Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Nasza zima bardzo zła

    Mroźno, prawda?
    Jak Polska długa i szeroka, zima wreszcie sobie o nas przypomniała i tak ma być ponoć do połowy lutego. Kilkunastostopniowe mrozy w dzień, a kilkudziesięcio w nocy. Pocieszyć się można, że na Syberii mają gorzej - o ile należycie do tej grupy osób, którym humor poprawia uświadomienie sobie, że inni mają bardziej przechlapane [tacy wyznawcy Schopenhauera, hie hie hie...].
    Ale to nie będzie post-pogodynka, tylko wpis o tym, że

W ZOO JEST ZIMNOOO!!!

    Poważnie mówię: nie chłodno, rześko, tylko - cytując moich podopiecznych - kur***sko zimno. I odkąd do Polski zawitała prawdziwa zima, a nie to pseudo-jesienne "coś", co oglądaliśmy w grudniu czy w pierwszej połowie stycznia, to temperatura wewnątrz budynku jest u nas tematem numer 1. W klasach to jeszcze jak cię mogę, a przynajmniej w niektórych, np. tych położonych między innymi pomieszczeniami - bo narożne mogą śmiało służyć za lodówkę. Najgorzej jest na korytarzach - podczas przerw uczniowie skupiają się przy słabodziałających grzejnikach niczym bezdomni przy koksownikach na ulicy. W pokoju nauczycielskim nie jest tak źle, bo zwykle ok.15 stopni, za to pani pedagog w swoim gabinecie dosłownie szczęka zębami. 
    Czym jest to spowodowane? Przede wszystkim tym, że cały budynek jest nieszczelny, mimo że okna w większości wymieniono na nowe, plastikowe. Po drugie - w szkole nie ma gazu, ogrzewanie jest więc wyłącznie elektryczne, co generuje bardzo wysokie koszty. Na nieszczęście miasto ma koszmarne długi [jak przypuszczam - tak jak co drugie większe miasto w Polsce...], a gdzie najłatwiej szukać oszczędności dla załatania dziury w budżecie? Ano w oświacie i kulturze. W efekcie placówkom oświatowym przykręcono kurki z pieniędzmi tak mocno, jak się tylko dało i kazano oszczędzać dosłownie na wszystkim. Już w październiku, czyli w momencie rozpoczęcia sezonu grzewczego, dyrekcja otrzymała wiadomość, że na ogrzewanie dostaniemy w tym roku ponad połowę MNIEJ środków, niż potrzebujemy. Pozostawało mieć nadzieję, że ostrzejsza zima jednak nie nadejdzie. No cóż, jak wiadomo, nadzieja matką głupich...
    Uczniowie na przerwach i na lekcjach zadają na dzień dobry głównie dwa pytania: "Czemu tu kur*** jest tak zimno?!" oraz "Czemu dyrekcja nie odwoła lekcji?!". Na pierwsze pytanie odpowiadam zgodnie z prawdą, że Urząd Miasta na nas oszczędza. Drugie kwituję pytaniem: "A  zdajecie sobie sprawę, że w takim przypadku musielibyśmy odrabiać zajęcia w wakacje?". Na takie dictum małpkom zwykle już rzednie mina. Ale fakt faktem, jeśli tak dalej pójdzie, to pewnie trzeba będzie chociaż skrócić lekcje, bo odwołanie to naprawdę ostateczność.
    Jak sobie radzimy w takich warunkach? Przypominam, że w Zoo nie ma szatni, więc uczniowie po prostu nie zdejmują cały dzień kurtek. Może to i niehigieniczne, ale przynajmniej im względnie ciepło. Na korytarzach dodatkowo urzędują w czapkach i rękawiczkach. Gorzej, jeśli w drodze do szkoły przemoczą buty, bo przecież nie mają możliwości ich zmiany. Rozgrzewają się też dzięki uprzejmości pań woźnych, które gotują im wodę w czajniku elektrycznym i pożyczają kubki, żeby mogli się napić herbaty czy innej zupki knorra. Prawdziwym dramatem dla małpek jest natomiast wyjście "na fajkę", bo są wyganiane na zewnątrz i nie ma tu zmiłuj. Ale akurat tu mi ich nie szkoda, palaczy śmierdzących - mogą rzucić, a jak nie, to niech odmrażają tyłki...
    Byle do ferii, a potem - do wiosny.
 
UPDATE
(31 stycznia, wtorek)

    Temperatura w pokoju nauczycielskim: 13 stopni.
    Temperatura na korytarzu na drugim piętrze: 5 stopni.
    Wicedyra jest na zwolnieniu, angina ropna. Ciekawa jestem, kto będzie następny?

sobota, 28 stycznia 2012

Z życia młodocianej matki

    Dawno nie pisałam nic o Emilce. Kto chce sobie przypomnieć jej historię w szczegółach, to zapraszam do lektury wcześniejszych postów: pierwszydrugi oraz trzeci. Dla wszystkich innych króciutko - Emilka to urocze, przemiłe, ale niestety trochę ograniczone umysłowo dziewczątko z mojej osobistej małpiarni, które w pierwszej klasie gimnazjum zaliczyło wpadkę i teraz jest matką 5-miesięcznego Michałka. Jako szkoła próbowaliśmy skłonić jej rodzicielkę do załatwienia córce indywidualnego nauczania, ale okazało się to dla niej zbyt skomplikowane, więc Emilka musi kontynuować naukę w normalny sposób.
    No właśnie, jak jej to wychodzi? Ano różnie - w zależności od tego, czy ma z kim dziecko zostawić. Chodzi do szkoły tak często, jak to możliwe, ale zdarzają się takie tygodnie, że musi zostać w domu i już. Jej sytuacja w szkole jest znana nauczycielom i na pewno przymykają trochę oko na jej nieobecności, ale z drugiej strony też możliwe jest to tylko do pewnej granicy. Aby być klasyfikowanym uczeń musi w semestrze pojawić się na przynajmniej połowie zajęć i tworzenie zbyt daleko idących precedensów naprawdę jest niewskazane, bo za chwilę inne małpki też zaczęłyby domagać się taryfy ulgowej ze względu na "wyjątkowe okoliczności". Żeby nie szukać daleko, to gdybym chciała dokładnie policzyć Emilce frekwencję na języku polskim, to musiałabym wystawić jej enkaela, ale tego nie zrobię, bo wiem, że naprawdę stara się przychodzić - a poza tym, kiedy już jest, to zawsze przygotowana do zajęć [czytaj w tej szkole: ma zeszyt i długopis...], a w dodatku bierze aktywny udział w lekcji [a to, że zazwyczaj mówi głupoty, to inna sprawa...]. Z tego, co widziałam, to z pozostałych przedmiotów również ją sklasyfikują, ale niestety z kilku będzie miała oceny niedostateczne. Na to już trudniej cokolwiek poradzić, bo jak wspomniałam w poprzednich postach, dziewczynka nie należy do zbyt lotnych. Z takich przedmiotów, jak fizyka czy matematyka, miałaby trudności nawet bez dziecka na karku, a co dopiero w sytuacji, kiedy nie jest w stanie chodzić na wszystkie lekcje?
    Jak by tego było mało, to jakieś 3 tygodnie temu rozstała się z Karolem, czyli ojcem dziecka. Trochę mnie to zaskoczyło, bo miałam jednak nadzieję, że może chociaż tutaj sprawa potoczy się pomyślnie, skoro sam fakt wpadki nie stał się przyczyną rozstania. Wiem, że Karol zajmował się Emilką w czasie ciąży, a potem zamieszkali razem u niej - więc wyglądało to dość normalnie, jeśli nie liczyć młodego wieku rodziców. Niestety, historia zrobiła się tak banalna, jak tylko mogła: chłopakowi po kilku miesiącach znudziła się zabawa w ojca, zaczął więc znikać na całe popołudnia i wieczory, wychodzić na piwo z kolegami czy jeździć na dyskoteki. Szara rzeczywistość, że odpowiedzialność za dziecko i tak spada na barki kobiety, bo przecież ona nie odwróci się na pięcie i nie stwierdzi, że ma ciekawsze zajęcia, niż zmienianie pieluch. Emilka zrobiła partnerowi kilka awantur, w efekcie których chłopak się spakował i wyprowadził. Proste, banalne, oczywiste...
    Jak to komentuje sama zainteresowana? Z beztroską i pogodą, jak zresztą wszystko inne, bo taką już ma naturę. Był chłop - nie ma chłopa, świat toczy się dalej, a ona jest ładna i młoda i na pewno sobie jeszcze kogoś znajdzie. Tjaa... Nie dostrzega tylko, że po pierwsze już do końca życia będzie związana z Karolem, bo jest on ojcem jej dziecka, a także tego, że jako samotna matka z definicji będzie miała pod górkę w kwestii powtórnego związku. Zupełnie nie rozumiem natomiast tego, że Emilka w obecnej sytuacji "uniosła się honorem" i nie chce od Karola żadnej pomocy finansowej, żadnych alimentów. "A bo nie będzie mi on albo jego rodzina wypominać, że mam co chciałam i że ich naciągam" - stwierdziła. Próbowałam jej uświadomić, że chwila chwila: dwoje was tam było, więc jeśli już, to oboje macie co chcieliście, a nie ona jedna. A poza tym - tłumaczę jej - wychowanie dziecka kosztuje, a czym jest ono starsze, to kosztuje więcej, a zatem najzwyczajniej w świecie będzie potrzebowała pieniędzy. Nie widzę powodu, by Karolowi pozwalać na wygodne życie i zwalniać go z OBOWIĄZKU łożenia na utrzymanie syna. Riposta Emilki w tym momencie rozłożyła mnie na łopatki: "Oj tam, opowiada pani... Moja mama też nie chciała żadnych pieniędzy od mojego ojca i jakoś żyjemy.". No tak, jasne. Życie jak w Madrycie - z pieniędzy z opieki społecznej oraz z dorywczych prac. Żyć nie umierać, faktycznie...
    Notabene Emilka przyszła któregoś dnia do szkoły z synkiem - bo musiała coś tam pozdawać, a naprawdę nie miała z kim dziecka zostawić. Michałek jest fajnym, pogodnym, normalnym niemowlęciem, nie boi się ludzi, cały czas się śmieje, a w matkę jest wpatrzony jak w obrazek. Naprawdę, aż przyjemnie na nich popatrzeć. Widać, że dziewczyna dba o niego i że dziecku niczego nie brakuje. Jak znam inne młodociane rodzicielki z Zoo, to naprawdę mógł o wiele gorzej trafić. Tylko co z tego? Za bycie czułą, troskliwą mamą ekstra pieniędzy nikt jej nie przyzna...

środa, 25 stycznia 2012

Wejście Smoka

    Dziś przydały mi się smocze predyspozycje i to dosłownie, bo musiałam interweniować, kiedy dwóch chłopców zaczęło się bić.

    Otóż do klasy 3C [tam, gdzie jest Oliver Twist, a także Kuba z posta "Ruch w interesie"] w połowie grudnia zawitał nowy uczeń, wywalony z poprzedniej szkoły za notoryczne wagary. Jedno spojrzenie na Janka wystarczy, by definitywnie stwierdzić, że chłopak jest czystej krwi Cyganem - ma czarne włosy [w dodatku jeszcze dość długie], czarne oczy, gęsty, czarny zarost oraz rzecz jasna bardzo ciemną cerę. Mówi z lekkim akcentem, w związku z czym słychać, że polski nie jest jego ojczystym językiem, zaobserwowałam ponadto, że ma problem ze zrozumieniem zdań, jeśli mówi się do niego zbyt szybko lub bardziej skomplikowanymi słowami. Romowie w Polsce - uogólniając - stanowią odrębną, dość hermetyczną kulturę, w związku z czym ich obecność w szkole prawie zawsze wywołuje problemy. Nie inaczej jest niestety tym razem.
    W odniesieniu do mnie Janek jest miły i spokojny, co spowodowane jest zapewne tym, że traf chciał, bym była pierwszym nauczycielem, z którym w ogóle miał styczność w Zoo [poza Wicedyrą, która go przyjmowała]. W dodatku na ową pamiętną lekcję - ósma rano, poniedziałek... - przyszedł jako jedyny, więc po prostu przegadaliśmy 45 minut [bo jak niby miałam prowadzić normalne zajęcia?]. Wypytałam go po ludzku co i jak: a za co go przenieśli, a co lubi robić, a co go interesuje, podałam mu plan lekcji, wyjaśniłam, gdzie w szkole jest sklepik, biblioteka, męska ubikacja itd. I chyba włożył mnie w związku z tym do szufladki z napisem: "Spoko, może być", bo jeszcze nie zdarzyło się, by był w stosunku do mnie niegrzeczny. A że to potrafi - to wiem z relacji innych nauczycieli. Generalnie łatwo się denerwuje i ma przy tym nad wyraz rozwinięte "poczucie godności", czytaj: można go urazić byle czym. To niestety dość typowa cecha u Cyganów, co mówię wyłącznie na podstawie obserwacji. Z reguły nie potrafią odpuścić i są gotowi pozabijać za najmniejsze uchybienie. Pozabijać - czasem niestety dosłownie.
    A co z tą bójką? Ano mieli polski, było kilka minut do dzwonka, a ponieważ skończyli pracę, więc pozwoliłam im się spakować. Janek wstał z ławki i nie czekając na przerwę wyszedł z klasy, a ja oczywiście za nim, by objechać go, że jeszcze nie było dzwonka. Kiedy wyszłam na korytarz, zobaczyłam, że między nim a uczniem z innej klasy, który był akurat na zewnątrz, doszło do ostrej wymiany zdań [ale nie słyszałam słów]. Zawołałam, żeby Janek wracał natychmiast do sali, ale tamten chłopiec najwyraźniej właśnie przegiął, bo Janek dosłownie rzucił się na niego. Tamten jednak nie pozostawał mu dłużny i nim podbiegłam i panów rozdzieliłam, to zdążył mu już "przyładować z dyni". Wcale nie tak łatwo było spacyfikować sytuację, bo ani myśleli przestać, a sam Janek naprawdę miał mord w oczach, okraszając to oczywiście wyzwiskami i niewybrednymi groźbami. Na szczęście jego krzyki spowodowały, że na korytarzu pojawiło się czterech innych nauczycieli - w tym szkolna pedagog oraz wuefista - którzy pomogli mi w interwencji.
    Niewątpliwie nie należy do przyjemności szarpanie się z rozwścieczonym Cyganem, ale trzeba przyznać, że mnie się nic nie stało, a i chłopcy na szczęście nie są zbyt poturbowani. Całość zdarzenia nagrała się na monitoringu, ja musiałam spisać notatkę służbową i "wyspowiadać się" u Wicedyry. Uczniowie natomiast otrzymają Nagany Dyrektora. Żaden nie wnosi skargi, więc na tym póki co sprawa się kończy - no chyba, że spotkają się po szkole i dokończą to, co zaczęli.
    A z Jankiem to będą jeszcze problemy. Mój pedagogiczny nos mówi to bardzo wyraźnie.


UPDATE
(czwartek, 26 stycznia)

    Dziś, kiedy byłam podczas przerwy na spacerniaku, między mną a Jankiem miała miejsce następująca wymiana zdań:
    - Chcę pani podziękować za wczoraj.
    - Czemu?
    - Bo gdyby mnie pani nie odciągnęła, to by się to gorzej skończyło. - przyznał szczerze chłopak.
    - Janek, musisz nad sobą bardziej panować...
    - Ale jak, skoro on mnie wyzywa od Rumunów i brudasów?!
    - A ważne jest dla ciebie, co on sobie myśli? - spytałam rzeczowo.
    - No nie...
    - To następnym razem powiedz mu: "Wiesz, zwisa mi i powiewa, co sobie myślisz", a potem po prostu odejdź.
     - I myśli pani, że to zadziała?
     - Tego nie wiem, ale w każdym razie jeśli wtedy on do ciebie wyskoczy pierwszy, to będzie na niego, prawda?
     Janek pokiwał głową, uśmiechnął się i odszedł na bok.
   
    Tjaaa... Sądzę, że jest może jedna szansa na sto, że chłopak weźmie sobie moje rady do serca, ale nie zaszkodziło spróbować, prawda?

wtorek, 24 stycznia 2012

Małpka nr 11 - Fanka Metalu

    Muszę powiedzieć, że moja osobista małpiarnia mnie wzruszyła. Mam z nimi zajęcia dopiero jutro, więc najpierw podpytywali innych nauczycieli, "czy nasza pani zdała egzamin?", a w końcu wysłali do mnie delegację na przerwie, kiedy miałam lekcję z inną klasą. Twierdzą zgodnie, że oczywiście kciuki trzymali. No cóż, cukierki kupione - czekają na pożarcie...
    Swoją drogą, odkąd udało mi się wyekspediować z tej klasy najbardziej hardcorowe egzemplarze, to zrobili się całkiem fajną gromadką. Najlepiej o tym świadczą słowa Księdza Dobrodzieja, który - jak przypominam - ma to niesamowite szczęście, że uczy wszystkie klasy, a więc ma do czynienia z każdym trafiającym do nas delikwentem. Otóż ksiądz zagadnął mnie ostatnio, że w mojej klasie mu się w tym roku najlepiej prowadzi zajęcia :) A że Dobrodziej naprawdę nie ma u nas lekko, toteż cieszę się, że przynajmniej u moich podopiecznych może trochę odetchnąć. A właśnie - pomyślałam sobie, że może w związku z ich socjalizacją zasłużyli na to, by na łamach tego bloga otrzymać jakąś specjalną "małpią nazwę", która by ich odróżniała od reszty Zoo? Macie pomysł na coś sympatycznego? Mnie po głowie chodzą "kapucynki" (są chyba dość miłe), ale jestem otwarta na sugestie :) To taki mój zwyczaj jeszcze z poprzedniej szkoły - tam ulubioną klasę licealną nazywałam "królikarnią", a młodzież "króliczkami". Notabene, kiedy im jakiś sprawdzian nie poszedł, to zwykłam im mawiać, że przerobię ich na pasztet albo że im ogonki pourywam...:)

    Skoro już jesteśmy przy mojej osobistej małpiarni, to nie pisałam Wam jeszcze o "nowym nabytku". Jeszcze przed świętami przeniesiono do nas dziewuszkę z równoległej klasy, Joasię. Powodem było to, że wyjątkowo nie mogła dogadać się z koleżankami - a zważywszy na to, że tu jest Zoo, a nie zwyczajna szkoła, to poważne konflikty mają duże szanse, by przerodzić się w prawdziwą wojnę, która może mieć groźne skutki. Tutaj jeśli uczniowie naprawdę się nie lubią, to może nie skończyć się na wyzwiskach i wzajemnym dokuczaniu sobie, tylko na rękoczynach i prześladowaniu po szkole z zaangażowaniem znajomych dresów, kiboli oraz niebezpiecznych narzędzi. W przypadku Joasi mediacje poprzedniej wychowawczyni nie zdały egzaminu, więc dyrekcja zdecydowała o przeniesieniu uczennicy do nas.
     Pojawia się pytanie: co było nie tak? Joasia, mówiąc ogólnie, różni się od reszty dzieciaków - przede wszystkim dlatego, że słucha metalu i ubiera się jak najbardziej adekwatnie do swojej subkultury, czyli wyłącznie na czarno z metalowymi dodatkami. Do tego dołóżcie czerwone włosy a'la Wiśniewski, mocny makijaż oraz czarne paznokcie. Samo to wystarczyłoby w Zoo do traktowania jak kosmitę, ale - co chyba jeszcze gorsze - Joasia jest przy tym dość pyskata i dumna ze swojej inności, a tego już pozostałe dzieciaki wybaczyć jej nie mogą. Zrobiło się więc perpetuum mobile: koleżanki z klasy pogardzały Joasią-metalówą, a sama zainteresowana pogardzała koleżankami właśnie dlatego, że są ograniczone i słuchają kapel dyskotekowych. Samonapędzająca się machina.
     Jak jest w mojej małpiarni? Póki co Joasia siedzi sama na drugim końcu klasy, ale zaobserwowałam ostatnio, że na przerwach już nie odchodzi na bok, tylko stoi ze wszystkimi, a to już coś. Zintegrować się niestety muszą sami, a jedyne, co ja mogę zrobić, to jakoś tym próbować sterować na lekcjach. Przede wszystkim bardzo ostro reaguję na wszelkie nieprzyjemne odzywki pojawiające się po obu stronach. Dla przykładu: zgromiłam Joasię, kiedy zaczęła nabijać się z nowej fryzury Emilki - przychodzi ostatnio do szkoły uczesana w długie warkocze, w których wyglądałaby jak Indianka gdyby nie to, że jest blondynką. Owszem, sprawia to nieco infantylne wrażenie, ale "nowa" dostała jasny komunikat, że różne rzeczy mogą się podobać, ale negatywne komentarze ma zachować dla siebie, bo może kogoś urazić. Z drugiej strony jednak miała też miejsce sytuacja, że klasa karnie przepisuje notatkę z tablicy - a Joasia rysuje sobie w najlepsze i ani myśli wziąć się do pracy. Upomniałam ją raz, drugi, a kiedy to nie poskutkowało, w mojej obronie stanęła Sylwia, zwracając się do "nowej" w słowach:
    - Głucha jesteś czy co? Nie słyszysz, co pani mówi? Przepisuj kretynko!
    Moja reakcja była natychmiastowa (chodziło o to, by nie dawać okazji klasie do wyżycia się na Joasi, ale jednocześnie by dziewczę otrzymało sygnał, że pewnych reguł u mnie trzeba przestrzegać):
    - Sylwia, spokojnie, od upominania jest nauczyciel. A ciebie Joasiu informuję, że jeśli pod koniec lekcji nie będziesz miała notatki, to wyjdziesz na przerwę z jedynką.
    Co jeszcze mogę zrobić dla "klimatyzacji" Joasi? Otóż zadbałam, by dowiedziała się, że sama lubię mocniejsze brzmienia. Na którejś z lekcji zadałam w związku z omawianym tekstem pytanie, czy zdarzyło im się usłyszeć na swój temat jakąś krzywdzącą, stereotypową opinię.
    - Wiele razy słyszałam, że jak lubię metal, to na pewno jestem satanistką i palę koty. - stwierdziła Joasia.
    - Wiem, co czujesz, w liceum też się na mnie krzywo patrzyli, kiedy przychodziłam do szkoły w koszulce Iron Maiden albo Moonspella. - odparłam współczującym tonem. A Joasię najpierw zatkało, a potem spytała rozpromieniona:
    - To pani TEŻ słucha metalu???
    Hie hie hie... Efekt jest taki, że praktycznie co przerwę podlatuje do mnie pytać, czy znam taki a taki zespół, a raz mi koniecznie chciała dać posłuchać czegoś na swoim telefonie [ale akurat mi się nie spodobało, za dużo ryku].
    Nie łudzę się, idealnie to tam nie będzie, ale może dziewczynki w mojej klasie krzywdy sobie jednak nie zrobią. Zresztą, niech tylko spróbują, to sama je pogonię :)

niedziela, 22 stycznia 2012

O oświacie i egzaminie

     W pierwszych słowach mojego wpisu [tak tak, doskonale wiem, że w ten sposób nie powinno się zaczynać wypowiedzi i właśnie dlatego to robię :)] melduję posłusznie, że ZDAŁAM. Plus cztery. Miałam pytania o ekspansję państwa Franków za czasów Karola Wielkiego, o upadek pierwszej monarchii piastowskiej oraz szereg pojęć do wyjaśnienia [w stylu: kim byli Wandalowie czy o co chodziło w statutach Kazimierza Wielkiego]. Zapisałam 3 strony A4 mając na to 45 minut. Efekt jak najbardziej pozytywny. Oznacza to, że ostatni egzamin na podyplomówce z historii mam zaliczony. Teraz jeszcze "tylko" napisać pracę i ją obronić. A potem? No cóż, można zacząć myśleć o kolejnych studiach. Informatyka? Zarządzanie oświatą? Jakieś inne pomysły?
     A propos zarządzania oświatą, to mam drobną dygresję. Otóż przeczytałam ostatnio o najnowszym pomyśle Ośrodka Rozwoju Edukacji, który ma w lutym przedstawić ministerstwu projekt ustawy zakładający, że dyrektorzy szkół mogliby pełnić swoje funkcje maksymalnie przez dwie kadencje - czyli 10 lat. Po tym czasie obligatoryjnie placówka musiałaby poszukać kogoś innego. Drugim pomysłem ORE, który ma być dołączony do tego samego projektu, jest zarządzenie, by dyrektorem szkoły nie mógł być wcześniej w niej pracujący nauczyciel, tylko obowiązkowo osoba z zewnątrz. Ma to zapobiec "przyrastaniu urzędników do stołków" i wymusić rotację na stanowiskach kierowniczych w oświacie. Brzmi niby pięknie w teorii, ale ja od razu pomyślałam sobie o takiej szkole, jak moje Zoo. Jak wspominałam wielokrotnie, mamy tu świetną dyrektorkę, która w dodatku spędziła całe zawodowe życie tylko w tej jednej placówce [tzn. jak tu trafiła po studiach na staż, tak już została do dnia dzisiejszego]. W tym roku kończy jej się kadencja i zamierza ubiegać się o następną. A ja, jako pracownik, naprawdę nie wyobrażam sobie nikogo innego na jej miejscu. W Zoo najważniejszym zadaniem dyrektora jest tak sprawne zarządzanie placówką, by nauczyciele mogli skupić się wyłącznie na uczniach i ich problemach - a nie na formalnościach, papierach i biurokracji. I to się Głównej świetnie udaje. Nie znaczy to, że w ogóle nie musimy niczego wypełniać i przygotowywać, bo bez tego szkoła w obecnym systemie istnieć nie może, ale naprawdę - papierkologia ograniczona jest do niezbędnego minimum. Do tego dyrekcja nie stwarza atmosfery, że dokumenty są najważniejsze, co było normą w poprzedniej szkole, w której pracowałam. Tu naprawdę najważniejsze są dzieciaki i to, jak funkcjonujemy w praktyce na co dzień. Nie ma najgorszego moim zdaniem grzechu polskiej szkoły, czyli naginania praktyki do potrzeb teorii.
     Kierowanie placówką naszpikowaną bandziorami - lub w mniej drastycznych przypadkach po prostu dzieciakami z dużymi trudnościami w nauce i zaburzeniami emocjonalnymi - wymaga naprawdę dużo  umiejętności, wyobraźni i zwyczajnego, ludzkiego taktu. A już dokonanie tego w warunkach chronicznego niedofinansowania uważam za wyczyn godny Księgi Guinnessa. Po cholerę więc obligatoryjnie zmieniać osobę, która świetnie to robi? I wiecie, co by się stało, gdyby z kolei wpuścić tu całkiem obcego nauczyciela z zewnątrz, który nigdy tu nie uczył i kazać mu ogarnąć tę całą menażerię? To ja Wam powiem, co - po kilku miesiącach nie byłoby szkoły, tylko w jej miejscu wielki krater jak po wybuchu bomby atomowej...
     To miała być taka mała dygresja - hie, hie, hie...

     Moja osobista małpiarnia dostała "służbowe polecenie" trzymania za mnie kciuków w sobotę rano z powodu egzaminu. Leszek bardzo przytomnie zapytał: "A uczyła się coś pani?" - a ponieważ zapewniłam, że oczywiście, to skwitował ze stoickim spokojem: "Eee, to jak tak, to co się pani martwi, zda pani...". Swoją drogą popatrzcie, jaka różnica w podejściach: dla mnie naturalnym jest, że przed egzaminem człowiek siada i się uczy - dla małpek już wcale nie jest to takie oczywiste :). W każdym razie obiecali trzymać kciuki - no i stwierdzili, że w takim razie po zaliczonym egzaminie muszę im coś postawić.
    - A co chcecie? -spytałam wesoło.
    - No jak to co, jakąś flachę...
    - Ja wam dam flachę... Cukierki mogę przynieść, pasuje?
    - Pasuje, mogą być i cukierki. - zgodziły się łaskawie małpki.
    - Ale nie oczekujcie, że będą to wiśnie w likierze :)

     Tjaa... Słowo się rzekło, Dragonka musi zaiwaniać po cukierki :) 

czwartek, 19 stycznia 2012

Uważaj, tam mogą być promile...

    W założeniach miałam zamieścić post dopiero po egzaminie, ale i tak mi już z czachy nadmiernie paruje. Mózg odwykł od wkuwania, ale to już chyba kiedyś pisałam. Organ nieużywany zanika :) W przerwie zatem między ruchem krucjatowym a panowaniem Jagiellonów mam dla Was post - też o tematyce szkolnej, ale z bardziej społecznym zabarwieniem.

    Otóż na portalu onet.pl przeczytałam dziś artykuł o takiej treści. Dla tych z Was, którym się go nie chce czytać, streszczam zawartość: otóż w Lubelskiem zatrzymano nauczyciela, który prowadził zajęcia mając we krwi 0,8 promila alkoholu - w dodatku, jak się okazało, wcześniej przyjechał na do szkoły "na podwójnym gazie". Policja się nim na szczęście odpowiednio zajęła, grozi mu więc utrata prawa jazdy oraz dyscyplinarka.
    Sama sprawa nie wydaje mi się jakoś szczególnie niezwykła - no niestety, nieodpowiedzialni pracownicy trafiają się wszędzie i chyba nie jest to dla nikogo zaskoczeniem. Dobrze, że faceta namierzyli i teraz poniesie konsekwencje. Bulwersujące natomiast były dla mnie... komentarze ludzi pod tym artykułem. Wiadomo, idiotów i trolli w necie nie brakuje, ale żeby aż tak? Czytam, czytam - i dosłownie, prawie wszystkie posty utrzymane były w duchu użalania się nad biednym, nauczycielskim menelem, na którego doniosła jakaś wredna kanalia, a przecież nic takiego się nie stało. Zresztą, zacytuję Wam kilka komentarzy, aby nie być gołosłowną [aha, oczywiście zachowuję oryginalną pisownię, a co...]:


zero.bog:  A ja się poraz kolejny zapytam: ilu z Szanownych Forumowiczów nigdy nie przyszedł do pracy "na rauszu"?? Co jakiś czas jest "afera", że ktoś był pijany w pracy. Generalnie pewnie z 95% Polaków pije alkohol. Czemu więc zawsze jest taki dym?? Dla mnie jest to polska hipokryzja!!!



~Nietak:  PEWNIE UCZY W GIMNAZJUM. Ja mu sie wcale nie dziwie, z ta patologia jaka jest dzisiaj, ktora nie ma szacunku do starszych nie da sie na trzezwo. Sam nosze malpki na swoje lekcje i dolewam do kubeczka z napojem.



~koneser: już jakaś psychoza z tym alkoholem, niedługo zabronią picia nawet w domu



~owl: Jaki badziewiak robi sensację z takich drobiazgów !!! Tylko 0,8 promila i zaraz wrzask --- pijany ??? Gdzie żyją tacy tzw.'dziennikarze " ????


zniewolony_swietoscia_pasterzy: Jeszcze parę lat temu w Niemczech wolno było prowadzić samochód mając 0,8 promila.
Nie nazywałbym więc tego nauczyciela pijanym.


    I tak dalej, i tak dalej... Choć zwykle nie wdaję się w dyskusje na forach internetowych [bo i po co...], to tym razem nie wytrzymałam i dodałam swój komentarz - choć zupełnie niepotrzebnie, bo rzecz jasna zaraz zostałam zakrzyczana przez rozmaitej maści domorosłe żuliki. Komentarz jednakże też Wam wklejam jako pointę, bo jest on kwintesencją tego, co uważam w tym temacie. A kto się jednak nudzi i ma ochotę poczytać, to zawsze może kliknąć w link, który zamieściłam wyżej.


~Oburzona Polonistka: Czy wyście kompletnie zwariowali z tymi komentarzami?! Jak ma w Polsce być normalnie, skoro jak widać jest społeczne przyzwolenie na picie w pracy? Wbijcie sobie do głowy jeden z drugim - praca pod wpływem alkoholu jest ZAKAZANA KODEKSEM PRACY. Koniec i kropka, takie jest prawo. Kto je łamie, powinien dostać dyscyplinarkę, wszystko jedno, kim jest.
Gwoli ścisłości: sama jestem nauczycielem, w dodatku uczę w gimnazjum. NIGDY W ŻYCIU nie przyszłabym na rauszu do szkoły, choć abstynentką nie jestem. A dlaczego? Bo UCZCIWI I PRAWORZĄDNI ludzie po prostu tak nie robią.





poniedziałek, 16 stycznia 2012

Hospitacja u Smoka

    W zeszłym tygodniu miałam na zajęciach hospitację Głównej Szefowej. Nie znaczy to, że w czymś podpadłam - dyrekcja ma obowiązek zwizytować minimum jedną lekcję rocznie każdego zatrudnionego nauczyciela, po czym sporządzić Kartę Hospitacji i wystawić ocenę. Wszystko rzecz jasna na wypadek ewentualnego nalotu z kuratorium. Na placówki oświatowe nałożony jest obowiązek nieustannej ewaluacji pracy, oceny, sprawdzania, inwigilacji, słowem "Wielki Brat patrzy" - a ponieważ, jak już wspominałam, "szkoła lubić papierki", przeto nie ma wdzięczniejszego sposobu zatkania paszczęki wizytatorowi, niż zarzucenie go stosem kart hospitacyjnych. Niech siedzi i przegląda, a co... Smacznego :)
    Do hospitacji dyrekcje podchodzą rozmaicie w zależności od układów, jakie panują w szkole. Wiem o placówkach, w których staje się to narzędziem terroryzowania nauczycieli - szef wtedy albo wpada na zajęcia bez żadnego uprzedzenia [co rzecz jasna stresuje - wiadomo, zawsze gorzej pracuje się wiedząc, że jest się skrupulatnie ocenianym i to chyba niezależnie od wykonywanego zawodu], albo owszem, zapowiada swoje przybycie wcześniej, ale domaga się przygotowania na lekcję specjalnych fajerwerków [tak notabene było w poprzedniej szkole, w której uczyłam]. W Zoo, jak wielokrotnie podkreślałam, dyrekcję mamy normalną, czyli taką, która nie utrudnia nam życia i generalnie nie zakłada, że jesteśmy bandą oszustów, darmozjadów i nierobów. Hospitacje zatem nie są szczególnie stresujące - choć rzecz jasna mogę w tym momencie mówić za siebie, bo być może inni nauczyciele mimo wszystko są nimi zdenerwowani z jakichś powodów. Ja po prostu robię swoje, czyli pracuję w miarę możliwości tak, jak normalnie.
    Wizytacjami obie dyrektorki dzielą się mniej więcej po równo [bo jedna nie zdołałaby w ciągu roku obejrzeć lekcji wszystkich pracowników - z przyczyn technicznych]. Dzielą się zgodnie z kluczem przedmiotowym: Główna - jako filolog - bierze przedmioty humanistyczne, a Wice - matematyk - przedmioty ścisłe. Do mnie na zajęcia przychodzi więc zawsze Główna i nie inaczej było tym razem. Zapowiedziała się do klasy Jadzi, czyli 3A, a temat, który akurat tam wypadł, to rodzaje komizmu w "Zemście" Fredry.
    Nie spodziewałam się żadnych wpadek, bo z tą klasą dobrze się dogaduję - na szczęście się nie pomyliłam i małpki nie podłożyły mi żadnej świni. Co więcej, zachowywali się lepiej, niż normalnie :) Otóż wszyscy mieli zeszyty, w których gorliwie notowali, nie było rozmów nie na temat, łażenia po klasie czy wychodzenia w trakcie zajęć. Bardziej kumaci brali aktywny udział w zajęciach i szczerze mówiąc byłam pozytywnie zaskoczona, bo okazało się, że sporo pamiętają. Temat komizmu robiłam już z nimi w drugiej klasie na podstawie słynnych komiksów z Garfieldem, od których zresztą wzięła się potem moja szkolna ksywa. Potrafili mi więc bardzo sensownie wymienić i wytłumaczyć, na czym polega komizm słowny, postaci i sytuacyjny - a wszystko, co ja musiałam zrobić w tym temacie, to pokazać im, gdzie to występuje w "Zemście". Ale nie koniec na tym, bo kiedy zagadnęłam ich o genezę komedii, to jedna z dziewuszek rozgadała mi się o teatrze greckim - skubana pamiętała dokładnie wszystko, co mówiłam o aktorach i symbolice kostiumów. Piękny popis erudycji, tym bardziej, że spontaniczny, co było widać, słychać i czuć.
    Dziś byłam "na dywaniku" u Głównej w sprawie oceny tych zajęć i wiem, że jej też się spodobały. Zapytała mnie, czy 3A zawsze jest taka grzeczna, na co zgodnie z prawdą stwierdziłam, że aż tak to nie, ale że generalnie nie mam z nimi w tym roku większych problemów. Pytała mnie tylko o Rafała, który całe zajęcia przesiedział w czapce. Tjaa... No cóż, wiedziałam, że to się Szefowej nie spodoba i przed jej przyjściem poleciłam mu, żeby zdjął nakrycie głowy, ale stanowczo odmówił. Dałam mu zatem spokój z zastrzeżeniem, że jeśli dyrektorka sama zwróci mu uwagę, to zgodnie z prawdą oświadczę, że upominałam go już w tej sprawie, ale nie wykonał mojego polecenia. Podczas "spotkania dywanikowego" wyjaśniłam jednakże Głównej, że w przypadku Rafała nie naciskam, by zdejmował na lekcji czapkę, ponieważ chłopak jest regularnie bity w domu i często nakrycie głowy ma najzwyczajniej w świecie zasłonić sińce. Ot, proza życia w Zoo, którą wszyscy pracujący tu nauczyciele dobrze rozumieją.

    A teraz moi Drodzy Czytelnicy muszę poprosić Was o uzbrojenie się w cierpliwość. Otóż w tę sobotę mam ostatni na podyplomówce egzamin - z historii średniowiecza. Jak łatwo się zatem domyślić, smoczy plan popołudniowy na najbliższy tydzień przewiduje głównie Ostre Rycie. Dziś na warsztat poszli barbarzyńcy, Justynian Wielki oraz państwo Karolingów, a jutro kolejna porcja mądrości z dawnych epok. Wybaczcie zatem, że nieco Was zaniedbam i na kolejny wpis będziecie zapewne musieli trochę poczekać.

środa, 11 stycznia 2012

Jadzia przeprasza, że żyje

    Szkoła, w której pracuję, jest placówką specyficzną ze względu na młodzież, jaka do nas trafia. By zostać do nas przyjętym trzeba mieć przynajmniej "rok w plecy" i orzeczenie z poradni o jakiejś dysfunkcji - choć o wszystkim i tak decyduje Wicedyra i Pedagożyca, które z każdym delikwentem przeprowadzają "rozmowę kwalifikacyjną" w obecności rodzica lub prawnego opiekuna. Z powyższego wprost wynika, że całkiem zwyczajnych [kusi powiedzieć: normalnych] dzieciaków po prostu u nas nie ma. Wyjątkiem był chyba jak do tej pory tylko Misza, ale to osobna i wyjątkowa historia. Mimo to Zoo ma status zwyczajnego gimnazjum/ zawodówki / liceum - po to, aby absolwent nie miał narąbane w papierach, że ukończył szkołę specjalną. I tak np. dla przyszłego pracodawcy jedynym sygnałem, że coś jest nie w porządku, może być tylko opóźniony rok zakończenia edukacji.
    Oczywistym jest, że praca na stanowisku nauczyciela tutaj wymaga przede wszystkim określonych predyspozycji pedagogicznych. Odwrotnie, niż w zwyczajnej szkole - kwestia, czy przekażesz wiedzę uczniowi jest drugorzędna. O wiele ważniejsze jest, czy uda ci się go zsocjalizować, nauczyć podstawowych zasad funkcjonowania w społeczeństwie. Sukcesem jest, jeśli zrozumie, że zamiast przylać koledze z klasy, kiedy się z nim nie zgadza, może daną sprawę przedyskutować - albo że nie jest wstydem i hańbą zwrócenie się o pomoc do kogoś starszego czy bardziej doświadczonego, jeśli nie dajemy sobie rady.
    Żeby było jasne - na Zoo nie ma mocnych. Uwierzcie, tutaj KAŻDY sobie czasem nie radzi. Normalny, zdrowy, niezaburzony człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkich reakcji ucznia w tej placówce. Bywają takie dni i takie wydarzenia, że nawet doświadczone nauczycielki, które pracują tutaj po kilkanaście lat, przychodzą z płaczem do pokoju nauczycielskiego i BYNAJMNIEJ nie oznacza to, że są kiepskimi pedagogami i powinny zmienić zawód. Dlatego tak istotne jest, byśmy - jako Grono Pedagogiczne - stanowili jedność, wspierali się wzajemnie, nie kopali pod sobą dołków i zawsze stali po swojej stronie. Nauczyciel pozbawiony wsparcia w tej szkole daleko nie zajedzie, dlatego nie można nikogo zostawić z jego problemem samemu. Czasem nawet bez względu na to, jak by głupio nie postąpił...
    W dzisiejszym poście chcę przedstawić sylwetkę jednej z nauczycielek, co do której - przy pełnej świadomości, że praca u nas nie jest lekka - mogę powiedzieć, że absolutnie nie powinna tutaj uczyć. Nie piszę o niej dlatego, by ją ośmieszyć albo by poprawić sobie samoocenę, bo ktoś radzi sobie gorzej ode mnie, super, super, juuupi, jestem genialna... Chcę na jej przykładzie pokazać, jakich błędów absolutnie nie powinno się popełniać w zawodzie nauczyciela - czy to w szkole dla trudnej młodzieży, czy w jakiejkolwiek innej. Zaznaczam od razu, że zmieniam jej personalia oraz niektóre dane z życia prywatnego, które nie mają bezpośredniego związku z oceną jej pracy.

     Zacznę od wytłumaczenia, dlaczego pisząc o niej konsekwetnie będę używała dość lekceważącej w wymowie zdrobniałej formy imienia: "Jadzia". Otóż niestety w ten sposób właśnie nazywają ją uczniowie - i wcale się z tym nie kryją, najwidoczniej nie rozumiejąc, że jest to niestosowne. Sama za każdym razem kiedy słyszę to zdrobnienie, mówię stanowczo: "Jak dla was to pani Nowacka", ale napotykam tylko na ironiczne uśmiechy, a to już samo w sobie jest dość wymowne.
    A zatem Jadzia jest anglistką - notabene bardzo dobrą, o czym świadczy fakt, że udziela korepetycji słuchaczom studiów doktoranckich, pracuje w dwóch dobrych, prywatnych liceach, do tego jest tłumaczem przysięgłym. Gdyby tego było jeszcze mało, oprócz angielskiego zna też świetnie niemiecki i włoski. Nie ulega zatem wątpliwości, że ta kobieta ma przede wszystkim duże zdolności lingwistyczne, a także jest wykształcona, inteligentna i generalnie "na poziomie". Wiem, że dobrze sprawdza się jako nauczyciel w normalnych warunkach, tzn. kiedy ma do czynienia z kulturalnymi, zmotywowanymi do nauki dzieciakami. Ale niestety - w Zoo takich ze świecą szukać... Czemu zatem u nas pracuje? Z przyczyn bardzo przyziemnych - potrzebuje mieć choć cząstkę etatu w państwowej placówce, by opłacić składki emerytalne i zdrowotne, a ponadto zrobić kolejny stopień awansu zawodowego. Proza życia, moi drodzy - taka praca się trafiła, to taką wzięła. I pewnie nie wyobrażała sobie, że będzie aż tak ciężko.
    Jadzi niestety nikt nie traktuje poważnie - mówię to z przykrością i bijąc się w piersi, bo "nikt" w tym przypadku oznacza również i resztę nauczycieli. Jest potwornie niezorganizowana, wiecznie coś zostawia, zawala terminy, cały czas coś gubi, o czymś zapomina. Dziwnym trafem to jej cały czas psuje się ksero, wylewa się herbata wprost na ważne dokumenty, albo źle się wypełnia dziennik lekcyjny. Oczywiście świadomość tego tylko pogarsza sprawę, bo zapewne robiąc cokolwiek denerwuje się, że znowu coś popsuje czy zniszczy - i rzecz jasna w efekcie prawie na pewno tak się właśnie dzieje [na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni]. Jadzia zatem bezustannie się tłumaczy, przeprasza, wyjaśnia, słowem: gada, gada, gada - aż trudno tego słuchać. Naprawdę ciężko się z nią pracuje wiedząc, że czego się nie dotknie, to [mówiąc dosadnie] spieprzy... Dla przykładu - w dzienniku mojej osobistej małpiarni [uczy ich angielskiego] tak często wpisuje coś w złe miejsca [frekwencje, tematy...], że już nawet przestałam zwracać jej uwagę, tylko siedzę z korektorem i prostuję to, co Jadzia naknociła. Uwierzcie, wolę to zrobić sama, niż do znudzenia słuchać jej tłumaczeń i usprawiedliwień wygłaszanych prawie płaczliwym tonem. Wiem, że w ten sposób ona się niczego nie nauczy, ale dla własnego spokoju wolę na to machnąć ręką i sama poprawić.
    Co gorsza, postawę pod tytułem: "przepraszam, że żyję" Jadzia prezentuje również w kontaktach z uczniami. Jest [o zgrozo!] wychowawczynią 3A - tej, do której chodzi Sebastianek Bida z Nędzą, a teraz także bohater posta "Analfabeci są wśród nas". Jest to obiektywnie trudna klasa ze względu na duże stężenie "świrów" i o ich numerach nie raz już pisałam. Pojawia się tylko pytanie, co jest tu przyczyną, a co skutkiem - bo niewątpliwie podopiecznych ma mocno niezrównoważonych i zaburzonych emocjonalnie, ale też najzwyczajniej w świecie pozwoliła, by weszli jej na głowę. Nie stosuje wobec nich żadnych jasnych reguł. Na początku próbowała się z nimi zaprzyjaźnić, być dla nich "dobrą ciocią", a oni to skrzętnie wykorzystali, ponieważ Małpki nadmierną dobroć określają wiele mówiącym terminem "frajerstwo". Kiedy zaczęli przeginać, próbowała stosować jakieś kary, ale robiła to na tyle niekonsekwentnie, że nie odniosło to żadnego rezultatu. Do tego przy uczniach jest dokładnie taka sama, jak w pokoju nauczycielskim - czyli wiecznie roztrzepana, niesłowna, bez przerwy się tłumaczy i usprawiedliwia... W efekcie Małpki - mówiąc ich językiem - kompletnie na nią leją, śmieją się z niej w żywe oczy i zwyczajnie nią pogardzają. A w takiej szkole, jaką jest Zoo, podobne nastawienie jest po prostu niebezpieczne dla samej Jadzi, bo kto zagwarantuje, że "w ramach żartu" nie zrobią jej kiedyś naprawdę krzywdy? Te dzieciaki nie znają granic, kiepsko rozróżniają dobro od zła - co je więc powstrzyma np. przed dosypaniem jej kreta do kawy [gdyby kiedyś zabrała kawę na lekcję...], "bo tak fajnie się pieni", przed podpaleniem jej włosów, "bo taka fajna pochodnia", czy podpiłowaniem nóg jej krzesełka, "bo Jadzia tak fajnie klapnie na dupę".
    Obrazu dopełnia jeszcze kilka faktów z życia Jadzi. Otóż - mówiąc wprost - ma ona "męża-nieroba", tzn. takiego, który robi doktorat na uczelni kolejny rok, w związku z tym nie pracuje zawodowo, bo przecież biedactwo nie ma czasu, więc utrzymuje go żona. Chłop siedzi zadowolony w książkach, a Jadzia zaiwania na kilku etatach, po czym biegnie do domu posprzątać i ugotować, żeby geniusz nie odrywał się od "ciężkiej pracy naukowej". Do tego - założę się, że jako efekt życia w ciągłym napięciu i niewyrażania negatywnych emocji - Jadzia ma szereg problemów zdrowotnych: poważne kłopoty z sercem, z żołądkiem oraz (co akurat nie jest żadnym zaskoczeniem) nerwicę. No i wisienka na sam koniec - między wierszami jej monologów wyraźnie odczytuję, że kobitka zaczyna mieć poważny problem alkoholowy, o ile już nie jest uzależniona. Zbyt często podkreśla, że nic jej tak nie rozluźnia po ciężkim dniu, jak piwko lub kieliszek wina, tematy jej rozmów jakoś lubią zahaczać o tematykę trunków, a jej twarz podejrzanie często jest w charakterystyczny sposób opuchnięta, a oczy zaczerwienione.

    Co do mnie - muszę na Jadzię uważać, bo uwielbia się do mnie przyklejać, zwierzać mi się, a gadać to ona potrafi bez odpoczynku... Bez przerwy pyta mnie o radę, zarówno w sprawach szkolnych [a pracuje w Zoo dwa lata dłużej ode mnie!], jak i życiowych, bezustannie mi cukrując, jaka to ja nie jestem mądra, silna, opanowana, stanowcza, twarda etc. Taka "kobieta-bluszcz". Wymaga ode mnie czasem dużych zdolności dyplomatycznych i opanowania, by się na nią nie wydrzeć, nie okazać jej lekceważenia, nie dokopać jej - bo uwierzcie, swoim zachowaniem i jęczeniem naprawdę aż sama się prosi. Ale tu jest Zoo - tu pokazanie, że ktoś jest słaby i niegodny szacunku jest równoznaczne z rzuceniem go na pożarcie. Dlatego jedynym sposobem, w jaki mogę pomóc Jadzi [lub przynajmniej jej nie zaszkodzić], jest traktowanie jej poważnie, zwłaszcza przy uczniach. Co bywa cholernie trudnym zadaniem.
 

czwartek, 5 stycznia 2012

Domowy dywersant

    Coś kiepsko trzymaliście te kciuki... Dukan właśnie poszedł się paść - a raczej to Smok się pasie radośnie strzygąc odstającymi uszkami, tyle że to, co wpierdziela, nie ma nic wspólnego z zaleceniami diety.
    Fakt faktem, że czułam się naprawdę fatalnie. Oprócz zwyczajnych dolegliwości fizycznych [co jest zupełnie zrozumiałe, kiedy przechodzi się na jakąkolwiek dietę - w końcu to gwałtowna zmiana sposobu żywienia i zarazem szok dla organizmu], takich jak ból głowy i brzucha, osłabienie, uczucie zimna, doświadczyłam też najzwyczajniejszego w świecie zespołu odstawiennego, jak na rasowego nałogowca przystalo. Nie jest dla mnie tajemnicą, że jestem uzależniona od cukru, więc kiedy sobie go raptownie ograniczyłam do zera, to smoczy mózg zaczął się ostro domagać swojej porcji narkotyku. A ponieważ go nie dostawał, to Dragonka zrobiła się rozdrażniona i nerwowa - na tyle, że nawet Jej Wysokości się oberwało [ku zdumieniu Hipopotama - chyba nie wierzył własnym oczom i uszom, że potrafię być tak ostra dla Pumiszcza].
    Samo to jeszcze pewnie nie skłoniłoby mnie do przerwania diety, bo w końcu jako weteranka tego typu eksperymentów wiedziałam, czego mam się spodziewać. Niestety, w roli V Kolumny wystąpił niecnie Hipopotam, cały czas osłabiając moje morale stwierdzeniami, że jestem Miss Smoków - czyli piękna, zgrabna i powabna - a nawet jeśli mam sobie coś do zarzucenia, to że 100 razy bardziej woli gadzinę z oponkami, ale zadowoloną i uśmiechniętą, niż szczupłą Dragonkę, ale zdenerwowaną i smutną. No i weź tu człowieku zachowaj żelazną wolę, kiedy własny facet ci opowiada takie rzeczy...
    Dodatkowo zaobserwowałam u siebie jeszcze jeden niepokojący objaw, który może być co prawda zbiegiem okoliczności, ale tym niemniej zaczął się we wtorek, czyli dokładnie w dzień, kiedy rozpoczęłam Dukana. Otóż trzeba Wam wiedzieć, że Smok z natury jest dość wywrotny i to w dosłownym słowa tego znaczeniu. Co to znaczy? Ano to, że muszę mieć coś nachrzanione z błędnikiem albo uchem środkowym [choć nigdy badań sobie w tym kierunku nie robiłam], bo ewidentnie mam zaburzony zmysł równowagi. Od dziecka mam chorobę lokomocyjną, do tego wywracam się w butach o obcasie wyższym, niż 2-3 centymenty [nawet, jeśli jest to gruby obcas, bo o szpilce to mogę zapomnieć...], nie jestem w stanie złapać równowagi na rowerze, a nawet mam kłopot ze staniem na jednej nodze dłużej, niż kilka sekund [co jest kłopotliwe np. przy zdejmowaniu czy zakładaniu butów]. Uprzykrza to trochę życie, ale jakoś można się przyzwyczaić. Tymczasem od wtorku... zaczęłam się wywracać bez żadnego powodu! Najpierw na radzie pedagogicznej schodząc z katedry wywinęłam pokazowego orła na oba kolana [rzecz jasna - mam w wyniku tego piękne, fioletowe siniaki], dziś wyrżnęłam się idąc w szkole po schodach, a potem w drodze na przystanek tramwajowy przed klapnięciem na chodnik uchroniła mnie w ostatniej chwili stojąca nieopodal tablica ogłoszeń. Fajnie, co? I bądź tu mądry, czy to efekt diety Dukana [bo zawroty głowy i zmęczenie], czy mój błędnik [czy czort go tam wie, co to jest] już kompletnie dostał fioła. Muszę przyznać, że trochę się przestraszyłam. Ano nic, będę się obserwować. Jeśli te problemy z równowagą na przysłowionej prostej drodze nie ustąpią, to chyba się przejdę do lekarza.

    A teraz czas na gwódź do dukaniej trumny. Tym gwoździem okazała się Hipciowa zachcianka - a że jest biedak chory i leży w łóżku z zapaleniem oskrzeli, to jego kaprysy stają się prawami konstytucyjnymi, których nie podważy nawet Trybunał w Sztrasburgu. Tą zachcianką była pizza - z kurczakiem, szynką, papryką, kukurydzą i pieczarkami.
    Tjaaa...
     A wiecie, jaka pyszna? No właśnie. A ja już wiem - niestety...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Skurczysmok

4 jogurty naturalne
2 serki homogenizowane light, naturalne
2 serki ze świeżym ogórkiem, 0% tłuszczu
2 serki granulowane light
2 paczki otrąb owsianych
makrela wędzona
słoik ogórków konserwowych

    Pytacie: co to do cholery ma być?
    No jak to co... Smocze zakupy żywieniowe na najbliższe dni. Tak tak, moi kochani, wraca doktor Dukan. Koniec z domowym ciastem, czekoladą, pachnącym pieczywem i owocami. Czas znów zabrać się za siebie.
    Ile przytyłam? A guzik, figa z makiem - i tak Wam nie powiem :) Zresztą, tak dokładnie to nie wiem, ponieważ jedyna waga, jaka była w domu, należała do Havranka, a więc zniknęła razem z jego wyprowadzką. Tym niemniej moje ubranka jasno dają mi do zrozumienia, że coś się mnie jednak więcej zrobiło. A ponieważ - jak powszechnie wiadomo - smoki są z natury leniwymi stworzeniami i nie potrafią zagonić się do regularnych ćwiczeń fizycznych, to w ich przypadku reżim kaloryczny jest jedynym rozwiązaniem.
    Wiem wiem, że dieta Dukana nie należy do najzdrowszych. Tyle że - przynajmniej w moim przypadku - jest jak do tej pory jedyną, z której efektów byłam zadowolona. Czego się nie robi dla smukłego pyska... A czas na schudnięcie najwyższy, bowiem w lutym wybieramy się z wizytą do Hipopotamich Seniorów. No nie mogę przecież pojechać do przyszłej teściowej wyglądając, jak wesołe prosiątko...
    Dziś ostatni dzień normalnego żarcia i smacznego obiadu [dla ciekawych: pieczony kurczak, ryż, surówka]. Zgodnie z zasadą Efektu TUP przygotowuję się psychicznie na najgorsze. Ostatnim razem, kiedy byłam na Dukanie, sprawa była o tyle prostsza, że byłam odpowiedzialna tylko i wyłącznie za zakupy i gotowanie dla siebie. Teraz natomiast jest Hipopotam, który przecież na dietę nie przechodzi [bo i po co...] i w zwiąku z tym będzie jadł zwyczajne, pyszne jedzonko. Które mu w dalszym ciągu będzie przygotowywał smok, bo ma na to więcej czasu. Niepodjadanie będzie wymagało dużego samozaparcia.
    Trzymajcie za mnie kciuki. Proszę, proszę, proszę... :)