Nie odzywam się, bo zaiwaniam w tej szkole dla innastrańców na pełny etat. Wychodzę z domu po 8, wracam koło 18, a potem trzeba się przygotować do następnych zajęć, Pumę podrapać za uchem, z Hipkiem pogadać... No i na pisanie postów nie zostaje już wiele energii aż do weekendu. I tak będzie jeszcze przez tydzień, bo potem zarządziłam sobie małe wolne, żeby się trochę porealizować towarzysko i rodzinnie.
Mam obecnie dwie uczennice - jedną rano, drugą po południu. Pierwsza to około 50-letnia przesympatyczna Niemka Regina. Jest na poziomie początkującym, ale - zgodnie ze stereotypowymi cechami swojej nacji - jest bardzo pracowita, dokładna i sumienna, więc szybko robi postępy. Mam z nią zajęcia jeden-na-jeden, więc znęcam się bez miłosierdzia [moja specjalność, hie, hie, hie], a ona posłusznie wypełnia pod moim kierunkiem kilogramy kserówek z zadaniami gramatycznymi, a także łamie sobie język na ćwiczeniach z fonetyki. Do tego jest uśmiechnięta, pogodna - słowem, pracuje się z nią w bardzo miłej atmosferze. Natomiast chyba będę zmuszona zweryfikować wszystko, co do tej pory mówiłam na temat Smoczej dyskalkulii, bo moje problemy z liczeniem to przy Reginie pan Pikuś. Wyobraźcie sobie wiekową, stateczną kobietę, inteligentną i jak najbardziej "na poziomie", która do tego stopnia nie radzi sobie z cyframi, że ma problem z odpowiedzią na pytanie, która jest godzina! Uczyłam ją, jak się w języku polskim określa czas. Oczywiście, łamała sobie język na polskich liczebnikach, ale to normalne, bo dla osoby niewyćwiczonej w słowiańskich dźwiękach wymowa słów "trzy", "sześć" czy nie daj Boże kwiatków typu "czterdzieści sześć" to horror, masakra i wyrafinowana tortura. Szybko jednak zorientowałam się, że to nie w wymowie problem, a w tym, że Regina nie kojarzy zupełnie, jakim "znaczkiem" zapisać dany liczebnik [czyli np. że znak "11" oznacza "jedenaście"]! A już dokonanie operacji myślowej przekształcającej godzinę 21:00 na "dziewiątą wieczorem" było zadaniem kompletnie przekraczającym jej możliwości. Muszę przyznać, że - przy całym współczuciu dla Reginy, bo taka dysfunkcja musi jej koszmarnie utrudniać życie - to patrzyłam na to zafascynowana, bo do tej pory czytałam jedynie o takich przypadkach dyskalkulii, ale nigdy nie miałam okazji zobaczyć czegoś podobnego na własne oczy.
Druga studentka - Amerykanka - to jeszcze większy ewenement. Gdybyście zobaczyli 25-letnią Janet po zmroku w ciemnej ulicy w nieciekawej części miasta, to albo zaczęlibyście uciekać, albo - przy gorszej kondycji - zrobilibyście szybki rachunek sumienia, czy macie w portfelu wystarczającą sumę pieniędzy, by owa dama się nimi zadowoliła i nie zrobiła wam krzywdy. Wygląda jak stereotypowa, młodociana gangsterka - względnie lesbijka typu "butch" [czyli "ta męska"]. Co przez to rozumiem? Posturę początkującego zapaśnika sumo, włosy długości 5 mm, kolczyki w różnych częściach twarzy [uszy, nos, brwi] dziary na rękach, dekolcie i łydkach oraz wyłącznie czarne ubrania. Do tego dołóżcie niski, męski głos oraz bardzo bezpośredni i nonkonformistyczny sposób bycia, objawiający się chodzeniem boso, żywą gestykulacją, głośnym śmiechem [przechodzącym w charakterystyczne "chrumkanie"] i - mówiąc delikatnie - nie przywiązywaniem jakiejś wyjątkowej wagi do higieny osobistej... Pytanie za 100 punktów: co taka urocza młoda dama robi w naszym pięknym kraju i dlaczego pragnie uczyć się języka polskiego? Otóż, Panie i Panowie, Janet jest rusycystką pracującą jako wykładowca na Uniwersytecie w Michigan i robiącą tam aktualnie doktorat ze współczesnej poezji rosyjskiej. Polskiego zaczęła uczyć się ledwo dwa lata temu, a już jest na poziomie B2/C1 - czyli wyższym, niż ja z angielskiego... Ma niesamowity słuch i zdolności językowe, dzięki czemu po rosyjsku mówi w taki sposób, że przeciętny Rosjanin nie jest w stanie zorientować się, że nie jest jego rodaczką. Co więcej - po polsku też mówi z charakterystycznym, wschodnim, śpiewnym akcentem oraz zębowym "ł".
Tłukę z Janet trochę gramatyki, ale głównie interesuje ją kulturówka, zatem np. całe ostanie zajęcia [4 godziny] oglądałam z nią najstarsze Kroniki Filmowe z lat '40 i '50. Rzecz jasna na pierwszy ogień puściłam słynny materiał o zrzuceniu stonki ziemniaczanej przez Amerykanów oraz filmik pod wdzięcznym tytułem "Amerykanie - GO HOME!", obrazujący, jak to podstępni imperialiści zza oceanu panoszą się w zachodniej Europie, siejąc zgniliznę moralną i wyzysk klasy robotniczej. Aż się spłakała ze śmiechu - i wcale jej się nie dziwię :)
Mam jakoś szczęście do nietypowych uczniów, prawda?
szukając trudnych słow do wymówienia dla moich kolegów czy koleżanek najwięcej trudności sprawia wyraz "sztućce" - co ja mówię o trudnościach, oni nie są wstanie tego z siebie wydusić. A jak idzie twoim z tym wyrazem..:)
OdpowiedzUsuńMasz rację - sztućce to masakra, ale też oczywiście jest tak, że różne nacje mają różne problemy z wymową. Dla anglojęzycznych tradycyjnie kłopotem jest "ś", "sz" oraz "ć", "cz".
UsuńOoo, a co powiesz na popularny i potrzebny wyraz "sprzątać"? :)
a muszę wypróbować przy pierwszej okazji...:)
Usuń