Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 29 marca 2012

Wielkie Metalowe BUM

    Coś mi się zdaje, że na obiecane obszerne cytaty z prac moich wychowanków będziecie musieli poczekać...

    Pisałam Wam mniej więcej rok temu, co się zwykle dzieje z małpkami wczesną wiosną, szczególnie kiedy wieją silne wiatry [kto nie pamięta, może sobie poczytać]. No i faktem jest, że halny daje u nas znać o sobie co najmniej od dwóch dni. Zawsze wtedy któremuś z naszych uczniów zdrowo odbija, a i reszta towarzystwa chodzi mocno pobudzona. Nauczyciele mogą niestety tylko czekać na rozwój wypadków i mieć nadzieję, że uda się szybko zareagować, ale uwierzcie mi, uprzedzić ataku szajby nie ma jak. Na kogo padnie, na tego bęc.
    Tym razem "bęcło" u mnie...

    Prowadzę spokojnie powtórzenie wiadomości z 3C [mają w poniedziałek pracę klasową z "Kamieni na szaniec "], kiedy drzwi do sali otwierają się i wpada do nich rozdygotana pani Marzena [nauczycielka historii i wos-u]. Miała właśnie zajęcia z moimi Muppetami, podczas których Fanka Metalu dostała szału.
    Ustalanie całego przebiegu wydarzenia trwało pół dnia, ja opowiem to już po kolei, sensownie i tak logicznie, jak się da. Otóż rzecz miała źródło jeszcze wczoraj na praktykach. Nie sposób ustalić, od czego się zaczęło, bo tutaj wersje są sprzeczne, w każdym razie Joasia dowiedziała się, że słucha szatańskiej muzyki, a ona z kolei odparła, że jej koledzy z klasy to kretyni, którzy lubią muzykę dla debili. Na to Daniel [skądinąd "nowy nabytek", bo jest u nas dopiero od połowy stycznia] spytał lekko zaczepnie, czy to było adresowane do niego, na co Fanka Metalu przyładowała mu z glana w nogę - a tak się składa, że chłopak jest kontuzjowany, bo 2 tygodnie temu naderwał na w-fie wiązadła, dopiero kilka dni temu zdjęli mu z łydki szynę, a przez następny miesiąc ma nosić jeszcze stabilizator. Wywiązała się przepychanka, w trakcie której  Joaśka uszkodziła Patrycji telefon, wytrącając jej go z ręki, a następnie po nim skacząc w swoich przyciężkich buciorach. Sprawa pewnie nie ujrzałaby światła dziennego [w końcu jednym z podstawowych przykazań w Zoo jest zakaz kablowania], gdyby nie dzisiejsza akcja na wosie. Marzenka - nieświadoma konfliktu - kazała Joasi zmienić miejsce [chciała, by dziewczyna zaczęła coś robić, a nie siedziała w swoim rogu i malowała po ławce] i dosiąść się właśnie do Daniela. W odpowiedzi usłyszała soczystą wiąchę ["Ocipiała pani do reszty?! Z chuja pani spadła?!"], a że w jej obronie stanęli inni uczniowie też nie przebierając w słowach, to już po chwili całe stadko obrzucało się bluzgami na całego, a nauczycielka autentycznie przestraszyła się, że dojdzie do rękoczynów, a ona nad nimi nie zapanuje. Zadzwoniła więc szybko po panią pedagog, a kiedy ta przyszła, to pobiegła piętro wyżej po mnie.
    Pech chciał, że nie było dziś w szkole Wiceszefowej, a Główna miała akurat kontrolę z kuratorium, więc siedziała zamknięta z wizytatorem w swoim gabinecie i naprawdę nie wolno było jej przeszkadzać. Pedagożyca lekko zielona [przypominam, to jest młodziutka stażystka w zastępstwie za naszą etatową panią pedagog, która jest na urlopie zdrowotnym] wpatrywała się we mnie okrągłymi oczami z pytaniem, co robić - a ja przecież żadnym ekspertem nie jestem... Poleciłam w pierwszej kolejności pedagożycy zabrać agresywną uczennicę do swojego gabinetu, żeby tam czekała na rozwój wypadków [trzeba ją było jak najszybciej odseparować od reszty klasy], a sama dossałam się do telefonu. Niestety, numery obojga rodziców głuche, telefon do pracy jej taty zajęty, a kurator okazał się tego dnia nieuchwytny. Podjęłam zatem decyzję, by zadzwonić na policję, bo nie widziałam innego wyjścia - no chyba, żebyśmy wezwali pogotowie...
    Trzeba przyznać, że niebiescy przyjechali dość szybko, zresztą, nasi starzy znajomi, którzy nie raz już trafiali na interwencję do Zoo [kiedy szli przez korytarz, niektórzy uczniowie witali ich jak dobrych kumpli :)]. Przesłuchali Joasię [notabene - dalej agresywną i gryzącą, pyskującą nawet do policjantki], potem Marzenkę, a następnie w sali obok, bez świadków, o wydarzeniach opowiedzieli Daniel z Patrycją [czemu ja towarzyszyłam jako ich wychowawca]. Jako że Fanka Metalu jest niepełnoletnia, a z jej rodzicami nie można się było w dalszym ciągu skontaktować, to zabrali ją na komisariat. Co z tego dalej wyszło, zapewne dowiem się jutro.
    Fakty są następujące: z poprzedniej szkoły Joasię wywalili do nas za agresywne zachowanie. W grudniu z powodu zatargów z dziewczętami z klasy przeniesiono ją do mojej osobistej małpiarni. Minęło raptem kilka miesięcy, a znowu jest chryja... Wiem, że Fanka Metalu czuje się nierozumiana, skrzywdzona, a jej agresja to tak naprawdę forma obrony, spowodowana przeświadczeniem, że cały świat tylko czeka, by się z niej nabijać. Zdaję sobie sprawę, że musi być jej cholernie ciężko na co dzień. Ale naprawdę nie widzę możliwości, by po ostatnich zdarzeniach mogła być uczennicą mojej klasy - chyba, że całe towarzystwo wzięłoby udział w mediacji grupowej, a sama Joasia przeszła jakąś terapię, która nauczyłaby ją wyładowywać frustrację w bardziej przystępny  sposób. Na to rzecz jasna nie ma szans, bo to nie amerykański film, tylko biedna polska rzeczywistość. Jeśli zostawią ją u nas, to dojdzie w końcu do tragedii. Kto zagwarantuje, że Fanka Metalu nie zrobi użytku z jakiegoś noża albo nie skopie kogoś na uboczu swoimi glanami? Uwierzcie, sprawia wrażenie dość zdesperowanej, ale też takiej osoby, której zwisa i powiewa, jakie granice dalej przekroczy.
     I wiecie co? Cieszę się jak wszyscy diabli, że w szkole dziś nie było Młodej Gniewnej...
    Jako nauczyciele postaramy się pewnie wymóc na rodzicach agresywnej uczennicy, by sami odebrali jej papiery. Jeśli nie, to trzeba będzie znaleźć sposób, by trafiła do innej szkoły. Jasne jest tylko, że to MY jesteśmy "placówką ostatniej szansy" i od nas ląduje się już tylko w ośrodku socjoterapii albo schronisku dla nieletnich...

wtorek, 27 marca 2012

Socjalizacja Muppeciątka

    Chcę się z Wami podzielić jednym drobiazgiem, który pozwala mieć cichą nadzieję, że może w wyniku akcji z Fanką Metalu coś się jednak ruszyło. Aczkolwiek nie tam, gdzie bym się spodziewała :)
    Dobrze, ale już nie robię z siebie Hitchock'a i bez przydługich wstępów piszę, w czym rzecz. Otóż wpadłam dziś na lekcję angielskiego [tak tak, z Jadzią] do moich Muppetów, bo potrzebowałam gwałtowanie ich dziennika. Zapukałam, grzecznie i bardzo oficjalnie poprosiłam o dokument, przy okazji oczywiście zapuszczając żurawia, kto z moich wychowanków jest obecny w szkole - zapełniony był cały rząd pod oknem, a w drugim rogu klasy pod ścianą tradycyjnie siedziała Joasia jak zwykle rysując [ale tym razem nie po ławce]. Trzeba przyznać, że reszta dzieciaków pracowała, albo przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Kiedy chciałam wyjść, podniosła się Sylwia i spytała, czy może wyjść ze mną na słówko. Powiedziałam: "Tak, jeśli pani Nowacka wyrazi zgodę" [w przypadku Jadzi nie przepuszczam żadnej okazji, by pokazać uczniom, że mają ją szanować i już] - a kiedy nauczycielka pozwoliła, zabrałam dziewczynę na korytarz.

- Słucham Sylwia, o co chodzi?
- Bo proszę pani, dziś na przerwie widziałam, jak Joaśce cisnęły dziewczyny z 2B [czyli z jej poprzedniej klasy] i potem ona poszła na klatkę schodową, a Daniel mówi, że ona siedzi i ryczy. No to poszłam do niej i pytam, co się stało, czy chce pogadać. Na co Joaśka do mnie z ryjem, żebym się odpieprzyła, bo to nie moja sprawa. Powiedziałam, że mogłaby chociaż odpowiedzieć coś jak człowiek, no i sobie poszłam.
- Myślę, że Joasi musi być bardzo ciężko, wiesz, w czwartek w rozmowie ze mną też się popłakała. Ona tak naprawdę nie była na ciebie zła, może jej było wstyd, że widzisz jak płacze i dlatego na ciebie naskoczyła... Jak ochłonie, przemyśli, to pewnie doceni, że do niej podeszłaś. 
- A bo ja już nie wiem, jak z nią gadać, ona jest jakaś dziwna.
- Sylwia, zachowałaś się świetnie, najlepiej, jak było można. A tak na co dzień, jeśli Joasia chce, to faktycznie zostawcie ją w spokoju. Sama kiedyś będzie chciała pogadać, to podejdzie. Teraz przynajmniej wie, że ty nic do niej nie masz.
Sylwia rozpromieniła się, stwierdziła, że to tyle chciała mi powiedzieć i odwróciła się, żeby wrócić do klasy. Zatrzymałam ją jeszcze na moment.
- Słonko,  bardzo dobrze zrobiłaś. Jestem z ciebie dumna.

    Zapytacie, czemu się jaram tą reakcją Młodej Gniewnej, jak Ruski bateryjką? Dlatego, że wiem, kim jest Sylwia, za co do nas trafiła i z jakiego paragrafu ma sprawę w sądzie. Mianowicie za prześladowanie koleżanki z poprzedniej szkoły, która mieszkała na jej osiedlu, co skończyło się postraszeniem delikwentki nożem przystawionym do szyi... Rozumiecie, mówimy o dziewczynie, która nie panuje nad złością do tego stopnia, że na ostatniej rozprawie zaczęła nawet pyskować do sędziny, czym na pewno nie poprawiła swojej sytuacji. Dla której pobicie kogoś - nie mówiąc o "zwykłym" zwyzywaniu - nie stanowi żadnego moralnego problemu.
    A teraz ta sama dziewczyna przejęła się łzami koleżanki z klasy, z którą wcześniej wykopała topór wojenny. Czy muszę dalej komentować, dlaczego mam banana na twarzy? :)

niedziela, 25 marca 2012

Do tanga trzeba dwojga

    Po piątkowych dwóch godzinach języka polskiego z Muppetami mam materiał na dwa posty. W pierwszej kolejności przedstawię Wam nędzny niestety rezultat smoczych mediacji między Fanką Metalu a resztą klasy, bo - sądząc po komentarzach - część z moich drogich Czytelników niecierpliwie czeka na relację w tej sprawie. Natomiast w najbliższych dniach przedstawię efekt pisania przez moich wychowanków rozprawek na rozmaite tematy, bo mam wrażenie, że jest co poczytać.

    Dobrze, ale przejdźmy do konfrontacji.
    Mieliśmy tego dnia podwójny polski, ale na pierwszym Joasia się nie pojawiła. Pomyślałam, że trudno się mówi i zgodnie z umową zarządziłam pisanie rozprawki na ocenę na jeden z zapisanych na tablicy tematów. Obecnych tego dnia było kilku chłopaków [którzy i tak raczej nie są stroną w konflikcie naszej outsiderki], a także Sylwia i Patrycja [to ta dziewuszka, która musiała się uczyć zwrotki wiersza za Młodą Gniewną, kiedy tamta dała ciała na Targach Edukacyjnych]. Wszyscy pracowali z zapałem [i piszę to bez cienia ironii], a ja szybowałam nad ławkami, udzielając wskazówek oraz robiąc w razie potrzeby za żywe słowniki [ortograficzny, poprawnej polszczyzny i wyrazów bliskoznacznych].
     Na drugą lekcję przyszła i Fanka Metalu. Pomyślałam sobie - no trudno, to dziś nie porozmawiamy, musi w pierwszym rzędzie jednak napisać rozprawkę [bo nie wiadomo, kiedy znowu zaszczyci mnie na polskim swoją obecnością], a poza tym reszta Muppetów i tak jeszcze kończyła swoje prace i nie zamierzałam im przerywać. Joasia dostała więc odpowiednią do napisania rozprawki kartkę i długopis [bo rzecz jasna przyszła do szkoły zupełnie bez tych - jakże by się wydawało oczywistych - uczniowskich rekwizytów] i zabrała się do pisania. Ku mojemu zaskoczeniu zajęło jej to kilkanaście minut, a co z tego wyszło, to sami się przekonacie w kolejnym poście. Kiedy skończyła, zajęła zwyczajowe miejsce w rogu klasy i poczęła tworzyć abstrakcyjne malunki na jakimś świstku, który wygrzebała z torby. Zamierzałam tym razem dać jej spokój do końca lekcji, ale niedługo potem swoje rozprawki oddały mi pozostałe Muppety. Spojrzałam na zegarek - do dzwonka było jeszcze dobre 20 minut, postanowiłam więc jednak skorzystać z okazji.
    Kiedy zatem dzieciaki zapytały, co będziemy robić do końca zajęć, wzięłam głęboki oddech i stwierdziłam, że to dobra okazja do porozmawiania o sytuacji, która się wytworzyła w klasie, aby nie powtarzały się takie zdarzenia, jak wczoraj na języku polskim. Na taką zapowiedź pierwsza odezwała się Joasia... oświadczając szybciutko, że "nie nie, psze pani, już nie trzeba". Nie dałam się zbić z tropu i odparłam, że w rozmowie na przerwie odniosłam inne wrażenie, a poza tym jestem świeżo po lekturze jej pracy klasowej [napisanej też dokładnie w duchu: "dlaczego mnie nikt nie lubi?"], więc zapraszam ją, by przestała rysować i przysiadła się bliżej reszty. Moje polecenie - zresztą, kilkakrotnie powtórzone - zostało jednak kompletnie zignorowane i Fanka Metalu rzeczywiście do końca konfrontacji została w swoim rogu, ostentacyjnie rysując i podnosząc wzrok znad kartki jedynie w sporadycznych momentach. Nie zamierzałam jednak tak łatwo się poddawać. Oświadczyłam na wstępie, że - jako wychowawcy - zależy mi na tym, żeby w klasie panowała zdrowa atmosfera, że nie muszą się wszyscy od razu uwielbiać, ale chciałabym, by potrafili dojść do porozumienia w takim stopniu, by móc się na co dzień tolerować.
    Trzeba oddać sprawiedliwość zarówno Patrycji, jak i Sylwii, że miały szczera chęć cierpliwego wysłuchania Joasi - czego niestety nie można powiedzieć o tej ostatniej. Zresztą, dziewczyna w ogóle nie miała chęci na żadną rozmowę, wbrew temu, na co się umówiłyśmy poprzedniego dnia na przerwie. Jej nieliczne wypowiedzi, które musiałam wyciągać prawie siłą, można streścić w zdaniu: "Chcę, żeby mnie wszyscy zostawili w spokoju, nie zależy mi na żadnych kontaktach z kimkolwiek, chcę po prostu skończyć tę szkołę i już". Kiedy próbowałam ją przycisnąć, żeby powiedziała, co się takiego stało, z jakimi przykrościami się tu konkretnie spotkała, to nie potrafiła sprecyzować. Używała ogólników typu "wszyscy", "zawsze", ale kiedy spytałam, jak KONKRETNIE dokuczały jej dziewczyny z TEJ KLASY, to "zrobiła karpia" [czyli się zapowietrzyła], po czym się zacięła i wróciła do rysowania.
    Moją korzyścią z tej dziwnej rozmowy było przynajmniej to, że usłyszałam wprost, co w kwestii Joasi najbardziej przeszkadza Patrycji i Sylwii. Chodzi o fakt jej ulgowego traktowania przez niektórych nauczycieli - tu niestety głównie oliwy do ognia dolała Jadzia, choć zapewne zrobiła to w dobrej wierze. Otóż, jak już wspominałam, Fanka Metalu programowo ignoruje wszelkie polecenia nauczycieli i nic nie robi na lekcjach, podczas gdy reszta towarzystwa stara się pracować - mniej lub bardziej sumiennie [to zależy od konkretnego egzemplarza], ale jednak. No i mówiąc wprost, dziewczyny krew zalewa kiedy widzą, że same się starają i męczą nad ćwiczeniami, a Joasia bimba sobie w najlepsze [i to w sposób bardzo ostentacyjny, bo jak inaczej nazwać to rysowanie i słuchanie muzyki przez słuchawki?], a potem udaje jej się tak zakręcić nauczycielem, żeby nie ponieść konsekwencji. Ostatnio poszło lekcje angielskiego - Fanka Metalu w poprzedniej klasie z której ją przeniesiono miała język niemiecki, więc Jadzia dała jej na wstępnie taryfę ulgową, żeby nowa uczennica miała czas nadrobić zaległości. Joasia zaczęła to sprytnie wykorzystywać, a rezultat jest taki, że pannica nic nie próbuje robić przez całe zajęcia, a potem tłumaczy się, że przecież nie rozumie, bo nie uczyła się angielskiego - i Jadzia nie wstawia jej jedynki.
    Tu podkreślić należy jedno. Kiedy Patrycja i Sylwia o tym wszystkim opowiadały, zwróciły się jednocześnie z propozycją do Joasi, że przecież mogą jej pomóc z angielskim. "Jak nie rozumiesz, no to się przysiądź do nas, zrobimy razem te ćwiczenia, to w końcu załapiesz". Ale naszej outsiderce wcale na tym nie zależy, bo wyraźnie podoba jej się status zgniłego jaja, wokół którego wszyscy chodzą na paluszkach. Odparła, żeby dziewczyny się nie wtrącały, przestały się jej na każdym kroku czepiać i zostawiły ją w spokoju. Bo w końcu to nie ich sprawa, jak ją traktują nauczyciele...
    Tjaa... Sytuacja jak na razie jest patowa. Stanęło na tym, że OBIE strony mają sobie schodzić z drogi, tzn. Patrycja z Sylwią ignorują Joasię [skoro ona sobie bardzo wyraźnie tego życzy...], a Joasia nie prowokuje reakcji dziewcząt. Ja natomiast dopilnuję, by Fanka Metalu ponosiła konsekwencje swojego olewania systemu, czyli porozmawiam z nauczycielami i uczulę ich na to, by absolutnie nie traktowali jej ani lepiej, ani gorzej, niż resztę klasy. Powiedziałam na koniec, że jest mi smutno, bo miałam jednak nadzieję, że uda im się jakoś dogadać, ale nie jestem Harrym Potterem, nie mam więc możliwości machnięcia czarodziejską różdżką i sprawienia, by wszyscy byli zadowoleni. Dodałam, że do rozmowy w każdej chwili możemy wrócić, jeśli tylko będą chciały.
    Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz...

czwartek, 22 marca 2012

Zaczęły się Metalowe schody

     Pamiętacie post o Fance Metalu? Przewidywałam, że będą z nią problemy. I cóż, rzecz jasna się nie pomyliłam...
     Kłopot z Joasią polega generalnie na tym, że dziewczyna za wszelką cenę musi być inna i już. Za mało o niej wiem, by postawić tezę, skąd się jej to bierze, ale bardzo wyraźnie widać, że okopała się na swoim prywatnym szańcu z napisem "Buntowniczka" i nie przepuszcza żadnej okazji by udowodnić, że zasługuje na to miano jak nikt inny. Dotyczy to zarówno relacji z nauczycielami i przestrzegania norm szkolnych, jak i kontaktów z rówieśnikami. To drugie rzecz jasna jest dużo gorsze. Fakt, że któraś małpka "olewa system" to doprawdy nic nowego, bo w końcu gdyby to się nie zdarzało już wielokrotnie w przeszłości, to nie wylądowałaby w naszej przeszacownej placówce. Natomiast to, że delikwent ma niezwykłą właściwość totalnego zrażania do siebie każdego innego ucznia szkoły, to już kwestia i niebezpieczna, i jednocześnie jednak nietypowa. W końcu mamy tu Zoo - miejsce, do którego z założenia trafiają dzieciaki z rozmaitymi zaburzeniami, mające nie do końca pod sufitem tak, jak należy. Mamy tu zatem outsiderów skolko-ugodno i z reguły jeden więcej nie robi nikomu specjalnej różnicy. Żeby za swoją inność być tępionym czy prześladowanym, trzeba naprawdę przegiąć [względnie być kibicem nie tej drużyny piłkarskiej co trzeba lub - przepraszam za wyrażenie, ale to będzie cytat - "rozjebać się na policji"]. No i wygląda na to, że Fanka Metalu gdzie się nie pojawi, tam przegina...
     Najpierw kilka słów o tym, jakie są z nią problemy dyscyplinarne, bo to o wiele bardziej zwyczajna kwestia. Standard - pojawia się na wybranych lekcjach [zwykle na 3 i 4, bo to w środku dnia], a kiedy już się łaskawie zmaterializuje na danym przedmiocie, to programowo olewa wszelkie polecenia, jakie się do niej kieruje. Zero zeszytów, zero notatek - jeśli ją lekcja zainteresuje [co - trzeba przyznać - dość często dzieje się na polskim], to udział w zajęciach ogranicza do komentowania tematu [a że jest inteligentna i dość oczytana, to są to na ogół uwagi sensowne], ale na tym koniec. Siedzi niezmiennie sama w rogu klasy przy ścianie, podczas gdy cała reszta towarzystwa zajmuje ławki dokładnie po drugiej stronie sali, czyli w rzędzie przy oknie. Nie muszę wam chyba mówić, że to cholernie utrudnia zadanie nauczycielowi, bo nie może się zwracać jednocześnie do wszystkim uczniów, a próbując ogarnąć towarzystwo, dostaje zeza rozbieżnego. Co jeszcze? Zwykła słuchać sobie muzyki przez słuchawki, a także rysować w najlepsze. No właśnie, z tym rysowaniem - u mnie tworzy "dzieła sztuki" na kartkach, jednak na innych przedmiotach maluje najzwyczajniej w świecie długopisami i markerami po ławce. Wiem, że to ona, ponieważ w tej sali zajęcia mają prawie wyłącznie moje Muppety [tak to jest pomyślane w Zoo, że w miarę możliwości każda klasa ma swoją własną salę i to nauczyciele do nich przychodzą], a poza tym napisy są bardzo charakterystyczne dla osoby o jej zainteresowaniach [czyli loga zespołów metalowych oraz teksty piosenek]. U mnie by się nie odważyła mazać markerem po ławce, bo primo jestem wychowawczynią, a secundo zdaje sobie dziewczę sprawę, że zrobiłabym aferę na pół szkoły, ale po angielskim z Jadzią czy po biologii z wyjątkowo spokojną i dobrotliwą panią Zosią odnotowuję coraz to nowe malunki. Szlag mnie oczywiście trafia na to wszystko i notabene nie zamierzam tego dłużej tolerować - na poniedziałek jestem umówiona na osobistą rozmowę z matką Fanki Metalu, której zamierzam wręczyć Naganę Wychowawcy przyznaną córce oraz polecenie pokrycia kosztów renowacji blatu.
    Dobra, ale to wszystko to mały pikuś. O wiele poważniejsza kwestia to pogarszające się stosunki z resztą klasy. Ciężko w tym momencie naprawdę dociekać, kto tu jest bardziej winny, bo przecież nie jestem z nimi przez cały czas - i też nie o to tak naprawdę chodzi, bo za konflikty zwykle odpowiadają obie strony. Ogólnie wygląda to tak, że sprzeczki wybuchają dosłownie o byle pierdołę, Muppety jej bez przerwy docinają cokolwiek by nie zrobiła - a ona nie pozostaje dłużna i kiedy tylko może, daje im do zrozumienia, że uważa ich za bandę kretynów.
     Przykład pierwszy z brzegu - sytuacja na dzisiejszym języku polskim. Uczyłam ich, jak się pisze rozprawkę z hipotezą i chyba im się to spodobało, a przynajmniej wyraźnie się wciągnęli, wymyślając argumenty oraz kontrargumenty do tematu: "Czy warto chodzić do szkoły?". Muppety zatem siedziały i notowały, część ze mną dyskutowała i generalnie atmosfera była luźna i przyjemna. Joasia też od czasu do czasu wtrącała swoje trzy grosze, ale generalnie zajmowała się tradycyjnie rysowaniem na kartce, słuchając przez jedną słuchawkę "Die, die, die my darling" Metalliki. Co jakiś czas spokojnym tonem zwracałam jej uwagę, ale centralnie mnie olewała, tak jak bym mówiła w jakimś niezrozumiałym języku. Nie dałam się wyprowadzić z równowagi, ale tak mniej więcej w połowie zajęć podeszłam do niej, z uwagą przejrzałam jej malunki po czym oświadczyłam:
    - Joasiu, znasz zasady: jeśli pod koniec zajęć nie będziesz miała przepisanej notatki do zeszytu, dostaniesz jedynkę. Zastanów się, czy warto.
    Na co Fanka Metalu bez słowa wstała, podeszła do tablicy, wyjęła telefon i zaczęła fotografować jej zawartość. Krew mnie lekko zalała, bo rzecz jasna była to prowokacja obliczona na to, żeby pokazać mi, gdzie jest moje miejsce i gdzie mogę sobie wsadzić swoje zasady. Opanowałam się szybko i stwierdziłam spokojnie, że nie interesuje mnie, co będzie miała na swoim telefonie, tylko to, co znajduje się w zeszycie.
    - Ale co się pani czepia? Przepiszę sobie w domu. - burknęło dziewczę.
    - Po to jesteś w szkole, by pracować na lekcji. Zasady obowiązują wszystkich i nie jesteś od tego wyjątkiem. Jeśli nie chcesz tej jedynki, to lepiej siadaj i przepisuj, co będzie dobrym wyjściem, skoro w poniedziałek ma do mnie przyjść twoja mama.
     Przyznaję, tę ostatnią informację powinnam była sobie darować, bo tylko zaogniła sytuację, ale miałam nadzieję, że może to przywoła jednak Joasię do porządku [pamiętajcie, nauczyciel ma sekundę na reakcję i nie zawsze podejmuje dobrą decyzję]. Uczennica wykorzystała moje ostatnie zdanie jako okazję do zmiany tematu:
    - No właśnie, a po co pani wzywała moją mamę? Mogę się łaskawie dowiedzieć?! - to ostatnie wygłoszone było bardzo protekcjonalnym tonem.
    W tym momencie nie wytrzymała Sylwia, wyjątkowo cięta na Fankę Metalu:
    - Przestaniesz pyskować do pani, kretynko jedna?! Jakoś każdy przepisuje, tylko ty jedna nie!
    No i się zaczęło...
    - Pytał cię ktoś? To zamknij mordę! - wrzasnęła Joasia.
    - Mordę to ty masz, ryj jak zlew!
    - A ty kurwa nie lepszy!
    - Przynajmniej wyglądam jak człowiek!
    - Zawrzyj pysk, debilko!
    - A wpierdol chcesz???
    To wszystko trwało sekundy, próbowałam rzecz jasna obie uciszyć mówiąc spokojnie, ale w ogóle mnie nie słyszały. Przy ostatnim zdaniu Sylwia wstała z zamiarem podejścia do Joasi, a - pamiętając, kim jest Sylwia - to już nie przelewki. Krzyknęłam więc ostro [czego zwykle nie robię]:
    - Zamknąć się! Obie! Słyszały? Jedna i druga, koniec tematu, to nie bazar, tylko język polski!
    - Ale ona...
    - Nie obchodzi mnie to! Spokój ma być i koniec. Wracamy do tematu lekcji! Joasia, jak chcesz porozmawiać o wizycie mamy, to na przerwie, a Sylwia poszuka w tekście sformułowanej tezy.
    Poskutkowało, pytanie tylko, na jak długo...?

    Pod koniec długiej przerwy, kiedy stałam i czekałam pod pokojem nauczycielskim na dziennik 3C, rzeczywiście podeszła do mnie Fanka Metalu.
    - To czemu pani wezwała moją mamę? - spytała, ale tym razem już grzecznie.
    - Joasiu, teraz się przerwa kończy, muszę zaraz iść na lekcję. - odparłam zgodnie z prawdą. - Podejdź do mnie za godzinę, to porozmawiamy.
     Myślałam, że to koniec rozmowy... a tu naraz widzę, że Fance Metalu zaczynają kapać po policzkach łzy! Ale nim zdążyłam zapytać, co się stało, to sama wyjaśniła:
    - Proszę pani, dlaczego wszyscy się mnie ciągle czepiają? Co ja im do cholery zrobiłam?
    I weź tu odpowiedz coś mądrego człowieku...
    - Joasiu, wiesz, jak tak stoję z boku i patrzę na was, to często odnoszę wrażenie, że trochę ich prowokujesz... - zaczęłam.
    - Ja?! Co ja takiego robię?!
    - Generalnie najeżasz się, cokolwiek by się do ciebie nie powiedziało.
    - Ja się najeżam? To oni mi bez przerwy docinają, komentują wszystko, co powiem!
    - Z doświadczenia wiem, że do konfliktu potrzebne są dwie strony. - mówiłam tak spokojnie, jak tylko umiałam, cały czas patrząc jej w oczy. - Zrób sobie w domu rachunek sumienia, czy aby na pewno jesteś w porządku, ok? Bo wiesz, z tego, co słyszałam, to w poprzedniej klasie też miałaś podobne problemy, prawda? Skoro to się dzieje po raz kolejny, to może to nie jest przypadek. Może sama ich odtrącasz, a oni się bronią?
    - Ale po co mam z nimi gadać, jak ich nie lubię!
    - Widzisz, oni pewnie myślą sobie to samo... Ty reagujesz niechęcią, oni też, potem ty też i tak w kółko.
    Pogadałyśmy jeszcze chwilę [kurde, jak na złość musiała przyjść pod koniec przerwy!] - stanęło w końcu na tym, że siądziemy przy najbliższej możliwej okazji wszyscy razem w klasie i porozmawiamy o tym, co się dzieje. Przykazałam jej, żeby postarała się po prostu powiedzieć kolegom i koleżankom, jak się czuje, żeby starała się ich nie atakować, tylko przedstawić sprawę ze swojego punktu widzenia. A potem poproszę klasę, by zrobiła to samo.
    Tjaa... Jak ja kurna uwielbiam rolę mediatora... No ale nie ma wyjścia, bo mi się Joasia z Sylwią w końcu pozabijają. Tylko muszę pilnować całego towarzystwa, żeby mówili wyłącznie o swoich uczuciach i wspólnie poszukali wyjścia z sytuacji bez szukania winnych. Nie muszą się kochać, ale powinni się tolerować - dla własnego dobra.
    Ciężko będzie, ale co zrobić. Czeka mnie sprawdzian umiejętności wychowawczych - tak pokierować rozmową, by nie zaczęli się wyzywać, ale by mieli możliwość powiedzieć o swoich emocjach. Kwadratura koła :)
    Czy potrafię to zrobić? A skąd mam to wiedzieć? Zanim nie spróbuję, to się nie dowiem...

 

poniedziałek, 19 marca 2012

Ojczyznę kochać trzeba i szanować...?

    Po 1,5 roku pracy w szkole dla trudnej młodzieży mogę definitywnie stwierdzić jedno: przebywanie tutaj poszerza wiedzę o świecie jak jasna cholera. Czasem nawet bardziej, niż człowiek by sobie życzył...
    Znaczna część ludzi nie potrafi czegoś zrozumieć, jeśli nie doświadczyła tego na własnej skórze [na zasadzie, że jeśli fakty przeczą ICH teorii, to tym gorzej dla faktów]. Do tej grupy się na szczęście nigdy nie zaliczałam i to stwierdzenie nie jest w moich ustach wyrazem zarozumiałości, tylko świadomości cech mojego charakteru. Pomimo że dorastałam w tzw. dobrym, inteligenckim domu, większość znanych mi jako dziecku dorosłych miało wyższe wykształcenie, a od najmłodszych lat to, że sama pójdę na studia było dla mnie tak oczywiste, jak fakt, że stolicą Polski jest Warszawa - to bez problemów dogadywałam się z ludźmi, którzy mieli mniej szczęścia w życiu i diametralnie różne plany na przyszłość, niż moje. Z perspektywy lat myślę co prawda, że czasem bywałam dla moich "znajomych z marginesu społecznego" - że tak użyję zgrabnego uogólnienia - zbyt wyrozumiała i zdarzało mi się za to płacić wysoką cenę, kiedy część ich życiowego błota opryskiwała również mnie. Tym niemniej mam wrażenie, że nieźle nadawałam się na powierniczkę różnego typu wykolejeców bez względu na fakt, że osobiście nie doświadczyłam nawet połowy problemów, jakie oni mieli. W rozmowach z nimi jednego przekonania zwykle broniłam jak niepodległości: tego, że należy samemu być uczciwym, nie krzywdzić innych ludzi, szanować prawo, a konflikty rozwiązywać drogą pokojową i legalną. Nic w tym dziwnego - MÓJ świat właśnie tak funkcjonował i byłam głęboko przekonana, że takie podejście się sprawdza. Niczym w piosence "Wychowanie" T.LOVE: Ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać trawy i nie pluć na godło...
    Tjaa... Wiem doskonale, że tekst tego utworu ma głęboko ironiczny wydźwięk. I dzisiejszy post będzie właśnie o tym - w jaki sposób praca w Zoo powoli zmienia moje nastawienie do polskiej państwowości i prawa. I to zmienia na coraz bardziej sceptyczne, niestety.


    Pisałam Wam już wielokrotnie o tym, w jaki sposób teoria rozbija się o rzeczywistość jeśli chodzi o takie szkoły, jak nasza - jak w praktyce wygląda współpraca z kuratorami, jak w założeniach mądre przepisy i zarządzenia biorą w łeb, kiedy przychodzi co do czego. Dziś jednak przedstawię dwa obrazki, które każą zweryfikować moje zdanie na temat policji, a trzeba Wam wiedzieć, że zostałam od dziecka nauczona szacunku i zaufania do tej instytucji. Nie żartuję, mówię poważnie - wpojono mi, że prawo stoi po stronie praworządnych obywateli i jeśli ktoś ci robi krzywdę, to trzeba pójść, zgłosić, a sprawiedliwość w końcu zwycięży. Brzmi naiwnie? Przysięgam, że święcie w to wierzyłam - do czasu, aż wylądowałam w Zoo.
    Co się takiego zmieniło? Chyba to, że zdecydowanie jako nauczyciel w szkole dla trudnej młodzieży mam dość częsty kontakt z polską policją i zaczynam powoli wierzyć moim uczniom, którzy po "psach" z założeniach nie spodziewają się niczego dobrego. W środowisku małpek za punkt honoru poczytywane jest niewspółpracowanie z władzą i unikanie jej jak ognia bez względu na to, co się dzieje. Z początku na takie deklaracje ostro protestowałam tłumacząc, że jeśli nie ma się nic na sumieniu, to policja jest przecież po to, by nam pomóc, ale młodzież z Zoo tylko uśmiechała się protekcjonalnie z miną człowieka, który jednak wie lepiej. I wiecie co? Powoli przestaję im się dziwić.
    Ale do meritum, czyli do wspomnianych dwóch policyjnych scenek rodzajowych. Pierwsza jest "tylko" irytująca - za to druga to prawdziwy hardcore.

1) W zeszłym tygodniu jeden z uczniów drugiej klasy gimnazjalnej przyniósł do szkoły maczetę [!] i beztrosko paradował z nią po szkole. Co nauczyciel ma zrobić w takiej sytuacji? Dobre pytanie zważywszy na fakt, że nie wolno mu jej po prostu zabrać, zwłaszcza, jeśli delikwent wcześniej schowa ją do plecaka [nie mamy prawa przecież zrobić mu rewizji]. Wicedyra zadzwoniła na policję, kiedy tylko otrzymała od nauczycieli sygnał, co się wyrabia. Pomijam fakt, że naturalnie nim "niebiescy" się do nas pofatygowali, to ucznia już dawno w szkole nie było. Arcyciekawe natomiast było to, że policjantka odbierająca zgłoszenie surowo przykazała Wicedyrze... "zabezpieczyć narzędzie" do momentu ich przyjazdu! W odpowiedzi szefowa tylko roześmiała się do słuchawki i spytała przytomnie:
    - Chwileczkę, a jak sobie pani to wyobraża? Czy mam podejść do ucznia i grzecznie poprosić go o oddanie mi maczety? Myśli pani, że wykona moje polecenie?

2) A teraz scenka opowiedziana mi dziś w pokoju nauczycielskim, w którą jeszcze 1,5 roku temu naprawdę bym nie uwierzyła.
    W zawodówce mamy ciężarną uczennicę - nie pierwszą i na pewno nie ostatnią, ale nie w tym rzecz. Wyniosła się z domu rodzinnego, bo ma agresywnego ojca-alkoholika i teraz mieszka ze swoim facetem  [tym samym, z którym spodziewa się dziecka], który notabene ma coś koło 30 lat. Co z tego, skoro wpadła z deszczu pod rynnę, bo jej "luby" regularnie bije ją i gwałci. Dziewczyna poszła w końcu z problemem do wychowawczyni, a ona z Wicedyrą przekonały ją, by zgłosiła sprawę na policję. Ponieważ biedna bała się iść sama, poszła z nią szkolna pani pedagog.
   I co? Ano to, że policjantka [tak tak, właśnie KOBIETA!] potraktowała naszą uczennicę jak nie przymierzając nastoletnią kurewkę. Prowadziła przesłuchanie zadając pytania w sposób wyraźnie pogardliwy i jednoznacznie sugerujący, że dziewczyna ma czego chciała, a teraz to może tylko zacisnąć zęby i wypić piwo, które sama naważyła. Pedagożyca próbowała oponować, ale została zgromiona, że utrudnia przeprowadzenie postępowania, że nie jest adwokatem i może się przysłuchiwać na wyraźną prośbę wnoszącej skargę, ale na tym koniec. Efekt? Po kilkunastu minutach uwłaczających przepytywanek - a przypominam, że po drugiej stronie siedziała przerażona ofiara przemocy i gwałtu - nasza uczennica wybuchnęła płaczem, stwierdziła, że się rozmyśliła i wycofuje zeznania. A ponieważ na swoje nieszczęście jest już pełnoletnia, to sprawa jest zamknięta, bo żadna instytucja nie może się za nią ująć, dopóki sama nie znajdzie w sobie dość siły, by dopilnować swoich praw.
   Zawsze łatwiej być po stronie sprawcy, bo jest silniejszy. I w ten sposób kolejnemu skurwysynowi się upiecze. Pojawia się też pytanie - w jaki sposób wychowawczyni, Wicedyra czy pani pedagog mają jeszcze kiedykolwiek znów przekonać tę dziewczynę, by szukała dla siebie pomocy w instytucjach państwowych?

niedziela, 18 marca 2012

Pierwsze wiosenne tulipany

Z pewnością nie odkryję Ameryki, kiedy napiszę, że w całej Polsce mamy wiosnę w pełni. Ma to - jak wszystko na świecie - swoje "zady i walety". Oczywiście, że jest cieplej [ale nie gorąco], a w związku z tym przyjemniej i pogoda aż się prosi, by ją wykorzystać i ruszyć cztery literki z domu. A minusy? Ano smok tradycyjnie załamuje skrzydła, bo uświadamia sobie, że mu się przytyło przez zimę i ma teraz dwa wyjścia: albo założy kłódkę na lodówkę i wprowadzi embargo na ciasteczka do kawy, albo zainwestuje w nowe ubrania... Tjaa... I tak źle, i tak niedobrze :) Drugi minus - wszyscy chcą załapać się na pierwszy tegoroczny ciepły weekend, w związku z czym w każdym nadającym się do spaceru miejscu w mieście tłok jak jasna cholera. Mieliśmy z Hipkiem w Pomarańczowej Jaskini wizytę mojego Taty i chcieliśmy go zabrać na wiosenny spacer. W rezultacie skończyło się to slalomem między innymi spacerowiczami, bo centrum miasta wyglądało jak przed koncertem znanej grupy rockowej.

Ale jedna zaleta wiosny jest dla Dragonki niezaprzeczalna - rozpoczęcie sezonu na tulipany. Uwielbiam te kwiaty i już, nic na to nie poradzę :) A dziś właśnie dostałam od Hipka mój pierwszy tegoroczny bukiet, którym zamierzam się pochwalić.

No i na dziś to by było tyle. A Wy co tu jeszcze robicie? Idźcie na spacer pooddychać świeżym powietrzem, zamiast ślęczeć przed monitorem. Ale już - polecenie służbowe :)

środa, 14 marca 2012

Pozytywni zapaleńcy

    Daaawno, daaawno temu, w początkach istnienia tego bloga, w poście "Z lekturą wśród zwierząt", próbowałam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego uczniowie w szkołach - i to nie tylko tych dla trudnej młodzieży - zasadniczo nie czytają lektur. Zauważyłam wtedy, że i tak mają zdecydowanie łatwiejsze zadanie, bo nie dość, że lista obowiązkowych książek została w drastyczny sposób odchudzona, to jeszcze wprowadzono na nią sporo takich naprawdę "nieszkolnych" tytułów, o jakich ludzie z mojego pokolenia [czy tym bardziej starsi] mogli jedynie pomarzyć. Najlepszym przykładem jest tutaj "Hobbit" oraz "Władca Pierścieni" Tolkiena, którego ja czytałam w szóstej klasie podstawówki ukradkiem na fizyce pod ławką z wypiekami na twarzy - a teraz jako nauczyciel mam obowiązek omówić z dzieciakami jako przykład klasyki fantasy [jeśli nie w całości, to przynajmniej we fragmentach].
    Nie mam jakiegoś wyjątkowego świra na punkcie tej książki i bynajmniej nie jestem z niej ekspertem, ale byłam zaskoczona, kiedy odkryłam, że obecnie uczniowie często reagują na nią dokładnie tak samo, jak na lektury pozytywistyczne spod znaku Sienkiewicza - czyli głośnym ziewnięciem i pełnym wyrzutu pytaniem: "Czy NAPRAWDĘ musimy to przerabiać...?". Pewnie wychodzą z założenia, że skoro coś zostało wciągnięte na listę lektur, to musi to być edukacyjne nudziarstwo i nie warto sobie nim zawracać głowy. Tym niemniej jednak jako nauczyciel mam ułatwione zadanie, bo w wyniku szumu medialnego towarzyszącego ekranizacjom każdej kolejnej części trylogii Tolkiena, to raczej nie trafia się delikwent, który nie miałby kompletnie pojęcia, o co w całej tej historii chodzi [nawet, jeśli nie chciało mu się obejrzeć filmu].
    Dla polonisty z wyobraźnią "Władca Pierścieni" jest genialną okazją do przemycenia rozmaitych uniwersalnych kulturowych toposów, archetypów oraz kopalnią symboli, z którymi można się bawić przez szereg lekcji. Żeby nie być gołosłowną, mogę podać kilka przetestowanych już osobiście przez Dragonkę pomysłów na zajęcia, rzecz jasna z zastrzeżeniem, że nie zawsze daje się wszystko zrobić. Zależy to oczywiście od poziomu wiedzy i zainteresowania słuchaczy.

1) "Aragorn jako ideał rycerza i władcy" - czy może istnieć wdzięczniejszy pretekst do powtórki, na czym polegał średniowieczny kodeks rycerski? Tutaj zwykle zapodaję fragment o wezwaniu armii nieumarłych, którymi Obieżyświat dowodzi jako potomek Isildura, a potem przechodzę do sceny koronacji, kiedy wyraża życzenie, by insygnia władzy przekazali mu Frodo i Gandalf. Żywa i łopatologiczna ilustracja tego, jakie cechy idealnego wojownika są zakorzenione w kulturze europejskiej od czasów najdawniejszych.

2) "Symbolika śmierci rycerskiej" - tutaj najlepiej działa zestawienie aż czterech fragmentów literackich [jako teksty oraz ekranizacje, jeśli dysponuję odpowiednim sprzętem], a mianowicie:
   - śmierć Boromira zabitego strzałami orków [fragment filmu]
   - śmierć Rolanda z jego wyborem miejsca agonii, chowaniem miecza pod siebie oraz wyciąganiem do nieba rękawicy [tekst]
   - śmierć Podbipięty, od strzał i z modlitwą na ustach [fragment filmu]
   - śmierć Emilii Plater w utworze Mickiewicza "Śmierć pułkownika" [tekst].

    Z doświadczenia wiem,  że nawet najbardziej odporni na wiedzę uczniowie łapią w tym momencie, że jest to dokładnie ta sama śmierć, ten sam motyw, tylko powielany w różnych epokach. I są na ogół mocno zdziwieni, jak bezczelnie twórcy od siebie zrzynają :)

3) "Archetyp idealnej przyjaźni" - we "Władcy Pierścieni" mamy tu przykładów do wyboru, do koloru. Zwykle wybieram rzecz jasna Froda i Sama, ale jak ktoś chce, to Legolas z Gimlim lub Merry z Pippinem nadadzą się równie dobrze.

4) "Pierścień Władzy jako symbol zła" - no i tu mamy naprawdę bardzo szerokie pole do popisu, w zależności od tego, jak głęboko w symbolikę chcemy się zaryć. Można poprzestać tylko na analizie, co Pierścień robi ze swoim właścicielem, ale moim najnowszym odkryciem - i to właśnie z lekcji w Zoo - jest odczytanie tego jako metafory uzależnienia. Zestawienie wyniszczenia fizycznego i psychicznego Golluma z "archetypem" alkoholika czy narkomana okazało się strzałem w dziesiątkę [czyli doprowadziło do tego, że tematem zainteresowała się cała klasa i każdy z delikwentów koniecznie miał coś do dodania].

    "Władcę Pierścieni" [rzecz jasna we fragmentach] skończyłam właśnie omawiać w obu moich trzecich gimnazjalnych. I o ile w klasie Jadzi przemknęłam przez tę knigę tak szybko i sprawnie, jak tylko mogłam [bo temat wyraźnie im zwisał i powiewał], to w 3C sytuacja była zupełnie inna. Trafiłam tam mianowicie na dwóch zapaleńców - Marka i Karola - którzy mają prawdziwego świra na punkcie Tokiena, znają trylogię na wyrywki i oczywiście o wiele dokładniej, niż ja, a ekranizację widzieli tyle razy, że już stracili rachubę.
    Tu może pojawić się pytanie: co powinien zrobić nauczyciel, jeśli odkryje, że trafił na temat, w którym jeden z uczniów bije go na głowę? Otóż według mnie tylko jedno - pod żadnym pozorem nie rżnąć głupa, tylko przyznać otwarcie, że w tym wypadku uczeń przerósł mistrza i pozwolić, by delikwent błyszczał wiedzą, ile tylko ma ochotę. Nie ma takiej możliwości, by jeden człowiek był ekspertem z każdego tematu, a zwłaszcza wtedy, kiedy trafi na zapaleńca. Wyraziłam zatem mój niekłamany podziw odnośnie merytorycznego przygotowania obu panów i ograniczyłam swój udział w lekcjach do umiejętnego sterowania ich wypowiedziami przez zadawanie pytań - oraz zbierania najważniejszych informacji pod koniec każdych zajęć po to, by reszta ich kolegów wiedziała, co jest najważniejsze, bezwzględnie do zapamiętania i do wrycia na sprawdzian.
   A sama klasówka? Nie zapominajmy, że to jednak jest Zoo, więc jej poziom z konieczności był dość niski, a wszystkie pytania, które się pojawiły, wcześniej omówiłam szczegółowo na powtórzeniu wiadomości. Byłabym jednak świnią, a nie smokiem, gdybym przy tym ostatecznym skontrolowaniu wiedzy z treści książki nie doceniła Marka i Karola i nie pozwoliła im odnieść wymiernych korzyści z ich hobby. Dlatego też do sprawdzianu dołączyłam dwa bardziej szczegółowe pytania z komentarzem, że są one na szóstkę i uczeń, który poradzi sobie z resztą testu, może spróbować na nie odpowiedzieć.
    Efekt? Ano pierwszy raz w historii mojej kariery nauczyciela w szkole dla trudnej młodzieży postawiłam dwie oceny celujące :)

czwartek, 8 marca 2012

Świętować czy nie świętować?

    Drogie Czytelniczki, czy dostałyście już dziś wyrazy uszanowania w postaci kwiatka /czekoladek /drobnego upominku / kartki z życzeniami (lub samych, słownych życzeń) od przedstawiciela "płci brzydkiej", który wam się akurat napatoczył?
    Muszę przyznać, że sama nie wiem, jaki mam stosunek do Dnia Kobiet. Z tego względu nie bardzo wiedziałam, co mam odpowiedzieć Hipkowi, kiedy kilka dni temu zapytał mnie, czy go celebruję [to nasz pierwszy wspólny 8 marca, skąd ma więc biedaczyna wiedzieć?]. Z jednej zdaję sobie sprawę, jaki to święto miało wydźwięk w czasach komunizmu - zwyczajna pokazówka [notabene, jak niemal każda celebra w tamtym okresie], wręczanie przysłowiowego goździka i pary rajstop, w instytucjach państwowych jakieś smętne apele z czerstwymi wierszykami i piosenkami. Ot, szopka, z której istnienia zdawały sobie sprawę obie strony: panowie udają, że bardzo szanują i doceniają kobiety, a panie udają, że się z tego cieszą. A nazajutrz można było wrócić do normalności, czyli do stanu, w którym Pan Domu po pracy zadowolony rozkładał się przed telewizorem [jeśli go miał, w innym wypadku z gazetą], a Pani Domu podtykała mu pod nos obiad, który zdążyła upichcić w biegu z wywieszonym jęzorem, bo przecież sama ledwo co wróciła z roboty.
    Z drugiej jednak strony jestem przekonana, że warto jest wziąć pod uwagę intencje. Podobnie jak ze zwyczajem całowania w rękę, odsuwania krzesła czy przepuszczania kobiety w drzwiach. Czy mi się to podoba? Ano właśnie, to zależy od INTENCJI konkretnego osobnika męskiego, którą na ogół bardzo łatwo wyczuć i rozszyfrować. Jeśli widzę, że te czynności są dla faceta czymś naturalnym i robi je niejako automatycznie [bo tak go po prostu wychowano i już], to jest to dla mnie miłe, a w odpowiedzi zwykle uśmiecham się do niego promiennie i dziękuję za uprzejmość. Często jednak niestety widać aż nazbyt wyraźnie, że mężczyzna robi z tych gestów teatrzyk na zasadzie: popatrzcie wszyscy, jaki jestem szarmancki i w ogóle ekstra macho. W ten sposób zamiast okazać szacunek "płci pięknej" [co było przecież źródłem takich zachowań w naszej kulturze], demonstruje właśnie swoją wyższość czy wręcz pogardę [no zrobię ci tę łaskę babo i otworzę przed tobą drzwi...]. W takim wypadku najczęściej nic nie mówię [chyba jestem mimo wszystko na to zbyt dobrze wychowana], ale zwykle patrzę zimo dając odczuć, że nie życzę sobie na przyszłość podobnych szopek. Facet pewnie myśli wtedy coś w rodzaju: "następna feministka się znalazła", ale doprawdy zwisa mi to zwiędłym kalafiorem. Konkluzja? Panowie, jeśli nie czujecie, że te tradycyjne gesty macie we krwi, to lepiej się do nich nie zmuszajcie. Z dwojga złego wyjdziecie na przesadnego zwolennika równouprawnienia, a to zawsze lepiej, niż być chamem.
    Wracam jednak do dzisiejszego święta, do Dnia Kobiet. Tutaj chyba również brałabym pod uwagę intencję pana składającego mi w takiej czy innej formie wyrazy uszanowania. Jeśli wiem, że jest to mężczyzna, który odnosi się z szacunkiem do pań nie tylko od święta, bo jest to dla niego element wychowania i coś naturalnego, to z chęcią wysłucham nawet najbardziej sztampowych życzeń i z promiennym uśmiechem przyjmę nawet najbardziej przywiędłego goździka [choć teraz na topie są chyba tulipany - skądinąd moje ulubione kwiaty :)]. W innym przypadku samiec niech się lepiej nie ośmiesza, bo po co oboje mamy czuć się zażenowani i zniesmaczeni graniem w teatrzyku?

    Miałyśmy dziś urządzić sobie babskie popołudnie z Kasią [czyli jedyną moją ziomalką z czasów licealnych], polegające na obejrzeniu w kinie "Histerii" [możecie wyobrazić sobie lepszy film na Dzień Kobiet, niż historia wynalezienia wibratora...?], a potem na wypiciu kawy z porcją ploteczek. Niestety, moją przyjaciółkę dopadło choróbsko [zdaje się to samo, z którym ja zmagałam się jakiś czas temu, czyli "dreszczowiec"], więc wypad przełożyłyśmy na przyszły tydzień. Co do innych wyznaczników dzisiejszego święta, to nie mogło się bez nich obejść w miejscu, gdzie pracuję. I tak z samego rana zostałyśmy z koleżankami-nauczycielkami uraczone dwoma ogromnymi pudłami ptasiego mleczka przez Księdza Dobrodzieja, co miało wyłącznie miły wydźwięk, bo ksiądz [jak już pisałam] to naprawdę świetny facet, oaza spokoju i taktu, który zawsze jest dla wszystkich życzliwy i serdeczny. Potem do pokoju nauczycielskiego wparowali wuefiści [sztuk dwa], też przynosząc pudło czekoladek oraz... bawełniane, różowe, gigantycznych rozmiarów gacie :) Na nasze pytające spojrzenia Starszy Wuefista [Kazio, w przedziale wiekowym 40-50 lat], znany ze swojego dość oryginalnego poczucia humoru odparł, że to na wypadek, gdyby któraś z pań za bardzo się wzruszyła i potrzebowała na zmianę... Dowcip może i mało wyszukany, ale uwierzcie, sam "design" owych iście babcinych reform skutecznie wywoływał chichot wśród żeńskiej części grona pedagogicznego. Co do uczniów - usłyszałam jakieś tam zdawkowe życzenia, kiedy wchodziłam do sali, ale bez specjalnego przekonania. No cóż, zdaje się już nie to pokolenie. Natomiast po powrocie do domu i sprawdzeniu skrzynki mailowej czekała na mnie internetowa kartka z życzeniami od mojego Taty.
   
    Wszystkim Panom, którzy nie mają pomysłu na 8 marca, dedykuję najnowszą Piktografikę [link do tego portalu znajduje się z boku mojej strony]:


    A dla pań... no cóż... z najlepszymi smoczymi życzeniami :) 






czwartek, 1 marca 2012

Tak zwyczajnie, tak miło

    Wpis zacznę "po brytyjsku", czyli od narzekania na pogodę. Nienawidzę czegoś takiego - ni to zima, ni to wiosna. Jak człowiek [przepraszam - smok] wychodzi rano do pracy, to opatula się ciepłą kurtką, a jak z niej wraca, to jest mu za gorąco. Albo jeszcze więcej atrakcji, bo wciąż pada i wieje, ale to tak, że pysk urywa razem z łuskami.
    W dodatku od poniedziałku "coś po mnie łazi" - musiałam się dorobić podczas spaceru po Wrocławiu i polowania na krasnale. I nawet trudno powiedzieć, co mi jest, bo nie pamiętam, żebym kiedyś miała takie objawy. Żadnej gorączki [ale to akurat norma - rzadko kiedy reaguję podwyższoną temperaturą], nic mnie nie boli, ale za to telepie mną na wszystkie strony, jak przy jakimś cholernym delirium tremens [nie, żebym to znała z doświadczenia, ale rozumiecie, o co chodzi...:)]. Apogeum było we wtorek, kiedy słyszałam, że zaczynam niewyraźnie mówić [bo mi tak szczęki latały], ciężko mi było pisać kredą po tablicy [z powodu dygotania dłoni], a ze szkoły wracałam w płaszczu i mega-grubym polarze trzęsąc się pomimo 10 stopni ciepła na dworze! Ale na szczęście powoli wszystko wraca do normy, bo dziś już prawie mną nie telepało, a i drogi oddechowe zaczyna mi odtykać. W sumie to czemu ja się dziwię? Skoro swojego czasu nie powaliła mnie gruźlica, to co mi może zrobić banalne przeziębienie?
     Póki co powiem Wam jedno: ta parszywa pogoda chyba ma w nieoczekiwany sposób zbawienny wpływ na małpki. Co prawda wieje silny wiatr, ale to z pewnością nie jest halny, bo wtedy uczniowie są wyraźnie pobudzeni i nawet ci z reguły spokojni zamieniają się w bandziorów [o czym już też kiedyś pisałam]. Nie wiem, może ciśnienie poleciało na łeb, na szyję, może są senni z powodu mżawki i zachmurzenia - dość powiedzieć, że są spokojni i potulni jak baranki. Miałam dziś od rana 6 lekcji [w tym jedną z zawodówką!] i z ręką na sercu mogę stwierdzić: ŻADNYCH krzywych akcji :)
    Przychodzę do moich Muppetów, dzieciaki grzecznie czekają, siadają, zeszyty wyjmują. Sprawdzam listę, pytam, czy ktoś jest nieprzygotowany - a tu Lechu podnosi rękę i pyta nieśmiało, czy "może na ochotnika". Nosz kuuu...rteczka na wacie, czegoś takiego jeszcze tu nie grali :) Rzecz jasna pozwoliłam i faktycznie, obryty aż miło, a jak na niego to w ogóle bomba zważywszy na to, że chłopak przeszedł warunkowo do drugiej klasy z jedynką z polskiego właśnie. Posadziłam go z czwórką, którą oczywiście kazał sobie wpisać do zeszytu [pochwali się mamie i kuratorowi]. Ale nie koniec na tym, bo przez resztę lekcji Muppety pracowały wzorowo, zgłaszały się, a dodatkowo Fanka Metalu błysnęła [jak na ich poziom] wiedzą historyczną, podając w przystępny sposób przyczyny rozbiorów Polski [było mi to potrzebne jako kontekst do "Legendy żeglarskiej" Sienkiewicza]. Po prostu cud, miód i orzeszki, co im rzecz jasna wprost zakomunikowałam po skończonych zajęciach.
   Ale idźmy dalej - dwie lekcje [przedzielone odstępem innych zajęć] z wredną 3C. Na pierwszej nie spodziewałam się kłopotów, bo właśnie omawiamy fragmenty "Władcy Pierścieni", a tak się złożyło, że w klasie jest dwóch maniaków tej książki [podkreślam: KSIĄŻKI, nawet nie filmu!], którzy znają fabułę lepiej ode mnie. No i fajnie, z pomocą chłopców scharakteryzowaliśmy szczegółowo Aragorna jako ideał rycerza i władcy, ale na kolejnej lekcji zapowiedziałam im powtórkę ze związków frazeologicznych, więc mimo wszystko spodziewałam się schodów. Faktycznie, fani Tolkiena się ulotnili [uznali pewnie, że swoje zrobili i wystarczy], ale za to reszta pracowała tak chętnie i ładnie, że byłam pod wrażeniem. Notabene szczególnie udzielał się kolejny "nowy" - jest w tej klasie od dwóch dni. Jak na razie wiem tyle, że jest spokojny i na moje oko dość inteligentny, a w takim razie pojawia się pytanie, co też musiał nawywijać, że go do nas przeniesiono i to na kilka miesięcy przed egzaminem gimnazjalnym...
    Co do zawodówki - ćwiczenia z przysłówka, przyimków i partykuły, które przewidziałam na całą lekcję, rozwalili w pół godziny... W nagrodę oczywiście przestałam ich męczyć [mam taką umowę z klasami, że jeśli uda się nam zrealizować przewidziany materiał szybciej, to nie wymyślam niczego dodatkowego, tylko sobie rozmawiamy], w wyniku czego wysłuchałam szczegółowej relacji Arka o zawodach w tańcu na rurze [chłopak dorabia jako ochroniarz w jakimś klubie nocnym].
    Na deser została 3A - klasa Jadzi - ale to są moje ulubione małpiątka i tu już dawno nie miałam żadnych problemów. Zresztą, to była i ich, i moja ostatnia godzina, zatem zgodnie ryliśmy nosami o blaty stolików.
     Reasumując mój wywód, to czułam się dziś zupełnie tak, jak bym uczyła w zwyczajnej szkole. Może mi ktoś to wytłumaczyć? Jakiś konkurs na Małpkę Roku organizują, czy co? :)

niedziela, 26 lutego 2012

Polowanie na krasnale

     Trzeba Wam wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że Dragonka i Hipek spędzili ostatnio kilka bardzo przyjemnych dni na Dolnym Śląsku. Jest to naturalne środowisko Hipopotama [tzn. urodził się on tam i wychował :)], głównym więc celem wyprawy było odwiedzenie starych kątów, a przede wszystkim złożenie uszanowania smoczym "teściom". Cel poboczny natomiast zakładał rzecz jasna zwiedzanie [na tyle, na ile pozwalała na to bardzo wietrzna pogoda], jako że ja nie bardzo znam tamte tereny.
    Nie będę Wam w szczegółach opowiadać, co widzieliśmy - zostawię tę przyjemność błotnemu ssakowi. Kto zatem jest zainteresowany obejrzeniem całej masy zdjęć [choć już i tak po bardzo ostrej selekcji], to zapraszam serdecznie na hipciowego bloga, który z przyjemnością wszystko Wam opowie i pokaże. Ja natomiast ograniczę się do jednego wątku, a mianowicie do wrocławskich krasnali.
    Otóż Wrocław słynie z tego, że całe miasto opanowane jest właśnie przez te bajkowe postacie. Z początku było ich kilka, ale teraz - według słów naszej przewodniczki, czyli Mag - świecką tradycją stało się, że wiele szanujących się firm i instytucji funduje krasnala związanego ze swoją działalnością. Rozpełzły się po całym mieście, a że są zwykle niewielkich rozmiarów [i w dodatku sprytnie poukrywane], to dostrzeżenie skubańców bywa nie lada wyczynem. Udało nam się z Hipkiem podczas krótkiej wycieczki po Starym Mieście wytropić kilka krasnali - i właśnie ich zdjęcia chcę Wam zaprezentować:

Syzyfki [jedne z najstarszych wrocławskich krasnali]


 Śpioch


 Strażacy


 jeden z Latarników


 Pierożnik


 Wypłatnik [zdaje się sponsorowany przez Bank Zachodni WBK :)]


 Więziennik


 Inwalidzi [jakiś cham zaiwanił jednemu z nich laskę...]


 Zdrowik [ten natomiast z ułamanym kijem trekkingowym]


    Nim przedstawię Wam ostatniego z krasnali, chciałam w tym miejscu bardzo podziękować Mag za zaopiekowanie się nami we Wrocławiu, napojenie wyśmienitą kawą i czekoladą [zgadnijcie, którą z tych rzeczy zamówił Smok...], zabranie nas na przepyszną wyżerkę, pokazanie Starego Miasta - a przede wszystkim za wyborne towarzystwo. Kobito, zgodnie z Hipkiem stwierdziliśmy, że jesteś superfajowa i że już za Tobą tęsknimy. A już kiedy w połowie wycieczki dołączyła do naszego grona Miłka [wieloletnia przyjaciółka Mag], to zrobiło się iście słonecznie - nic Was nie bujam, bo wystarczy spojrzeć na jej zaraźliwy uśmiech. Co tam lodowaty wiatr, kiedy ma się taką obstawę :)
    No dobrze, a co ma do tego krasnal? Ano to, że dostaliśmy od Mag jednego na pamiątkę... Poniżej więc zaprezentuje się Życzliwek - oryginalny oraz figurkowy :)