Zgodnie z zapowiedzią - z połową lipca zostałam ostro zagnana do pracy w szkole językowej. W tym tygodniu miałam wolny tylko czwartek, w przyszłym będzie podobnie. I tak musiałam już zrezygnować z 10 godzin warsztatów gramatycznych, bo nie dałabym rady ich upchnąć. Oczywiście kasy szkoda, ale higiena pracy też jest ważna. Poza tym czy mi się zdaje, czy teoretycznie mam wakacje...? To pytanie było rzecz jasna mocno retoryczne :) Na co zatem zdążyłam się załapać?
1) Uszczęśliwiono mnie w ramach zastępstwa za inną lektorkę kilkoma godzinami ze Stephanie - doktorantką historii z Nowego Jorku, będącą dokładnie w moim wieku. Brzmiało fajnie, bo o wiele łatwiej prowadzi się zajęcia z ludźmi wykształconymi [jest o czym pogadać], a jeśli w dodatku zainteresowania są z tej samej dziedziny, co u mnie [historia!], no to zwykle jesteśmy w domu. Sekretarka ostrzegała mnie co prawda, żebym uważała na Stephanie, bo jest "cicha i wycofana", ale pomyślałam sobie, że przecież przerabiałam już podobny casus edukacyjny w poprzednim roku, więc chyba gorzej nie będzie. Tjaaa... Trafiła mi się uczennica inteligentna, bardzo pracowita i zmotywowana do nauki, ale mająca albo jakieś lekkie zaburzenia psychiczne, albo będąca świeżo po przejściu jakiejś kosmicznej traumy. Czym to się objawiało? W skrócie - wszystko było w porządku, dopóki ćwiczenia były mechaniczne, dotyczyły suchej, nudnej gramatyki czy słowotwórstwa. Gorzej, jeśli przechodziłyśmy do swobodniejszej komunikacji czy nie daj Boże tematów choć trochę zaczerpniętych z życia.
Podam Wam dość jaskrawy przykład, po którym szczęka walnęła mi z hukiem o ziemię - i rzecz jasna musiałam na biegu zmieniać wcześniej ułożoną koncepcję zajęć. Zgodnie z materiałem przewidzianym w podręczniku wprowadzałam jej słownictwo dotyczące cech charakteru i osobowości. Dopóki ciągnęłyśmy ćwiczenia teoretyczne, wszystko było w porządku, ale przecież chodzi o to, by nową wiedzę zastosować w praktyce. Poleciłam więc Stephanie, aby mi powiedziała, jakie cechy u ludzi ceni, a jakie ją denerwują. Dziewczyna najpierw tradycyjnie się zacięła [co samo w sobie nie było niczym niezwykłym, bo generalnie mówi bardzo powoli i cicho]... a potem najzwyczajniej w świecie wybuchnęła płaczem - i to takim, że musiała sięgnąć po chusteczki! Kiedy doszła do siebie na tyle, by móc w jakikolwiek sposób wytłumaczyć swoje zachowanie [bo rzecz jasna całkowicie zbaraniałam], stwierdziła, że bardzo ją stresuje mówienie o sobie, nie lubi tego robić i musimy zmienić temat. No kuuurza twarz, jak niby miałam to przewidzieć?! Powiedz, co cię wkurza u ludzi, normalne pytanie.Okazuje się jednak, że nie dla każdego...
2) Oprócz tego mam dwójkę przemiłych studentów na poziomie początkującym - Niemkę Sabinę [ale zamężną z Polakiem :)] oraz Carlosa z Meksyku. Oboje są młodzi, roześmiani, z dużym dystansem do popełnianych przez siebie pomyłek i zadający mnóstwo pytań. Świetnie się z nimi pracuje, choć niestety nasze możliwości swobodnego pogadania są mocno ograniczone ze względu na ich niskie zaawansowanie językowe. Ale i tak jest wesoło. Robią zresztą duże postępy, czego dowodem był test, który napisali na piątkowych zajęciach. Sabine nie zrobiła ani jednego błędu [niemiecka dokładność, hie hie hie...], natomiast Carlos osiągnął 37/50 punktów, co też jest przecież bardzo dobrym wynikiem. Był na początku trochę tym zmartwiony, bo - jak mi wyjaśnił - w Meksyku pułap zaliczenia testów zaczyna się od 70%, więc w swojej ojczyźnie z taką ilością punktów ledwo by zdał.
Tjaaa... A u nas na zaliczenie matury wystarczy nędzne 30%...
3) Jako wisienkę na torcie mam też indywidualne zajęcia z doktorem slawistyki będącym pół-Polakiem, pół-Ukraińcem, mieszkającym na stałe w Kanadzie, a pracującym w USA. Sama charakterystyka już brzmi ciekawie, co? Ale lekcje z nim to materiał na osobny post, zatem musicie uzbroić się w cierpliwość :)
A tak poza tym to przypominam, że we wtorek mam egzamin na mianowanego. Dziś właśnie zaczęłam naukę przepisów zawartych w Karcie Nauczyciela, Statucie Szkoły oraz innych arcymądrych dokumentach prawnych. Jakie to są pierdoły, to wiedzą tylko ci z moich Czytelników, którzy sami robili awans zawodowy...
Nooo to miłego lekturowania i trzymamy kciukasy we wtorek
OdpowiedzUsuńLektura pasjonująca, ja piórkuję... Ściągnęłam z netu listę pytań i próbuję układać sobie na nie odpowiedzi.
UsuńJa już zaciskam kciuki, a to że trzeba uczyc sie popierdółek, żeby dostać awans to chyba norma jak wszędzie ;]
OdpowiedzUsuńZakuć-Zdać-Zapomnieć. Generalna zasada :)
UsuńPowodzenia!
OdpowiedzUsuńAlpha Centauri