Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 13 września 2012

American dream

    Jesteście pewnie ciekawi, jak tam moja nowa zagraniczna uczennica?
    Otóż - na całe szczęście - to zupełnie inny typ człowieka, niż Barbara. Przyjęłam to z ulgą, bo gdybym przy takim obłożeniu czasowym musiała skupiać się nie tylko na przekazywaniu wiedzy, ale jeszcze dodatkowo na pokonywaniu trudności emocjonalnych studentki, to zrobiłabym smoczą biedronkę. Dla niezorientowanych: byłby to Smok bezradnie leżący na pleckach i przebierający rozpaczliwie łapkami i skrzydełkami... Co tu dużo ukrywać, wygląda na to, że dowaliłam sobie niezły maratonik w kwestii ilości dziennie przeprowadzanych zajęć. Sytuacji wcale też nie poprawia fakt, że wszystkie trzy miejsca docelowe - czyli Pomarańczowa Jaskinia, Zoo oraz szkoła językowa - znajdują się w trzech odległych od siebie końcach miasta. Co prawda Hipek w tej sprawie pomaga mi jak może [a jak? To materiał na osobnego posta, który już wkrótce :)], ale i tak godzin dodatkowo straconych na dojazdy nikt mi w rachunku dobowym nie odda.
    Ale dość biadolenia, bo miałam pisać o nowej uczennicy. Otóż Marguerita jest Amerykanką po trzydziestce, mieszkającą w dodatku w Waszyngtonie i pracującą w instytucjach przy ichnim Ministerstwie Spraw Zagranicznych [ukończyła studia ze stosunków międzynarodowych]. Nie ma jednak na szczęście nic z typowej mentalności amerykańskiej, przez co rozumiem przyklejony do twarzy powierzchowny uśmiech [wiecie, to wieczne: "It's ok, I'm fine!"], traktowanie USA jako centrum świata oraz brak zainteresowania [i jednocześnie szacunku] dla czegokolwiek, co ma wartość historyczną, bo liczy się tylko "tu i teraz". W moim pojęciu jest zatem dość nietypową Amerykanką, ale to pewnie efekt tego, że ma polskie korzenie [dziadkowie ze strony mamy byli Polakami, którzy wyemigrowali do Stanów po wojnie z obawy przed komunistami] - a także tego, że bardzo dużo czasu spędziła w Europie. Marguerita jest więc fajną, kontaktową kobietą z ogromnym dystansem do siebie, z poczuciem humoru i sporą wiedzą ogólną. Nie śmiejcie się, ale to ostatnie ogromnie ułatwia mi pracę. O wiele łatwiej i przyjemniej prowadzić lekcje polegające w dużej mierze na konwersacjach z osobą, która jest oczytana w rozmaitych dziedzinach i interesuje się tym, co się dzieje na świecie - niż z kimś, kto generalnie o niczym nie słyszał i nie ma o niczym wyrobionego zdania. Do tego wszystkiego Marguerita ma zdrowo poukładane pod sufitem w kwestii ambicji: z jednej strony zależy jej na postępach, ale z drugiej nie traktuje porażek jako końca świata. Dla przykładu - we wstępnej rozmowie zauważyłam, że ma problem ze stopniowaniem przymiotników i przysłówków. Dzisiejsze zajęcia zaczęłam więc od rozpisania jej tego teoretycznie, potem godzinę wałkowałyśmy ćwiczenia gramatyczne, a na deser jeszcze dowaliłam jej kilka zadań ustnych wymagających porównywania różnych rzeczy [czego bez stopniowania zrobić się po prostu nie da]. Marguerita robiła początkowo masę błędów, ale to tylko dopingowało ją do pracy, pytała, kiedy czegoś nie rozumiała, poprawiała, dopóki nie było idealnie. Wszystko to w przyjaznej atmosferze, na zasadzie: "Skoro coś sprawia mi trudność - to znak, że trzeba jeszcze poćwiczyć". Uwierzcie, takie podejście ucznia to miód na uszy nauczyciela :) Jaka ulga po Barbarze, która zdążyłaby się trzy razy załamać, zdenerwować, a może nawet rozpłakać...
    Mogę zatem męczyć Margueritę, ile dusza zapragnie - co rzecz jasna z ochotą robię. Na zajęciach jest zawsze trochę rozmowy [a raczej - takiego kierowania konwersacją, by to ona się nagadała], jakiś dłuższy tekst i na jego podstawie różne ćwiczenia sprawdzające zrozumienie, a także wybrane zagadnienie gramatyczne. Wczoraj był to tryb przypuszczający, dziś te przymiotniki i przysłówki, a jutro uszczęśliwię ją aspektem czasownika [wiecie, dokonane v.s. niedokonane - zmora dla osób anglojęzycznych, bo u nich w ogóle czegoś takiego nie ma]. Wychodzimy zmęczone, ale nie UMĘCZONE, a to jednak duża ulga.
    Tym niemniej nie posiadam się z radości, że przede mną weekend...

3 komentarze:

  1. Można by powiedzieć: w końcu ktoś normalny :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano. Okazuje się, że nawet Dragonce czasem trafi się fajny uczeń :)

      Usuń
  2. A w Krainie Czarów rekord - aż trójka nowych Japończyków. Na razie katują ich w uniwersyteckim Studium Języka Polskiego - ciekawe, jak im pójdzie. Ponoć jeden z nich zdradza chęci do nauki polskiego (rzecz rzadka). A potem trafią w moje ręce... uch, do dziś wspominam rozpisywanie polskich imiesłowów po japońsku - w tym języku nie ma takiej części mowy, jak również 90 procent kategorii gramatycznych obecnych w polszczyźnie :) Chociaż przyznam, Manami była nietypowo zdolna, bo poza naszą i swoją mową znała jeszcze angielski i hiszpański w stopniu całkiem zaawansowanym (to już w ogóle unikat jak na Japończyka)

    OdpowiedzUsuń