Mówcie, co chcecie, ale praca w komisji maturalnej JEST wyczerpująca. Siedzi się jakieś 10 godzin [z przerwą na obiad w połowie], praktycznie bez ruchu, robi się mądrą minę słuchając wypocin zdających, a potem wymyśla się pytania mając na uwadze, żeby nie pogrążyć nimi abiturienta. Chciałabym dodać, że - wyjąwszy przerwę - egzaminator siedzi o suchym pysku, bowiem przepisy zabraniają postawienia przed sobą na stoliku choćby wody mineralnej, o kawie czy ciasteczkach znanych ze "starej matury" nie wspomniawszy... Nie pytajcie mnie, po co wprowadzono taki zakaz, dość, że pytający powinien być cyborgiem, który nie posiada ciała i w związku z tym nie odczuwa żadnych potrzeb z nim związanych, takich jak pragnienie. Zdający pod tym względem traktowani są o wiele bardziej ulgowo - ich matura trwa tylko ok. 25 minut...
Nie ukrywam, że jestem zdecydowaną przeciwniczką formuły obecnej matury z języka polskiego, tak części pisemnej, jak i ustnej. Zwłaszcza ta druga jest zwyczajną kpiną i wiedzą o tym obie strony zasiadające za stołem egzaminacyjnym. Nie jest tajemnicą, że prezentacje, które w założeniach powinny być sumiennie przez cały rok przygotowywane przez abiturientów, są w większości przypadków przez nich kupowane, a potem w najlepszym wypadku wkuwane na pamięć i recytowane. I mimo że jako egzaminator mam tego świadomość, to de facto nie mogę nic zrobić, dopóki delikwent "nie przegnie", tzn. dopóki rozmowa nie wykaże ponad wszelką wątpliwość, że nie zna on treści lektur, na które się wcześniej powoływał. A i w tym przypadku oblać skurczybyczka nie jest łatwo, bo tak skonstruowano model punktacji. Poza tym - aby zdać ustną z polskiego, trzeba mieć jedynie 6 punktów na 20 możliwych. Ergo - o czym my tu rozmawiamy...?
Żałuję, że nie prowadziłam tego bloga rok temu, kiedy egzaminowałam w "normalnym" liceum, a po drugiej stronie pocili się 19-latkowie. Oj, wtedy naczytalibyście się o różnych maturalnych kwiatkach, przy których człowiek naprawdę musiał się napracować, żeby nie parsknąć małolatowi w twarz. Tym razem pytałam w szkole dla dorosłych, więc [poza kilkoma wyjątkami] oceniać przyszło mi ludzi w wieku zbliżonym do moich rodziców. Cóż, na zdanie matury nigdy nie jest za późno...
Jak wpływało to na jakość wypowiedzi? Otóż raczej pozytywnie. Mimo wszystko miałam do czynienia z dojrzałymi ludźmi [a nie tylko pełnoletnimi...], którzy do sprawy podeszli sumiennie. Nawet, jeśli brakowało im wiedzy, to widać było, że prezentacje przygotowywali samodzielnie - nie usiłowali bezczelnie robić nas w balona. Największym problemem okazało się dla nich zapanowanie nad emocjami, bo odwykli już i od nauki, i od zdawania egzaminów. Trzeba było tak kierować rozmową, żeby przestali się denerwować i byli w stanie wydusić z siebie składną wypowiedź. Jedna z pań [lat 48] popłakała się z nerwów, choć szło jej akurat bardzo dobrze i dostała w rezultacie aż 19 punktów. Walorem przepytywania starszych rocznikowo osób jest też na pewno fakt, że mają o wiele więcej doświadczenia życiowego, niż typowi maturzyści, a zatem można z nimi prowadzić ciekawą rozmowę. Po prostu są w stanie spojrzeć głębiej na omawiane uwtory.
Perełkę odnotowałam jedną. Któryś z panów przy omawianiu "Granicy" Nałkowskiej stwierdził, że Ziembiewiczowie to typowy przykład tradycyjnej polskiej rodziny "z mężem, żoną i kochanką". Jak to na osobności skomentowała polonistka, która ze mną egzaminowała: "No proszę, muszę powiedzieć mężowi, że przez tyle lat małżeństwa tworzymy jakąś patologię - bo jak to tak, bez kochanki...?" :) Oprócz tego drobne przejęzyczenia w stylu "Tristan był WALASEM króla Marka" i "miłość bohatera była METAMORFORĄ"; można było też usłyszeć głębokie stwierdzenia w rodzaju "potwór był to wieki stwór". Wszystko to jednak drobiazgi.
Za rok w Zoo będziemy mieli jedną klasę maturalną. Małpki zdające egzamin dojrzałości... Już mi banan wykwita na gębie, kiedy o tym pomyślę :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz