Myślę, że mam dla Ciebie dobrą wiadomość, Drogi Czytelniku. Jeśli przyzwyczaiłeś się do śledzenia perypetii moich osobistych Muppetów - np. Młodej Gniewnej, Lecha [tego z reakcjami emocjonalnymi na poziomie 5-latka] czy manipulującej rodzicami Patrycji - to mam przyjemność poinformować, że nie będziesz musiał się z tą całą czeredą żegnać. Po oddaniu trzeciej gimnazjalnej dostałam bowiem wychowawstwo w pierwszej klasie zawodówki, gdzie wylądowały prawie wszystkie Muppety, które szczęśliwie odebrały w czerwcu świadectwo ukończenia szkoły. Oczywiście dla mnie jest to bardzo dobra wiadomość, bo oznacza, że będę miała mniej roboty na początku. Gdybym dostała świeżutką, pierwszą gimnazjum, musiałabym zaczynać ostrą tresurę z całkiem nowymi uczniami. A tak - "moich" mam już wychowanych, a z kolei oni z pewnością pomogą mi ustawić resztę...
Przyznaję, że aby dostać tę klasę, robiłam podchody zarówno u Wiceszefowej, jak i u Głównej. Oznacza to, ze zarówno jedną, jak i drugą prosiłam o to wychowawstwo [choć używając innych argumentów] mając świadomość, że na zawodówkę ma również chrapkę informatyczka, Grażyna. Miała ona dokładnie taką samą motywację, jak ja, tzn. była wychowawczynią równoległej trzeciej gimnazjalnej i część jej podopiecznych również wylądowało w nowej zawodówce. Zdaje się jednak, że moje argumenty okazały się silniejsze. A jakież to argumenty? Zasadniczo - są dwa. Oficjalny [i tym Wice przekonała Główną] jest taki, że wychowawca-polonista będzie z racji ilości godzin częściej w tygodniu widywał swoją klasę, niż wychowawca-informatyk. W ten sposób uczniowie będą pod lepszą kontrolą. Drugi argument jest natomiast na tyle delikatnej natury, że nie został nawet wprost nazwany, ale w rozmowie w cztery oczy z Wice obie dokładnie wiedziałyśmy, o co chodzi. Otóż Grażyna jest - określając rzecz bardzo eufemistycznie - osobą dość trudną. Wynika to z jej sytuacji domowej, ponieważ jest żoną pijącego alkoholika i w związku z tym ma typowe cechy osoby współuzależnionej. Prywatnie jej współczuję, ale niestety cała sprawa rzutuje na zachowanie Grażyny w pracy, zarówno w odniesieniu do nas, nauczycieli, jak i do uczniów. Generalizując - informatyczka [zapewne w zależności od aktualnej sytuacji domowej] funkcjonuje między dwoma skrajnościami. Jest albo "duszą towarzystwa", wesołą gadułą śmiejącą się głośno na całe Zoo - albo przewrażliwionym kłębkiem nerwów, robiącym awantury o byle pierdołę. Jednym słowem, albo jest cukierkowa aż do zrzygania, albo jadowita i pyskata, jak poseł Pawłowicz.
Przekonałam się zresztą o tym na własnej skórze mniej więcej w połowie minionego roku szkolnego, kiedy to jej wychowankowie - gościnnie mający zajęcia w sali moich Muppetów - wymalowali markerami ławki. Próba interwencji u Grażyny [chciałam, aby pomogła mi namierzyć, kto dokładnie to zrobił i jako wychowawca spróbowała ich zmusić do wymycia ławek] skończyła się zrobieniem mi przez informatyczkę karczemnej awantury [sic!] z krzykiem i bluzgami - pod hasłem: "Jak śmiałam oskarżyć jej Bogu ducha winne dzieciaczki?!". Tjaa... Od tego czasu obchodzę Grażynę szerokim łukiem i nie rozmawiam z nią, jeśli naprawdę nie muszę. Jaki ma sens wdawanie się w merytoryczne dyskusje z kimś, kto ma emocjonalne problemy rzutujące na ocenę rzeczywistości...?
Wracam jednak do kwestii wychowawstwa. Nie ukrywam, że szkoda mi było moich Muppetów ze świadomością, że Grażyna miałaby być ich opiekunką od września - zwłaszcza, że uczyła ich w pierwszej klasie matematyki i wiem, że z ulgą przyjęli jej zmianę na Irenkę. W rozmowie z Wiceszefową jednak obie znacząco byłyśmy zgodne co do jednego - Grażyna ma jakoś wyjątkowo "dziwnego pecha" trafiać na trudne klasy. Tzn. tak się jakoś składa, że to jej podopieczni mają zwykle opinie najbardziej bezczelnych bandziorów. Trzy lata temu na jeden rok to miano przypadło co prawda mojej pierwszej gimnazjalnej [jeśli nie pamiętacie, z czym się tam zmagałam, to cofnijcie się do początków tego bloga...] - ale kiedy udało mi się Muppety postawić do pionu, to znów okazało się, że największe problemy są z klasą Grażyny. Co więcej - wiem, że w przeszłości [tzn. nim jeszcze rozpoczęłam pracę w Zoo] również jej wychowankowie nieźle dawali do wiwatu, skoro po dziś dzień część nauczycieli wspomina, jakie mieli z nimi przejścia. Oczywiście ani ja, ani Wice nie powiedziałyśmy tego wprost, ale sprawa jest niestety prosta - Grażyna ze względu na swoje problemy emocjonalne nie bardzo radzi sobie z trudnymi uczniami [a takich w Zoo nie brakuje]. Wykorzystują oni przede wszystkim jej brak konsekwencji i w rezultacie robią, co chcą. A pierwsza klasa zawodówki potrzebuje silnej ręki, bo jest to rokrocznie specyficzny twór, składający się w części z "naszych absolwentów" [czyli dzieciaków jako-tako już wychowanych], a w części z zupełnie obcych małpiątek. W tej drugiej grupie oczywiście są i normalne dzieciaki, ale najczęściej jednak takie, które wybrały naszą szkołę tylko dlatego, że żadna inna zawodówka w mieście ich nie chciała [bo my bierzemy w zasadzie każdego, jak leci...]. Dodać należy, że mamy tu już do czynienia z całkiem dorosłymi ludźmi, którzy oprócz nauki w szkole odbywają też praktyki w zakładach pracy - a zatem wychowawca ma na głowie również relacje z ich pracodawcami. Do tego wszystkiego potrzeba osoby silnej i zrównoważonej - a taką z pewnością Grażyna nie jest...
I tym sposobem to ja dostałam zawodówkę, a nie ona. Oficjalnie z tego powodu, że ona miałaby z całością klasy tylko raz w tygodniu zajęcia na godzinie wychowawczej [bo godzinka informatyki jest dzielona na grupy] - a ja, jako polonistka, będę miała aż trzy godziny [dwa razy polski plus wychowawcza]. Grażyna dostała pierwszą gimnazjum, w której nota bene niestety i ja będę uczyła, więc już przewiduję kłopoty. No ale trudno, mało to już świrów ustawiałam? Inna sprawa, że w mojej zawodówce będę musiała przywołać do porządku kilku rozpuszczonych bezczelniaków z trzeciej gimnazjalnej Grażyny. To też zapowiada się dość ciekawie, ale myślę, że mogę w tej sprawie liczyć na pomoc moich Muppeciątek.
Chętnie poczytam Twoje wpisy.
OdpowiedzUsuńA teraz wkładając kij w mrowisko:
ile procent nauczycieli ma większe bądź mniejsze problemy emocjonalne, które rzutują na ich pracę?
Pozdrawiam, Alpha Centauri
Nie widziałam nigdy żadnych statystyk na ten temat, ale zaryzykuję stwierdzenie, że ten procent jest podobny, jak w przypadku innych grup zawodowych, bo dlaczego miałoby być inaczej?
UsuńNa tym konkretnym przykładzie, czyli Grażyny - gdyby wykonywała jakikolwiek inny zawód, który wymagałby kontaktów z ludźmi, to przecież jej problemy emocjonalne też by na niego wpływały.
tak, wplywalyby, rowniez gdyby była biurwą w urzędzie, lub panią sprzedającą bilety do kina, prawda; ale dużo bardziej przykro na to patrzeć, gdy taki ktoś wychowuje innych (a przynajmniej z racji funkcji - powinien), stad też kij w mrowisko jest tym kijem, w rzeczy samej ;)
UsuńOk, punkt dla Soboty.
UsuńTylko tak myślę, że tego niestety nie sposób uniknąć. Nauczyciel jest człowiekiem jak każdy i tak jak każdy jest narażony na problemy w sferze prywatnej. I bywa, że nie wyrabia, bo nie jest cyborgiem.
Nie znaczy to, że chcę robić w ty momencie za adwokata Grażyny, bo sama jej nie trawię. Tyle, że rozumiem, skąd jej się takie zachowanie wzięło.
Kochana Dragonello, dużo siły i wytrwałości na cały ten rok Ci życzę :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
Dziękuję pięknie :) Ale jeśli będzie ciekawie - to znajdzie się materiał na posty...
UsuńMam wrażenie, że grono pedagogiczne w ZOO narzekać na nudę w żadnej sekundzie nie może, toteż o materiał na nowe posty jestem absolutnie spokojna - i, nawiasem mówiąc, czekam na nie z niecierpliwością :) Ciekawie będzie z całą pewnością - życzę Ci tylko tego, żeby Małpiątka nie dały się we znaki bardziej niż zwykle ;))
UsuńNo to w takim razie powodzenia w naprostowywaniu... oby Twoje Muppeciątka okazały się pomocne. :) Wytrwałości.
OdpowiedzUsuń