciaków pracowałaby z nauczycielem sam na sam, więc podczas zwyczajnych zajęć w klasie nie męczyłyby się ani one, ani ich koledzy, ani belfer. Ale warunkom daleko od normy, więc robi się cyrk.
Kamila stwierdziła, że po lekcjach przepracowanych w tej podstawówce, to ona przychodzi odpocząć do Zoo, bo z dwojga złego to już u nas jest normalniej. I niech to posłuży za pointę...
Widać Zoo nie takie straszne jak je malują...Ale tak na poważnie- szkoda słów komentarza. Po prostu ręce opadają, a ciśnienie się podnosi.
OdpowiedzUsuńAno. A mówimy przecież o zwyczajnej, rejonowej podstawówce.
UsuńNie wiem czy bardziej złościć się czy smucić na taki stan rzeczy. Za kilka lat moja córka pójdzie do szkoły, a ja już teraz martwię się, jak ta szkoła będzie wyglądała i czego nauczy moje dziecko. Idiotyczny, nastawiony na testy program nauczania, niedofinansowanie szkół, brak indywidualnego podejścia do uczniów, coraz mniej przekazywanej wiedzy, a coraz więcej indoktrynacji - to wszystko jest bardzo niepokojące.
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc, to gdybym miała dziecko, też bym się martwiła o to, że szkoła zrobi mi z niego przygłupa... [wybacz brutalność stwierdzenia]. Myślę, że rodzic, któremu zależy na jakości edukacji pociechy, może albo poszukać mu jakiejś naprawdę dobrej szkoły [czytaj - pewnie prywatnej...], albo uczyć dziecko na własną rękę w domu, o ile rzecz jasna czuje się na siłach.
UsuńCo na pewno jest do zrobienia, to dawanie dobrego przykładu [niech np. córa widzi, że rodzice czytają], oswajanie z kulturą, a przede wszystkim rozmawianie na rozmaite "naukowe" tematy. Dzieci z natury są ciekawe świata, więc dobrze jest to wykorzystać.
A tak w ogóle, to witam nowego Czytelnika :)
Nie jest to zbyt miłe, ale co zrobić, z roku na rok jest coraz gorzej. Kiedy ja miałam praktyki w podstawówce, a było to ładnych kilka lat temu (bodajże 2006 rok), sprawa nie wyglądała dużo lepiej. Moja nauczycielka miała w swoich klasach mniej więcej podobną sytuację. Teraz jest zapewne równie "ciekawie". Jak widać szkolnictwo stacza się po równi pochyłej i nie wiem czy cokolwiek jest w stanie to zatrzymać? Trochę szkoda, że nasz rząd tego nie rozumie...
OdpowiedzUsuńUważam, że jest taka sytuacja to po prostu skandal. Przecież cierpią na tym i te zdolne dzieci, które się uwsteczniają - i te z problemami, którym odbiera się w ten sposób możliwość nadrobienia zaległości.
UsuńW czasach kiedy studiowalem, a wiec w latach 90-tych, na scianie mojego instytutu (pedagogiki, a jakze) ktos namalowal ogromne haslo: CZLOWIEK RODZI SIE ZDOLNY. POTEM IDZIE DO SZKOLY. W tamtych czasach wydawalo mi sie niedorzeczne i glupie.
OdpowiedzUsuńZmienilem zdanie.
Haslo sie ''zaktualizowalo''. I to jest straszne.
Z drugiej strony ciesze sie, ze to wszystko mam za soba.
Pozdrawiam cieplo.
Widzisz, nigdy nie wiadomo, które słowa okażą się prorocze...
Usuń