Mam w swojej osobistej klasie urocze
dziewczątko - nazwijmy ją Emilka. Twarz aniołka, niebieskie oczy, naturalnego
koloru blond włosy, niewysoka, szczupła, ale nie wychudzona, ot, taka w sam
raz. Miła, grzeczna, zawsze się ukłoni na korytarzu szkolnym, porozmawia,
zażartuje. Zeszyty i długopisy nosi, na lekcjach notuje, zgłasza się, bierze
udział w lekcji.
Tu pozwolę sobie na dygresję. Nie śmiejcie
się - jeśli regularnie śledzicie mój blog, to wiecie, że taka postawa w Zoo
jest czymś niecodziennym. Niestety normą jest to, że uczniowie nie posiadają
zeszytów [albo w najlepszym wypadku jeden "do wszystkiego"], albo nie
mają czym notować - dlatego zawsze noszę ze sobą 3-4 najtańsze długopisy do
pożyczania. Na początku się buntowałam wychodząc z założenia, że noszenie im
przyborów do pisania jest ogromnie niepedagogiczne. W końcu to powinien być ICH
PROBLEM, że nie notują i w konsekwencji dostają jedynki. Myślałam: zarobi jeden
z drugim po pale, to się nauczy przynosić do szkoły to, co trzeba. Ale po jakichś
3 miesiącach pracy dałam za wygraną. Dlaczego? Małpkom oceny totalnie zwisają i
powiewają, przynajmniej do momentu, aż sytuacja nie robi się na tyle poważna,
że grozi powtarzaniem klasy - a przecież wiadomo, że nikt nie uwali ucznia z
powodu braku zeszytu, nawet notorycznego... No a ileż mogę postawić tych
jedynek za nienotowanie? Problem też polega na tym, że niestety to właśnie
MNIE, jako nauczycielowi, bardziej zależy na tym, by Małpka na lekcji zajęła
się pisaniem, bo jeśli tego nie robi, to się nudzi, a jak się nudzi, to
strzelają jej różne ciekawe pomysły do głowy. Trzeba więc wytworzyć taką
atmosferę, by dzieciątko pisało, aż się zmęczy. Co z tego, że i tak do tego
zeszytu nawet potem nie zajrzy, albo że zabazgroli kartkę, którą potem wyrzuci,
podpali albo zje. Liczy się to, że miało się czym zająć i nie rozniosło sali.
Wracam do Emilki. Pojawia się pytanie - co
takie dobre, grzeczne i miłe dziewczątko robi w Zoo? Otóż, co tu dużo ukrywać,
panna jest trochę tępawa... Należy do tych osób, którym myślenie sprawia ból, a
w dodatku jest tzw. "dys-wszystko", czyli ma galopującą dysleksję,
dysgrafię i dysortografię. Na moje oko nie powinna była skończyć nawet
podstawówki. Nie rozumie kompletnie tego, co czyta, nie potrafi wyciągać
logicznych wniosków, ma bardzo kiepską pamięć. Stara się jak może, ale z
kociaka lwa nie zrobisz... Do normalnej szkoły zatem się absolutnie nie nadaje,
ale przez Zoo by się ją przepchnęło.
No właśnie - "by" się przepchnęło.
Nie wiem tego jeszcze z oficjalnych źródeł, tzn. od samej zainteresowanej, ale
"ptaszki ćwierkają", że Emilka jest w ciąży. Wezmę ją po weekendzie
na stronę i zapytam wprost, czy to prawda, ale takie sygnały dochodzą do mnie
już ze zbyt wielu źródeł, by to mogło okazać się wyłącznie plotką.
Przyznam, że zaklęłam niewybrednie, jak
dotarła do mnie ta nowina. Kogo jak kogo, ale Emilki to mi na młodą matkę
szkoda. Jasne, dziecko to nie tragedia [zresztą, matką będzie i tak nie
najgorszą jak na standardy naszych uczennic], ale nie czarujmy się, życie jej to
pokomplikuje. Dziewczątko przecież jest dopiero w pierwszej gimnazjum...
Oczywiście, jeśli będzie chciała, to szkołę skończy, bo w Zoo ciąża uczennicy
to żadna nowość, nie pierwsza i nie ostatnia. Od września do porodu dostanie
indywidualne nauczanie, a potem to już w zależności od możliwości i od tego,
czy będzie z kim miała dziecko zostawić. Szczęśliwie też wiadomo przynajmniej,
kto jest ojcem, bo akurat mamy tu do czynienia z gimnazjalną parką. Zresztą,
tatusia też uczę - sympatyczny chłopak i dość "kumaty", też
kulturalny i miły. Notabene jest nawet lektorem w pobliskiej parafii, a jak
pisali na lekcji charakterystyki, to pytał, czy może napisać o Janie Pawle II
[hie hie hieee...]. Są parą odkąd ona pojawiła się w tej szkole, sądzę więc, że
nie będzie problemów i że jej z dzieckiem nie zostawi.
No ale co z tego? Emilka sama jest jeszcze
dzieckiem, w dodatku niestety nie bardzo lotnym dzieckiem. Już i tak byłoby
sporym sukcesem, gdyby skończyła gimnazjum, a co dopiero teraz. Co ona będzie
robić w życiu? Bez wykształcenia, bez zawodu, za słaba, by pracować
fizycznie...
Jak długo - wobec tych trudności które ją
czekają - będzie jeszcze miła, sympatyczna i niezdemoralizowana?
Kurna, kogo jak kogo, ale jej mi szkoda. Tak
zupełnie prywatnie, po ludzku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz