Dawno zdaje się nie zdawałam Wam relacji odnośnie zwyczajnych, codziennych lekcji w Zoo. To, że nie donoszę posłusznie o każdym małpim wybryku czy chamskiej odzywce, to nie znaczy, że się z nimi nie spotykam. Po prostu w ciągu dwóch lat pracy w szkole dla trudnej młodzieży zdążyłam już się na to trochę uodpornić. Trzeba jednak pamiętać, że niemal każda lekcja to dla mnie kontakt z niewybrednymi wulgaryzmami [a wiecie, jak się czuje wrażliwa na piękno języka młoda kobieta po kilku godzinach wysłuchiwania wiązanek spod budki z piwem? - jak by ją ktoś wytaplał w błocie...], wybuchami złości, zmaganie się z postawami roszczeniowymi [bo przecież uczniowi wszystko się należy i wszystko mu trzeba podać na tacy...], nieustanne proszenie o ciszę i warunki umożliwiające przeprowadzenie zajęć, i tak dalej, i tak dalej. To i tak ledwie ułamek wszystkiego, z czym mam do czynienia. bo pominęłam tu zachowania agresywne wymierzone bezpośrednio we mnie. Trzeba przyznać, że te ostatnie zdarzają się dużo rzadziej, niż w pierwszym roku pracy w Zoo - tym niemniej jednak mają czasem miejsce. Wystarczy przecież, że któryś z delikwentów przyjdzie naćpany.
Ale dziś zaprezentuję Wam kilka sytuacji, które dadzą obraz typowej lekcji w 2B. Jest to notabene zespół, z którym ma problemy co najmniej kilku nauczycieli - w tym niestety ja. Otóż bardzo rzadko udaje się tam przeprowadzić w miarę normalne zajęcia, a zwykle jest to 45 minut użerania się z jednym czy drugim gagatkiem. To oczywiście zależy od składu osobowego, bo jest tam wyraźnie trzech chłopców [notabene - to w 100% męska klasa], którym jakiekolwiek normy społeczne latają zwiędłym kalafiorem i jeśli już przyjdą na lekcję, to tylko i wyłącznie z zamiarem rozwalenia jej. Ja dodatkowo zbieram żniwo poprzedniej polonistki, która im za bardzo pobłażała [o czym już chyba wspominałam].
Aby się niepotrzebnie nie rozgadywać, przedstawię kilka wyrwanych z różnych lekcji scenek, to szybko zorientujecie się, dlaczego ciężko się tam prowadzi zajęcia. Celowo nie komentuję - tę frajdę zostawiam Wam.
Wrzesień, pierwsza moja lekcja w tej klasie, więc chłopaków jeszcze nie znam. 15 minut po dzwonku wchodzi jeden łepek, kompletnie ignoruje moją obecność, za to od progu woła:
- Eeej, ma ktoś szluga?
Próbuję go przywołać do porządku, ale on traktuje mnie jak powietrze. Trwa to do momentu, gdy nie wyłapał z nauczycielskiego monologu, że nie wstawię mu obecności. Wtedy zaczyna się jazda...
- No jak to nie?! Przecież już jestem! W-f mieliśmy, piętnaście minut wolno się spóźnić!
- Pokaż mi taki zapis w Statucie Szkolnym.
- Ależ się pani sra, oszaleć można! Inni nauczyciele problemów nie robią.
- Nie obchodzą mnie inni nauczyciele, teraz masz lekcję ze mną. - mówię twardo.
- Ja pierdolę, co za baba!
- Twoje nazwisko?
Chwila ciszy i kiedy w jego mózgu zapaliła się lampka, że może jednak przesadził, wypala uradowany:
- RAMBO! - i na dowód swoich słów zaczyna udawać, że boksuje kolegę, a potem urządził sobie slalom wokół ławek i krzesełek, co skutecznie rozkłada mi kolejne 5 minut lekcji.
Mamy w szkole młodą, ładną studentkę pedagogiki na praktyce. Przyszła w trakcie lekcji po Krzysia - mieli do niego jakąś sprawę. Jego wyjściu towarzyszą gwizdy i wulgarne gesty jednoznacznie oznaczające stosunek seksualny, a po zamknięciu się drzwi jeszcze dobre kilka minut chłopcy zajmują się tylko komentarzami na temat tego, co też ich kolega będzie z panią pedagog robił. Po jego przyjściu rozlegają się oklaski i słychać pytania typu:
- No, jak tam było? Ciasną ma? Wilgotna była?
Omawiamy "Legendę o św. Aleksym", układamy plan wydarzeń, ja zapisuję punkty na tablicy, jednocześnie czytając je głośno.
JA: - Rozpacz rodziców Aleksego i jego żony...
RAMBO: - ... i jego dupy...
Odchodzę spokojnie od tablicy i notuję bez komentarza jego wypowiedź w kajeciku - małpki już wiedzą, że potem przepisuję na czysto te zapiski do Zeszytu Uwag. Chłopak próbuje więc ratować sytuację:
RAMBO: - No co, jakaś pani zacofana, tak się przecież teraz mówi.
JA: - Współczuję w takim razie twojej przyszłej żonie. Gdyby mój narzeczony tak o mnie powiedział, dostałby z pięści w twarz.
Ulubionym zajęciem Tomka - jeśli już przyjdzie na lekcję - jest zabawa zapalniczką, a w szczególności podpalanie różnego rodzaju kartek i ruloników. Nic sobie nie robi ze zwracanych mu uwag, bo należy do uczniów, którzy mają kompletnie wszystko pod małpim ogonkiem. Często mam wrażenie, że jest pod wpływem środków odurzających, ale rzecz jasna nie mam jak tego zweryfikować w myśl obowiązującego prawa. Nic dziwnego więc, że bardzo zainteresowała go postać św. Franciszka, kiedy przeczytałam Dekalog oparty na jego pismach.
JA: - Troszcz się o człowieka, o zwierzę, o zioło...
TOMEK: - Zioło? Heeeheeeeheeeee (tu nastąpił obleśny, kilkuminutowy rechot). Nooo, i gada z sensem! Sadzić, palić, zalegalizować! Jak mnie psy zgarną, to powiem, że św. Franciszek kazał szanować zioło!
I tak by można jeszcze długo, długo... Miłego wieczoru :)
Och, nie zazdroszczę takiej radosnej ferajny. Dlatego nie mam zamiaru podjąć pracy nauczycielki - powyduszałabym ich albo wprowadziła metodę linijka-palce.
OdpowiedzUsuńNo nie przeczę, że bywają dni, kiedy mam ochotę przynieść granat, wrzucić go do klasy, a potem szybko zamknąć drzwi i się oddalić... :P
UsuńU nas w gimnazujm był taki jeden gagatek, ale nie był aż tak rozbrykany jak te, które opisałaś. A potem już nie spotykałam się z takimi. Granat jest fajną koncepcją. Można by tak na prima aprilis zrobić tak z atrapą :D
UsuńMoja klasa to aniołki w porównaniu z Twoimi... A my jesteśmy specyficzną klasą... Gadamy na lekcjach, dość często... Mamy z lekka mówiąc olew na to, że ponad połowa jest zagrożona z matmy, a część także z innych przedmiotów... Przynajmniej nie widać, żeby ktoś się mocno tym przejmował...
OdpowiedzUsuńJak znam życie, to zaczniecie się tym przejmować przed Bożym Narodzeniem... :)
UsuńNiezły ten Rambo! Ale wizja dyskusji z policją o św. Franciszku to mistrzostwo! :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Alpha Centauri
Z Rambo są problemy głównie dlatego, że non stop gada i głupio dyskutuje [co skutecznie rozkłada lekcje], ale poza tym jest niegroźny. Gorzej z tym Tomkiem. Nie obraziłabym się, gdyby go rzeczywiście kiedyś zwinęli i za coś posadzili, bo to taki typowy młodociany ćpunek-cwaniaczek.
Usuń