Jestem w trakcie ogarniania mojej nowej, zawodówkowej klasy. Pierwotnie zapisanych było do niej 31 osób, ale dostałam oficjalne pozwolenie od Głównej Szefowej, by wstrzymać się z wpisywaniem listy do dziennika do połowy miesiąca. W trakcie rekrutacji bowiem przyjmujemy wszystkich jak leci, ale de facto nie mamy prawa pozwolić na rozpoczęcie nauki delikwentowi, który nie dostarczy nam umowy o praktykę podpisanej przez pracodawcę - a z tym to już bywa różnie. I tak w rezultacie w piątek wypełniłam tylko 27 rubryczek, co oczywiście nie oznacza, że ta liczba nie ulegnie zmianom. Znając życie przyjmiemy jeszcze kogoś w trakcie roku szkolnego [zwłaszcza po feriach zimowych - tych, którzy nie radzili sobie intelektualnie w innych zawodówkach], a także pozbędziemy się kilku pełnoletnich smrodów ze względów dyscyplinarnych.
Jednego potencjalnego kandydata do owej procedury już nawet mamy. Mam w swojej klasie niejakiego Artura, który jest nam już dobrze znany, jako że chodził tutaj do drugiej zawodówki, gdzie dał się poznać jako "kawał chama i żłoba" [cytując Wicedyrę]. A że przy tym jego "wybitne zdolności intelektualne" sprawiały, że w ogóle nie rokował na ukończenie klasy, to gdy tylko osiągnął pełnoletniość, wszczęliśmy procedurę jego usunięcia. Tu jednak Arturowi udało się wziąć Wicedyrę na litość i wyprosił egzaminy klasyfikacyjne, by móc z ich pomocą znaleźć się w trzeciej klasie i jednak skończyć szkołę. Rozumowaliśmy, że w ostatniej klasie uczniowie i tak przez większość tygodnia są na praktykach, a do Zoo przychodzą tylko na w-f i religię [czyli de facto ich nie ma :)] - nie będziemy więc mieli z nim kłopotu my, tylko co najwyżej pracodawca. Niech więc w takim razie chłopak skończy tę trzecią klasę, zda egzamin zawodowy i idzie w cholerę.
Artur - który ma możliwość otrzymywania renty po ojcu jeszcze przez kilka lat, ale pod warunkiem, że będzie gdzieś zapisany jako uczeń - okazał się jednak bardziej cwany, niż ustawa przewiduje. Po pierwsze z premedytacją oblał wszystkie egzaminy [zarówno klasyfikacyjne, jak i poprawkowe], by mieć legalnie jedynki i tym samym zapewnić sobie prawo do powtarzania roku. Następnie zadeklarował zmianę zawodu i przyniósł do szkoły świeżutką umowę od nowego pracodawcy. A ponieważ w takiej sytuacji z powodu zbyt dużych różnic programowych nie może kontynuować poprzedniego toku nauki, to musimy mu umożliwić zapisanie się do nas od nowa, czyli od pierwszej klasy! I tym sposobem wylądował u mnie przy wtórze zgrzytania zębów Wicedyry.
Jedyna nadzieja w tym, że pomimo sprytu Artur jednak nie będzie w stanie dać sobie na wstrzymanie i dostarczy nam powodu, byśmy go czym prędzej wywalili ze względów dyscyplinarnych. A jak na razie jest to całkiem realna wizja, bowiem od początku września minęły raptem dwa tygodnie, a on już zdążył podpaść czterem nauczycielkom, w tym mnie oraz Wicedyrze, która go uczy matematyki. Dostałam więc jako wychowawca prikaz, by pieczołowicie zbierać na niego wszystkie haki, a potem jak najszybciej wlepić mu nagany i rozpocząć procedurę dyscyplinarnego wydalenia.
Cóż takiego robi konkretnie? Ano jest wulgarny, bezczelny i uniemożliwia prowadzenie normalnych zajęć. Podam dla przykładu - co się działo u mnie na lekcjach. Otóż mam z nimi dwa razy polski pod rząd w poniedziałek. Na pierwszą godzinę przyszedł równiutko 14 minut po dzwonku i rzecz jasna domagał się nie przebierając w słowach, bym mu wpisała spóźnienie, bo przecież wolno mu się spóźnić do kwadransa, jeśli dopiero zaczyna lekcje. Mają co prawda wcześniej religię, ale on jest z niej zwolniony [ku niekłamanej radości Księdza Dobrodzieja]. Jak zawsze w takich przypadkach odparłam spokojnie, że niczego podobnego nie ma w Statucie Szkoły, za to jest zapis, że uczeń ma obowiązek stawić się na zajęciach punktualnie. Artur awanturował się jeszcze przez chwilę, po czym - upewniwszy się, że nie zmienię zdania - wyszedł z sali trzaskając drzwiami. Wrócił jednak na drugą lekcję [niestety...] i oczywiście robił wszystko, tylko nie to, co powinien - czyli gadał sobie w najlepsze z uczniami z sąsiednich ławek, nawet nie usiłując szeptać i kompletnie ignorując moje prośby, by zamilkł. Trzeba w tym miejscu dodać, że chłopak należy do tych erudytów, którzy nie potrafią skonstruować zdania, by nie znalazło się tam któreś z uroczych, zabytkowych polskich wulgaryzmów na "k" czy "ch". W finale lekcji okazał niezadowolenie wobec Patrycji [czyli mojego Muppeciątka, tego od manipulowania rodzicami], bo nie podobał mu się sposób, w jaki na niego patrzyła ["I czego się gapisz, kurwa? Pozwolił ci ktoś? A zajebać ci?!"].
Uroczo, prawda? No cóż, dajemy mu z Wice czas do połowy października. Wcześniej nie będziemy się go pozbywać ze względów finansowych. Poczekamy, aż urząd miasta przekaże nam finanse związane ze zgłoszoną liczbą uczniów, a jak tylko się to stanie, rozpoczniemy procedury pozbywania się najgorszych smrodów. Do tego czasu musimy się z Arturkiem przemęczyć.
Oczywiście - po jego pierwszym wybryku [rozwaleniu lekcji angielskiego] na prośbę nauczycielki wzięłam go na osobistą, dyscyplinarną rozmowę. Spokojnie i szczerze oświadczyłam mu, żeby wziął pod uwagę, iż jest pełnoletni, a zatem nie ma obowiązku kończyć szkoły i jeśli będą z nim problemy, to nikt się z nim patyczkować nie będzie. Poradziłam mu też, żeby popytał kolegów z klasy jeśli nie wierzy, że ja naprawdę wiem, jak doprowadzić do usunięcia ucznia, jeśli nie chce współpracować i sprawia zagrożenie dla reszty. Artur pokiwał głową, ale jak widać nie wziął moich słów na poważnie. No cóż... Jego wybór.
O kurczę, Dragonko... Jak Ty dajesz radę pracowac i nie tracić wiary w ludzkość?
OdpowiedzUsuńWychodząc z założenia, że jeden wrzód na tyłku nie może odpowiadać za ludzkość jako taką. A cała historia jest rozwojowa, cały czas w toku - będą o tym jeszcze posty.
Usuń