Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 18 lipca 2014

Kiedy "do", a kiedy "na"?

    Czemu siedzę cicho? Ano nie dzieje się nic takiego, co by mogło potencjalnie zainteresować mojego Drogiego Czytelnika. W Zoo jak wiadomo wakacje, a pierwsza połowa lipca w szkole dla obcokrajowców na razie świeci pustkami. Tzn. są jakieś grupy, ale nie na tyle, by dla mnie wystarczyło. Może sierpień będzie lepszy - jak to mawia Drybek: "widzimy" [w sensie: "zobaczymy" :)].
    Lekcje z Drybkiem mam nota bene bez zmian dwa razy w tygodniu, co jest jednym z czynników skutecznie blokujących mi jakiekolwiek dłuższe wyjazdy wakacyjne. Inna sprawa, że nie wiadomo, jak długo jeszcze nasze zajęcia potrwają w ogóle, bo pod koniec sierpnia kończy mu się kontrakt w Polsce. Najpierw pod znakiem zapytania było, czy dadzą mu następny z tej racji, że to już byłby trzeci i musieliby podpisać z nim umowę na czas nieokreślony. Zwodzili więc go tak długo, jak mogli, aż wreszcie zaproponowali mu stały kontrakt - tyle, że za mniejsze pieniądze. Szkot musi więc sobie dobrze przemyśleć, czy mu się to opłaca, bo alternatywą jest kolejna w jego życiu przeprowadzka do jakiegoś innego dzikiego kraju. No i tyle wysiłku włożonego w naukę języka polskiego poszłoby na marne :)
    Póki co katuję go bez zmian. Do połowy lipca wymyślanie tematów lekcji miałam z grubsza z głowy, ponieważ Drybek ma świra na punkcie piłki nożnej i połowę każdych zajęć gadał wyłącznie o mundialu.
Jedyną moją pracą domową zatem było orientowanie się, kto z kim właśnie grał, jaki był wynik, czy były karne, brutalne faule, albo gryzące Suarezy grasujące po boisku... Oczywiście gadał głównie Drybek, a moim zadaniem było umiejętne zadawanie mu pytań w taki sposób, by był zmuszony powiedzieć jak najwięcej. Raz tylko mu podpadłam, kiedy - przyznam, że dość niefrasobliwie - zapytałam, czy w związku z tym, że Szkocja nie bierze udziału w mundialu, to kibicuje Anglii. Prawie się na mnie obraził i stwierdził, że to mniej więcej tak, jak bym ja dopingowała Rosjan...
    A z kwestii bardziej neutralnych, to mieliśmy ostatnio powtórkę z przyimków, czyli kolejnej kwestii, w której niby są jasno określone reguły, ale zaraz pojawia się mnóstwo wyjątków wynikających z tzw. uzusu, czyli mojej ukochanej zasady głoszącej: "bo tak po prostu ludzie mówią i koniec".
    Uczę więc mojego Szkota,  że w języku polskim z nazwami wysp używa się przyimka "na" - a zatem lecimy na Islandię, na Madagaskar, na Grenlandię... Mój uczeń jednak jest osobą o bardzo dociekliwym umyśle:

    - Tak samo Anglia i Szkocja? - chciał wiedzieć.
    - Yyy... no nie. Powiemy do Anglii i do Szkocji, ale na Wyspy Brytyjskie.
    - Australia?
    - Yyy... też do Australii. - przyznałam.
    - To dlaczego tak?
    - Myślę, że to kwestia świadomości. Jeśli coś jest w mózgu Polaków jako wyspa, to jest "na". A jeśli coś jest bardziej jako kraj, to używają "do".
    Hmm... Nie wiem, co na takie tłumaczenie powiedziałby rasowy językoznawca [bo przypominam, że ja mam specjalizację z literatury staropolskiej :)], ale mnie to wydaje się całkiem logiczne :)

    Przy okazji zadałam Drybkowi moją ulubioną zagadkę:

    - John, popatrz na to. Mówimy, że jedziemy:

do Francji                                                                                                    na Ukrainę
do Niemiec                                                  ale                                            na Białoruś
do Włoch                                                                                                     na Litwę
do Czech                                                                                                     na Węgry

Czy wiesz, dlaczego?

    Drybek wyjął z kieszeni monetę, podrzucił ją i położył sobie z charakterystycznym gestem na ręce.
    - Stary Polak rzuca monetą. Prawa strona: mówi "do". Lewa strona: mówi "na".
    Jakkolwiek badzo podoba mi się takie wyjaśnienie, to tym razem akurat wytłumaczenie jest całkiem jasne:
    - No niezupełnie :) Popatrz, że te wszystkie kraje z "na" były kiedyś, w przeszłości, w jakimś sensie częścią Polski. I do tej pory język polski traktuje te państwa i Polskę jak jeden kraj. A kiedy coś jest częścią czegoś, to wtedy "na". Tak samo jest z dzielnicami w miastach.
    - Czyli żeby mówić dobrze po polsku, muszę znać historię? - zmartwił się Szkot.
    - Albo nauczyć się wyjątków... :)

2 komentarze:

  1. Przeczytałam z ciekawością i przynajmniej czegoś się dowiedziałam o języku polskim.
    Bardzo ciekawe :-)
    Nie wiedziałam ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do usług :) Jak widać - i gramatyka może być ciekawa.

      Usuń