Jak do tej pory miałam już cztery lekcje z Drybkiem, mogę więc już chyba bardzo ostrożnie i cichutko podzielić się z Wami wrażeniami. A te póki co [ODPUKAĆ!] są pozytywne...
Kiedy sekretarka szkoły językowej ostrzegała mnie przed tym uczniem, to nie pomyliła się z pewnością co do jednej kwestii - facet rzeczywiście pracuje koszmarnie wolno. Minie pewnie jeszcze trochę czasu, nim się do tego przyzwyczaję, bo jak do tej pory to przerabiamy na zajęciach tak z 1/3 tego materiału, który zaplanuję. Kiedy w domu przygotowuję dla niego ćwiczenia, to zawsze mi się wydaje: "Eee, to zadanko jest proste, machnie je w kilka minut, to trzeba by jeszcze jedno z tego samego zagadnienia..." - po czym okazuje się, że owo "proste zadanko" Drybek wałkował na wszystkie strony przez niemal kwadrans :). Takie tempo pracy spowodowane jest zarówno tym, że - tak jak mnie uprzedzano - wielu rzeczy nie pamięta, ale również jego skłonnością do drobiazgowego analizowania każdego przykładu tak, aby był pewny, że rozumie na 100%, dlaczego trzeba powiedzieć [czy napisać] właśnie tak, a nie inaczej. Wszystko pięknie, dopóki nie trafi się na jakiś wyjątek od reguły, których przecież w nauce języka [i to nie tylko polskiego] jest całe mnóstwo. Język rządzi się innymi prawami, niż matematyka - nie zawsze jest logiczny i przewidywalny, ponieważ ma to do siebie, że "żyje" razem z ludźmi, którzy się nim posługują. Bardzo często jest więc tak, że reguły regułami, ale jeśli z jakiegoś powodu duża część społeczeństwa zacznie używać danego słowa - nawet niepoprawnego! - to wkrótce ten wyraz łamiący zasadę stanie się dopuszczalny. I tak oto powstają wyjątki, z którymi biedne Drybki muszą sobie radzić :)
A Drybek kiepsko radzi sobie z sytuacją, kiedy czegoś nie ogarnia. Jeśli nie rozumie, to domaga się wyjaśnienia - ale gorzej, jeśli pomimo to dalej sprawa nie jest jasna. Wtedy zaczyna się irytacja, pretensje i złość. A uwierzcie, w gramatyce nie zawsze da się wszystko przejrzyście wytłumaczyć, a już zwłaszcza biorąc pod uwagę barierę językową. Tym niemniej zadowolenie klienta rzecz święta, więc muszę próbować i mieć nadzieję, że moje wyjaśnienia uspokoją zdezorientowanego ucznia. Miałam taką sytuację na poprzednich zajęciach, na których powtarzaliśmy aspekt czasownika, czyli kiedy używać form niedokonanych [np. robić, spać, uczyć się], a kiedy dokonanych [np. zrobić, wyspać, nauczyć się]. Dobre 15 minut spędziliśmy nad jednym przykładem, bo Drybek nie łapał, czemu akurat tam trzeba wstawić dokonany - twierdził, że uczono go inaczej. Nie wdając się w szczegóły chodziło o to, że poprzednia lektorka wytłumaczyła mu to trochę od innej strony [choć wychodziło w rezultacie na to samo], ale nim zorientowałam się w czym rzecz, to Szkot zdążył już się zdenerwować i lekko obrazić. No nic, mam nadzieję, że w końcu dałam radę przekazać mu to w na tyle jasny sposób, by go uspokoić. Zresztą, jeśli nie, to przed kolejnymi zajęciami na pewno się tego dowiem. Sekretarka zapewniła mnie, że jeśli cokolwiek wkurzy go na tyle, by miał ochotę się poskarżyć, to poleci z tym niezwłocznie i to prawdopodobnie do dyrektora całej szkoły językowej...
Nawiasem mówiąc Drybek rzeczywiście musi mieć tam opinię "trudnego przypadku", bo odkąd z nim pracuję, to nie ma dnia, by mnie ktoś o niego nie zagadnął w kontekście: "No i jak wam idzie? Czy wszystko w porządku?". Nawet szef po trzeciej lekcji pofatygował się osobiście do pokoju lektorów, żeby mnie zagadnąć na okoliczność, jak sobie radzę z nowym uczniem.
Ano jak dotąd radzę sobie, radzę :) Owszem, jest trochę nietypowy, ale wydaje mi się mimo to sympatyczny. Nie jest sztywniakiem, ma swoje zainteresowania i życie prywatne poza pracą, jest przy tym niezaprzeczalnie inteligentny. Jak na razie mam wrażenie, że komunikacja między nami nie szwankuje.
Na koniec w ramach anegdotki mam coś, co ostrożnie poczytuję sobie za plus. Jak może pamiętacie uprzedzano mnie, że Drybek ma awersję do prac domowych. Mimo to po drugich zajęciach ostrożnie zadałam mu kilka ćwiczeń, a ponieważ je odrobił, to i na kolejnym spotkaniu dostał zadanie. Tutaj jednak spotkała mnie niespodzianka. Otóż na kserówce było dużo zadań z tego samego zagadnienia, a ja poleciłam mu zrobienie dwóch, żeby nie poczuł się przytłoczony. Wiecie co? Nie tylko je odrobił [i to bezbłędnie!], ale też... machnął jeszcze trzy dodatkowe! Na szczęście również prawie dobrze [nie licząc kilku drobnych pomyłek], mogłam więc go całkiem szczerze pochwalić za pilność, zaangażowanie, ambicję - i co tam mi jeszcze przyszło do głowy :) Aby jednak nie zapeszać, "w nagrodę" tym razem oszczędziłam mu pracy domowej. Na weekend jednak już coś chyba wymyślę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz