Na szczęście jak do tej pory motywacja mu nie osłabła, czyli chce się uczyć, zadaje pytania i do swoich pomyłek podchodzi z humorem. Wiem jednak, że jeśli w najbliższym czasie nie będzie miał poczucia, że jednak robi postępy, to szybko się zniechęci i stwierdzi, że ten pieprznięty język nie jest jednak dla normalnych ludzi :) Zwolniliśmy więc na razie tempo: na zajęciach co najmniej połowa czasu poświęcona jest utrwalaniu tego, co już było, a nowe elementy wprowadzam bardzo ostrożnie i powolutku.
Lekcje zaczynamy zatem zawsze od "gimnastyki języka" - czyli ćwiczeń związanych z wymową. Darowałam mu na razie lingwołamki [Nie życz bicia ani bicza? Były tam barwne, wielokolorowe, brudne i wredne bobry? Bzyk, miś i Myszka Miki fika, bo ma bzika?], bo powtarzanie par minimalnych i tak sprawia mu wystarczająco dużo kłopotów. Wymowę - trzeba to przyznać - ma niestety koszmarną i tutaj też muszę bardzo dyplomatycznie decydować, co na razie puścić mimo uszu, a co bezwzględnie poprawiać. Z jednej strony bowiem nikt nie oczekuje, że nowicjusz będzie wszystko wymawiał perfekcyjnie jak rodowity Polak, więc pewien margines błędów jest dopuszczalny. Poza tym jeśli biedny Carlo będzie dostawał po łapach za każdy niepoprawny wyraz, to się zatnie i przestanie mówić w ogóle. Z drugiej jednak strony musi mieć sygnał, że coś jest nie tak [zwłaszcza, że może najzwyczajniej w świecie tego nie słyszeć!], więc powinien się starać dalej. Bezapelacyjnie natomiast punktuję te pomyłki, które zakłócają komunikację, a zatem uniemożliwiają zrozumienie, o jaki wyraz mu chodziło. Poza typowo włoskim "Ko to jest?" [zamiast "Co?"], o którym już wspomniałam, zaczyna mu się nakładać wymowa jedynego języka obcego, który jak do tej pory opanował, czyli angielskiego. Zaimek "my" w jego wykonaniu brzmi zatem
Co do tej pory zdążyliśmy już omówić?
- Podstawowe zwroty codziennego użytku potrzebne obcokrajowcom na początku nauki, czyli różnego typu: "Proszę powtórzyć", "Proszę mówić wolniej", "Nie rozumiem", "Ko..." - przepraszam - "Co to jest?" :).
- Zwroty grzecznościowe, powitania, pożegnania, jak się przedstawić, zapytać o samopoczucie.
- Liczebniki główne od 1-10 ["trzy" jak na razie jest dla niego nie do przejścia, a co do "dziewięć" i "dziesięć" twierdzi, że nie słyszy właściwie żadnej różnicy...].
- Odmianę czasownika "być", a także koniugację "-m/-sz", czyli czasowniki typu: "czyta-m/ czyta-sz", "pyta-m/ pyta-sz". Fajna, regularna sprawa, prosty schemacik... gdyby nie to, że Carlo upiera się przy "maj czytamy" oraz "oni czytadżą..."
A co u Drybka? Wiecie co, wydaje mi się, że chyba mnie polubił... Po czym wnoszę? Nie chcę zapeszać, ale:
- uśmiecha się, kiedy się ze mną wita
- odrabia grzecznie prace domowe [a sam uprzedzał, że przy poprzedniej lektorce zwykle ich "zapominał"...]
- ponieważ ostatnio znów miałam nawrót erozji rogówki [nawet Wam nie wspominałam - bo i po co, to już się robi Smoczy standard...] i na zajęciach siedziałam z okiem spuchniętym i cały czas łzawiącym, to kolejne spotkanie zaczął od wypytania, jak się czuję i czy już aby na pewno mnie nie boli.
Ogólnie jest dość miły, jak na niego oczywiście. A że ma w zwyczaju robienie dymów, jeśli tylko mu coś nie pasuje, to sama miałam okazję się przekonać. Otóż zmiana lektora wiązała się też ze zmianą terminów zajęć i wynikł na tym tle problem z wolną salą. Przez kilka lekcji błąkaliśmy się po różnych klasach, aż w końcu wpakowali nas do stałej, docelowej - w której jednak nie było wygodnego stołu, na którym Drybek mógłby się rozłożyć ze swoją baterią podręczników i słowników. Zgłosił po zajęciach w sekretariacie, że mu się to nie podoba. Sekretarka jednak nie zareagowała i kiedy następnym razem również przywitałam go przy tym samym małym, niewygodnym biureczku, mruknął w drzwiach "Tak nie będzie" - po czym poleciał z miejsca do dyrektora szkoły. W efekcie przydzielili nam jego starą klasę, do której jest przyzwyczajony, ale wiem od biednej sekretarki, że aby to było możliwe, musiała poprzesuwać i porobić jakieś dzikie kombinacje z trzema innymi grupami...
Lubię czytać Twoje opowieści o Smoczej pracy.
OdpowiedzUsuńNie nadaję się na nauczycielkę , a jeszcze uczyć języków....
Ciekawe ale niech inni to robią.
Charaktery ludzi są jednak bardzo ciekawe,
masz okazję do mnóstwa obserwacji zachowań... :-)))
Praca z ludźmi ma właśnie to do siebie, że jest bardzo ciekawa - nigdy nie wiesz, na kogo trafisz :) Na emeryturze będę o tym pisała książki.
UsuńTfu, jakiej emeryturze... Przecież jej nie dożyję :) :) :)
Z wymową polskich dźwięków przez obcokrajowców to faktycznie jest masakra - mój ojciec od ponad dwudziestu lat mieszka w Polsce, i wciąż nie załapał różnicy między "sz" a "ś/si" oraz "cz" a "ć/ci" i paroma innymi tego typu... Wie, że jakaś różnica jest, ale jej nie słyszy i nie wymawia, wszystko upraszcza do angielskiego "sh" i "ch", które są pomiędzy naszymi parami... :P
OdpowiedzUsuńO odmianie przez przypadki nie wspomnę. ;)
Muszę Cię zmartwić - jeśli nie ma muzycznego słuchu absolutnego, to nie będzie w stanie usłyszeć tej różnicy do końca życia. Jest taki ośrodek w mózgu odpowiadający za słuch fonemowy i niestety to coś kształtuje się do ok. 12 roku życia. Po tym czasie praktycznie niemożliwe jest, żeby ucho wyłapało nowe dźwięki związane z mową.
Usuńno to pozamiatane :) hahahahaha
Usuń