Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 25 lipca 2013

Porozumienie mózgów

    Zieeef... Rozkoszuję się czwartkiem, czyli w tym tygodniu roboczym jedynym Smoczym wolnym dniem. Tak, zgadza się, że są weekendy, więc nie powinnam w ogóle narzekać - ale przypominam zainteresowanym, że teoretycznie mam urlop, a zatem generalnie powinnam leżeć kołami do góry i "robić nic", ewentualnie latać i zwiedzać jakieś ładne miejsca. Ale to nie w tej pięciolatce :) Jest praca, to trzeba brać, czyż nie? Dziś przynajmniej mogłam sobie pospać leniwie do dziewiątej z Pumiskiem zwiniętym w kłębek u boku, a potem równie leniwie pójść na bazarek po owoce i warzywa. Teraz rozwaliłam się z kawą i korzystam z atmosfery ciszy i spokoju [przerywanej jedynie przez odgłosy Jej Wysokości, pastwiącej się nad nowym drapakiem], by napisać dla Was porządnego posta :) Ostatnim razem, kiedy charakteryzowałam Wam krótko moich wakacyjnych innastrańców, wspominałam, że trafiły mi się dość niezwykłe zajęcia z pół-Polakiem, pół-Ukraińcem - ale że to materiał na osobny wpis. No i właśnie :)

    Od kiedy współpracuję ze szkołą językową, po raz pierwszy moje macierzyste wykształcenie - filolog polski - okazało się wyraźnym atutem. Otóż wszyscy zatrudnieni tam lektorzy są filologami innych języków i zasadniczo uczą tam angielskiego, niemieckiego czy innego francuskiego, a polskim zajmują się niejako przy okazji, bo pokończyli odpowiednie studia podyplomowe. I tak na co dzień to oni są na lepszej pozycji jako "fachowcy od uczenia języków obcych" - gdy ja tymczasem jestem jednak bardziej historykiem literatury, niż lingwistą [przynajmniej z wykształcenia]. Aż tu nagle trafił się klient, który - poza tradycyjnym wakacyjnym kursem, czyli lekcjami z grupą do południa - zażyczył sobie dodatkowych zajęć indywidualnych po południu "w miarę możliwości z kimś, kto jest po filologii polskiej". No i na tym polu Smoczyca nadaje się idealnie :) Zadeklarował, że potrzebny mu solidny trening gramatyczny, ale co z tego w rezultacie wyszło, to sami zobaczycie.
    Witalij ma 38 lat i z pochodzenia jest pół-Ukraińcem, pół-Polakiem, ale jako że pochodzi z Kresów, to jego rodziną z powodów historyczno-politycznych rzucało po mapie tak często, że trudno w tym momencie dociekać, kto jest kim. Pamięta, że na pewno jego dziadkowie mówili wyłącznie po polsku, choć teraz z perspektywy swojego własnego wykształcenia wie, że była to bardzo zanieczyszczona gwara. Żeby było jeszcze ciekawiej, to od 20 lat mieszka w Kanadzie, a pracuje w USA. Kiedy natomiast zapytałam go, w jakim języku "myśli" [czytaj: kim się czuje], to odpowiedź też okazała się skomplikowana, bo to zależy od tematu. "Kiedy myślę o rzeczach związanych z życiem codziennym, to mam w głowie ukraiński z domieszką polskiego słownictwa. Ale jeśli przechodzę do spraw zawodowych, to myślę tylko po angielsku".
    No dobrze, to teraz zrobi się jeszcze ciekawiej [przynajmniej z mojej perspektywy]. Otóż Witalij jest doktorem slawistyki, a studiował między innymi... na Uniwersytecie Harvarda. Obecnie pracuje na jednym z amerykańskich uniwersytetów jako wykładowca języka rosyjskiego i niemieckiego. Możecie się domyślić, że kiedy to usłyszałam, to poczułam się w jednej chwili malutkim, głupiutkim Smoczkiem i miałam ochotę schować się pod stół. Kurna felek, gość jest po jednej z najlepszych uczelni na świecie, oprócz tego sam jest pracownikiem naukowym - a JA mam go uczyć?! No cóż, na to jednak wyszło...
    Witalij zażyczył sobie gramatykę, ale szybko okazało się, że z o wiele większym zaangażowaniem chłonął wszelkiego rodzaju dygresje literackie, historyczne i społeczne, jakie pojawiały się na zajęciach. Tradycyjnie każdą pierwszą lekcję z nowym uczniem zaczynam od poproszenia, by opowiedział mi coś o swoim życiu, zainteresowaniach i pracy - i o ile zwykle ten element zajmuje góra pół godziny i służy głównie nawiązaniu kontaktu i "przełamaniu lodów", to w przypadku Witalija skończyło się tak, ze przegadaliśmy niemal całe zajęcia [3 godziny!]. Można to nazwać "porozumieniem umysłów" - czyli generalnie w kwestiach zainteresowań naukowych, ale także poglądów trafił swój na swego. On zatem opowiadał mi o szkolnictwie w Stanach, a ja mu o pracy w Zoo [i żałujcie, że nie widzieliście, jak bardzo jego oczy robiły się okrągłe ze zdziwienia, kiedy słyszał o różnych małpich numerach :)]. Potem rozmawialiśmy o sytuacji politycznej na Ukrainie, o problemach związanych z mniejszościami narodowymi, ale też o procesach fonetycznych, gramatycznych i leksykalnych w językach - jak na dwójkę filologów przystało :)
    A jak wyglądały następne zajęcia? Możecie się śmiać, ale na prośbę Witalija... analizowaliśmy fraszki i treny Jana Kochanowskiego. Kiedy usłyszał, że mam specjalizację z literatury staropolskiej, zapytał, kogo w związku z tym uważam za najważniejszego twórcę polskiego z punktu widzenia języka - a ja, zgodnie z prawdą, bez wahania wymieniłam Janka z Czarnolasu i najwyraźniej opowiedziałam o nim w sposób tak zachęcający, że Witalij zapragnął zapoznać się z jego twórczością bliżej. Spodziewałam się, że tradycyjnie największym problemem okaże się XVI-wieczna polszczyzna, a tu nic bardziej mylnego, bo większość archaicznych wyrazów, niezrozumiałych dla współczesnego Polaka, używana jest do dziś w języku ukraińskim, więc nie stanowiły dla mojego ucznia żadnego problemu. Dla przeciwwagi na ostatnie spotkanie przytachałam mu Andrzeja Bursę - bo Witalij chciał z kolei poznać trochę słownictwa kolokwialnego czy wręcz slangowego. Tu nawiasem mówiąc również pomocne okazały się moje doświadczenia z pracy w Zoo. Oprócz tego poprosił, żebym mu przygotowała zajęcia na temat rzeczowników o nietypowej odmianie. Wałkowaliśmy więc różnego rodzaju kwiatki w stylu "sędzia", "hrabia", "przyjaciel", "rząd" czy "urząd" - ale do poczytania do poduszki wręczyłam mu 8 stron tabelki zawierającej WSZYSTKIE typy deklinacyjne, jakie tylko istnieją w języku polskim [a jest ich 146]. Cieszył się jak dziecko :)

    Wczoraj mieliśmy ostatnie zajęcia - i mówiąc wprost najbardziej żałuję, że nie mam technicznie jak kontynuować tej znajomości. Masochistycznie zawsze lubiłam rozmowy z ludźmi, którzy biją mnie na głowę wykształceniem i inteligencją, a tu w dodatku trafił się rozmówca nie dość, że interesujący się tą samą dziedziną, co ja, to jeszcze bardzo sympatyczny i z ogromną kulturą osobistą. Dostałam od niego wizytówkę, może więc uda się od czasu do czasu wymienić jakiegoś maila - ale szkoda, że nie siądziemy już i nie porozmawiamy.
    Na koniec Smok został poza tym tak pocukrowany, że jego uszy zrobiły się pąsowe. Dowiedziałam się generalnie, że się marnuję pracując w Zoo, bo po pierwsze jest to praca zbyt niebezpieczna dla tak wrażliwej osoby i nieodpowiednia dla kogoś tak kulturalnego, cierpliwego i miłego. Poza tym wyraził zdziwienie, że do tej pory jeszcze nie zrobiłam doktoratu, bo jestem stanowczo zbyt inteligentna, by mieć tylko magistra. I że gdybym mieszkała w Stanach, to załatwiłby mi u siebie asystenturę, bo przydałby się im na uczelni ktoś taki jak ja do prowadzenia zajęć z literatury i historii krajów słowiańskich.
    Jaaasneee... Fajnie brzmi :) A tymczasem należy się cieszyć, że przy takim poziomie bezrobocia nauczycieli w Polsce mam w ogóle pracę - i to jeszcze etatową. W dodatku taką, w której dobrze mi idzie i to bez względu na to, czy stać mnie na więcej, czy nie.
 
 

7 komentarzy:

  1. Smoczyco,asystentura w Stanach! Jedź!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tjaa... Zadzieram kiecę i lecę, biorę dzidę i idę :)

      Usuń
    2. Nie, no spokojnie, zabierz jeszcze cały Zwierzyniec ze sobą :). Tylko zrób to po moim urlopie :)

      Usuń
  2. A co ci szkodzi :) Jedz! Mag dobrze gada, dac jej wodkiiiiiii!!!!
    Cieszy mnie, ze nie tylko my cie tu doceniamy :) A prace bedziesz miala kiedys lepsza. Albo przywykniesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robalku, zejdźmy na ziemię... Po pierwsze to nie była propozycja pracy w dosłownym sensie, a bardziej na zasadzie "szkoda, że nie mam tam w Stanach na miejscu kogoś takiego, jak ty". Po drugie - toż to byłaby rewolucja, co z życiem tutaj, mało, że zawodowym, to prywatnym...? Ty wyjeżdżałeś z Polski z poczuciem, że nic Cię tu już nie trzyma. Moja sytuacja jest diametralnie różna.
      A co do Zoo - to już przywykłam :) Obiektywnie, to mi wcale nie jest źle. Pod warunkiem, że mnie kiedyś jakaś szalona Małpka nożem nie zaciuka :)

      Usuń
  3. Dragonko, cukrowanie Ciebie jest jak najbardziej zasłużone i wskazane!

    A myślę sobie, kto wie, może jeszcze kiedyś z Witalijem zasiądziecie do rozmowy. Życie pełne jest niespodzianek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi o to, że jak mi facet po Uniwersytecie Harvarda powiedział, że chciałby, żebym u niego pracowała, to naprawdę nie wiedziałam, gdzie mam oczy podziać...

      Mam nadzieję, że masz dar proroczy w takim razie. Strasznie bym chciała jeszcze z nim kiedyś porozmawiać.

      Usuń