Szkoła, w której pracuję, jest placówką specyficzną ze względu na młodzież, jaka do nas trafia. By zostać do nas przyjętym trzeba mieć przynajmniej "rok w plecy" i orzeczenie z poradni o jakiejś dysfunkcji - choć o wszystkim i tak decyduje Wicedyra i Pedagożyca, które z każdym delikwentem przeprowadzają "rozmowę kwalifikacyjną" w obecności rodzica lub prawnego opiekuna. Z powyższego wprost wynika, że całkiem zwyczajnych [kusi powiedzieć: normalnych] dzieciaków po prostu u nas nie ma. Wyjątkiem był chyba jak do tej pory tylko
Misza, ale to osobna i wyjątkowa historia. Mimo to Zoo ma status zwyczajnego gimnazjum/ zawodówki / liceum - po to, aby absolwent nie miał narąbane w papierach, że ukończył szkołę specjalną. I tak np. dla przyszłego pracodawcy jedynym sygnałem, że coś jest nie w porządku, może być tylko opóźniony rok zakończenia edukacji.
Oczywistym jest, że praca na stanowisku nauczyciela tutaj wymaga przede wszystkim określonych predyspozycji pedagogicznych. Odwrotnie, niż w zwyczajnej szkole - kwestia, czy przekażesz wiedzę uczniowi jest drugorzędna. O wiele ważniejsze jest, czy uda ci się go zsocjalizować, nauczyć podstawowych zasad funkcjonowania w społeczeństwie. Sukcesem jest, jeśli zrozumie, że zamiast przylać koledze z klasy, kiedy się z nim nie zgadza, może daną sprawę przedyskutować - albo że nie jest wstydem i hańbą zwrócenie się o pomoc do kogoś starszego czy bardziej doświadczonego, jeśli nie dajemy sobie rady.
Żeby było jasne - na Zoo nie ma mocnych. Uwierzcie, tutaj KAŻDY sobie czasem nie radzi. Normalny, zdrowy, niezaburzony człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkich reakcji ucznia w tej placówce. Bywają takie dni i takie wydarzenia, że nawet doświadczone nauczycielki, które pracują tutaj po kilkanaście lat, przychodzą z płaczem do pokoju nauczycielskiego i BYNAJMNIEJ nie oznacza to, że są kiepskimi pedagogami i powinny zmienić zawód. Dlatego tak istotne jest, byśmy - jako Grono Pedagogiczne - stanowili jedność, wspierali się wzajemnie, nie kopali pod sobą dołków i zawsze stali po swojej stronie. Nauczyciel pozbawiony wsparcia w tej szkole daleko nie zajedzie, dlatego nie można nikogo zostawić z jego problemem samemu. Czasem nawet bez względu na to, jak by głupio nie postąpił...
W dzisiejszym poście chcę przedstawić sylwetkę jednej z nauczycielek, co do której - przy pełnej świadomości, że praca u nas nie jest lekka - mogę powiedzieć, że absolutnie nie powinna tutaj uczyć. Nie piszę o niej dlatego, by ją ośmieszyć albo by poprawić sobie samoocenę, bo ktoś radzi sobie gorzej ode mnie, super, super, juuupi, jestem genialna... Chcę na jej przykładzie pokazać, jakich błędów absolutnie nie powinno się popełniać w zawodzie nauczyciela - czy to w szkole dla trudnej młodzieży, czy w jakiejkolwiek innej. Zaznaczam od razu, że zmieniam jej personalia oraz niektóre dane z życia prywatnego, które nie mają bezpośredniego związku z oceną jej pracy.
Zacznę od wytłumaczenia, dlaczego pisząc o niej konsekwetnie będę używała dość lekceważącej w wymowie zdrobniałej formy imienia: "Jadzia". Otóż niestety w ten sposób właśnie nazywają ją uczniowie - i wcale się z tym nie kryją, najwidoczniej nie rozumiejąc, że jest to niestosowne. Sama za każdym razem kiedy słyszę to zdrobnienie, mówię stanowczo: "Jak dla was to pani Nowacka", ale napotykam tylko na ironiczne uśmiechy, a to już samo w sobie jest dość wymowne.
A zatem Jadzia jest anglistką - notabene bardzo dobrą, o czym świadczy fakt, że udziela korepetycji słuchaczom studiów doktoranckich, pracuje w dwóch dobrych, prywatnych liceach, do tego jest tłumaczem przysięgłym. Gdyby tego było jeszcze mało, oprócz angielskiego zna też świetnie niemiecki i włoski. Nie ulega zatem wątpliwości, że ta kobieta ma przede wszystkim duże zdolności lingwistyczne, a także jest wykształcona, inteligentna i generalnie "na poziomie". Wiem, że dobrze sprawdza się jako nauczyciel w normalnych warunkach, tzn. kiedy ma do czynienia z kulturalnymi, zmotywowanymi do nauki dzieciakami. Ale niestety - w Zoo takich ze świecą szukać... Czemu zatem u nas pracuje? Z przyczyn bardzo przyziemnych - potrzebuje mieć choć cząstkę etatu w państwowej placówce, by opłacić składki emerytalne i zdrowotne, a ponadto zrobić kolejny stopień awansu zawodowego. Proza życia, moi drodzy - taka praca się trafiła, to taką wzięła. I pewnie nie wyobrażała sobie, że będzie aż tak ciężko.
Jadzi niestety nikt nie traktuje poważnie - mówię to z przykrością i bijąc się w piersi, bo "nikt" w tym przypadku oznacza również i resztę nauczycieli. Jest potwornie niezorganizowana, wiecznie coś zostawia, zawala terminy, cały czas coś gubi, o czymś zapomina. Dziwnym trafem to jej cały czas psuje się ksero, wylewa się herbata wprost na ważne dokumenty, albo źle się wypełnia dziennik lekcyjny. Oczywiście świadomość tego tylko pogarsza sprawę, bo zapewne robiąc cokolwiek denerwuje się, że znowu coś popsuje czy zniszczy - i rzecz jasna w efekcie prawie na pewno tak się właśnie dzieje [na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni]. Jadzia zatem bezustannie się tłumaczy, przeprasza, wyjaśnia, słowem: gada, gada, gada - aż trudno tego słuchać. Naprawdę ciężko się z nią pracuje wiedząc, że czego się nie dotknie, to [mówiąc dosadnie] spieprzy... Dla przykładu - w dzienniku mojej osobistej małpiarni [uczy ich angielskiego] tak często wpisuje coś w złe miejsca [frekwencje, tematy...], że już nawet przestałam zwracać jej uwagę, tylko siedzę z korektorem i prostuję to, co Jadzia naknociła. Uwierzcie, wolę to zrobić sama, niż do znudzenia słuchać jej tłumaczeń i usprawiedliwień wygłaszanych prawie płaczliwym tonem. Wiem, że w ten sposób ona się niczego nie nauczy, ale dla własnego spokoju wolę na to machnąć ręką i sama poprawić.
Co gorsza, postawę pod tytułem: "przepraszam, że żyję" Jadzia prezentuje również w kontaktach z uczniami. Jest [o zgrozo!] wychowawczynią 3A - tej, do której chodzi Sebastianek
Bida z Nędzą, a teraz także bohater posta "Analfabeci są wśród nas". Jest to obiektywnie trudna klasa ze względu na duże stężenie "świrów" i o ich numerach nie raz już pisałam. Pojawia się tylko pytanie, co jest tu przyczyną, a co skutkiem - bo niewątpliwie podopiecznych ma mocno niezrównoważonych i zaburzonych emocjonalnie, ale też najzwyczajniej w świecie pozwoliła, by weszli jej na głowę. Nie stosuje wobec nich żadnych jasnych reguł. Na początku próbowała się z nimi zaprzyjaźnić, być dla nich "dobrą ciocią", a oni to skrzętnie wykorzystali, ponieważ Małpki nadmierną dobroć określają wiele mówiącym terminem "frajerstwo". Kiedy zaczęli przeginać, próbowała stosować jakieś kary, ale robiła to na tyle niekonsekwentnie, że nie odniosło to żadnego rezultatu. Do tego przy uczniach jest dokładnie taka sama, jak w pokoju nauczycielskim - czyli wiecznie roztrzepana, niesłowna, bez przerwy się tłumaczy i usprawiedliwia... W efekcie Małpki - mówiąc ich językiem - kompletnie na nią leją, śmieją się z niej w żywe oczy i zwyczajnie nią pogardzają. A w takiej szkole, jaką jest Zoo, podobne nastawienie jest po prostu niebezpieczne dla samej Jadzi, bo kto zagwarantuje, że "w ramach żartu" nie zrobią jej kiedyś naprawdę krzywdy? Te dzieciaki nie znają granic, kiepsko rozróżniają dobro od zła - co je więc powstrzyma np. przed dosypaniem jej kreta do kawy [gdyby kiedyś zabrała kawę na lekcję...], "bo tak fajnie się pieni", przed podpaleniem jej włosów, "bo taka fajna pochodnia", czy podpiłowaniem nóg jej krzesełka, "bo Jadzia tak fajnie klapnie na dupę".
Obrazu dopełnia jeszcze kilka faktów z życia Jadzi. Otóż - mówiąc wprost - ma ona "męża-nieroba", tzn. takiego, który robi doktorat na uczelni kolejny rok, w związku z tym nie pracuje zawodowo, bo przecież biedactwo nie ma czasu, więc utrzymuje go żona. Chłop siedzi zadowolony w książkach, a Jadzia zaiwania na kilku etatach, po czym biegnie do domu posprzątać i ugotować, żeby geniusz nie odrywał się od "ciężkiej pracy naukowej". Do tego - założę się, że jako efekt życia w ciągłym napięciu i niewyrażania negatywnych emocji - Jadzia ma szereg problemów zdrowotnych: poważne kłopoty z sercem, z żołądkiem oraz (co akurat nie jest żadnym zaskoczeniem) nerwicę. No i wisienka na sam koniec - między wierszami jej monologów wyraźnie odczytuję, że kobitka zaczyna mieć poważny problem alkoholowy, o ile już nie jest uzależniona. Zbyt często podkreśla, że nic jej tak nie rozluźnia po ciężkim dniu, jak piwko lub kieliszek wina, tematy jej rozmów jakoś lubią zahaczać o tematykę trunków, a jej twarz podejrzanie często jest w charakterystyczny sposób opuchnięta, a oczy zaczerwienione.
Co do mnie - muszę na Jadzię uważać, bo uwielbia się do mnie przyklejać, zwierzać mi się, a gadać to ona potrafi bez odpoczynku... Bez przerwy pyta mnie o radę, zarówno w sprawach szkolnych [a pracuje w Zoo dwa lata dłużej ode mnie!], jak i życiowych, bezustannie mi cukrując, jaka to ja nie jestem mądra, silna, opanowana, stanowcza, twarda etc. Taka "kobieta-bluszcz". Wymaga ode mnie czasem dużych zdolności dyplomatycznych i opanowania, by się na nią nie wydrzeć, nie okazać jej lekceważenia, nie dokopać jej - bo uwierzcie, swoim zachowaniem i jęczeniem naprawdę aż sama się prosi. Ale tu jest Zoo - tu pokazanie, że ktoś jest słaby i niegodny szacunku jest równoznaczne z rzuceniem go na pożarcie. Dlatego jedynym sposobem, w jaki mogę pomóc Jadzi [lub przynajmniej jej nie zaszkodzić], jest traktowanie jej poważnie, zwłaszcza przy uczniach. Co bywa cholernie trudnym zadaniem.