Dawno nie pisałam nic o Emilce. Kto chce sobie przypomnieć jej historię w szczegółach, to zapraszam do lektury wcześniejszych postów: pierwszy, drugi oraz trzeci. Dla wszystkich innych króciutko - Emilka to urocze, przemiłe, ale niestety trochę ograniczone umysłowo dziewczątko z mojej osobistej małpiarni, które w pierwszej klasie gimnazjum zaliczyło wpadkę i teraz jest matką 5-miesięcznego Michałka. Jako szkoła próbowaliśmy skłonić jej rodzicielkę do załatwienia córce indywidualnego nauczania, ale okazało się to dla niej zbyt skomplikowane, więc Emilka musi kontynuować naukę w normalny sposób.
No właśnie, jak jej to wychodzi? Ano różnie - w zależności od tego, czy ma z kim dziecko zostawić. Chodzi do szkoły tak często, jak to możliwe, ale zdarzają się takie tygodnie, że musi zostać w domu i już. Jej sytuacja w szkole jest znana nauczycielom i na pewno przymykają trochę oko na jej nieobecności, ale z drugiej strony też możliwe jest to tylko do pewnej granicy. Aby być klasyfikowanym uczeń musi w semestrze pojawić się na przynajmniej połowie zajęć i tworzenie zbyt daleko idących precedensów naprawdę jest niewskazane, bo za chwilę inne małpki też zaczęłyby domagać się taryfy ulgowej ze względu na "wyjątkowe okoliczności". Żeby nie szukać daleko, to gdybym chciała dokładnie policzyć Emilce frekwencję na języku polskim, to musiałabym wystawić jej enkaela, ale tego nie zrobię, bo wiem, że naprawdę stara się przychodzić - a poza tym, kiedy już jest, to zawsze przygotowana do zajęć [czytaj w tej szkole: ma zeszyt i długopis...], a w dodatku bierze aktywny udział w lekcji [a to, że zazwyczaj mówi głupoty, to inna sprawa...]. Z tego, co widziałam, to z pozostałych przedmiotów również ją sklasyfikują, ale niestety z kilku będzie miała oceny niedostateczne. Na to już trudniej cokolwiek poradzić, bo jak wspomniałam w poprzednich postach, dziewczynka nie należy do zbyt lotnych. Z takich przedmiotów, jak fizyka czy matematyka, miałaby trudności nawet bez dziecka na karku, a co dopiero w sytuacji, kiedy nie jest w stanie chodzić na wszystkie lekcje?
Jak by tego było mało, to jakieś 3 tygodnie temu rozstała się z Karolem, czyli ojcem dziecka. Trochę mnie to zaskoczyło, bo miałam jednak nadzieję, że może chociaż tutaj sprawa potoczy się pomyślnie, skoro sam fakt wpadki nie stał się przyczyną rozstania. Wiem, że Karol zajmował się Emilką w czasie ciąży, a potem zamieszkali razem u niej - więc wyglądało to dość normalnie, jeśli nie liczyć młodego wieku rodziców. Niestety, historia zrobiła się tak banalna, jak tylko mogła: chłopakowi po kilku miesiącach znudziła się zabawa w ojca, zaczął więc znikać na całe popołudnia i wieczory, wychodzić na piwo z kolegami czy jeździć na dyskoteki. Szara rzeczywistość, że odpowiedzialność za dziecko i tak spada na barki kobiety, bo przecież ona nie odwróci się na pięcie i nie stwierdzi, że ma ciekawsze zajęcia, niż zmienianie pieluch. Emilka zrobiła partnerowi kilka awantur, w efekcie których chłopak się spakował i wyprowadził. Proste, banalne, oczywiste...
Jak to komentuje sama zainteresowana? Z beztroską i pogodą, jak zresztą wszystko inne, bo taką już ma naturę. Był chłop - nie ma chłopa, świat toczy się dalej, a ona jest ładna i młoda i na pewno sobie jeszcze kogoś znajdzie. Tjaa... Nie dostrzega tylko, że po pierwsze już do końca życia będzie związana z Karolem, bo jest on ojcem jej dziecka, a także tego, że jako samotna matka z definicji będzie miała pod górkę w kwestii powtórnego związku. Zupełnie nie rozumiem natomiast tego, że Emilka w obecnej sytuacji "uniosła się honorem" i nie chce od Karola żadnej pomocy finansowej, żadnych alimentów. "A bo nie będzie mi on albo jego rodzina wypominać, że mam co chciałam i że ich naciągam" - stwierdziła. Próbowałam jej uświadomić, że chwila chwila: dwoje was tam było, więc jeśli już, to oboje macie co chcieliście, a nie ona jedna. A poza tym - tłumaczę jej - wychowanie dziecka kosztuje, a czym jest ono starsze, to kosztuje więcej, a zatem najzwyczajniej w świecie będzie potrzebowała pieniędzy. Nie widzę powodu, by Karolowi pozwalać na wygodne życie i zwalniać go z OBOWIĄZKU łożenia na utrzymanie syna. Riposta Emilki w tym momencie rozłożyła mnie na łopatki: "Oj tam, opowiada pani... Moja mama też nie chciała żadnych pieniędzy od mojego ojca i jakoś żyjemy.". No tak, jasne. Życie jak w Madrycie - z pieniędzy z opieki społecznej oraz z dorywczych prac. Żyć nie umierać, faktycznie...
Notabene Emilka przyszła któregoś dnia do szkoły z synkiem - bo musiała coś tam pozdawać, a naprawdę nie miała z kim dziecka zostawić. Michałek jest fajnym, pogodnym, normalnym niemowlęciem, nie boi się ludzi, cały czas się śmieje, a w matkę jest wpatrzony jak w obrazek. Naprawdę, aż przyjemnie na nich popatrzeć. Widać, że dziewczyna dba o niego i że dziecku niczego nie brakuje. Jak znam inne młodociane rodzicielki z Zoo, to naprawdę mógł o wiele gorzej trafić. Tylko co z tego? Za bycie czułą, troskliwą mamą ekstra pieniędzy nikt jej nie przyzna...
Może zabrzmi to okrutnie, ale chyba jednak życie nie dało jej wystarczająco mocno po d...e. Uniosła się honorem, bo póki co wie, że pieniądze zawsze jakoś się znajdują. A to z opieki, a to z innego źródełka. Jakoś to będzie. A gdyby się okazało, że jednak nie będzie "jakoś", to i honor by pewnie zwinął skrzydełka. Przydałoby się też, żeby chłopiec wiedział, że od dziecka nie można ot tak odejść i to wystarczy, żeby nie mieć problemów. Zrobiło się i jest, ale on nie ma z tym nic wspólnego, bo tak sobie wymyślił. Tja...
OdpowiedzUsuńTo nie do końca tak, Ken.G. - i nie odbierz tego, jak bym chciała jej na siłę bronić. Emilka ma ledwo 16 lat, a do tego naprawdę jest trochę ograniczona umysłowo. Dowód obiektywny - w poprzedniej, "normalnej" szkole pedagog walczyła o to, by umieścić ją w szkole specjalnej, skończyło się na kuratorze. Ja natomiast nie potrzebuję obiektywnego dowodu, bo po prostu ją znam. Tak, jak ją opisałam w którymś z postów - jej mózg funkcjonuje tak, jak by nie bardzo kojarzył przyczyny ze skutkami.
UsuńA co do Karola, to spróbuję mu przemówić do rozsądku, choć to pewnie nie moja sprawa. Spróbuję - kiedy raczy pojawić się w szkole, bo nie widziałam go od początku stycznia.
No nie, pisałaś wcześniej, że jest nieco "wolniejsza". Chyba zapominam o tym czasem, po prostu. Smutne, że ma dziecko - jakkolwiek dziwnie to brzmi. Smutne, bo może dobrze się nim opiekuje, ale co będzie później, kiedy trzeba będzie robić więcej niż karmienie czy zmiana pieluch? Czy poradzi sobie w życiu, jako matka? Jako dorosły człowiek, który musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami? Nie zawsze będzie mieć opiekę, a będą potrzebować jej od niej.
UsuńTo jest dobra dziewczyna, gdyby trafiła na jakiegoś porządnego chłopaka, który by się nią odpowiednio zaopiekował, to byłaby dla niego czułą żoną, a dla dzieci troskliwą matką. Nie każdy musi być Einsteinem...
UsuńAle pogdybać sobie można...
Moja mama jest zwykłą, prostą kobietą, a udało jej się mnie jakoś wychować. Choć zupełnie inaczej niż by chciała :))) Powinnam już być od dawna mężatką z co najmniej jednym dzieckiem, latać do kościoła i mieć poukładane w głowie tak jak wszyscy. A jest... jak jest.
UsuńChodziło mi o to, że Emilka może sobie nie poradzić jako dorosły człowiek, a zwłaszcza matka. Sama piszesz, że "byłaby", gdyby ktoś się nią odpowiednio zaopiekował. Samodzielna osoba nie wymaga opieki. Nie musi być od razu superinteligentna, może być po prostu wystarczająca zaradna życiowo, żeby dać sobie radę. A ona, póki co, nie jest. I dlatego piszę, że to smutne.
Po prostu ... takich Emilek u nas w Kamerunie jest bardziej niz troche... Za Emila jestem, ale za Emilka z dzieciatkiem zdecydowanie nie! Dlaczego w naszym swiecie...co z tego chlopaka bedzie... gdzie odpowiedzialnosc i inne rzeczy... chyba zapominam sie czesto w jakim swiecie zyje...
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judith
Judith - u nas w szkole też takich "Emilek" jest trochę, ale zdecydowanie więcej takich, które się na matki nie nadają, bo już w ciąży piją, palą i ćpają... A co się potem dzieje, jak już urodzą, to lepiej nawet nie wspominać.
OdpowiedzUsuńTych dzieciaków nikt nie nauczył odpowiedzialności, więc jak mają być odpowiedzialne? Jasne, że też jestem przeciwna "Emilce z dzieciątkiem", tylko co to da? Jako szkoła staramy się im chociaż pomóc zakończyć edukację, bo co jesteśmy w stanie więcej zrobić?