Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 3 września 2013

Niespodzianka

    Pierwszy dzień pracy w nowym roku szkolnym za mną. Jak było, to zaraz opowiem, ale najpierw chcę pokazać Wam, co takiego zobaczyłam po powrocie do Pomarańczowej Jaskini.
    Otóż - niczego niezwykłego się nie spodziewając, przekręcam klucz w obu zamkach [znak, że Hipek nieobecny, bo inaczej zamknięte byłoby tylko na górny]. Tradycyjnie łapię ręką Jej Wysokość, która wita domowników niczym najlepiej wytresowany Burek, miaucząc, ocierając się o nogi i nie pozwalając zdjąć butów bez odebrania należnych jej porcji głasków. Gdy tylko skończyłam pierwsze drapanie za uchem i podniosłam wzrok do góry, moim oczom ukazał się następujący widok:


 
    Hmm... Jak polecono, tak też Smok uczynił. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył kolejny drogowskaz:


    Po raz kolejny wykonałam polecenie, słusznie podejrzewając, że z racji niewielkiego metrażu Pomarańczowej Jaskini wkrótce dowiem się, co to wszystko znaczy. I rzeczywiście...


    Na kuchence stał garnek z jeszcze ciepłym, pachnącym i - jak się niezwłocznie okazało - przepysznym Bigosem a'la Hipek.


    I co Wy na to? :)


    No dobrze, a jak w Zoo? Ano spokojnie - pierwszy dzień to zwyczajowo same zajęcia organizacyjne, więc bez nerwów i stresu w klasach, które już mnie znają. Popisywać lubią się tradycyjnie nowi uczniowie, ale w tej kwestii tym razem czekała mnie niespodzianka. Miałam dziś bowiem dwie lekcje z pierwszą klasą gimnazjalną - którzy, jak Wam wspominałam, mają być pod opieką Grażyny - i jak na razie refleksję mam jedną: mam nadzieję, że ich informatyczka nie zmarnuje... Grzeczne, lekko wystraszone dzieciaczki, wszystkie wyposażone w zeszyty i długopisy [a niektóre nawet w piórniki z kolorowymi cienkopisami!], karnie notujące i nie odzywające się bez pytania. Widać wylądowały w Zoo nie z powodów dyscyplinarnych, tylko dlatego, że po prostu były słabe i nie radziły sobie w gimnazjach o standardowych wymaganiach. Widać to zresztą było, kiedy pod koniec pierwszej lekcji - po omówieniu moich wymagań i zapisaniu listy lektur - poprosiłam, żeby opowiedzieli mi coś o sobie. Pół biedy, jeśli trafiło na chłopaka, bo płeć męska w tym wieku zwykle jednak interesuje się sportem, więc zawsze można takiego delikwenta trochę za język pociągnąć [Grasz w piłkę nożną? A na jakiej pozycji najchętniej? A którego piłkarza podziwiasz?]. Bywa jednak niestety tak, że małpiątko nie ma kompletnie nic o sobie do powiedzenia...:

JA: Twoja kolej, Laura. Powiedz nam coś o sobie.
LAURA: Yyy... Ale co...?
JA: Co na przykład lubisz robić w wolnym czasie?
LAURA: Siedzieć na fejsie...
JA: Dobra, a gdybyś przyszła do domu i by się okazało, że jest awaria Internetu...?
LAURA: To wyjęłabym komórkę i weszła na fejsa.
JA [nie daję za wygraną]: Ok, a jakiej muzyki słuchasz?
LAURA: A bo ja wiem...? Wszystko jedno, co tam leci, byle nie za głośno.
JA [chwytając się ostatniej deski ratunku]: A co najbardziej lubisz jeść?
LAURA: Eee... Nie wiem. Ja mało jem. Sałatę może? Taką zieloną...

    I weź tu pogadaj z taką...
    Na drugiej godzinie miałam tylko jeden mały zgrzyt, ale istnieje szansa, że się rozejdzie po kościach. Zrobiłam im wstęp do fonetyki - elementarne sprawy, podział wyrazu na litery, głoski i sylaby. Najpierw teoria, definicje, a potem ćwiczenia praktyczne, w ramach których małpki podchodziły kolejno do tablicy. Jedni robią lepiej, drudzy gorzej, aż w końcu przyszła kolej na Marcina, który stwierdził, że nie podejdzie i już. Proszę najpierw żartem, potem już na poważnie, ale on nie, nie i już. Postawiło mnie to w głupiej sytuacji - rozumiecie, pierwszy dzień zajęć w nowej klasie i pierwsza sytuacja, w której delikwent otwarcie, stanowczo odmawia wykonania mojego polecenia. Doświadczenie uczy mnie, że nie wolno mi na to machnąć ręką, jeśli chcę mieć opinię osoby stanowczej, z którą trzeba się liczyć. Powiedziałam więc Marcinowi bardzo spokojnym tonem, że jeśli nie podejdzie do tablicy, to będę mu musiała postawić jedynkę, a ponieważ naprawdę nie chcę tego robić - i to w dodatku na pierwszej lekcji - to mimo wszystko jednak proszę, żeby wykonał moje polecenie. W odpowiedzi chłopak wzruszył ramionami i położył się na ławce, a ja, chcąc nie chcąc, wstawiłam mu gałę [ale ołówkiem].
    Po skończonych zajęciach podeszłam do niego na korytarzu i zagadnęłam życzliwym tonem:

JA: Marcin, co się stało? Dlaczego nie chciałeś podejść?
MARCIN: A bo ja nie lubię chodzić do tablicy. I nie będę chodził.
JA: Rozumiem, ale szkoda tej jedynki...
MARCIN: No szkoda, trudno.
JA: To wiesz co, mam taki pomysł. Jutro też mamy polski - na samym początku zajęć siądziesz przy moim biurku, a ja dam ci kartkę z przykładami tego typu, jak na lekcji. Jeśli je zrobisz, to skreślę ci tę jedynkę. Umowa stoi?
MARCIN [lekko zdziwiony]: No stoi...
JA: Cieszę się. Chłopie, ja cię tu nie chcę na chama jedynkować, tylko chcę, żebyś umiał. To do jutra w takim razie i powtórz sobie wszystko porządnie.

    Tjaa... Mam nadzieję, że Marcin się pojawi, a nie będzie robił uniki. Jeśli zwieje, to poprawię jedynkę długopisem.

16 komentarzy:

  1. Ciekawa jestem, czy będzie. Stawiam na to, że jednak tak. Pięknie go podeszłaś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z tym może być różnie. Przynajmniej dostał szansę i może wyjść z twarzą.

      Usuń
  2. Może o coś innego chodziło ??
    Ma krzywe nogi i dlatego nie podchodzi?
    A swoją drogą to podziwiam Ciebie...
    Ja się nie nadaję na nauczycielkę :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po korytarzu poruszał się normalnie. Obstawiam, że ma problem z pisaniem i się tego wstydzi.
      Dzięki za miłe słowa :) Ale to dobrze, że nie wszyscy się nadają na nauczycieli - bo i tak o pracę ciężko :)

      Usuń
  3. Podziwiam Cie, masz niesamowite podejscie do uczniow ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - choć jak widać po moich przygodach w Zoo, to z tym podejściem różnie bywa.

      Usuń
  4. Chyba zacznę obchodzić okoliczne bagniska, żeby znaleźć takiego kochanego ssaka błotnego, co by mi bigosy gotował :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yyy... Tylko ja swojego nie znalazłam na na bagnach... :)

      Usuń
  5. Dobry bigos, doooobry :) u mnie od jutra fasolka po bretonsku, czyli duzo miecha, fasoli, pomidorkow i co tam sie jeszcze nawinie pod reke :)
    Uprzejmnie donosze, ze na obrazku (zdjecie z garem) jest ''blad''. Od kiedy w Twojej obecnosci mowimy ''smacznego'' a nie SMOCZNEGO?
    Cholera, zachcialo mi sie bigosu... a mam tylko jeden sloik niemieckiej kapusty kiszonej... moze zrobie jedno i drugie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie czepiaj się Hipa, nie musi znać KANIONU :) Ważne, że bigos wyszedł przejedwabisty. No i już go nie ma :)

      Usuń
    2. Ja sie nie Hipa czepiam, tylko ''smoczej ortografii'' :) A bigos jak juz wyszedl, to go rzeczywiscie nie ma. I po CHLORELLE bylo robic? XD

      Usuń
    3. Wyszedł, ale może wróci? Jak Hipek znów będzie miał wenę kulinarną. Póki co dziś Smok ma w planach popełnić sernik, bo goście się zapowiedzieli na popołudnie.

      Usuń
    4. Wlasnie sie skonczylo pierwsze gotowanie. Mojego pierwszego bigosu w Hiszpanii :) Skladniki polsko-niemieckie. A nie, przepraszam, wolowinka, suszone sliwki, bekon - hiszpanskie. Kielbasa zywiecka,grzybki, przyprawy - polskie. Kapusta kiszona - niemiecka.
      Twoja wina...

      Usuń
    5. Moja? Racej Hipa :)
      Bigos na niemieckiej kapuście... Biedactwo, łączę się z Tobą w bólu...

      A mojego sernika już prawie nie ma. Przyszło dwóch chłopaków, usiedliśmy z Hipem, pograliśmy w planszówkę... i zniknął :) Odrobinka została na dziś do kawy.

      Usuń
    6. Kapusta choc niemiecka naprawde jest dobra :) nie badz typowa stereo :)

      Usuń
    7. Jakoś mi kapusta kiszona nie pasuje do Niemców... Co najwyżej piwo i tłuste mięcho.

      Usuń