Czyli - mówiąc po ludzku - mam kolejnego ucznia z zagranicy. Tym razem jest to Włoch, Carlo z Mediolanu, lat ok. 30. Szykuje się z nim ubaw po pachy, jako że delikwent jest na poziomie zerowym i mówiąc to mam na myśli zero absolutne, czyli niente :) Nic kompletnie nie umie po polsku, poza kilkoma bardzo przypadkowymi słowami. Przyznam, że jestem tym faktem dość podekscytowana. Miałam jak do tej pory rzecz jasna zajęcia z uczniami początkującymi, ale nigdy jeszcze nie zajmowałam się aż takim nowicjuszem. Zdaję sobie sprawę, że w takim razie spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność. Skoro jestem pierwszą osobą, która będzie pokazywać biednemu Carlo zawiłości polszczyzny, to zapewne w dużej mierze od tego, w jaki sposób to zrobię, zależy jego nastawienie do późniejszej nauki. Muszę zatem zrobić wszystko, by polski mu się spodobał i nie wydawał mu się za trudny do opanowania.
A zaczęliśmy naprawdę od samiutkiego początku, czyli od ćwiczenia wymowy polskich głosek. Z tego co widzę, to jak na razie najwięcej ma problemów ze zróżnicowaniem "ś" oraz "sz" - był więc maltretowany tradycyjnym ćwiczeniem na powtarzanie tzw. par minimalnych, czyli takich wyrazów, które różnią się jedynie tą konkretną, sprawiającą trudność głoską.
- Carlo, proszę powtórzyć za mną:
proszę prosię
kasza Kasia
szata siata
wiesz wieś
szał siał...
... i tak dalej :) Potem uczyłam go rozmaitych przydatnych na początku nauki zwrotów, które umożliwią mu poinformowanie mnie, że coś jest nie halo. Żałujcie, że nie widzieliście paniki w jego oczach, kiedy padło zdanie "Proszę powtórzyć"... Zdecydowanie głoski "sz" i "rz" są jak na razie dla niego nie do przejścia, ale też - jak przystało na Włocha - musi nauczyć się, że "c" w języku polskim to prawie zawsze jest tylko "c" i nic więcej. Ma z tym problem zwłaszcza na początku wyrazów i dlatego wychodzą mu kwiatki w stylu: "Ko to jest?" albo "Ko to znaczy?".
Podsumowując jednak całe dzisiejsze zajęcia, to Carlo zrobił na mnie bardzo miłe wrażenie. Mentalność ma chyba typowego południowca, ale w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Podchodził z dystansem do swoich pomyłek, dużo się śmiał, żartował i zdawał się nie przejmować za bardzo faktem, że te wszystkie polskie dźwięki mało nie zawiązały mu języka na supeł :) Z mojej strony to była bardzo przyjemna lekcja - mam tylko nadzieję, że Carlo ocenił ją tak samo, mimo że się nad nim trochę poznęcałam fonetycznie.
Oczywiście, ćwiczyć trzeba dalej, w końcu ćwiczenie czyni mistrza. Na następne zajęcia przygotowałam dla niego zestaw perfidnych "lingwołamków", czyli zdań zbudowanych specjalnie w ten sposób, by przyzwyczajać narządy mowy do charakterystycznych polskich głosek. Facet się chyba załamie... :) Dlaczego? A proszę bardzo...
- Carlo, proszę powtórzyć za mną:
Szczyt szczęścia usiąść na ścieżce i ściągnąć szczudła.
Szczery szczur wrzeszczał w ścieku na szczupaka.
Zmarszczony morszczuk wyszczerzył mściwie szczękę.
UPDATE
(na specjalne życzenie Seniorki)
No dobrze, ale w przypadku takich bardzo początkujących uczniów jak Carlo pojawia się pytanie: w jakim języku im tłumaczyć? Nowoczesna metodyka odradza posługiwanie się jakimś innym, wspomagającym językiem [zwykle jest to angielski]. Argumenty są takie, że jeśli lektor uparcie mówi tylko po polsku - nawet do zupełnie nierozumiejących go studentów - to tym bardziej motywuje ich [czytaj: po prostu zmusza :)] do szybszej nauki, a poza tym mieszkając w Polsce i tak są bez przerwy bombardowani językiem ze wszystkich stron, więc po co to przerywać? Z drugiej strony jednak dość ciężko wyjaśnić "nieznane przez nieznane", a już zwłaszcza zagadnienia gramatyczne. Bez pomocy dodatkowego, zrozumiałego dla obu stron języka zajmuje to bardzo dużo czasu, a poza tym powoduje u ucznia frustrację - no bo cholera lektorka napieprza coś w tym śmiesznym narzeczu, a ja nic nie rozumiem! A frustracja to groźne uczucie zwłaszcza na początku, bo może skutecznie zniechęcić do nauki w ogóle. Jak sobie w tej sytuacji radzi Smok? Ano stara się mimo wszystko jak najwięcej używać języka polskiego, ale czasem wytłumaczy coś po angielsku - najczęściej są to polecenia do zadań. Nie wyjaśniam jednak z założenia w ten sposób słówek, bo to w ogromnej większości przypadków można jakoś pokazać czy narysować.
Przy okazji rzecz jasna bywa zabawnie. Uczyłam Carlo zwrotów grzecznościowych. Standard na pierwszych zajęciach. Wiecie, pytamy: "Jak się masz?" - a odpowiedź pada: "Mam się świetnie/bardzo dobrze/dobrze/tak sobie..." itp.No i na obrazku w książce było napisane "Mam się fatalnie", a obok narysowane trzy zmartwione buźki na znak, że już gorzej być nie może. Carlo jednak chciał się upewnić, czy dobrze zrozumiał, więc zapytał przytomnie:
- Mam się fatalnie? Yyy... MASAKRA?
Oczywiście potwierdziłam z uśmiechem :)
Fajnie to opisujesz,
OdpowiedzUsuńchociaż raz w życiu mam okazję poczytać
jak to wygląda od strony nauczyciela :-)))
Dziękuję :)
OdpowiedzUsuńBycie nauczycielem wymaga bardzo dużo dyplomacji...
Ja również uważam, ze szczytem szczęścia jest ściągnięcie szczudeł ;) A ten szczery szczur to mógłby podarować szczupakowi!
OdpowiedzUsuńTo o ściągnięciu szczudeł - to o Dragonce, która wreszcie zdejmuje po całym dniu buty na obcasie [kiedy je włoży raz na ruski rok :)].
UsuńSzczepan Szczygiel z Mokrych Bystrzyc, przed chrzcinami chcial sie przystrzyc, wiec do szwagra pobiegl - Szwagrze! Przystrzyz grzywe mi, a jakze!
OdpowiedzUsuńDo innych moich ulubionych nalezy: ''Czy tata czyta cytaty z Tacyta? Cycata czyta cytaty z Tacyta''. Prosze-prosie, to dla mnie norma :)
Nie bądź taki mądry, Ty jesteś native speaker - a biedny Carlo...? W wersji jego książki dla nauczyciela są też gorsze wierszyki, ale trzeba dawkować przyjemności :)
UsuńA propos, znasz jakieś takie lingwołamki po hiszpańsku? Katowali Cię nimi?
A wiesz, ze mnie nie katowali? Nie wszywscy nauczyciele jezykow maja zadatki na sadystow :P, ale moge zapytac :)
OdpowiedzUsuńKoniecznie! I przepisz je tutaj :)
Usuń