Dragonka ROCZKUJE.
A tak, właśnie - 14 października minął rok od opublikowania pierwszego postu na tym blogu. I jest to jedyna okazja, by dokonać małego podsumowania, co się tutaj przez ten czas zdarzyło.
Kiedy przeniosłam się ze zwyczajnego liceum do szkoły dla "młodych kryminalistów" i zaczęłam opowiadać krewnym i znajomym królika, co tu się wyrabia, to wszyscy przecierali oczy ze zdziwienia i chyba na początku nie bardzo mi wierzyli. Cóż, temu się akurat nie dziwiłam. Gdyby mi ktoś odmalował takie obrazki zanim przeniosłam się do tej placówki, to też bym pomyślała, że musi koloryzować, bo coś takiego nie może mieć miejsca w - bądź co bądź - państwowej szkole, opłacanej z podatków i mającej status normalnego gimnazjum. Wiecie pewnie z własnego doświadczenia, że ludziom bardzo często nie mieści się w głowie coś, o czym się na własnej skórze nie przekonali - tym bardziej, jeśli burzy im to misterny obraz rzeczywistości. Wszyscy chcemy wierzyć, że szkoła jest miejscem bezpiecznym, gdzie dzieciaki są po to, by zdobywać wiedzę, a nauczyciele - by im tę wiedzę przekazać. "Młodzi gniewni" czy przynoszenie na lekcję broni to gdzieś tam, daleko, za górami, za lasami, w Ameryce - ale przecież nie u nas, w mądrym, dobrze ułożonym, przesiąkniętym chrześcijańskimi wartościami społeczeństwie.
Tjaaa...
Do założenia bloga namawiało mnie kilka osób, a głównie Kasia [ta sama, która narzeka, że nie ma co czytać w pracy, jeśli długo nic nie opublikuję :)]. Chóralnie twierdzili, żebym napisała na ten temat książkę [co zresztą może kiedyś i zrobię, kiedy już przestanę tam uczyć i minie trochę lat - w końcu bohaterami tej jakże pasjonującej lektury byłyby żywe, konkretne osoby] - a jeśli nie, to powinnam moje zmagania uwiecznić w jakiś inny sposób.
Trzeba Wam wiedzieć, że zawsze byłam przeciwniczką blogów o charakterze osobistym, o czym zresztą kilkakrotnie w różnych postach wspominałam. Blog z założenia jest przestrzenią publiczną i teoretycznie może tu zajrzeć każdy, pisanie więc o swoim życiu prywatnym byłoby jak dla mnie wyrazem niezdrowego ekshibicjonizmu. Oczywiście jeśli ktoś tego potrzebuje, to mu wolno i niech to sobie robi - ja natomiast mam pewnien zestaw tematów, które poruszam tylko w wąskim gronie zaufanych osób i nie wyobrażam sobie, żeby się to miało zmienić. Powstał więc blog z założenia "profesjonalny", czyli dotyczący konkretnej sfery mojego życia - sfery zawodowej. Rzecz jasna robię odstępstwa [patrz wpisy o Jej Wysokości, o moich zmaganiach z nadmiarem kilogramów, posty zahaczające o politykę czy wreszcie ostatnio Bajka - najbardziej osobisty wpis na tej witrynie] - ilościowo jednak przeważają teksty dotyczące szkoły. I tak ma pozostać.
Jak pamiętają Ci z Was, którzy są tu od początku, pierwotnie blog wisiał sobie na onecie, ale z powodu niedogodności, jakie mnie tam spotykały, kiedy dwukrotnie portal zamieścił odnośniki do moich postów na głównej stronie, uznałam, że szkoda nerwów i przeniosłam się tutaj. O tym, jak do tego doszło, traktują dwa wpisy: Komentarz oraz wreszcie Przeprowadza. Na blogspocie mam względny spokój, bo z obcych czytelników trafiają się tu zwykle osoby, które same prowadzą blogi, a to jednak daje im pewnien dystans do tego, co tu czytają.
I tu przechodzimy do drażliwej kwestii... Wylewano już na mnie kubły pomyj z tytułu, że ochrzciłam szkołę mianem Zoo, a moich uczniów nazywam Małpkami. Jak to mogę skomentować? No cóż, przede wszystkim jestem przekonana, że Ci z Was, którzy zadali sobie trud przeczytania wszystkich [albo chociaż znacznej większości] moich wpisów, widzą, że te określenia nie wynikają z pogardy czy chcęci okazania swojej wyższości. Notabene - skoro to jest Zoo, oni są Małpkami, to kim JA jestem? Dozorcą? Treserem? Osobą zatrudnioną to sprzątania klatek? Wybór pozostawiam Wam :)
Skąd się wzięło to skojarzenie? Z bezradności, zdumienia i strachu, kiedy stałam na katedrze na jednej z początkowych lekcji [nie pamiętam już, w której to było klasie]. Sądząc po zachowaniu, nie miałam przed sobą grupki dzieci, tylko bandę dzikich, nieobliczalnych stworzeń: krzyczących, wyjących, skaczących po ławkach i nic sobie nie robiących z moich upomnień. Uwierzcie, w tym momencie naprawdę miałam wrażenie, że bryka przede mną stado małp. I pomyślałam: "Ja pierniczę, co to ma być? Zoo jakieś?!". I tak zostało...
Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że wytrzymam tam pół roku. Nie kończyłam resocjalizacji, tylko polonistykę, w dodatku pochodzę z tzw. dobrego, inteligenckiego domu - zderzenie więc z taką ilością agresji i ludzkiego nieszczęścia na raz było dla mnie delikatnie mówiąc szokujące. Obserwowałam u siebie objawy nerwicowe [problemy ze snem, napady lękowe, dolegliwości żołądkowe na samą myśl o tym, że mam iśc do pracy...], stawałam się drażliwa, płaczliwa. Na to wszystko nakładały się jeszcze problemy w życiu osobistym, bo musiałam wydostać się z szamba, w które wdepnęłam. Jesień i zima 2010 to był naprawdę ciężki okres w moim życiu.
Potem jednak zaczęło się powolutku zmieniać. Do szkoły jakoś przywykłam, a i dzieciaki dały mi względny spokój, bo przestałam być dla nich nowością. Poza tym - jak już wielokrotnie wspominałam - w Zoo pracują świetni ludzie, od pań woźnych po główną dyrekcję, którzy nie zostawili nowicjuszki na lodzie [na zasadzie - jak sobie nie radzisz, to zmień zawód], tylko tak mną pokierowali, że stopniowo zaczęłam ogarniać tę dżunglę. A pod koniec marca moje życie naprawdę wywróciło się do góry nogami, ponieważ poznałam Hipopotama. A spełniony osobiście Smok to Smok, który o wiele łatwiej radzi sobie z nawet najgorszymi problemami natury zawodowej.
I tak to się do dziś kręci. A teraz, moi Drodzy Czytelnicy, pozwólcie sobie podziękować za czas, jaki spędzacie ze mną oraz za komentarze, które zostawiacie pod postami. Lubię, kiedy do mnie piszecie, bo dzięki temu ten blog żyje, a ja widzę, że nie tworzę "sobie a muzom". Mam nadzieję, że dalej będziecie mnie odwiedzać, bo jaki sens miałaby moja pisanina, gdyby nikt tego nie czytał?
Na zakończenie - obiecany torcik. Smacznego - a raczej: SMOCZNEGO :)
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
niedziela, 16 października 2011
piątek, 14 października 2011
Moje święto
Zastanawiam się, jaką wymowę pownien mieć dzisiejszy post. Nie wiem, czy zauważyliście, ale dziś mija DOKŁADNIE rok od założenia tego bloga, wypadałoby więc dokonać lekkiego podsumowania, wnieść na stół tort i odśpiewać "100 lat". Ale oprócz tego z oczywistych przyczyn nasuwa mi się inny temat i po namyśle popłynę za nim, a post jubileuszowy dostaniecie za kilka dni. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie [tak naprawdę - nie macie wyjścia :)].
Jak mam nadzieję pamiętacie, mamy dziś Dzień Nauczyciela. Z tej okazji leżę całkiem legalnie bykiem w swojej pomarańczowej norce. Ustawowo to dzień wolny od zajęć dydaktycznych [czyli zwykłych lekcji], ale nauczyciele mają zapewnić opiekę dzieciom, które mimo to przyjdą na zajęcia. W praktyce organizacja 14 października zależy od polityki dyrekcji. Wiem, że podstawówki zwykle robią jakieś konkursy czy zawody sportowe, bo nie można jednak im całkowicie zamknąć placówki. Mamy w końcu do czynienia z naprawdę małymi dziećmi, a Dzień Nauczyciela to nie święto ogólnonarodowe i przecież rodzice normalnie pracują - ktoś więc musi się pociechami przez ten czas zająć. W liceach, zawodókach i technikach zazwyczaj nikt się nie wygłupia i szkoła jest zamknięta - choć jak wspominałam, zależy to od upierdliwości dyrekcji, bo np. w moim poprzednim miejscu pracy musieliśmy przyjść na kilka godzin i jeszcze zaplanować jakieś zajęcia, choć i tak wiadomo było, że NIKT z licealistów się nie pojawi, bo i po co, skoro nie ma obowiązku... W Zoo natomiast podchodzi się do sprawy racjonalnie: dyrektor w ciągu roku szkolnego ma do dyspozycji 8 dni, w których z dowolnych przyczyn może odwołać lekcje [w ten sposób notabene przedłuża się weekend majowy czy wolne w okolicach 11 listopada] - więc Główna całkiem legalnie zarządziła, że Święto Edukacji Narodowej będzie jednym z takich dni. I już, sprawa załatwiona, a Dragonka może całkiem spokojnie rozwalić się na narożniku z kotem na kolanach i kawą w łapie.
Ale nie o tym miało być - jak zwykle bawię się w przydługie dygresje. Chciałam dziś napisać kilka słów [już widzę Wasz ironiczny uśmieszek na twarzach - "ładne mi kilka..." :)] na temat istoty pracy nauczyciela i tego, dlaczego wykonuję ten zawód. A co mi tam, niech się zrobi pompatycznie i refleksyjnie. W końcu kiedy będzie na to odpowiedniejszy moment, niż dziś?
Bardzo często małpki pytają mnie, dlaczego jestem nauczycielem i robią strasznie zdziwioną minę, kiedy opowiadam zgodnie z prawdą: "Ponieważ tego chcę". "I jak to, naprawdę chce tu pani uczyć? Zwariowała pani?" - dopytują. Wtedy rzecz jasna uściślam, jak to się stało, że trafiłam do Zoo, ponieważ nie zwykłam kłamać i od początku mojej pracy postwiłam na szczerość wobec uczniów [jak do tej pory mi się to sprawdza]. Mówię im, że oczywiście nie sprawia mi przyjemności robienie za żandarma czy pilnowanie, żeby mi nikt sali nie zdemolował i że w takich chwilach jest mi naprawdę bardzo przykro i mam tam w środku duże poczucie krzywdy, że nie po to kończyłam studia, by słyszeć wyzwiska w swoją stronę. Natomiast owszem - bardzo lubię przekazywać wiedzę, tłumaczyć, opowiadać o świecie i to mogę robić tak długo, jak widzę, że uczniowie chcą słuchać i chociaż starają się coś załapać. Mówię im też, że jest to dla mnie wyjątkowe uczucie, kiedy obserwuję, że "zaskoczyło": udało mi się zainteresować tematem, wywołać emocje, albo gdy odpytuję za kilka dni z tego, co wyłożyłam - i słyszę, że uczeń zrozumiał.
Oczywiście, zupełnie inaczej pracowało mi się ze zwyczajną młodzieżą. Tutaj faktycznie nastawiona byłam głównie na wyniki - należało tak pokierować lekcją, by przekazać jak najwięcej konkretnych informacji, z których będą mogli zrobić użytek na maturze. Przynajmniej teoretycznie i ja, i oni cel mieliśmy wspólny, czyli jak najlepszy wynik egzaminu. Rzecz jasna idealnie było, jeśli przy okazji temat ich interesował, wtedy można było rozszerzyć podstawowy program o dodatkowe informacje, ale nie czarujmy się, nie zawsze tak było. Potencjalnie łatwiej zainteresować licealistów "Mistrzem i Małgorzatą" czy erotykami Tetmajera, niż np. "Bogurodzicą" czy "Kazaniami Sejmowymi" Piotra Skargi :)
W Zoo, jak bardzo prędko się przekonałam, kwestia tego, czy nauczę te dzieciaki czegokolwiek z tzw. podstawy programowej, jest naprawdę sprawą drugorzędną. Oczywiście niezmiennie próbuję to robić, prowadzić zwyczajne lekcje - zawsze jestem przygotowana, przynoszę materiały, kserówki, karty pracy, zdjęcia, piosenki, filmy i inne "czasoumilacze". Bywa, że trafię na spokojniejszy moment czy "optymistyczny" zestaw małpiątek, a wtedy udaje mi się coś wtłoczyć do ich mózgownic, odwykłych przecież od jakiegokolwiek wysiłku. Tutaj sukcesem pedagogicznym - i mówię to bez cienia ironii - jest np. fakt, że Bartek, który ledwo czyta [tzn. jest na etapie sylabizowania], pochłonął "Małego Księcia". Notabene - uśmiałam się ostatnio, kiedy zeszłam do biblioteki szkolnej po egzemplarz "Niemców". Otóż pani bibliotekarka stwierdziła, że jeśli zajrzy tu jakiś uczeń po lekturę szkolną, to ona już nawet nie pyta, z kim ma polski, bo wiadomo, że ze mną :) "Jak pani myśli? - spytała. - Oni naprawdę czytają te książki?" "Tak mi się wydaje. - odparłam. - Widać albo ich umiem zachęcić, albo zastraszyć. Wszystko jedno, efekt się liczy".
Będąc nauczycielem z Zoo czerpie się satysfakcję z każdej czwórki czy piątki, którą można postawić, bo małpiątko się nauczyło. Ba, nawet z każdego inteligentnego pytania związanego z tematem lekcji - bo jest to oznaka, że uczeń słucha i stara się zrozumieć. Albo ze stwierdzenia, że uczeń zimujący kilka lat w tej samej klasie wreszcie załapał, jak napisać rozprawkę.
A teraz cichutko - rzecz jasna, żeby nie zapeszyć - chcę się Wam czymś pochwalić. Otóż w jednym z Domów Kultury [z którego regularnie dostaję maile, bo mają mój adres jeszcze z czasów, kiedy pracowałam w liceum] organizowany jest konkurs recytatorski poezji współczesnej, adresowany do gimnazjalistów i uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Coś mnie podkusiło, podrukowałam więc przykładowe wiersze i zaniosłam dwóm dziewuszkom z mojej osobistej małpiarni. Wiecie co? Jedna z nich się zdecydowała :) [oczywiście, spróbuję zbałamucić jeszcze i tę drugą]. Sylwia - notabene to ta, która pytała, czemu jestem taka dziwna - ma kuratora za pobicie koleżanki w poprzedniej szkole [z której wyleciala do nas], a teraz będzie recytowała wiersz Andrzeja Bursy "Jaki miły i mądry facet...". Ma przedstawić dwa utwory, drugiego muszę jej więc jeszcze poszukać. Może macie jakiś pomysł na fajny wiersz do recytowania dla "młodej-gniewnej-agresywnej'? :)
Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby zdobyła jakąkolwiek nagrodę czy wyróżnienie. To mi zupełnie zwisa i powiewa. Najważniejsze, że popracuje nad interpretacją tekstu, nauczy się, a potem stanie na scenie i się zaprezentuje przed zupełnie obcymi ludźmi, którzy nic o niej nie wiedzą. Zobaczy, że można skupić na sobie zainteresowanie w inny sposób, niż wyzwiskami czy agresywnym zachowaniem. Będzie miała okazję poznać inne dzieciaki, które choć na co dzień żyją zupełnie innymi problemami, niż ona, to w tym momencie są przejęte dokładnie z tego samego powodu - bo mają WYJŚĆ I WYSTĄPIĆ. I nieważne, że Sylwia jest notowana na policji i ma rok w szkole do tyłu, a tamci są wzorowymi uczniami, których wszyscy głaszczą po główkach. Tu, na tej scenie wszyscy są tylko i wyłącznie AKTORAMI.
Mam tylko nadzieję, że jej się nie odwidzi. Wiecie co? Na czas jej występu to ja sobie chyba założę pampersa... :)
Jak mam nadzieję pamiętacie, mamy dziś Dzień Nauczyciela. Z tej okazji leżę całkiem legalnie bykiem w swojej pomarańczowej norce. Ustawowo to dzień wolny od zajęć dydaktycznych [czyli zwykłych lekcji], ale nauczyciele mają zapewnić opiekę dzieciom, które mimo to przyjdą na zajęcia. W praktyce organizacja 14 października zależy od polityki dyrekcji. Wiem, że podstawówki zwykle robią jakieś konkursy czy zawody sportowe, bo nie można jednak im całkowicie zamknąć placówki. Mamy w końcu do czynienia z naprawdę małymi dziećmi, a Dzień Nauczyciela to nie święto ogólnonarodowe i przecież rodzice normalnie pracują - ktoś więc musi się pociechami przez ten czas zająć. W liceach, zawodókach i technikach zazwyczaj nikt się nie wygłupia i szkoła jest zamknięta - choć jak wspominałam, zależy to od upierdliwości dyrekcji, bo np. w moim poprzednim miejscu pracy musieliśmy przyjść na kilka godzin i jeszcze zaplanować jakieś zajęcia, choć i tak wiadomo było, że NIKT z licealistów się nie pojawi, bo i po co, skoro nie ma obowiązku... W Zoo natomiast podchodzi się do sprawy racjonalnie: dyrektor w ciągu roku szkolnego ma do dyspozycji 8 dni, w których z dowolnych przyczyn może odwołać lekcje [w ten sposób notabene przedłuża się weekend majowy czy wolne w okolicach 11 listopada] - więc Główna całkiem legalnie zarządziła, że Święto Edukacji Narodowej będzie jednym z takich dni. I już, sprawa załatwiona, a Dragonka może całkiem spokojnie rozwalić się na narożniku z kotem na kolanach i kawą w łapie.
Ale nie o tym miało być - jak zwykle bawię się w przydługie dygresje. Chciałam dziś napisać kilka słów [już widzę Wasz ironiczny uśmieszek na twarzach - "ładne mi kilka..." :)] na temat istoty pracy nauczyciela i tego, dlaczego wykonuję ten zawód. A co mi tam, niech się zrobi pompatycznie i refleksyjnie. W końcu kiedy będzie na to odpowiedniejszy moment, niż dziś?
Bardzo często małpki pytają mnie, dlaczego jestem nauczycielem i robią strasznie zdziwioną minę, kiedy opowiadam zgodnie z prawdą: "Ponieważ tego chcę". "I jak to, naprawdę chce tu pani uczyć? Zwariowała pani?" - dopytują. Wtedy rzecz jasna uściślam, jak to się stało, że trafiłam do Zoo, ponieważ nie zwykłam kłamać i od początku mojej pracy postwiłam na szczerość wobec uczniów [jak do tej pory mi się to sprawdza]. Mówię im, że oczywiście nie sprawia mi przyjemności robienie za żandarma czy pilnowanie, żeby mi nikt sali nie zdemolował i że w takich chwilach jest mi naprawdę bardzo przykro i mam tam w środku duże poczucie krzywdy, że nie po to kończyłam studia, by słyszeć wyzwiska w swoją stronę. Natomiast owszem - bardzo lubię przekazywać wiedzę, tłumaczyć, opowiadać o świecie i to mogę robić tak długo, jak widzę, że uczniowie chcą słuchać i chociaż starają się coś załapać. Mówię im też, że jest to dla mnie wyjątkowe uczucie, kiedy obserwuję, że "zaskoczyło": udało mi się zainteresować tematem, wywołać emocje, albo gdy odpytuję za kilka dni z tego, co wyłożyłam - i słyszę, że uczeń zrozumiał.
Oczywiście, zupełnie inaczej pracowało mi się ze zwyczajną młodzieżą. Tutaj faktycznie nastawiona byłam głównie na wyniki - należało tak pokierować lekcją, by przekazać jak najwięcej konkretnych informacji, z których będą mogli zrobić użytek na maturze. Przynajmniej teoretycznie i ja, i oni cel mieliśmy wspólny, czyli jak najlepszy wynik egzaminu. Rzecz jasna idealnie było, jeśli przy okazji temat ich interesował, wtedy można było rozszerzyć podstawowy program o dodatkowe informacje, ale nie czarujmy się, nie zawsze tak było. Potencjalnie łatwiej zainteresować licealistów "Mistrzem i Małgorzatą" czy erotykami Tetmajera, niż np. "Bogurodzicą" czy "Kazaniami Sejmowymi" Piotra Skargi :)
W Zoo, jak bardzo prędko się przekonałam, kwestia tego, czy nauczę te dzieciaki czegokolwiek z tzw. podstawy programowej, jest naprawdę sprawą drugorzędną. Oczywiście niezmiennie próbuję to robić, prowadzić zwyczajne lekcje - zawsze jestem przygotowana, przynoszę materiały, kserówki, karty pracy, zdjęcia, piosenki, filmy i inne "czasoumilacze". Bywa, że trafię na spokojniejszy moment czy "optymistyczny" zestaw małpiątek, a wtedy udaje mi się coś wtłoczyć do ich mózgownic, odwykłych przecież od jakiegokolwiek wysiłku. Tutaj sukcesem pedagogicznym - i mówię to bez cienia ironii - jest np. fakt, że Bartek, który ledwo czyta [tzn. jest na etapie sylabizowania], pochłonął "Małego Księcia". Notabene - uśmiałam się ostatnio, kiedy zeszłam do biblioteki szkolnej po egzemplarz "Niemców". Otóż pani bibliotekarka stwierdziła, że jeśli zajrzy tu jakiś uczeń po lekturę szkolną, to ona już nawet nie pyta, z kim ma polski, bo wiadomo, że ze mną :) "Jak pani myśli? - spytała. - Oni naprawdę czytają te książki?" "Tak mi się wydaje. - odparłam. - Widać albo ich umiem zachęcić, albo zastraszyć. Wszystko jedno, efekt się liczy".
Będąc nauczycielem z Zoo czerpie się satysfakcję z każdej czwórki czy piątki, którą można postawić, bo małpiątko się nauczyło. Ba, nawet z każdego inteligentnego pytania związanego z tematem lekcji - bo jest to oznaka, że uczeń słucha i stara się zrozumieć. Albo ze stwierdzenia, że uczeń zimujący kilka lat w tej samej klasie wreszcie załapał, jak napisać rozprawkę.
A teraz cichutko - rzecz jasna, żeby nie zapeszyć - chcę się Wam czymś pochwalić. Otóż w jednym z Domów Kultury [z którego regularnie dostaję maile, bo mają mój adres jeszcze z czasów, kiedy pracowałam w liceum] organizowany jest konkurs recytatorski poezji współczesnej, adresowany do gimnazjalistów i uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Coś mnie podkusiło, podrukowałam więc przykładowe wiersze i zaniosłam dwóm dziewuszkom z mojej osobistej małpiarni. Wiecie co? Jedna z nich się zdecydowała :) [oczywiście, spróbuję zbałamucić jeszcze i tę drugą]. Sylwia - notabene to ta, która pytała, czemu jestem taka dziwna - ma kuratora za pobicie koleżanki w poprzedniej szkole [z której wyleciala do nas], a teraz będzie recytowała wiersz Andrzeja Bursy "Jaki miły i mądry facet...". Ma przedstawić dwa utwory, drugiego muszę jej więc jeszcze poszukać. Może macie jakiś pomysł na fajny wiersz do recytowania dla "młodej-gniewnej-agresywnej'? :)
Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby zdobyła jakąkolwiek nagrodę czy wyróżnienie. To mi zupełnie zwisa i powiewa. Najważniejsze, że popracuje nad interpretacją tekstu, nauczy się, a potem stanie na scenie i się zaprezentuje przed zupełnie obcymi ludźmi, którzy nic o niej nie wiedzą. Zobaczy, że można skupić na sobie zainteresowanie w inny sposób, niż wyzwiskami czy agresywnym zachowaniem. Będzie miała okazję poznać inne dzieciaki, które choć na co dzień żyją zupełnie innymi problemami, niż ona, to w tym momencie są przejęte dokładnie z tego samego powodu - bo mają WYJŚĆ I WYSTĄPIĆ. I nieważne, że Sylwia jest notowana na policji i ma rok w szkole do tyłu, a tamci są wzorowymi uczniami, których wszyscy głaszczą po główkach. Tu, na tej scenie wszyscy są tylko i wyłącznie AKTORAMI.
Mam tylko nadzieję, że jej się nie odwidzi. Wiecie co? Na czas jej występu to ja sobie chyba założę pampersa... :)
środa, 12 października 2011
Tonący brzydko się chwyta
Panie i panowie, nie chcę zapeszać, ale zdaje się, że tym razem nad Dawidkiem [Zły Pies] naprawdę zawisły czarne chmury. Jak wspominałam, po jego ostatnim popisie [grożeniu nauczycielce oraz włączeniu pornola w muzeum] zadzwoniłam do kuratora chłopca i umówiłam się na osobistą rozmowę w szkole. Wszystko wskazuje na to, że tym razem będzie to miało dalekosiężne skutki.
Kurator przejrzał spokojnie Zeszyt Uwag [10 wpisów w ciągu miesiąca] i poprosił o skserowanie stron dotyczących Dawida - razem z drukiem Nagany Wychowawcy, udzielonej w związku z ostatnimi wydarzeniami. Następnie przewertował ze mną dziennik lekcyjny, w którym czarno na białym odnotowane są wszystkie wagary ucznia. Najwyraźniej stracił on w tym semestrze czujność, bo przypominam, że w poprzedniej klasie obecny był prawie zawsze - rzecz jasna wyłącznie po to, by rozwalać zajęcia, ale formalnie nie było się do czego przyczepić. Widocznie jednak poczuł się za pewnie, bo okazało się, że we wrześniu ma 61 godzin nieusprawiedliwionych na 133 lekcje, które się odbyły. Potem kurator poprosił mnie - jako wychowawcę - o komentarz w sprawie zachowania Dawida w szkole. Odparłam zgodnie z prawdą, że przez pierwsze 2 tygodnie widziałam wyraźną poprawę - na tyle wyraźną, że nawet zdążyłam go pochwalić przed matką na zebraniu. Niestety, wywiadówka była w piątek, a od poniedziałku już chłopak wrócił do dawnej formy. Dalej opisałam szczegółowo incydent na praktykach oraz jego zachowanie się na wycieczce. Zakończyłam wyrażeniem ubolewania, że Dawid ma wyraźnie negatywny wpływ na innych, nowych uczniów w mojej klasie, przed którymi się popisuje i których namawia do wagarów oraz do tego, by go naśladowali.
Nie miałam szczerze mówiąc złudzeń, że rozmowa z kuratorem przyniesie jakiś skutek na dłuższą metę - choć jest on jedyną de facto osobą, której "mój ulubieniec" się choć trochę obawia. Poinformowałam natomiast, że jeśli tak dalej pójdzie [czyli tak, jak w poprzednim roku], to znów skończy się to nagannym zachowaniem, a w takim wypadku - zgodnie z przepisami - wystąpię na Radzie Pedagogicznej o niepromowanie ucznia do następnej klasy, nawet jeśli będzie miał piątki od góry do dołu. Ku mojemu zaskoczeniu kurator odparł, że do takiej sytuacji najprawdopodobniej nie dojdzie. Otóż sędzia prowadząca sprawę Dawida postawiła mu ultimatum, że jeśli po wakacjach będą z nim takie same problemy, jak w pierwszej klasie, to tym razem naprawdę skierują go do placówki zamkniętej. I tym razem nie są to tylko pogróżki - opiekun chłopca zapewnił mnie, że wniosek już jest przygotowany. Najbliższa rozprawa dotycząca chłopca ma się odbyć w drugiej połowie października, a skoro kurator przedstawi na niej to, czego właśnie się ode mnie dowiedział [czyli uwagi, naganę oraz zestawienie godzin nieusprawiedliwionych], to musiałby się wydarzyć cud, by tym razem uszło mu to na sucho.
Nie jestem hipokrytką, więc nie będę udawała - odetchnęłam z ulgą. W mojej opinii Dawid jest osobą niereformowalną w warunkach szkolnych, niereagującą na konwencjonalne metody wychowawcze. Nie pozostaje zatem nic innego, jak pozwolić mu ponieść konsekwencje jego zachowania i skierować go do zamkniętej placówki szkolno-wychowawczej, gdzie zajmą się nim specjaliści od resocjalizowania, dysponujący innymi środkami przymusu, niż nauczyciele w tradycyjnej szkole. Wiem, wiem, to wszystko brzmi jak paskudna nowomowa rodem z zebrania partyjnego - ale uwierzcie mi, chłopak przegiął i ten poprawczak należy mu się, jak psu micha. Z mojej perspektywy: ani ja, ani pedagog, ani dyrekcja nie jesteśmy w stanie dostępnymi nam środkami skłonić go do zmiany zachowania, nie możemy natomiast pozwolić, by w takim razie dłużej demoralizował innych uczniów. W tym momencie niestety nasuwa mi się brutalne, medyczne skojarzenie - jeśli w nogę wdała się gangrena, to mniejszym złem jest amputacja chorej kończyny, niż cierpienie i śmierć chorego.
Natomiast sam Dawidek obecnie kombinuje jak koń pod górę, by tylko po raz kolejny wywinąć się z opresji. W stosunku do mnie jest ultragrzeczny - dziś na lekcji nawet ze dwa razy przeprosił, kiedy złapał się na bluzganiu [a należy do tych osób, które słowa takie jak "kurwa", "chuj" czy "pojebany" traktują jak przecinki]. Wykonuje wszystkie moje polecenia bez szemrania, a kiedy w poniedziałek chciał się zwolnić z lekcji - właśnie na spotkanie z kuratorem - to zamiast po prostu sobie pójść [jak zrobiłby normalnie], przyniósł mi potulnie usprawiedliwienie od mamy do pokoju nauczycielskiego i cichutko zapytał, czy może sobie pójść. Jednocześnie jednak kombinuje, jak odkręcić to, co przeskrobał. Dziś na przykład spytał mnie, czy może przynieść usprawiedliwienie nieobecności za wrzesień. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie, ponieważ mają na to 2 tygodnie, a więc termin już minął. "Ale ja bym przyniósł lekarskie". "Jak to lekarskie? - zdziwiłam się. - Przecież tutaj byłeś np. na 3 pierwszych lekcjach całkiem zdrowy, a potem sobie poszedłeś. Tutaj też, nieobecny w środku zajęć... Widać wyraźnie, że to wagary, a nie choroba". "No to może nagle się źle poczułem. Albo na badaniach byłem...?". Tu już straciłam cierpliwość i odpowiedziałam spokojnym, ale lodowatym tonem: "Wychowawca może nie przyjąć usprawiedliwienia jeśli ma podejrzenia, że jest ono sfałszowane lub podaje nieprawdziwe informacje. Oświadczam ci, że jeśli przyniesiesz mi zwolnienie lekarskie za te dni, to zadzwonię do tego lekarza i z nim porozmawiam, a następnie zdam relację z tej rozmowy twojemu kuratorowi". Mina Dawida - bezcenna :)
Do tego chłopak próbował brać na litość panią od praktyk [mnie nie, bo wie, że na takie numery jestem niewrażliwa]. Poszedł do niej i zaczął jęczeć, że przez nią wpakują go do poprawczaka... PRZEZ NIĄ - macie pojęcie? Musiał to jednak robić wystarczająco dramatycznie, bo biedaczka [a jest to poczciwa, wiekowa już nauczycielka, której brakuje ledwo kilka lat do emerytury...] przyszła do mnie z pytaniem, czy to naprawdę jej wina. Naturalnie uspokoiłam ją, że Dawid grabi sobie na poprawczak już od roku i że jest to tylko ewidentna konsekwencja jego postępowania. Naprawdę, na niewinnego nie trafiło...
Aż się boję, by nie zapeszyć. Niech go już wreszcie zabiorą - a mnie pozwolą w spokoju pracować z resztą małpiątek. Zresztą, zapewniam, że nie ma w szkole nauczyciela, który nie zareagował radością na nowinę, że prawdopodobnie żegnamy się z Dawidkiem.
Kurator przejrzał spokojnie Zeszyt Uwag [10 wpisów w ciągu miesiąca] i poprosił o skserowanie stron dotyczących Dawida - razem z drukiem Nagany Wychowawcy, udzielonej w związku z ostatnimi wydarzeniami. Następnie przewertował ze mną dziennik lekcyjny, w którym czarno na białym odnotowane są wszystkie wagary ucznia. Najwyraźniej stracił on w tym semestrze czujność, bo przypominam, że w poprzedniej klasie obecny był prawie zawsze - rzecz jasna wyłącznie po to, by rozwalać zajęcia, ale formalnie nie było się do czego przyczepić. Widocznie jednak poczuł się za pewnie, bo okazało się, że we wrześniu ma 61 godzin nieusprawiedliwionych na 133 lekcje, które się odbyły. Potem kurator poprosił mnie - jako wychowawcę - o komentarz w sprawie zachowania Dawida w szkole. Odparłam zgodnie z prawdą, że przez pierwsze 2 tygodnie widziałam wyraźną poprawę - na tyle wyraźną, że nawet zdążyłam go pochwalić przed matką na zebraniu. Niestety, wywiadówka była w piątek, a od poniedziałku już chłopak wrócił do dawnej formy. Dalej opisałam szczegółowo incydent na praktykach oraz jego zachowanie się na wycieczce. Zakończyłam wyrażeniem ubolewania, że Dawid ma wyraźnie negatywny wpływ na innych, nowych uczniów w mojej klasie, przed którymi się popisuje i których namawia do wagarów oraz do tego, by go naśladowali.
Nie miałam szczerze mówiąc złudzeń, że rozmowa z kuratorem przyniesie jakiś skutek na dłuższą metę - choć jest on jedyną de facto osobą, której "mój ulubieniec" się choć trochę obawia. Poinformowałam natomiast, że jeśli tak dalej pójdzie [czyli tak, jak w poprzednim roku], to znów skończy się to nagannym zachowaniem, a w takim wypadku - zgodnie z przepisami - wystąpię na Radzie Pedagogicznej o niepromowanie ucznia do następnej klasy, nawet jeśli będzie miał piątki od góry do dołu. Ku mojemu zaskoczeniu kurator odparł, że do takiej sytuacji najprawdopodobniej nie dojdzie. Otóż sędzia prowadząca sprawę Dawida postawiła mu ultimatum, że jeśli po wakacjach będą z nim takie same problemy, jak w pierwszej klasie, to tym razem naprawdę skierują go do placówki zamkniętej. I tym razem nie są to tylko pogróżki - opiekun chłopca zapewnił mnie, że wniosek już jest przygotowany. Najbliższa rozprawa dotycząca chłopca ma się odbyć w drugiej połowie października, a skoro kurator przedstawi na niej to, czego właśnie się ode mnie dowiedział [czyli uwagi, naganę oraz zestawienie godzin nieusprawiedliwionych], to musiałby się wydarzyć cud, by tym razem uszło mu to na sucho.
Nie jestem hipokrytką, więc nie będę udawała - odetchnęłam z ulgą. W mojej opinii Dawid jest osobą niereformowalną w warunkach szkolnych, niereagującą na konwencjonalne metody wychowawcze. Nie pozostaje zatem nic innego, jak pozwolić mu ponieść konsekwencje jego zachowania i skierować go do zamkniętej placówki szkolno-wychowawczej, gdzie zajmą się nim specjaliści od resocjalizowania, dysponujący innymi środkami przymusu, niż nauczyciele w tradycyjnej szkole. Wiem, wiem, to wszystko brzmi jak paskudna nowomowa rodem z zebrania partyjnego - ale uwierzcie mi, chłopak przegiął i ten poprawczak należy mu się, jak psu micha. Z mojej perspektywy: ani ja, ani pedagog, ani dyrekcja nie jesteśmy w stanie dostępnymi nam środkami skłonić go do zmiany zachowania, nie możemy natomiast pozwolić, by w takim razie dłużej demoralizował innych uczniów. W tym momencie niestety nasuwa mi się brutalne, medyczne skojarzenie - jeśli w nogę wdała się gangrena, to mniejszym złem jest amputacja chorej kończyny, niż cierpienie i śmierć chorego.
Natomiast sam Dawidek obecnie kombinuje jak koń pod górę, by tylko po raz kolejny wywinąć się z opresji. W stosunku do mnie jest ultragrzeczny - dziś na lekcji nawet ze dwa razy przeprosił, kiedy złapał się na bluzganiu [a należy do tych osób, które słowa takie jak "kurwa", "chuj" czy "pojebany" traktują jak przecinki]. Wykonuje wszystkie moje polecenia bez szemrania, a kiedy w poniedziałek chciał się zwolnić z lekcji - właśnie na spotkanie z kuratorem - to zamiast po prostu sobie pójść [jak zrobiłby normalnie], przyniósł mi potulnie usprawiedliwienie od mamy do pokoju nauczycielskiego i cichutko zapytał, czy może sobie pójść. Jednocześnie jednak kombinuje, jak odkręcić to, co przeskrobał. Dziś na przykład spytał mnie, czy może przynieść usprawiedliwienie nieobecności za wrzesień. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie, ponieważ mają na to 2 tygodnie, a więc termin już minął. "Ale ja bym przyniósł lekarskie". "Jak to lekarskie? - zdziwiłam się. - Przecież tutaj byłeś np. na 3 pierwszych lekcjach całkiem zdrowy, a potem sobie poszedłeś. Tutaj też, nieobecny w środku zajęć... Widać wyraźnie, że to wagary, a nie choroba". "No to może nagle się źle poczułem. Albo na badaniach byłem...?". Tu już straciłam cierpliwość i odpowiedziałam spokojnym, ale lodowatym tonem: "Wychowawca może nie przyjąć usprawiedliwienia jeśli ma podejrzenia, że jest ono sfałszowane lub podaje nieprawdziwe informacje. Oświadczam ci, że jeśli przyniesiesz mi zwolnienie lekarskie za te dni, to zadzwonię do tego lekarza i z nim porozmawiam, a następnie zdam relację z tej rozmowy twojemu kuratorowi". Mina Dawida - bezcenna :)
Do tego chłopak próbował brać na litość panią od praktyk [mnie nie, bo wie, że na takie numery jestem niewrażliwa]. Poszedł do niej i zaczął jęczeć, że przez nią wpakują go do poprawczaka... PRZEZ NIĄ - macie pojęcie? Musiał to jednak robić wystarczająco dramatycznie, bo biedaczka [a jest to poczciwa, wiekowa już nauczycielka, której brakuje ledwo kilka lat do emerytury...] przyszła do mnie z pytaniem, czy to naprawdę jej wina. Naturalnie uspokoiłam ją, że Dawid grabi sobie na poprawczak już od roku i że jest to tylko ewidentna konsekwencja jego postępowania. Naprawdę, na niewinnego nie trafiło...
Aż się boję, by nie zapeszyć. Niech go już wreszcie zabiorą - a mnie pozwolą w spokoju pracować z resztą małpiątek. Zresztą, zapewniam, że nie ma w szkole nauczyciela, który nie zareagował radością na nowinę, że prawdopodobnie żegnamy się z Dawidkiem.
poniedziałek, 10 października 2011
Spacerniak
Spacerniakiem określam obowiązkowe dyżury pełnione podczas przerw na korytarzach przez grono pedagogiczne. Zgodnie z przepisami bowiem nauczyciele mają zapewnić opiekę dzieciakom nie tylko na lekcji, ale przez cały czas, jaki są one zobowiązane przebywać na terenie szkoły. Na początku każdego roku szkolnego dyrekcja rozpisuje więc grafik dyżurów w ten sposób, by wszystkie oddzielne fragmenty budynku [np. korytarze, klatki schodowe] były między zajęciami obstawione przez jednego nauczyciela.
W zamyśle ustawy belfer ma w ten sposób zapewnić bezpieczeństwo młodzieży i interweniować, jeśli dzieje się coś złego. Praktycznie jednak oczywiście różnie z tym bywa. Dlaczego? Przede wszystkim z przyczyn praktycznych. Korytarz jest długi, a nauczyciel nie ma zdolności teleportacyjnych, nie jest więc często w stanie zareagować odpowiednio szybko [lub też - najzwyczajniej w świecie może pewnych incydentów nie zauważyć, jeśli akurat przebywa na drugim końcu odcinka]. Poza tym - dorosły w tym miejscu jest jeden, a dzieciaków kilkanaście lub kilkadziesiąt, a jak mawia mój ojciec parafrazując łacińską maksymę: "Kiedy ludzi kupa - i Herkules dupa...". Nikt z nas nie jest zobowiązany do skończenia kursu samoobrony czy uczęszczania na zajęcia ze sztuk walki, więc jeśli działoby się coś naprawdę niebezpiecznego, to i tak nie jesteśmy w stanie obezwładnić nadpobudliwego wariata [i to jeszcze w taki sposób, by jemu samemu nie zrobić krzywdy]. Możemy w takiej sytuacji co najwyżej telefonicznie "wezwać posiłki".
Co zatem należy do obowiązków nauczyciela podczas dyżuru? Obecność i reagowanie w miarę możliwości. Nikt raczej nie pociągnie mnie do odpowiedzialności, jeśli podczas mojego dyżuru jakiemuś uczniowi stanie się krzywda - pod warunkiem, że tam byłam, skoro miałam być. A na czym polega zatem wpraktyce sprawowanie opieki nad dzieciarnią podczas przerw? Ano zwykle na spacerowaniu z jednego końca korytarza na drugi - i dlatego ten obowiązek ochrzciłam "spacerniakiem".
Sensowne dyrekcje układają grafiki dyżurów w ten sposób, by nie umęczyć nauczyciela i by miał on swój rewir niedaleko sali, gdzie wcześniej skończył zajęcia. Bezcelowe jest np. wlepianie spacerniaka na 5 minutowej przerwie na parterze, jeśli poprzednia lekcja była na II piętrze, bo nim wyprosimy dzieciaki, spakujemy się, zamkniemy salę i dotrzemy na wskazany obszar, to czas zdąży minąć. Nie powinno też zdarzać się, że ktoś pełni dyżur kilka przerw pod rząd, bo to oznacza, że fizycznie nie ma nawet czasu, by np. pójść do toalety [a życzę powodzenia w prowadzeniu lekcji przy pełnym pęcherzu - przypominam, belfrowi nie można na zajęciach zostawić klasy nawet na moment].
W każdej szkole są lepsze i gorsze [czytaj: potencjalnie niebezpieczne] obszary do dyżurowania. U nas najlepszy spacerniak to I piętro [koło sekretariatu, gabinetu dyrekcji i pokoju nauczycielskiego], a najgorzej mieć wartę na portierni, koło wejścia do szkoły, bo trzeba pilnować, żeby małpki nie jarały w budynku i mieć oko na "podejrzany element", który próbuje dostać się na teren Zoo. Jeśli komuś trafi się portiernia w dodatku na dużej przerwie, to już prawdziwy powód do złożenia kondolencji - chyba, że jest ciepło i dzieciarnia siedzi przed budynkiem.
Bardzo żałuję, ze w Zoo nie ma radiowęzła - wtedy można by było zawsze umilić sobie czas dyżuru muzyką. Pamiętam jeszcze z mojego własnego liceum, że kiedy przez jeden dzień w tygodniu moja ekipa siedziała w radiowęźle, to często puszczaliśmy kawałki Iron Maiden dla naszego faceta od PO. Wiedzieliśmy, że lubi ten zespół, a - jak sam kiedyś wspomniał na lekcji - w domu żona nie pozwala mu słuchać.
Zaletą spacerniaka jest chyba tylko to, że można się w jego trakcie dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, mimowolnie słysząc uczniowskie rozmowy [bo skoro się przechodzi obok...]. I tak na zakończenie podzielę się z Wami jedną uroczą scenką prosto z mojego dzisiejszego dyżuru :)
OSOBY:
Dragonka - belfer na spacerniaku
Sebastianek "Bida z Nędzą" - uczeń klasy 3A
Lesio - wychowanek Dragonki, dość pyskaty, prowokator [notabene miał gałę z polskiego, przeszedł warunkowo]
Pozostali uczniowie z 3A i z klasy Dragonki
Duża przerwa, korytarz. Dragonka przechodzi powoli obok grupki chłopców.
UCZNIOWIE (w różnym tempie):
Dzień dobry pani!
DRAGONKA:
Witam chłopcy.
LESIO (tonem zaczepnym):
Do widzenia!
Dragonka spogląda na Lesia wzrokiem, jak by patrzyła na wyjątkowo tłustą i włochatą gąsienicę, nie komentuje i idzie dalej. Kiedy się oddala, dochodzi do jej uszu następująca wymiana zdań:
SEBASTIANEK:
Lechu, czemu tak brzydko mówisz do pani?
LESIO:
Bo co?
SEBASTIANEK:
Powaliło cię? Nie masz podejścia do nauczycieli. Z panią trzeba miło, to ci będzie szła na rękę, zobaczysz. A jak nie, to przejeb***...
Kurtyna :)
W zamyśle ustawy belfer ma w ten sposób zapewnić bezpieczeństwo młodzieży i interweniować, jeśli dzieje się coś złego. Praktycznie jednak oczywiście różnie z tym bywa. Dlaczego? Przede wszystkim z przyczyn praktycznych. Korytarz jest długi, a nauczyciel nie ma zdolności teleportacyjnych, nie jest więc często w stanie zareagować odpowiednio szybko [lub też - najzwyczajniej w świecie może pewnych incydentów nie zauważyć, jeśli akurat przebywa na drugim końcu odcinka]. Poza tym - dorosły w tym miejscu jest jeden, a dzieciaków kilkanaście lub kilkadziesiąt, a jak mawia mój ojciec parafrazując łacińską maksymę: "Kiedy ludzi kupa - i Herkules dupa...". Nikt z nas nie jest zobowiązany do skończenia kursu samoobrony czy uczęszczania na zajęcia ze sztuk walki, więc jeśli działoby się coś naprawdę niebezpiecznego, to i tak nie jesteśmy w stanie obezwładnić nadpobudliwego wariata [i to jeszcze w taki sposób, by jemu samemu nie zrobić krzywdy]. Możemy w takiej sytuacji co najwyżej telefonicznie "wezwać posiłki".
Co zatem należy do obowiązków nauczyciela podczas dyżuru? Obecność i reagowanie w miarę możliwości. Nikt raczej nie pociągnie mnie do odpowiedzialności, jeśli podczas mojego dyżuru jakiemuś uczniowi stanie się krzywda - pod warunkiem, że tam byłam, skoro miałam być. A na czym polega zatem wpraktyce sprawowanie opieki nad dzieciarnią podczas przerw? Ano zwykle na spacerowaniu z jednego końca korytarza na drugi - i dlatego ten obowiązek ochrzciłam "spacerniakiem".
Sensowne dyrekcje układają grafiki dyżurów w ten sposób, by nie umęczyć nauczyciela i by miał on swój rewir niedaleko sali, gdzie wcześniej skończył zajęcia. Bezcelowe jest np. wlepianie spacerniaka na 5 minutowej przerwie na parterze, jeśli poprzednia lekcja była na II piętrze, bo nim wyprosimy dzieciaki, spakujemy się, zamkniemy salę i dotrzemy na wskazany obszar, to czas zdąży minąć. Nie powinno też zdarzać się, że ktoś pełni dyżur kilka przerw pod rząd, bo to oznacza, że fizycznie nie ma nawet czasu, by np. pójść do toalety [a życzę powodzenia w prowadzeniu lekcji przy pełnym pęcherzu - przypominam, belfrowi nie można na zajęciach zostawić klasy nawet na moment].
W każdej szkole są lepsze i gorsze [czytaj: potencjalnie niebezpieczne] obszary do dyżurowania. U nas najlepszy spacerniak to I piętro [koło sekretariatu, gabinetu dyrekcji i pokoju nauczycielskiego], a najgorzej mieć wartę na portierni, koło wejścia do szkoły, bo trzeba pilnować, żeby małpki nie jarały w budynku i mieć oko na "podejrzany element", który próbuje dostać się na teren Zoo. Jeśli komuś trafi się portiernia w dodatku na dużej przerwie, to już prawdziwy powód do złożenia kondolencji - chyba, że jest ciepło i dzieciarnia siedzi przed budynkiem.
Bardzo żałuję, ze w Zoo nie ma radiowęzła - wtedy można by było zawsze umilić sobie czas dyżuru muzyką. Pamiętam jeszcze z mojego własnego liceum, że kiedy przez jeden dzień w tygodniu moja ekipa siedziała w radiowęźle, to często puszczaliśmy kawałki Iron Maiden dla naszego faceta od PO. Wiedzieliśmy, że lubi ten zespół, a - jak sam kiedyś wspomniał na lekcji - w domu żona nie pozwala mu słuchać.
Zaletą spacerniaka jest chyba tylko to, że można się w jego trakcie dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, mimowolnie słysząc uczniowskie rozmowy [bo skoro się przechodzi obok...]. I tak na zakończenie podzielę się z Wami jedną uroczą scenką prosto z mojego dzisiejszego dyżuru :)
OSOBY:
Dragonka - belfer na spacerniaku
Sebastianek "Bida z Nędzą" - uczeń klasy 3A
Lesio - wychowanek Dragonki, dość pyskaty, prowokator [notabene miał gałę z polskiego, przeszedł warunkowo]
Pozostali uczniowie z 3A i z klasy Dragonki
Duża przerwa, korytarz. Dragonka przechodzi powoli obok grupki chłopców.
UCZNIOWIE (w różnym tempie):
Dzień dobry pani!
DRAGONKA:
Witam chłopcy.
LESIO (tonem zaczepnym):
Do widzenia!
Dragonka spogląda na Lesia wzrokiem, jak by patrzyła na wyjątkowo tłustą i włochatą gąsienicę, nie komentuje i idzie dalej. Kiedy się oddala, dochodzi do jej uszu następująca wymiana zdań:
SEBASTIANEK:
Lechu, czemu tak brzydko mówisz do pani?
LESIO:
Bo co?
SEBASTIANEK:
Powaliło cię? Nie masz podejścia do nauczycieli. Z panią trzeba miło, to ci będzie szła na rękę, zobaczysz. A jak nie, to przejeb***...
Kurtyna :)
środa, 5 października 2011
Znów o uczniowskich pytaniach
Parafrazując Biblię - nie samą nauką żyje uczeń, a już zwłaszcza w takiej szkole, jak moja. Tutaj - gwoli ścisłości - nauką żyje on bardzo rzadko, ale nie o tym ma być ten post. Pamiętacie może, jak kiedyś rozpisywałam się na temat, w jaki sposób dzieciaki starają się czegoś dowiedzieć o nauczycielach? A ponieważ wiele z nich nie ma żadnych hamulców przed zadawaniem nawet najbardziej intymnych pytań, to wynikają z tego przeróżne niecodzienne sytuacje [dla odświeżenia - post pt. "Poznaj belfra swego"]. Dziś też mam dla Was opowiastkę z cyklu wesołych pogawędek Dragonki z małpkami. Miała trochę inny przebieg, ale powód z grubsza ten sam, czyli uczniowska ciekawość.
Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki kombinują jak tylko mogą, by zagadać nauczyciela na wszystko jedno jaki temat, byle nie był on bezpośrednio związany z tematem lekcji. Napisano o tym nawet książkę pt. "Sposób na Alcybiadesa", w której młodzieńcy kupili od starszych kolegów sposób na owinięcie sobie historyka wokół palca, między innymi przez sprawienie, by "popłynął", czyli rozgadał się i w rezultacie nie prowadził zajęć. Nie mogę w tym miejscu mówić w imieniu wszystkich belfrów, ale ja - jak na straszną służbistkę przystało - bardzo wyraźnie widzę, kiedy uczniowie próbują ze mną tych sztuczek i całkiem świadomie podejmuję decyzję, czy dać się w to wciągnąć, czy też nie. Jeśli rozmowa w mojej ocenie nie przyniesie żadnych korzyści lub jest zbyt dużo materiału do zrealizowania, to nie ma mowy, bym pozwoliła sobie popłynąć. Ucinam wtedy krótko komentarzem, że to nie jest związane z tematem i spokojnie dalej prowadzę zajęcia.
Kiedy wobec tego pozwalam na dygresje? W Zoo na pewno wtedy, jeśli wynikają z omawianej lekcji. Jeśli którąś małpkę omawiany wiersz czy inny tekst prozatorski zaciekawił do tego stopnia, że chce z własnej, nieprzymuszonej woli dowiedzieć się czegoś więcej, to według mnie nie ma w tej chwili nic świętszego i dokładam wszelkich starań, by udzielić odpowiedzi na pytanie w sposób tak interesujący, jak tylko potrafię. Pytania oczywiście są różne, wszystkie jednak staram się traktować poważnie - choć bywa i tak, że nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi...
JA: W finale monologu Kordiana na Mont Blanc widzimy, jak młodzieniec spływa z góry na chmurce...
UCZEŃ: To co ten Słowacki wcześniej palił?!
JA: Pytanie wcale nie jest takie głupie, bo w jego czasach uzależnienie od opium było sporym problemem. Lekarze przepisywali to świństwo jak aspirynę, nawet matki dzieciom dawały opium "na spokojny sen". [i tu następuje wykład na temat biografii Słowackiego i/lub uwtoru "Lambro", który jest świetnym literackim studium osoby uzależnionej od narkotyków].
JA: Edyp w nagrodę za rozwiązanie zagadki Sfinksa dostał rękę swojej matki.
UCZEŃ: Jak to? Przecież to już musiało być stare pudło!
JA: Niekoniecznie - wtedy ludzie bardzo wcześnie zakładali rodziny, Jokasta mogła mieć więc nawet 13-14 lat, kiedy urodziła Edypa. [tu pojawia się świetna okazja, by podać trochę informacji na temat tego, jak zmieniały się warunki życia człowieka na przestrzeni wieków i jak to wpływało na strukturę rodziny].
Inna kategoria pytań to te, które dotyczą już bezpośrednio mojej osoby. W takie dygresje odpływam już jednak tylko wtedy, kiedy naprawdę jest na to czas - oraz jeśli pytania dotyczą tych kwestii, o których mam ochotę mówić. Rzecz jasna potrzeba tu sporej delikatności i wyczucia, na ile można sobie pozwolić [nie jestem bowiem zdania, że nauczyciel powinien być kumplem ucznia - zdrowy dystans jest wskazany], ale pokazanie dzieciakom, że "belfer też człowiek", ma swoje zalety, a już na pewno w tego typu placówce, jaką jest Zoo.
Z doświadczenia wiem, że sensację budzi odkrycie przez uczniów faktu, że nie posiadam w domu telewizora. Nie inaczej było dziś na lekcji z moją osobistą małpiarnią - nie pamiętam już w tym momencie, dlaczego wyniknął ten temat, ale wyszła z tego całkiem zabawna wymiana zdań.
Sylwia: Dlaczego nie ma pani telewizora? Nie stać pani?
Ja: Nie jest mi potrzebny. Tam i tak nic ciekawego nie ma, a kiedy chcę obejrzeć jakiś film, to mogę na laptopie.
Dawidek: To pani nic nie wie, co się na świecie dzieje!
Ja: Jak to nie wiem? Przecież można obejrzeć wiadomości w Internecie, można poczytać...
Patrycja: Nudno tak. To co pani robi z tym swoim chłopakiem przez cały dzień, jak nie ma telewizora?
Ja: Gramy w scrabble, drażnimy kota, rozmawiamy...
Dawidek: K***, ale jak długo można gadać?! I o czym? Ja to bym zwariował bez oglądania, czasem cały dzień siedzę przed telewizorem...
Patrycja: A seriali pani nie ogląda?
Ja: Nie interesują mnie seriale.
Sylwia: Ale to tak głupio, jak nic nie gra...
Ja: Radio mogę włączyć.
Albert: Pewnie Radio Maryja...
Ja: Akurat pudło - jestem ateistką.
Albert: A co to znaczy?
Ja: To, że nie wierzę w Boga.
Sywia: Czemu pani jest taka dziwna? W Boga pani nie wierzy, telewizora pani nie ma...
Ja [tłumiąc śmiech]: Chyba po to, żebyście uczyli się tolerancji...
I tę pointę zostawiam bez komentarza :)
Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki kombinują jak tylko mogą, by zagadać nauczyciela na wszystko jedno jaki temat, byle nie był on bezpośrednio związany z tematem lekcji. Napisano o tym nawet książkę pt. "Sposób na Alcybiadesa", w której młodzieńcy kupili od starszych kolegów sposób na owinięcie sobie historyka wokół palca, między innymi przez sprawienie, by "popłynął", czyli rozgadał się i w rezultacie nie prowadził zajęć. Nie mogę w tym miejscu mówić w imieniu wszystkich belfrów, ale ja - jak na straszną służbistkę przystało - bardzo wyraźnie widzę, kiedy uczniowie próbują ze mną tych sztuczek i całkiem świadomie podejmuję decyzję, czy dać się w to wciągnąć, czy też nie. Jeśli rozmowa w mojej ocenie nie przyniesie żadnych korzyści lub jest zbyt dużo materiału do zrealizowania, to nie ma mowy, bym pozwoliła sobie popłynąć. Ucinam wtedy krótko komentarzem, że to nie jest związane z tematem i spokojnie dalej prowadzę zajęcia.
Kiedy wobec tego pozwalam na dygresje? W Zoo na pewno wtedy, jeśli wynikają z omawianej lekcji. Jeśli którąś małpkę omawiany wiersz czy inny tekst prozatorski zaciekawił do tego stopnia, że chce z własnej, nieprzymuszonej woli dowiedzieć się czegoś więcej, to według mnie nie ma w tej chwili nic świętszego i dokładam wszelkich starań, by udzielić odpowiedzi na pytanie w sposób tak interesujący, jak tylko potrafię. Pytania oczywiście są różne, wszystkie jednak staram się traktować poważnie - choć bywa i tak, że nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi...
JA: W finale monologu Kordiana na Mont Blanc widzimy, jak młodzieniec spływa z góry na chmurce...
UCZEŃ: To co ten Słowacki wcześniej palił?!
JA: Pytanie wcale nie jest takie głupie, bo w jego czasach uzależnienie od opium było sporym problemem. Lekarze przepisywali to świństwo jak aspirynę, nawet matki dzieciom dawały opium "na spokojny sen". [i tu następuje wykład na temat biografii Słowackiego i/lub uwtoru "Lambro", który jest świetnym literackim studium osoby uzależnionej od narkotyków].
JA: Edyp w nagrodę za rozwiązanie zagadki Sfinksa dostał rękę swojej matki.
UCZEŃ: Jak to? Przecież to już musiało być stare pudło!
JA: Niekoniecznie - wtedy ludzie bardzo wcześnie zakładali rodziny, Jokasta mogła mieć więc nawet 13-14 lat, kiedy urodziła Edypa. [tu pojawia się świetna okazja, by podać trochę informacji na temat tego, jak zmieniały się warunki życia człowieka na przestrzeni wieków i jak to wpływało na strukturę rodziny].
Inna kategoria pytań to te, które dotyczą już bezpośrednio mojej osoby. W takie dygresje odpływam już jednak tylko wtedy, kiedy naprawdę jest na to czas - oraz jeśli pytania dotyczą tych kwestii, o których mam ochotę mówić. Rzecz jasna potrzeba tu sporej delikatności i wyczucia, na ile można sobie pozwolić [nie jestem bowiem zdania, że nauczyciel powinien być kumplem ucznia - zdrowy dystans jest wskazany], ale pokazanie dzieciakom, że "belfer też człowiek", ma swoje zalety, a już na pewno w tego typu placówce, jaką jest Zoo.
Z doświadczenia wiem, że sensację budzi odkrycie przez uczniów faktu, że nie posiadam w domu telewizora. Nie inaczej było dziś na lekcji z moją osobistą małpiarnią - nie pamiętam już w tym momencie, dlaczego wyniknął ten temat, ale wyszła z tego całkiem zabawna wymiana zdań.
Sylwia: Dlaczego nie ma pani telewizora? Nie stać pani?
Ja: Nie jest mi potrzebny. Tam i tak nic ciekawego nie ma, a kiedy chcę obejrzeć jakiś film, to mogę na laptopie.
Dawidek: To pani nic nie wie, co się na świecie dzieje!
Ja: Jak to nie wiem? Przecież można obejrzeć wiadomości w Internecie, można poczytać...
Patrycja: Nudno tak. To co pani robi z tym swoim chłopakiem przez cały dzień, jak nie ma telewizora?
Ja: Gramy w scrabble, drażnimy kota, rozmawiamy...
Dawidek: K***, ale jak długo można gadać?! I o czym? Ja to bym zwariował bez oglądania, czasem cały dzień siedzę przed telewizorem...
Patrycja: A seriali pani nie ogląda?
Ja: Nie interesują mnie seriale.
Sylwia: Ale to tak głupio, jak nic nie gra...
Ja: Radio mogę włączyć.
Albert: Pewnie Radio Maryja...
Ja: Akurat pudło - jestem ateistką.
Albert: A co to znaczy?
Ja: To, że nie wierzę w Boga.
Sywia: Czemu pani jest taka dziwna? W Boga pani nie wierzy, telewizora pani nie ma...
Ja [tłumiąc śmiech]: Chyba po to, żebyście uczyli się tolerancji...
I tę pointę zostawiam bez komentarza :)
niedziela, 2 października 2011
Kot zaczepno-obronny
Jak się można łatwo domyślić, dziś znowu czeka Was post dotyczący Jej Wysokości. Będzie w dodatku ilustrowany materiałem zdjęciowym. Okazja do tego nadarzyła się, bo wylądowaliśmy całą trójką [czyli Smok, Hipek i kot] u Seniorki, tak jak 2 tygodnie temu. Mieliśmy tym razem małej mruczącej niezły ubaw, choć samej Pumie było zapewne średnio do śmiechu.
Przede wszystkim trzeba Wam wiedzieć, że niestety Jej Wysokość jest przewlekle chora. Co kilka miesięcy robi jej się "coś" na łapkach - wypada jej sierść, skóra zaczyna ją swędzieć, więc biedacwto się drapie, gryzie, w rezultacie czego robią jej się brzydkie rany. Do końca niestety nie wiadomo, co to takiego - diagnozy były już różne, jednak jak na razie żadna strategia leczenia nie okazała się na dłuższą metę skuteczna. Co przejdzie na kilka miesięcy, to powraca. Ostatnio weterynarz skłania się ku wersji, że to jednak na tle pokarmowym. Swoją drogą, czego to nie wymyślą: kot-alergik...
Mniejsza z tym, w każdym razie tak się złożyło, że dostała nawrotu choroby na kilka dni przed planowanym wyjazdem, w związku z czym Hipek musiał jeszcze w piątek rano lecieć z nią na zastrzyk, a jechaliśmy po południu. Sam zabieg już wiązał się z olbrzymim stresem dla obu zwierzątek, bowiem Puma u weterynarza walczy tak, jak by chodziło o jej życie, więc podanie jej lekarstwa można spokojnie porównać do wsadzenia głowy w paszczę lwa. Natomiast zastrzyk ma takie działanie uboczne, że przez jakiś czas po jego zaaplikowaniu Jej Wysokość jest otępiała [niewykluczone poza tym, że w ten sposób też odreagowuje stres związany z wizytą u lekarza]. W następstwie tego przez całą sobotę nie była sobą, co objawiało się w dość zabawny sposób.
Pamiętacie, jak opisywałam Wam kocią rodzinkę, która zadomowiła się w posiadłości Seniorki? [kto nie kojarzy, może spojrzeć tutaj]. Przychodzą rzecz jasna w dalszym ciągu, choć nie zawsze są wszystkie na raz - kocia mamusia oraz trzy maleństwa. Naturalnie zawitały i tym razem. Okazało się jednak... że Jej Wysokość się ich bała! Syczała zza szyby na zabiedzone, chude maleństwa, które spokojnie mogłaby zjeść jednym chapnięciem, ale kiedy przyszło co do czego, to nawet nie miała odwagi wyjść z domu :) Prawie całą sobotę przesiedziała w środku, a kociaki bezwstydnie panoszyły się po podwórku i wygrzewały na słoneczku. Puma stała się więc typowym kotem zaczepno-obronnym: czyli najpierw zaczepia, a potem trzeba jej bronić :)
Na szczęście w niedzielę doszła do siebie i uratowała honor. Maluchy zawitały co prawda na śniadanie [i zdążyły je zjeść], ale potem najwyraźniej musiała je nieźle pogonić, bo jak polazły, tak nie pokazały się aż do naszego wyjazdu.
A na zakończenie obiecany materiał zdjęciowy :)
Przede wszystkim trzeba Wam wiedzieć, że niestety Jej Wysokość jest przewlekle chora. Co kilka miesięcy robi jej się "coś" na łapkach - wypada jej sierść, skóra zaczyna ją swędzieć, więc biedacwto się drapie, gryzie, w rezultacie czego robią jej się brzydkie rany. Do końca niestety nie wiadomo, co to takiego - diagnozy były już różne, jednak jak na razie żadna strategia leczenia nie okazała się na dłuższą metę skuteczna. Co przejdzie na kilka miesięcy, to powraca. Ostatnio weterynarz skłania się ku wersji, że to jednak na tle pokarmowym. Swoją drogą, czego to nie wymyślą: kot-alergik...
Mniejsza z tym, w każdym razie tak się złożyło, że dostała nawrotu choroby na kilka dni przed planowanym wyjazdem, w związku z czym Hipek musiał jeszcze w piątek rano lecieć z nią na zastrzyk, a jechaliśmy po południu. Sam zabieg już wiązał się z olbrzymim stresem dla obu zwierzątek, bowiem Puma u weterynarza walczy tak, jak by chodziło o jej życie, więc podanie jej lekarstwa można spokojnie porównać do wsadzenia głowy w paszczę lwa. Natomiast zastrzyk ma takie działanie uboczne, że przez jakiś czas po jego zaaplikowaniu Jej Wysokość jest otępiała [niewykluczone poza tym, że w ten sposób też odreagowuje stres związany z wizytą u lekarza]. W następstwie tego przez całą sobotę nie była sobą, co objawiało się w dość zabawny sposób.
Pamiętacie, jak opisywałam Wam kocią rodzinkę, która zadomowiła się w posiadłości Seniorki? [kto nie kojarzy, może spojrzeć tutaj]. Przychodzą rzecz jasna w dalszym ciągu, choć nie zawsze są wszystkie na raz - kocia mamusia oraz trzy maleństwa. Naturalnie zawitały i tym razem. Okazało się jednak... że Jej Wysokość się ich bała! Syczała zza szyby na zabiedzone, chude maleństwa, które spokojnie mogłaby zjeść jednym chapnięciem, ale kiedy przyszło co do czego, to nawet nie miała odwagi wyjść z domu :) Prawie całą sobotę przesiedziała w środku, a kociaki bezwstydnie panoszyły się po podwórku i wygrzewały na słoneczku. Puma stała się więc typowym kotem zaczepno-obronnym: czyli najpierw zaczepia, a potem trzeba jej bronić :)
Na szczęście w niedzielę doszła do siebie i uratowała honor. Maluchy zawitały co prawda na śniadanie [i zdążyły je zjeść], ale potem najwyraźniej musiała je nieźle pogonić, bo jak polazły, tak nie pokazały się aż do naszego wyjazdu.
A na zakończenie obiecany materiał zdjęciowy :)
"Dzień dobry. Przyszliśmy na obiadek..."
Wyżerka
Kocia surykatka
"Pojadłam, teraz czas na drzemkę."
Jej Wysokość jako pani na włościach
A to wschód słońca nad posiadłością Seniorki
piątek, 30 września 2011
Jak ugotować Hot-Doga?
Zgodnie z moimi przewidywaniami zapału, by zachowywać się przyzwoicie, wystarczyło Dawidowi [a kto to?] na niecałe dwa tygodnie. Zdążyłam na zebraniu pochwalić go przed matką - rozmowa odbyła się w czwartek, a po weekendzie chłopak dostał skrzydeł. Rzecz jasna w sensie negatywnym.
Przez cały miesiąc uzbierało mu się w zeszycie 10 uwag negatywnych [pierwsza datowana na 8 września, ostatnia dzisiejsza]. Można za ich pomocą prześledzić, w jaki sposób rozkręcał się po wakacjach. Zaczęło się od "niewinnych" [oczywiście, jak na niego] wybryków, jak malowanie po ławce, nieprowadzenie zeszytu, odmowa pójścia do tablicy. Potem przyszła kolej na słuchanie muzyki przez słuchawki, pisanie smsów i odbieranie telefonu na lekcji, wreszcie na wychodzeniu sobie bez pozwolenia w trakcie zajęć. To już standard Dawidka, ale ostatnie dwa numery są już grubszego kalibru. Otóż na zajęciach praktycznych najpierw rozkładał kompletnie lekcję przez idiotyczne uwagi i namawianie innych uczniów, by poszli z nim po dzwonku na wagary [praktyk mają 3 godziny z rzędu]. Siedział przy tym w prowokacyjny sposób na "styl amerykański", czyli z butami założonymi na ławkę, rzecz jasna kompletnie ignorując uwagi nauczycielki. Natomiast na jej oświadczenie, że jeśli nie weźmie się do pracy, to nie będzie miał obecności [spóźnił się 15 minut na zajęcia] zagroził, że niech tylko spróbuje, to jej tak zrobi koło dupy, że popamięta.
Wzięłam go wczoraj przed wycieczką na stronę w związku z tym zdarzeniem i zażądałam wyjaśnień. Wiecie, co usłyszałam? "Na praktykach? A co ona o mnie naopowiadała? Już ja sobie z tą panią porozmawiam!" - po czym sukinkicio [z całym szacunkiem dla kotów] po prostu odwrócił się na pięcie i poszedł do kolegów! Czyli co my tu mamy? Groźba, szantaż, brak szacunku wobec nauczycieli oraz całkowity brak refleksji na temat tego, co się stało.
Ale najlepsze szykował na wycieczkę. Jeszcze w drodze do muzeum były z nim wyłącznie kłopoty, bo całkowicie ignorował moje polecenia, robił to, co w danej chwili mu przyszło do głowy, oddalał się od grupy bez poinformowania mnie o tym [o uzyskaniu zgody nawet nie wspomniawszy...], bez żadnego skrępowania palił papierosy, które wcześniej udało mu się wymusić na kolegach. Natomiast w muzeum już przeszedł sam siebie. Nie sposób było obserwować wszystkich w jednym momencie, wykorzystał więc chwilę mojej nieuwagi, wyjął z odtwarzacza DVD płytę muzealną, włożył swoją - i tym sposobem na ekranie zamiast filmu edukacyjnego zaczął lecieć wyjątkowo obrzydliwy pornol. Zgadza się, nie widziałam na własne oczy, że on to zrobił [bo przecież gdybym to dostrzegła, to bym do tego nie dopuściła...], ale widziałam, jak potem właśnie Dawidek gorączkowo starał się wyjąć płytę z odtwarzacza i wyłączyć nagranie.
Odbyłam dziś już rozmowę z naszą nową panią pedagog, zadzwoniłam także do kuratora chłopca, który obiecał się do mnie pofatygować po weekendzie. I co dalej? Ano postaram się zrobić, co w mojej mocy, by wyekspediować Dawida jak najszybciej do zakladu zamkniętego. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę, że mógłby mnie czekać cały rok jego numerów i że znowu sprawa rozeszłaby się po kościach. On się kompletnie nie nadaje do żadnej szkoły, nawet takiej, jak nasza, bo na niego żadne konwencjonalne metody po prostu nie skutkują [a przecież przywalić mu nie można...]. Poza tym wiecie co? Mam w klasie trzech nowych chłopców, którzy na samym początku byli spokojni i chyba lekko wystraszeni faktem, że trafili do nas. A teraz już widzę, że patrzą w Dawidka jak w obrazek i zaczynają go naśladować. Minął dopiero miesiąc!
Realnie - mogę mu załatwić brak promocji do następnej klasy, jeśli wystawię mu na koniec naganne zachowanie [a jak tak dalej pójdzie, to nie będzie z tym najmniejszego problemu]. Zgodnie z przepisami można uwalić ucznia, który dwa razy z rzędu miał naganne, nawet jeśli ma piątki od góry do dołu. Mogę więc sprawić chociaż, że za rok nie będzie w mojej osobistej małpiarni.
Ale przecież nie chodzi o to, by podrzucić innej, Bogu ducha winnej nauczycielce, to kukułcze jajo. Sztuka polega na tym, by wreszcie porządnie ugotować Dawidka - czyli zrobić z niego Hot-Doga. Skoro tak bardzo domaga się przeniesienia go do zakładu zamkniętego, to trzeba mu to umożliwić.
Przez cały miesiąc uzbierało mu się w zeszycie 10 uwag negatywnych [pierwsza datowana na 8 września, ostatnia dzisiejsza]. Można za ich pomocą prześledzić, w jaki sposób rozkręcał się po wakacjach. Zaczęło się od "niewinnych" [oczywiście, jak na niego] wybryków, jak malowanie po ławce, nieprowadzenie zeszytu, odmowa pójścia do tablicy. Potem przyszła kolej na słuchanie muzyki przez słuchawki, pisanie smsów i odbieranie telefonu na lekcji, wreszcie na wychodzeniu sobie bez pozwolenia w trakcie zajęć. To już standard Dawidka, ale ostatnie dwa numery są już grubszego kalibru. Otóż na zajęciach praktycznych najpierw rozkładał kompletnie lekcję przez idiotyczne uwagi i namawianie innych uczniów, by poszli z nim po dzwonku na wagary [praktyk mają 3 godziny z rzędu]. Siedział przy tym w prowokacyjny sposób na "styl amerykański", czyli z butami założonymi na ławkę, rzecz jasna kompletnie ignorując uwagi nauczycielki. Natomiast na jej oświadczenie, że jeśli nie weźmie się do pracy, to nie będzie miał obecności [spóźnił się 15 minut na zajęcia] zagroził, że niech tylko spróbuje, to jej tak zrobi koło dupy, że popamięta.
Wzięłam go wczoraj przed wycieczką na stronę w związku z tym zdarzeniem i zażądałam wyjaśnień. Wiecie, co usłyszałam? "Na praktykach? A co ona o mnie naopowiadała? Już ja sobie z tą panią porozmawiam!" - po czym sukinkicio [z całym szacunkiem dla kotów] po prostu odwrócił się na pięcie i poszedł do kolegów! Czyli co my tu mamy? Groźba, szantaż, brak szacunku wobec nauczycieli oraz całkowity brak refleksji na temat tego, co się stało.
Ale najlepsze szykował na wycieczkę. Jeszcze w drodze do muzeum były z nim wyłącznie kłopoty, bo całkowicie ignorował moje polecenia, robił to, co w danej chwili mu przyszło do głowy, oddalał się od grupy bez poinformowania mnie o tym [o uzyskaniu zgody nawet nie wspomniawszy...], bez żadnego skrępowania palił papierosy, które wcześniej udało mu się wymusić na kolegach. Natomiast w muzeum już przeszedł sam siebie. Nie sposób było obserwować wszystkich w jednym momencie, wykorzystał więc chwilę mojej nieuwagi, wyjął z odtwarzacza DVD płytę muzealną, włożył swoją - i tym sposobem na ekranie zamiast filmu edukacyjnego zaczął lecieć wyjątkowo obrzydliwy pornol. Zgadza się, nie widziałam na własne oczy, że on to zrobił [bo przecież gdybym to dostrzegła, to bym do tego nie dopuściła...], ale widziałam, jak potem właśnie Dawidek gorączkowo starał się wyjąć płytę z odtwarzacza i wyłączyć nagranie.
Odbyłam dziś już rozmowę z naszą nową panią pedagog, zadzwoniłam także do kuratora chłopca, który obiecał się do mnie pofatygować po weekendzie. I co dalej? Ano postaram się zrobić, co w mojej mocy, by wyekspediować Dawida jak najszybciej do zakladu zamkniętego. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę, że mógłby mnie czekać cały rok jego numerów i że znowu sprawa rozeszłaby się po kościach. On się kompletnie nie nadaje do żadnej szkoły, nawet takiej, jak nasza, bo na niego żadne konwencjonalne metody po prostu nie skutkują [a przecież przywalić mu nie można...]. Poza tym wiecie co? Mam w klasie trzech nowych chłopców, którzy na samym początku byli spokojni i chyba lekko wystraszeni faktem, że trafili do nas. A teraz już widzę, że patrzą w Dawidka jak w obrazek i zaczynają go naśladować. Minął dopiero miesiąc!
Realnie - mogę mu załatwić brak promocji do następnej klasy, jeśli wystawię mu na koniec naganne zachowanie [a jak tak dalej pójdzie, to nie będzie z tym najmniejszego problemu]. Zgodnie z przepisami można uwalić ucznia, który dwa razy z rzędu miał naganne, nawet jeśli ma piątki od góry do dołu. Mogę więc sprawić chociaż, że za rok nie będzie w mojej osobistej małpiarni.
Ale przecież nie chodzi o to, by podrzucić innej, Bogu ducha winnej nauczycielce, to kukułcze jajo. Sztuka polega na tym, by wreszcie porządnie ugotować Dawidka - czyli zrobić z niego Hot-Doga. Skoro tak bardzo domaga się przeniesienia go do zakładu zamkniętego, to trzeba mu to umożliwić.
środa, 28 września 2011
Praca z dzieckiem upośledzonym
Do Zoo wrócił Darek [czyli Oliwer Twist]. To oczywiście dobrze, że jego stan zdrowia widocznie pozwala na chodzenie do szkoły, ale problem z jego opóźnieniem jak był, tak pozostał. Przyznam, że po dzisiejszej lekcji jestem lekko załamana i nie mam pojęcia, jak znaleźć optymalne wyjście z tej sytuacji. Optymalne - to znaczy takie, które byłoby dobre dla chłopca, ale jednocześnie zapewniło mi warunki, bym mogła normalnie [jak na Zoo rzecz jasna] prowadzić zajęcia dla reszty towarzystwa.
Darek miał dziś wyraźnie gorszy dzień. Patrząc na niego nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z dzieckiem upośledzonym - zapewne w stopniu lekkim, ale jednak. Co robił? Generalnie przez całe zajęcia gębusia mu się nie zamykała, nawet w momentach, kiedy przepisywał notatkę z tablicy. Komentował wszystko co mógł, przy czym jego pytania czy stwierdzenia nie bardzo trzymały się kupy. Widać było wyraźnie, że po prostu gada, żeby gadać. Dla przykładu: usiłowałam wytłumaczyć małpkom, na czym polegała w tragedii antycznej zasada trzech jedności [miejsca, czasu i akcji]. Mówię więc, że Grecy wychodzili z założenia, że skoro widz w teatrze siedzi te 2-3 godziny, bo tyle trwa spektakl, to i sama opowiedziana historia powinna tyle zająć. Innymi słowy - nie może być tak, że nam sobie każą wyobrazić, że upłynęła noc i teraz bohaterowie rozmawiają następnego dnia, skoro w rzeczywistości tyle nie minęło. Na co Darek...
Darek: A dlaczego to miało trwać 2-3 godziny?
Ja: Więcej pewnie trudno wysiedzieć, tyle zwykle trwa spektakl.
Darek: A co, jak by trwało 4 godziny?
Ja: Widzowie by się zmęczyli, ale wtedy i akcja mogłaby tyle zająć.
Darek: A jak by trwało 4 godziny i jedną minutę?
[W tym momencie dotarło do mnie, że dalsze ciągnięcie tematu nie ma sensu, więc zignorowałam pytanie i chciałam przejść do zasady decorum - ale niestety Darek uważał inaczej. I kontynuował swoje dywagacje, zupełnie, jak by zacięła mu się płyta...]
Darek: A jak by trwało 4 godziny i dwie minuty?
A jak by trwało 4 godziny i trzy minuty?
A jak by trwało 4 godziny i cztery minuty?
I tak w koło Macieju...
Naprawdę, mówił przez CAŁĄ lekcję i nie było sposobu, by go uciszyć. W pewnym momencie jednak naprawdę zdębiałam, bo zaczął wyć! Niskim, gardłowym głosem, z szeroko rozdziawionymi ustami, co wyraźnie przypominało obrazki z zakładu dla umysłowo chorych. Na pytanie, co on [do cholery!] robi, oświadczył uśmiechając się od ucha do ucha... że śpiewa! Nie przesadzam, cała szopka trwała dobrych kilka minut, zanim nie wymyślił czegoś innego.
Po 20 minutach jego popisów zaczęły puszczać mi nerwy, a to znaczy, że robi się nieciekawie. Jestem nauczycielem, profesjonalistą i to do mnie należy opanowanie sytuacji, szczególnie, kiedy mam do czynienia z tego rodzaju dzieckiem. Rozumiecie - ja świetnie zdaję sobie sprawę, że NIE WOLNO mi się na niego wściec czy odezwać w sposób uwłaczający jego godności, bo jestem osobą dorosłą i reszta towarzystwa na mnie patrzy. Jeśli więc zobaczą, że NAUCZYCIEL pozwala sobie na kąśliwe uwagi, to tym bardziej oni będą się czuli uprawnieni, by jechać po nim jak po łysej kobyle. Tylko co innego, że ja to WIEM - a co innego, że nie jestem mimo wszystko cyborgiem i zwyczajnie szlag mnie trafia. Wyobraźcie sobie, że stoicie przed klasą i staracie się normalnie prowadzić zajęcia przy bezustannym akompaniamencie wycia, bezsensownych uwag i pytań, a wasze kulturalne upominania są kompletnie ignorowane. Ciekawa jestem, ilu z Was w takim momencie w końcu nie wytrzymałoby nerwowo i nie krzyknęło: "Zamknij się wreszcie, debilu!" Notabene - tak właśnie reagowali jego koledzy z klasy. Oni też byli zmęczeni ciągłym hałasem i tym, że lekcja nawet nie pretenduje do miana normalnej. Zapewniam Was - małpki w słowach nie przebierają, więc epitety, którymi obdarzali Darka, nie zawsze były cenzuralne.
Gwoli ścisłości, nie przytaknęłam jego kolegom ochoczo w stylu: "No właśnie, stul dziób, idioto!", tylko ich objechałam ["A ty nie bądź taki mądry, bo sam przeszkadzasz"] - choć naprawdę bardzo mało brakowało. Nie wiem też, na jak długo wystarczy mi cierpliwości, jeśli takie lekcje będą się powtarzały. Ludzie, ja naprawdę nie robiłam specjalizacji z oligofrenopedagogiki, tylko z literatury staropolskiej...
Kiedy rozmawiałam o tej lekcji w domu z Hipopotamem, podsunął mi jedno rozwiązanie, które muszę przemyśleć. Ma pomysł, bym na każdej lekcji dawała Darkowi do "pięknego i dokładnego" przepisania jakiś dłuższy tekst. Będzie miał w ten sposób zajęcie, ja święty spokój, a jeśli uda mu się przekopiować zadanie bez błędów, to będzie pretekst, by wstawić mu pozytywną ocenę. Brzmi dobrze i w pierwszej chwili bardzo mi się ta idea spodobała, ale teraz pojawiła mi się jedna wątpliwość. Otóż - co z reakcją reszty małpek? Dostaną aż zbyt wyraźny sygnał, że Darek jest na specjalnych prawach. Co, jeśli zaczną go przez to jeszcze gorzej traktować? Albo - co wielce prawdopodobne - same zaczną domagać się podobnych zadań, by tylko w łatwy sposób dostać dobry stopień? Skoro Darek może, to czemu nie one?
Nie powiem im przecież, że Darek jest opóźniony umysłowo i stąd powinnam wobec niego zdecydowanie obniżyć wymagania...
Darek miał dziś wyraźnie gorszy dzień. Patrząc na niego nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z dzieckiem upośledzonym - zapewne w stopniu lekkim, ale jednak. Co robił? Generalnie przez całe zajęcia gębusia mu się nie zamykała, nawet w momentach, kiedy przepisywał notatkę z tablicy. Komentował wszystko co mógł, przy czym jego pytania czy stwierdzenia nie bardzo trzymały się kupy. Widać było wyraźnie, że po prostu gada, żeby gadać. Dla przykładu: usiłowałam wytłumaczyć małpkom, na czym polegała w tragedii antycznej zasada trzech jedności [miejsca, czasu i akcji]. Mówię więc, że Grecy wychodzili z założenia, że skoro widz w teatrze siedzi te 2-3 godziny, bo tyle trwa spektakl, to i sama opowiedziana historia powinna tyle zająć. Innymi słowy - nie może być tak, że nam sobie każą wyobrazić, że upłynęła noc i teraz bohaterowie rozmawiają następnego dnia, skoro w rzeczywistości tyle nie minęło. Na co Darek...
Darek: A dlaczego to miało trwać 2-3 godziny?
Ja: Więcej pewnie trudno wysiedzieć, tyle zwykle trwa spektakl.
Darek: A co, jak by trwało 4 godziny?
Ja: Widzowie by się zmęczyli, ale wtedy i akcja mogłaby tyle zająć.
Darek: A jak by trwało 4 godziny i jedną minutę?
[W tym momencie dotarło do mnie, że dalsze ciągnięcie tematu nie ma sensu, więc zignorowałam pytanie i chciałam przejść do zasady decorum - ale niestety Darek uważał inaczej. I kontynuował swoje dywagacje, zupełnie, jak by zacięła mu się płyta...]
Darek: A jak by trwało 4 godziny i dwie minuty?
A jak by trwało 4 godziny i trzy minuty?
A jak by trwało 4 godziny i cztery minuty?
I tak w koło Macieju...
Naprawdę, mówił przez CAŁĄ lekcję i nie było sposobu, by go uciszyć. W pewnym momencie jednak naprawdę zdębiałam, bo zaczął wyć! Niskim, gardłowym głosem, z szeroko rozdziawionymi ustami, co wyraźnie przypominało obrazki z zakładu dla umysłowo chorych. Na pytanie, co on [do cholery!] robi, oświadczył uśmiechając się od ucha do ucha... że śpiewa! Nie przesadzam, cała szopka trwała dobrych kilka minut, zanim nie wymyślił czegoś innego.
Po 20 minutach jego popisów zaczęły puszczać mi nerwy, a to znaczy, że robi się nieciekawie. Jestem nauczycielem, profesjonalistą i to do mnie należy opanowanie sytuacji, szczególnie, kiedy mam do czynienia z tego rodzaju dzieckiem. Rozumiecie - ja świetnie zdaję sobie sprawę, że NIE WOLNO mi się na niego wściec czy odezwać w sposób uwłaczający jego godności, bo jestem osobą dorosłą i reszta towarzystwa na mnie patrzy. Jeśli więc zobaczą, że NAUCZYCIEL pozwala sobie na kąśliwe uwagi, to tym bardziej oni będą się czuli uprawnieni, by jechać po nim jak po łysej kobyle. Tylko co innego, że ja to WIEM - a co innego, że nie jestem mimo wszystko cyborgiem i zwyczajnie szlag mnie trafia. Wyobraźcie sobie, że stoicie przed klasą i staracie się normalnie prowadzić zajęcia przy bezustannym akompaniamencie wycia, bezsensownych uwag i pytań, a wasze kulturalne upominania są kompletnie ignorowane. Ciekawa jestem, ilu z Was w takim momencie w końcu nie wytrzymałoby nerwowo i nie krzyknęło: "Zamknij się wreszcie, debilu!" Notabene - tak właśnie reagowali jego koledzy z klasy. Oni też byli zmęczeni ciągłym hałasem i tym, że lekcja nawet nie pretenduje do miana normalnej. Zapewniam Was - małpki w słowach nie przebierają, więc epitety, którymi obdarzali Darka, nie zawsze były cenzuralne.
Gwoli ścisłości, nie przytaknęłam jego kolegom ochoczo w stylu: "No właśnie, stul dziób, idioto!", tylko ich objechałam ["A ty nie bądź taki mądry, bo sam przeszkadzasz"] - choć naprawdę bardzo mało brakowało. Nie wiem też, na jak długo wystarczy mi cierpliwości, jeśli takie lekcje będą się powtarzały. Ludzie, ja naprawdę nie robiłam specjalizacji z oligofrenopedagogiki, tylko z literatury staropolskiej...
Kiedy rozmawiałam o tej lekcji w domu z Hipopotamem, podsunął mi jedno rozwiązanie, które muszę przemyśleć. Ma pomysł, bym na każdej lekcji dawała Darkowi do "pięknego i dokładnego" przepisania jakiś dłuższy tekst. Będzie miał w ten sposób zajęcie, ja święty spokój, a jeśli uda mu się przekopiować zadanie bez błędów, to będzie pretekst, by wstawić mu pozytywną ocenę. Brzmi dobrze i w pierwszej chwili bardzo mi się ta idea spodobała, ale teraz pojawiła mi się jedna wątpliwość. Otóż - co z reakcją reszty małpek? Dostaną aż zbyt wyraźny sygnał, że Darek jest na specjalnych prawach. Co, jeśli zaczną go przez to jeszcze gorzej traktować? Albo - co wielce prawdopodobne - same zaczną domagać się podobnych zadań, by tylko w łatwy sposób dostać dobry stopień? Skoro Darek może, to czemu nie one?
Nie powiem im przecież, że Darek jest opóźniony umysłowo i stąd powinnam wobec niego zdecydowanie obniżyć wymagania...
wtorek, 27 września 2011
Otwieram lodówkę, a tam mitologia...
Podczas nauki każdego przedmiotu w szkole są działy zarówno ciekawe, jak i śmiertelnie nudne, a ponieważ od początku mojej "kariery" nauczycielskiej stawiam na autentyczność, to uczniowie świetnie wiedzą, których twórców czy epoki literackie lubię, a na co najchętniej puściłabym pawia. Rzecz jasna wymagam wszystkiego, bo fakt, że coś jest nudne, nie zwalnia od nauczenia się tego, ale na pewno nikomu nie każę - przywołując klasyka - zachwycać się Słowackim, no bo "jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?" [nawiasem mówiąc - Jula akurat dość lubię jak na romantyka :)]. Zawsze też pytana o opinie na temat danych lektur szczerze mówię, co o nich naprawdę myślę, zaznaczając, że de gustibus non est disputandum, więc to, że mnie coś przypadło [lub nie] do gustu, nie musi oznaczać, że uczniowie będą mieli to samo zdanie.
W związku z tym mało jest tak wdzięcznych dla mnie rzeczy do omawiania z uczniami, jak mitologia grecka. Mam na tym punkcie nieszkodliwego świra, a w związku z tym primo - znam mnóstwo szczegółów, którymi potrafię zainteresować dzieciarnię, a secundo - no nie ma siły, nawet małpki pewnie widzą ten płomień w moich oczach, kiedy im streszczam Parandowskiego zmiksowanego z Kubiakiem. Do tego z ręką na sercu twierdzę, że przynajmniej podstawowa znajomość mitologii niezbędna jest każdemu, kto chce cokolwiek rozumieć z kultury europejskiej. Nawet nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, że wszystko w niej pływa - dla przykładu, uwielbiam te rozdziawione gęby uczniowskie, kiedy uświadamiam im, że Morfeusz to grecki bóg snu [a w takim razie "Matrix" nabiera o wiele głębszego znaczenia :)]. W ogóle związki frazeologiczne o rodowodzie mitycznym to wielce przyjemny temat i świetna okazja, by garściami podrzucać co bardziej smakowite opowiastki. W zależności od wieku i poziomu słuchaczy można bowiem uzupełnić wiedzę dzieciarni o kilka pikantnych szczegółów, które zwykle są przez podręczniki pomijane. Dajmy na to - wszyscy słyszeli o nici Ariadny i dzielnym Tezeuszu, ale nie każdy już wie, że "wspaniały bohater" zostawił potem swoją wybawicielkę na bezludnej wyspie, bo mu się znudziła [choć w sumie nie skończyła aż tak źle, bo zainteresował się nią Dionizos - no ok, zostala żoną żula, ale jednak boga :)]. Albo - wszyscy mają szacunek do wiernej Penelopy, która czekała na Odyseusza 20 lat... dopóki nie uświadomię im, że w przeciwieństwie do żony mężulo podczas powrotu zabawiał się z różnymi panienkami i wcale z tego powodu nie miał wyrzutów sumienia.
A już najbardziej lubię omawianie "Króla Edypa" [w liceum] lub "Antygony" [to w gimnazjum], bo to z konieczności wymaga szczegółowego przypomnienia całego mitu o rodzie Labdakidów, który jest według mnie najbardziej mrożącym krew w żyłach fragmentem mitologii greckiej. To się naprawdę opowiada dzieciakom jak film sensacyjny. Przekonałam się o tym jeszcze ucząc w poprzedniej szkole. Byłam świeżo po studiach i jeszcze dziwiły mnie takie rzeczy, że 16-latek z dobrej rodziny nigdy nie słyszał o Edypie i Sfinksie. Kiedy zorientowałam się, że oni naprawdę tego nie znają, zaczęłam im opowiadać ze szczegółami, a moje ukochane "króliczki" [tak mówiłam na tę klasę licealistów, bo byli naprawdę fajni] siedziały łapiąc wypadające ze zdziwienia szczęki i tylko co chwilę zadając pytania w stylu: "No nie, pani żartuje - on się NAPRAWDĘ z własną matką ożenił?!". W dobrej szkole też rzecz jasna mogłam sobie pozwolić na szersze omówienie całej historii. Fatum ciążące nad Edypem wydaje się potwornie niesprawiedliwe... do momentu, aż dogrzebiemy się do informacji, że była to kara dla jego ojca Lajosa za gwałt popełniony na młodym chłopcu - a dla Greków fakt, że syn odpowiada za winę rodziców, nie był niczym dziwnym. I co, od razu inaczej patrzymy na klątwę rodu Labdakidów.
W Zoo w dwóch klasach gimnazjalnych właśnie zabieram się za omawianie "Antygony". W mojej "ukochanej" 3A [tam, gdzie jest Sebastianek-Bida z Nędzą] już zdążyłam przeprowadzić zajęcia zapoznające ich z właściwym mitem. Rozrysowałam ładnie drzewko genealogiczne tej popierniczonej rodzinki Labdakidów i opowiedziałam obrazowo, jak to Edyp wpakował się w kłopoty. Mam nadzieję, że definicję fatum zapamiętają za pomocą mojego ulubionego skojarzenia. Tłumaczę uczniom: "Greckie fatum działa tak jak u Kubusia Puchatka. Pamiętacie - im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Tu jest tak samo: im bardziej Edyp ucieka od przeznaczenia, tym bardziej właśnie klątwa się wypełnia".
W ramach podsumowania pozwolę sobie zacytować Piotrka, który w ten oto sposób skomentował treść mitu o rodzie Labdakidów: "K***, czego oni nas w tej szkole uczą? Koleś machnął czwórkę dzieci własnej matce - a to podobno my jesteśmy patologia! Przecież przy nim to my jesteśmy święci!".
Uwielbiam, kiedy literatura wyzwala emocje :)
W związku z tym mało jest tak wdzięcznych dla mnie rzeczy do omawiania z uczniami, jak mitologia grecka. Mam na tym punkcie nieszkodliwego świra, a w związku z tym primo - znam mnóstwo szczegółów, którymi potrafię zainteresować dzieciarnię, a secundo - no nie ma siły, nawet małpki pewnie widzą ten płomień w moich oczach, kiedy im streszczam Parandowskiego zmiksowanego z Kubiakiem. Do tego z ręką na sercu twierdzę, że przynajmniej podstawowa znajomość mitologii niezbędna jest każdemu, kto chce cokolwiek rozumieć z kultury europejskiej. Nawet nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, że wszystko w niej pływa - dla przykładu, uwielbiam te rozdziawione gęby uczniowskie, kiedy uświadamiam im, że Morfeusz to grecki bóg snu [a w takim razie "Matrix" nabiera o wiele głębszego znaczenia :)]. W ogóle związki frazeologiczne o rodowodzie mitycznym to wielce przyjemny temat i świetna okazja, by garściami podrzucać co bardziej smakowite opowiastki. W zależności od wieku i poziomu słuchaczy można bowiem uzupełnić wiedzę dzieciarni o kilka pikantnych szczegółów, które zwykle są przez podręczniki pomijane. Dajmy na to - wszyscy słyszeli o nici Ariadny i dzielnym Tezeuszu, ale nie każdy już wie, że "wspaniały bohater" zostawił potem swoją wybawicielkę na bezludnej wyspie, bo mu się znudziła [choć w sumie nie skończyła aż tak źle, bo zainteresował się nią Dionizos - no ok, zostala żoną żula, ale jednak boga :)]. Albo - wszyscy mają szacunek do wiernej Penelopy, która czekała na Odyseusza 20 lat... dopóki nie uświadomię im, że w przeciwieństwie do żony mężulo podczas powrotu zabawiał się z różnymi panienkami i wcale z tego powodu nie miał wyrzutów sumienia.
A już najbardziej lubię omawianie "Króla Edypa" [w liceum] lub "Antygony" [to w gimnazjum], bo to z konieczności wymaga szczegółowego przypomnienia całego mitu o rodzie Labdakidów, który jest według mnie najbardziej mrożącym krew w żyłach fragmentem mitologii greckiej. To się naprawdę opowiada dzieciakom jak film sensacyjny. Przekonałam się o tym jeszcze ucząc w poprzedniej szkole. Byłam świeżo po studiach i jeszcze dziwiły mnie takie rzeczy, że 16-latek z dobrej rodziny nigdy nie słyszał o Edypie i Sfinksie. Kiedy zorientowałam się, że oni naprawdę tego nie znają, zaczęłam im opowiadać ze szczegółami, a moje ukochane "króliczki" [tak mówiłam na tę klasę licealistów, bo byli naprawdę fajni] siedziały łapiąc wypadające ze zdziwienia szczęki i tylko co chwilę zadając pytania w stylu: "No nie, pani żartuje - on się NAPRAWDĘ z własną matką ożenił?!". W dobrej szkole też rzecz jasna mogłam sobie pozwolić na szersze omówienie całej historii. Fatum ciążące nad Edypem wydaje się potwornie niesprawiedliwe... do momentu, aż dogrzebiemy się do informacji, że była to kara dla jego ojca Lajosa za gwałt popełniony na młodym chłopcu - a dla Greków fakt, że syn odpowiada za winę rodziców, nie był niczym dziwnym. I co, od razu inaczej patrzymy na klątwę rodu Labdakidów.
W Zoo w dwóch klasach gimnazjalnych właśnie zabieram się za omawianie "Antygony". W mojej "ukochanej" 3A [tam, gdzie jest Sebastianek-Bida z Nędzą] już zdążyłam przeprowadzić zajęcia zapoznające ich z właściwym mitem. Rozrysowałam ładnie drzewko genealogiczne tej popierniczonej rodzinki Labdakidów i opowiedziałam obrazowo, jak to Edyp wpakował się w kłopoty. Mam nadzieję, że definicję fatum zapamiętają za pomocą mojego ulubionego skojarzenia. Tłumaczę uczniom: "Greckie fatum działa tak jak u Kubusia Puchatka. Pamiętacie - im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Tu jest tak samo: im bardziej Edyp ucieka od przeznaczenia, tym bardziej właśnie klątwa się wypełnia".
W ramach podsumowania pozwolę sobie zacytować Piotrka, który w ten oto sposób skomentował treść mitu o rodzie Labdakidów: "K***, czego oni nas w tej szkole uczą? Koleś machnął czwórkę dzieci własnej matce - a to podobno my jesteśmy patologia! Przecież przy nim to my jesteśmy święci!".
Uwielbiam, kiedy literatura wyzwala emocje :)
czwartek, 22 września 2011
Małpka nr 9 - polski Oliver Twist
Może to zabrzmi okrutnie, ale z punktu widzenia "nadzorcy małpek" cieszy mnie na ogół informacja, że któryś z moich podopiecznych przebywa w tzw. bidulu. Nim mnie odsądzicie od czci i wiary chcę zaznaczyć, że nie mam tu na myśli sierot biologicznych, czyli uczniów, którzy trafili do Domu Dziecka, bo oboje rodzice nie żyją, a żadna rodzina nie może [lub nie chce] się nimi zająć. Jeśli do Zoo trafi taki delikwent, to jako nauczycielowi, czyli - jak by nie patrzeć - urzędnikowi państwowemu, szczególnie otwiera mi się nóż w kieszeni. Taka "klasyczna sierota" została bowiem powierzona opiece państwa, które w takim razie ma w zastępstwie nieżyjących rodziców psi obowiązek zapewnić jej optymalne warunki rozwoju. Jeśli więc takie dziecko trafia do nas, czyli do "szkoły ostatniej szansy", to znaczy, że to państwo - mówiąc bardzo delikatnie - dało ciała na każdej linii. Jako dowód można przytoczyć tu historię Adasia, czyli Małpki Bum-Bum, którego jedyną "winą" był pech do rodzin zastępczych [zainteresowanych odsyłam tutaj].
Do Domów Dziecka trafiają jednak nie tylko biologiczne sieroty, ale przede wszystkim dzieci, których rodzice z różnych powodów nie nadają się, by sprawować nad nimi opiekę. I właśnie tego typu przypadki miałam na myśli w pierwszym zdaniu, pisząc, że taka wiadomość jako nauczyciela mnie cieszy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że za każdą decyzją o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczej kryje się rodzinna tragedia. Z mojej perspektywy jednak lepiej, żeby taki uczeń mieszkał w bidulu - mam przynajmniej pewność, że nie jest głodny, nikt się nad nim nie znęca, mógł się wyspać i miał warunki, by odrobić lekcje. Innymi słowy - zaspokojono jego najbardziej elementarne potrzeby.
Dziś jednak będzie niestety o wyjątku od tej reguły. Uczę w trzeciej gimnazjalnej chłopca - nazwijmy go Darek - który od kilku lat jest wychowankiem Domu Dziecka. Nie jestem jego wychowawczynią, nie wiem więc, dlaczego tam trafił, mam jedynie informację, że jego rodzice żyją [w dzienniku znajduje adres ich zameldowania]. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym bardziej mam wrażenie, że patrzę na jakiegoś bohatera literackiego rodem z powieści XIX-wiecznych o dzieciach z zapchlonych sierocińców, przymierających głodem i wykorzystywanych do nieludzkiej pracy. Przesadzam rzecz jasna, ale niestety nie do końca.
Przede wszystkim - ktoś zaniedbał "diagnostykę", bo po kilku lekcjach z nim nie mam wątpliwości, że chłopak powinien być w szkole specjalnej. Kompletnie nie radzi sobie z nauką czegokolwiek i nawet jak na standardy Zoo wyraźnie odstaje intelektualnie od reszty małpiątek. Jest w stanie jedynie siedzieć na lekcji i kopiować notatkę z tablicy do zeszytu, a i to nie bez błędów, bo pisze i czyta z wyraźną trudnością. A już jasne jest, że o zrozumieniu czegokolwiek nie ma co marzyć. Chcecie przykładu? Trafiło się, że byłam z nim sama na lekcji - ósma rano w poniedziałek, tylko on dotarł. Pomyślałam, że to świetna okazja, bym z nim popracowała indywidualnie i w rezultacie by zrobił coś na tyle konstruktywnego, by zdobyć jakąś pozytywną ocenę. Zaczęłam go więc najpierw całkiem spokojnie, "na luzie" pytać z ostatniej lekcji, która odbyła się poprzedniego dnia i na której był. Miałam nadzieję, że coś mu w głowie zostało, tym bardziej, że omawialiśmy akurat fragment z Biblii o Adamie, Ewie i jabłku - no darujcie, ale w naszym [czytaj: katolickim] kręgu kulturowym każdy słyszał tę historię... Okazało się jednak, że Darek z całego opowiadania zapamiętał tylko finał, czyli wygnanie z raju, ale już świadomość jak do tego doszło zaginęła w mrokach umysłu ucznia. Wzięłam więc głęboki oddech i zarządziłam inne ćwiczenie. Dałam mu do przeczytania króciutki [pół strony w podręczniku!] mit o genezie wojny trojańskiej, czyli o sądzie Parysa w sprawie najpiękniejszej boginii. Dałam mu 20 minut na zapoznanie się z tekstem, a po upływie czasu poleciłam, żeby mi go opowiedział. Wiecie, że nic nie zapamiętał? Dosłownie NIC. Nie był nawet w stanie wymienić imion bohaterów, łącznie z imieniem Parysa, które przecież było w tytule... Przyznam, że opadły mi ręce. Co ten chłopak w ogóle tu robi? Jakim cudem ja mam dać mu pozytywną ocenę z polskiego? Mimo najszczerszych chęci - no jak???
Notabene - Darek, jak można się domyślić, jest pośmiewiskiem całej klasy. Koledzy śmieją się z niego niemiłosiernie, podbudowując sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, bo oto znalazł się "prawdziwy debil", głupszy niż ktokolwiek dookoła. A on biedny nie ma jak się bronić...
To jednak nie koniec zaniedbań, jeśli chodzi o tego chłopca. Jak wiadomo, jesień to czas zachorowań na wszelkie możliwe infekcje. Kilku nauczycieli już jest na zwolnieniach, a połowa uczniów charczy i smarka. Darek też się doprawił - siedział na polskim i całe 45 minut kaszlał tak, że mało nie zostawił płuc na ławce. Naprawdę aż serce się ściskało, ale to pikuś, bo w pewnym momencie zauważyłam, że na chusteczce, którą zasłonił sobie usta... jest krew! Nikt mi nie wmówi, że dorobił się tego w przeciągu kilku dni. Jeśli pluje krwią, to znaczy, że sprawa jest po pierwsze poważna, po drugie - trwa już długo. W takim razie pojawia się pytanie: co do jasnej cholery robią jego opiekunowie w bidulu?! Grają w szachy korespondencyjne?!
Po zakończonej lekcji poleciałam do wychowawczyni Darka i kazałam jej zadzwonić do Domu Dziecka, by zabrali chłopaka do lekarza. I rzeczywiście, następnego dnia nie pojawił się w szkole, a faksem przyszło jego zwolnienie lekarskie. No rychło w czas, może nie pozaraża całego Zoo...
Naprawdę nie sądziłam, że w XXI wieku w środku Europy mogą funkcjonować tak ewidentnie olewające swoich wychowanków placówki opiekuńcze. Co to ma być, powieść Dickensa? Chyba wciąż jestem zbyt wielką idealistką mającą zaufanie do państwa polskiego, bo gdybym nie widziała tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła.
Do Domów Dziecka trafiają jednak nie tylko biologiczne sieroty, ale przede wszystkim dzieci, których rodzice z różnych powodów nie nadają się, by sprawować nad nimi opiekę. I właśnie tego typu przypadki miałam na myśli w pierwszym zdaniu, pisząc, że taka wiadomość jako nauczyciela mnie cieszy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że za każdą decyzją o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczej kryje się rodzinna tragedia. Z mojej perspektywy jednak lepiej, żeby taki uczeń mieszkał w bidulu - mam przynajmniej pewność, że nie jest głodny, nikt się nad nim nie znęca, mógł się wyspać i miał warunki, by odrobić lekcje. Innymi słowy - zaspokojono jego najbardziej elementarne potrzeby.
Dziś jednak będzie niestety o wyjątku od tej reguły. Uczę w trzeciej gimnazjalnej chłopca - nazwijmy go Darek - który od kilku lat jest wychowankiem Domu Dziecka. Nie jestem jego wychowawczynią, nie wiem więc, dlaczego tam trafił, mam jedynie informację, że jego rodzice żyją [w dzienniku znajduje adres ich zameldowania]. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym bardziej mam wrażenie, że patrzę na jakiegoś bohatera literackiego rodem z powieści XIX-wiecznych o dzieciach z zapchlonych sierocińców, przymierających głodem i wykorzystywanych do nieludzkiej pracy. Przesadzam rzecz jasna, ale niestety nie do końca.
Przede wszystkim - ktoś zaniedbał "diagnostykę", bo po kilku lekcjach z nim nie mam wątpliwości, że chłopak powinien być w szkole specjalnej. Kompletnie nie radzi sobie z nauką czegokolwiek i nawet jak na standardy Zoo wyraźnie odstaje intelektualnie od reszty małpiątek. Jest w stanie jedynie siedzieć na lekcji i kopiować notatkę z tablicy do zeszytu, a i to nie bez błędów, bo pisze i czyta z wyraźną trudnością. A już jasne jest, że o zrozumieniu czegokolwiek nie ma co marzyć. Chcecie przykładu? Trafiło się, że byłam z nim sama na lekcji - ósma rano w poniedziałek, tylko on dotarł. Pomyślałam, że to świetna okazja, bym z nim popracowała indywidualnie i w rezultacie by zrobił coś na tyle konstruktywnego, by zdobyć jakąś pozytywną ocenę. Zaczęłam go więc najpierw całkiem spokojnie, "na luzie" pytać z ostatniej lekcji, która odbyła się poprzedniego dnia i na której był. Miałam nadzieję, że coś mu w głowie zostało, tym bardziej, że omawialiśmy akurat fragment z Biblii o Adamie, Ewie i jabłku - no darujcie, ale w naszym [czytaj: katolickim] kręgu kulturowym każdy słyszał tę historię... Okazało się jednak, że Darek z całego opowiadania zapamiętał tylko finał, czyli wygnanie z raju, ale już świadomość jak do tego doszło zaginęła w mrokach umysłu ucznia. Wzięłam więc głęboki oddech i zarządziłam inne ćwiczenie. Dałam mu do przeczytania króciutki [pół strony w podręczniku!] mit o genezie wojny trojańskiej, czyli o sądzie Parysa w sprawie najpiękniejszej boginii. Dałam mu 20 minut na zapoznanie się z tekstem, a po upływie czasu poleciłam, żeby mi go opowiedział. Wiecie, że nic nie zapamiętał? Dosłownie NIC. Nie był nawet w stanie wymienić imion bohaterów, łącznie z imieniem Parysa, które przecież było w tytule... Przyznam, że opadły mi ręce. Co ten chłopak w ogóle tu robi? Jakim cudem ja mam dać mu pozytywną ocenę z polskiego? Mimo najszczerszych chęci - no jak???
Notabene - Darek, jak można się domyślić, jest pośmiewiskiem całej klasy. Koledzy śmieją się z niego niemiłosiernie, podbudowując sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, bo oto znalazł się "prawdziwy debil", głupszy niż ktokolwiek dookoła. A on biedny nie ma jak się bronić...
To jednak nie koniec zaniedbań, jeśli chodzi o tego chłopca. Jak wiadomo, jesień to czas zachorowań na wszelkie możliwe infekcje. Kilku nauczycieli już jest na zwolnieniach, a połowa uczniów charczy i smarka. Darek też się doprawił - siedział na polskim i całe 45 minut kaszlał tak, że mało nie zostawił płuc na ławce. Naprawdę aż serce się ściskało, ale to pikuś, bo w pewnym momencie zauważyłam, że na chusteczce, którą zasłonił sobie usta... jest krew! Nikt mi nie wmówi, że dorobił się tego w przeciągu kilku dni. Jeśli pluje krwią, to znaczy, że sprawa jest po pierwsze poważna, po drugie - trwa już długo. W takim razie pojawia się pytanie: co do jasnej cholery robią jego opiekunowie w bidulu?! Grają w szachy korespondencyjne?!
Po zakończonej lekcji poleciałam do wychowawczyni Darka i kazałam jej zadzwonić do Domu Dziecka, by zabrali chłopaka do lekarza. I rzeczywiście, następnego dnia nie pojawił się w szkole, a faksem przyszło jego zwolnienie lekarskie. No rychło w czas, może nie pozaraża całego Zoo...
Naprawdę nie sądziłam, że w XXI wieku w środku Europy mogą funkcjonować tak ewidentnie olewające swoich wychowanków placówki opiekuńcze. Co to ma być, powieść Dickensa? Chyba wciąż jestem zbyt wielką idealistką mającą zaufanie do państwa polskiego, bo gdybym nie widziała tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






