Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 10 sierpnia 2014

Nie mów do mnie Misiu?

    Misiu przybłąkał się do wiejskiej posiadłości Seniorki tak z półtora tygodnia temu, w trakcie morderczych upałów. Po prostu - ułożył się koło ogrodzenia pod tujami i ani myślał sobie pójść. Początkowo mąż Seniorki wynosił mu tylko wodę, celowo nie dając nic do jedzenia w nadziei, że może jednak bydlątko da za wygraną i poszuka sobie innego domku. Misiek jednak był uparty, więc po trzech dniach został nakarmiony [gwoli ścisłości - za pierwszym razem awaryjnie suchą karmą dla wiejskich kotów, ale nie wydaje się, by poczuł się tym faktem jakoś specjalnie urażony :)]. No i na razie rezyduje.
    Piesek ewidentnie musiał się komuś zgubić. Nie jest wynędzniały czy ekstremalnie wychudzony [więc prawdopodobnie jeszcze nie tak dawno miał dom], tylko poduszeczki łapek ma pościerane, czyli pewnie musiał przejść kawał drogi. Seniorka mówi, że to psi ideał - potulny, posłuszny, ufny, zero agresji, od początku pobytu szczeknął może ze dwa razy. Zna podstawowe komendy, podaje łapę, ładnie jeździ samochodem. Weterynarz - bowiem Misiek został już zaszczepiony, a w swoim czasie czeka go drobaczenie - orzekł, że może mieć ok. 4 lat. No i jest śliczny... Widać to było już od początku, choć kiedy się przybłąkał, to jego sierść stanowiła obraz nędzy i rozpaczy.



    Misiu został jednak zabrany do psiego fryzjera, u którego nota bene też okazywał stoicki spokój, cierpliwie znosząc tarmoszenie i wycinanie płatów pozlepianej sierści. Prawdopodobnie takie zabiegi to dla niego nie pierwszyzna, skoro wiedział, jak należy się zachować. No ale efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania:



    Okazuje się zatem, że znajdka to owczarek australijski - jeśli nawet nie czystej krwi, to jakaś bardzo mocno stężona mieszanka. Waży ok. 30 kg.

    I tu pojawia się problem - co dalej z Miśkiem będzie...? Seniorka rzecz jasna rozmieszcza ogłoszenia gdzie się tylko da oraz sprawdza rozmaite portale internetowe, bo może ktoś biedaka szuka. Ale jeśli właściciel się nie znajdzie, to trzeba będzie znaleźć pieskowi dobry domek. Seniorka z mężem rozważali to bardzo długo, ale jednak nie mogą go zatrzymać - choć mama naprawdę bardzo by chciała, bo Misiek jest cudownym psem, którego nie da się nie pokochać. Niestety póki co w roku szkolnym pracę mają wyjazdową, a wiejska posiadłość nie nadaje się do mieszkania w niej zimą. Pojawiłby się więc problem, bo nawet, jeśli Misio zostałby na etacie psa podwórkowego z kojcem i budą, to mimo wszystko musiałby do niego ktoś zaglądać choć raz na dwa dni, a z tym mogłoby być ciężko... Opcja odwiezienia go do schroniska nie wchodzi w rachubę, bo naprawdę szkoda takiego fajnego psiaka. Póki co więc Misiek śpi sobie w swoim dołeczku pod tujami, a my szukamy mu nowej rezydencji. Nie jest to sprawa morderczo pilna, bo dopóki jest ciepło, to bydlątko spokojnie może sobie w ogrodzie mieszkać, a Seniorka z mężem są na wsi bardzo często, o ile nie cały czas. Tym niemniej przed zimą trzeba coś wymyślić.
    Hipek rzecz jasna najchętniej wziąłby go do nas, ale owczarki to zdecydowanie za duże psy na mieszkanie w bloku - tym bardziej na 34 metrach razem z kotem. Umęczylibyśmy się wszyscy. Ale jesteśmy dobrej myśli, bo taki piękny i co najważniejsze przyjazny pies przecież musi prędzej czy później znaleźć odpowiedni dom.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Coś się ruszyło

   Zgodnie z tematem posta - zdaje się, że to koniec lipcowego opierniczania się. Nie to, żebym miała jakieś zatrważające ilości studentów [te wakacje w szkole językowej to wyraźnie gorszy sezon], ale jakaś praca się wreszcie znalazła. Oprócz stałych zajęć z Drybkiem mam mianowicie od minionego wtorku intensywne [czyli po 4-5 godzin dziennie] indywidualne lekcje z Jekateriną z Petersburga.
    Katia ma ok. 40 lat i jej poziom języka polskiego to zero totalne - tyle tylko, że zna już na szczęście angielski, więc przynajmniej odpada mi kwestia uczenia ją alfabetu łacińskiego. Lubię zajęcia ze Słowianami, bo z powodu podobieństwa języków zwykle szybciej łapią i słownictwo, i gramatykę. Zwykle, bo niestety nie w przypadku Katii. Byłam początkowo tym trochę załamana, bo nie kojarzyła dosłownie żadnych podobieństw w polskiej i rosyjskiej leksyce - a przecież jest ich cała masa. No nie mieściło mi się w głowie, że będąc Rosjanką można nie wpaść na to, że [dla przykładu] jabłko to jabloko, mleko to maloko, a siostra to siestra... Ku mojej uldze około trzeciej lekcji Katia się trochę rozkręciła, tzn. zrobiła się mniej spięta i przestała przy nauce podstaw polskiego kurczowo trzymać się umysłu, a zaczęła ufać intuicji językowej, czyli robić pewne rzeczy "na czuja". Nie jest to na pewno wzorcowa metoda szkolna, ale akurat w przypaku uczenia się języka pokrewnego - a takimi są polski i rosyjski - daje całkiem niezłe rezultaty. Choć i tak bardzo bawi mnie, że gramatykę - zgodnie z wyraźnym życzeniem uczennicy - mam wyjaśniać jej po angielsku. Fajna parodia, żeby Polka musiała dogadywć się z Rosjanką w germańskim narzeczu... :)
    W obniżeniu poziomu stresu u Katii pomaga mi też rzecz jasna moja skromna znajomość rosyjskiego. Wiecie, zawsze jej się trochę cieplej zrobi na sercu, jeśli za dobrze zrobione ćwiczenie usłyszy: "No! Kak haraszo!" albo "Wsio prawilno!" [choć doskonale zdaję sobie sprawę, że mój rosyjski jest tak twardy i kanciasty, jak prycza w ruskim więzieniu]. I kiedy już trochę wyluzowała, to mogę na miarę swoich możliwości odwołać się do jej języka:

JA: Proszę się przedstawić. Jak się pani nazywa?
KATIA: Mnie nazywam Jekaterina...
JA: Żadne mienia zawut... Nazywam się - albo - mam na imię Jekaterina...

JA: Czy masz rodzeństwo? Brata albo siostrę?
KATIA: U mnie jest brat.
JA: W Rasiji jest brat. W Polsze - MAM brata. On moj :)

A już najzabawniej jest, kiedy robi się polsko-rosyjsko-angielski miks:

JA: Hobby. Co lubię? Można powiedzieć:
     lubię - szto dielat'? - czytać, pływać - verb in infinitive
     lubię - kawo? szto? - literaturę, pływanie - noun in accusative
     interesuję się - kiem? cziem? - literaturą, pływaniem - noun in instrumental

    Dość w każdym razie powiedzieć, że się Jekaterinie najwyraźniej spodobałam. Z początku wykupiła kursik tylko na tydzień, ale potem zażyczyła sobie kolejnych 20 godzin i to koniecznie ze mną. Potem co prawda wyjeżdża, ale wraca na przełomie września i października. Już mnie pytała, czy po wakacjach też będę mogła ją uczyć [no będę, ale niestety tylko po południu]. Wiem na razie tyle, że będzie z rodziną co najmniej 3 lata w Polsce, a jej mąż musi albo pracować dla jakiejś dużej firmy, albo dla państwowej - bo te lekcje finansowane są z jego "zakładu pracy". W związku z tym nie może się u mnie uczyć prywatnie [pytała o taką ewentualność], bo jej nie wystawię faktury.
    Tjaa... A w sekretariacie szkoły językowej pytali mnie, jak się z Katią dogadujemy. "Bo ona jakaś taka ponura, wiecznie naburmuszona albo smutna...". Że hę? Nie zauważyłam :) Widać mam podejście do Słowian.

piątek, 18 lipca 2014

Kiedy "do", a kiedy "na"?

    Czemu siedzę cicho? Ano nie dzieje się nic takiego, co by mogło potencjalnie zainteresować mojego Drogiego Czytelnika. W Zoo jak wiadomo wakacje, a pierwsza połowa lipca w szkole dla obcokrajowców na razie świeci pustkami. Tzn. są jakieś grupy, ale nie na tyle, by dla mnie wystarczyło. Może sierpień będzie lepszy - jak to mawia Drybek: "widzimy" [w sensie: "zobaczymy" :)].
    Lekcje z Drybkiem mam nota bene bez zmian dwa razy w tygodniu, co jest jednym z czynników skutecznie blokujących mi jakiekolwiek dłuższe wyjazdy wakacyjne. Inna sprawa, że nie wiadomo, jak długo jeszcze nasze zajęcia potrwają w ogóle, bo pod koniec sierpnia kończy mu się kontrakt w Polsce. Najpierw pod znakiem zapytania było, czy dadzą mu następny z tej racji, że to już byłby trzeci i musieliby podpisać z nim umowę na czas nieokreślony. Zwodzili więc go tak długo, jak mogli, aż wreszcie zaproponowali mu stały kontrakt - tyle, że za mniejsze pieniądze. Szkot musi więc sobie dobrze przemyśleć, czy mu się to opłaca, bo alternatywą jest kolejna w jego życiu przeprowadzka do jakiegoś innego dzikiego kraju. No i tyle wysiłku włożonego w naukę języka polskiego poszłoby na marne :)
    Póki co katuję go bez zmian. Do połowy lipca wymyślanie tematów lekcji miałam z grubsza z głowy, ponieważ Drybek ma świra na punkcie piłki nożnej i połowę każdych zajęć gadał wyłącznie o mundialu.
Jedyną moją pracą domową zatem było orientowanie się, kto z kim właśnie grał, jaki był wynik, czy były karne, brutalne faule, albo gryzące Suarezy grasujące po boisku... Oczywiście gadał głównie Drybek, a moim zadaniem było umiejętne zadawanie mu pytań w taki sposób, by był zmuszony powiedzieć jak najwięcej. Raz tylko mu podpadłam, kiedy - przyznam, że dość niefrasobliwie - zapytałam, czy w związku z tym, że Szkocja nie bierze udziału w mundialu, to kibicuje Anglii. Prawie się na mnie obraził i stwierdził, że to mniej więcej tak, jak bym ja dopingowała Rosjan...
    A z kwestii bardziej neutralnych, to mieliśmy ostatnio powtórkę z przyimków, czyli kolejnej kwestii, w której niby są jasno określone reguły, ale zaraz pojawia się mnóstwo wyjątków wynikających z tzw. uzusu, czyli mojej ukochanej zasady głoszącej: "bo tak po prostu ludzie mówią i koniec".
    Uczę więc mojego Szkota,  że w języku polskim z nazwami wysp używa się przyimka "na" - a zatem lecimy na Islandię, na Madagaskar, na Grenlandię... Mój uczeń jednak jest osobą o bardzo dociekliwym umyśle:

    - Tak samo Anglia i Szkocja? - chciał wiedzieć.
    - Yyy... no nie. Powiemy do Anglii i do Szkocji, ale na Wyspy Brytyjskie.
    - Australia?
    - Yyy... też do Australii. - przyznałam.
    - To dlaczego tak?
    - Myślę, że to kwestia świadomości. Jeśli coś jest w mózgu Polaków jako wyspa, to jest "na". A jeśli coś jest bardziej jako kraj, to używają "do".
    Hmm... Nie wiem, co na takie tłumaczenie powiedziałby rasowy językoznawca [bo przypominam, że ja mam specjalizację z literatury staropolskiej :)], ale mnie to wydaje się całkiem logiczne :)

    Przy okazji zadałam Drybkowi moją ulubioną zagadkę:

    - John, popatrz na to. Mówimy, że jedziemy:

do Francji                                                                                                    na Ukrainę
do Niemiec                                                  ale                                            na Białoruś
do Włoch                                                                                                     na Litwę
do Czech                                                                                                     na Węgry

Czy wiesz, dlaczego?

    Drybek wyjął z kieszeni monetę, podrzucił ją i położył sobie z charakterystycznym gestem na ręce.
    - Stary Polak rzuca monetą. Prawa strona: mówi "do". Lewa strona: mówi "na".
    Jakkolwiek badzo podoba mi się takie wyjaśnienie, to tym razem akurat wytłumaczenie jest całkiem jasne:
    - No niezupełnie :) Popatrz, że te wszystkie kraje z "na" były kiedyś, w przeszłości, w jakimś sensie częścią Polski. I do tej pory język polski traktuje te państwa i Polskę jak jeden kraj. A kiedy coś jest częścią czegoś, to wtedy "na". Tak samo jest z dzielnicami w miastach.
    - Czyli żeby mówić dobrze po polsku, muszę znać historię? - zmartwił się Szkot.
    - Albo nauczyć się wyjątków... :)

czwartek, 3 lipca 2014

O koci włos

    Jakieś trzy tygodnie temu, kiedy Hipek tradycyjnie odbierał mnie wieczorem ze szkoły językowej po zajęciach z Drybkiem, zamiast zwyczajowego buziaka powitał mnie pytaniem:
    - Chcemy małego kociaka?
    Ci którzy mnie choć trochę znają, potrafią sobie wyobrazić moją reakcję - a pytanie brzmiało dla mnie tak retorycznie, jak np. zaproponowanie mi porcji lodów czekoladowo-miętowych... Sprawa nie okazała się niestety aż taka prosta - no, ale po kolei.
    Wczesną wiosną natknęliśmy się na parkingu koło bloku na ogłoszenie w sprawie zaginionego kotka, a ponieważ widzieliśmy dzień wcześniej stworzonko podobne do tego na zdjęciu, to zadzwoniliśmy pod podany numer. Ostatecznie to nie był niestety ten futrzak, ale tym sposobem poznaliśmy panią Joasię, bardzo pozytywnie zakręconą kociarę, prowadzącą mini dom tymczasowy, pośredniczący w adopcji miaukaczy. No i właśnie zadzwoniła do Hipka z pytaniem, czy nie przygarnęlibyśmy malutkiego, bo ledwo dwumiesięcznego szarego kocurka, dla którego szuka domu, w którym już urzędowałby inny zwierzak. Maluch bowiem znakomicie dogaduje się z jej dwoma kotkami-rezydentkami, tyle że pani Joanna mieszka na 20 metrach, tak więc 3 koty na takiej mikroprzestrzeni to lekka przesada. Tak długo i sugestywnie przekonywała Hipka, że ten wstępnie się zgodził - a potem zaczęliśmy myśleć...
    Bo tak: owszem, rozważaliśmy wzięcie drugiego kota do towarzystwa dla Pumy, bo Jej Wysokości wyraźnie nudzi się w domu, w którym spędza jednak dziennie wiele godzin sama. Trudno jednak przewidzieć, jak zareagowałaby na konkurencję, bo poza bardzo wczesnym dzieciństwem [tzn.nim trafiła do mnie] była rozpieszczaną jedynaczką. Możliwe oczywiście, że mały bezbronny kociak obudziłby w niej instynkty macierzyńskie - ale równie dobrze może go chcieć zagryźć jako intruza. Hipek umówił się więc z panią Joasią, że Pan Kot [takie ma bowiem robocze imię] wylądowałby najpierw na okres próbny z zastrzeżeniem, że jeśli Puma go nie zaakceptuje, to maluch wraca tam, skąd przybył. Przyznacie, że układ bardzo komfortowy - ale im bliżej było do wyznaczonego terminu, tym większe nas ogarniały wątpliwości. W pierwszym okresie musiałby ktoś [czytaj: Smok] bez przerwy być w domu - czyli żadnych, choćby krótkich wyjazdów na weekendy, a co w drugiej połowie lipca, kiedy zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem zaczną mi się letnie kursy dla obcokrajowców...? I czy nasze mieszkanie nie jest jednak za małe na dwa koty...?
    Ostatecznie zrezygnowaliśmy - choć wiemy, że mały dalej nie znalazł domu i czeka... Jest mi z tego powodu bardzo smutno. Racjonalnie wiem, że dodatkowy kotek to lekkie wariactwo, ale gdyby się tak jednak z Pumą dogadały...? Maluch jest naprawdę słodki i kochany. No i już miał być nasz... Ech...







UPDATE 8.VII

   Dostaliśmy maila od pani Joanny z porcją najświeższych zdjęć Pana Kota. Rośnie w tempie ekspresowym, ale nic a nic nie traci ze swojego uroku. Serce mi pęka ilekroć na niego patrzę. Dalej nie ma domu...





środa, 25 czerwca 2014

Wiedźmiński amulet

    Pamiętacie Wojtka - jedynego ucznia Zoo, któremu w tym roku postawiłam piątkę? No to teraz mam czarno na białym, że moja decyzja była słuszna. Przyszły mianowicie wyniki egzaminów gimnazjalnych. Średnia krajowa dla języka polskiego to zdobycie 68% punktów. A Wojtuś... wyczesał aż 75%, co biorąc pod uwagę fakt, że gość ma udokumentowaną dysleksję [i to wcale nie naciąganą - wiem, bo przecież go uczyłam], jest wynikiem fenomenalnym. Nota bene następny w kolejności wynik w Zoo to 56%. Czyli najpierw Wojtek, a potem długo długo nikt :)
    Wymyśliłam już dla niego nagrodę na zakończenie roku, z której się z pewnością ucieszy. Otóż w ferie w ramach odmóżdżacza kupiłam sobie najsłynniejszą bodajże grę produkcji polskiej na PC, czyli "Wiedźmina 2". Okazało się niestety, że to nie moja bajka, bo zdecydowanie za dużo jest tam zręcznościówki polegającej na naparzaniu się, ale to już zupełnie inna historia. Jako że kupiłam oryginalny produkt [i to zdaje się jeszcze w wersji kolekcjonerskiej], to do pudełka dołączonych było kilka gadżetów adresowanych raczej do młodych, nastoletnich napaleńców, niż do "poważnej" [ekhem, ekhem...] nauczycielki języka polskiego. Był tam między innymi wisior wykonany z jakiegoś metalu, który ma imitować słynny wiedźmiński amulet. Mnie to rzecz jasna do niczego nieprzydatne, ale jestem pewna, że Wojtkowi się bardzo spodoba. Przeczytał w końcu całą sagę o Geralcie z Rivii, a i sama gra jest mu bardzo dobrze znana - proponował mi nawet swojego czasu, że przejdzie za mnie walkę, na której utknęłam [wypatrzył na pulpicie mojego laptopa ikonkę "Wiedźmina 2" i od tego czasu zamęcza mnie pytaniami o postępy w grze :)]. Tak czy siak - wisior trafi do odpowiedniego właściciela. Już się nie mogę doczekać jego miny, kiedy na zakończeniu roku na ceremonii rozdania nagród zostanie wyczytany i zamiast tradycyjnej książki otrzyma z rąk Głónej Szefowej wiedźmiński amulet :)


niedziela, 22 czerwca 2014

Fanatycy otaczają mnie...

    Z tego co pamiętam, to do tej pory poświęciłam dwa posty konkretnym osobom z kadry pracującej w Zoo. Mam na myśli naszego Księdza oraz nieuczącą już w szkole nauczycielkę angielskiego. Oczywiście między wierszami mogliście też poznać innych: Główną Szefową, Wicedyrektorkę, Pedagożycę, Grażynkę od informatyki, Irenkę od matematyki, Marzenkę od historii... Dziś post w całości poświęcony konkretnej nauczycielce, o której chyba jak dotąd nie wspominałam. Jest to dla mnie postać groteskowa, czyli - zgodnie z definicją - i śmieszna, i straszna. A dlaczego - to szybko stanie się jasne.
    Nim jednak przejdę do meritum, chciałabym na wstępnie podkreślić bardzo wyraźnie jedną rzecz. Poniższy wpis nie ma na celu atakowania religii katolickiej jako takiej, tzn. jej teoretycznych założeń. Oczywiście jako ateistce jest mi kompletnie nie po drodze z większością poglądów Kościoła Katolickiego i wcale tego nie ukrywam [zresztą - dlaczego miałabym to robić na MOIM WŁASNYM blogu...?], tym niemniej wychodzę z założenia, że każdy może żyć według własnych przekonań tak długo, jak nie naruszają one prawa oraz nie ingerują w życie ludzi, którzy tych poglądów nie podzielają. Post ten jednak jak najbardziej powstaje po to, by pokazać, że wszelkiego rodzaju fanatyzm [zgadza się - tu akurat religijny] jest w najlepszym przypadku śmieszny czy żenujący, o ile nie staje się po prostu szkodliwy. Każdą, nawet najpiękniejszą ideę można zrujnować, jeśli się przesadzi z gorliwością w jej wprowadzaniu w życie, nie zwracając uwagi na realia. Do znudzenia powtarzam, że od czasów Arystotelesa nie wymyślono niczego lepszego, niż złoty środek - a zatem przegięcie w żadną stronę nie jest dobre.

    No dobrze, przyjrzyjmy się wobec tego Zofii, która uczy w Zoo [o ironio!] biologii. Podstawową jej cechą jest religijność i mówię to z całą stanowczością. Ona żyje chrześcijaństwem w wydaniu katolickim i każdy, kto porozmawia z nią choćby 15 minut, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Zofia podporządkowuje religii całe swoje życie, co - jak się nie trudno domyślić - ma i dobre, i złe strony. Trzeba jej na pewno oddać sprawiedliwość w tym, że w jej postępowaniu nie ma nawet cienia hipokryzji. Ona żyje Biblią, Dekalogiem oraz naukami Kościoła. Nota bene zastanawiam się, dlaczego do tej pory nie wstąpiła do zakonu, bo jestem przekonana, że tam byłaby szczęśliwa jako "właściwa osoba na właściwym miejscu". Z przyczyn jak myślę oczywistych nie jestem jednak na tyle spoufalona z Zofią, by ją o to zapytać wprost, ta kwestia zatem pozostanie w dalszym ciągu zagadką.
    Wiem, że Zofia - jak na prawdziwą chrześcijankę przystało - robi sporo dobrych rzeczy "z dobroci serca". Jest pierwsza w propagowaniu rozmaitych charytatywnych akcji [nawiasem mówiąc - zwłaszcza wtedy, kiedy patronuje im Kościół Katolicki...]. Jako wychowawczyni stara się być dla swoich podopiecznych niczym druga matka - czyli dokarmia, jeśli nie dojadają, zawsze ma czas, żeby ich wysłuchać albo odwiedza ich w domach, jeśli uzna, że wymaga tego sytuacja. Zdarzało jej się nawet kilka razy przenocować u siebie interwencyjnie delikwenta, który był w podbramkowej sytuacji [bo np. w domu była taka awantura, że bał się tam wracać]. Z założenia nie podnosi głosu, nie denerwuje się, wszystko wybacza i daje po raz setny "drugą szansę". Tjaaa...
    Ta ostatnia kwestia, o której wspomniałam, to niestety pierwszy dowód na to, że przegięcie w żadną stronę nie jest dobre. Nadstawianie drugiego policzka i miłosierne podejście do ucznia może i zdawałoby egzamin w zwyczajnej szkole, ale na pewno nie w Zoo. Realia są takie, że mamy do czynienia z młodzieżą w ogromnej większości zdemoralizowaną i cyniczną, dla której dobroć jest często po prostu synonimem słabości i frajerstwa. Wychowankowie Zofii bardzo szybko więc uczą się, że nieważne, czego by nie zrobili, to ona i tak stanie po ich stronie, będzie ich broniła i przed innymi nauczycielami, i przed dyrekcją, broń Boże nie wypisze nagany [o innych bardziej zdecydowanych krokach nie wspomniawszy], a w opinii do sądu napisze, że bandzior "nie sprawia poważnych problemów wychowawczych". W rezultacie z klasami Zofii ma problem cała szkoła, czego sama doświadczyłam w pierwszym roku pracy w Zoo. Pamiętacie jazdy, jakie urządzała swojego czasu Beatka, rzecz jasna wraz z dzielnie sekundującymi jej koleżankami? No, to było właśnie stadko rozpuszczone przez Zofię... Ta klasa to był naprawdę koszmar i potem przez zdaje się dwa lata Zofia nie dostała żadnego wychowawstwa - aż do tego roku. I okazuje się, że znów jest problem, bo biologiczka nie wyciągnęła wniosków i w dalszym ciągu stosuje politykę zagłaskiwania bandziorów. Jest tam jeden szczególnie niebezpieczny przypadek, nota bene młodszy brat Artura, którego na szczęście udało mi się w końcu pozbyć z mojej zawodówki. Stały repertuar - sprawy o pobicie i kradzieże, lekceważenie jakichkolwiek szkolnych zasad, noszenie do szkoły noża, a ostatnio straszenie nauczycielki starszym bratem... Mały jeszcze długo nie będzie pełnoletni, więc jedyny sposób na pozbycie się go, to nakaz sądu o umieszczenie bandziora w ośrodku wychowawczym - ale jak to zrobić, jeśli Zofia, jego wychowawczyni, cały czas go broni i wyraźnie uchyla się przed stosowaniem wobec chłopaka jakichkolwiek kar? Byłam świadkiem, jak Wiceszofowa dostała lekkiej furii, kiedy odkryła, że Zofia za te wszystkie numery nawet nie obniżyła mu maksymalnie końcowej oceny z zachowania, wystawiając tylko "nieodpowiednie". Wzięła więc dziennik, przekreśliła poprzedni wpis, poprawiła u góry na "naganne", a obok walnęła na czerwono swoją parafkę. Na Zofię innego sposobu jak widać nie ma.
    Dobrze, ale to jeszcze nie wszystko - i tu przechodzimy do kwestii czyniącej z Zofii osobę groteskową. Otóż jak wspomniałam uczy ona biologii, a ponieważ całe życie podporządkowała religii, to nie inaczej jest w przypadku przedmiotu, który wykłada. Na zajęciach u Zofii można się zatem dowiedzieć, że kobiety stosujące hormonalne środki antykoncepcyjne gniją od środka [sic!], a mężczyzna używający prezerwatyw narażony jest na szereg niebezpieczeństw, bo jeśli nawet nie nabawi się paskudnego uczulenia, to ryzykuje impotencję i nerwicę. Rzecz jasna jedyną zdaniem Zofii wartościową metodą planowania rodziny jest kalendarzyk oraz obserwacja śluzu, co ochoczo i do upadłego tłumaczy na zajęciach, każąc przygotowywać referaty i wyświetlając filmy, od których młodzieży zbiera się na wymioty. Oczywiście z całą stanowczością odsądza od czci i wiary tych, którzy decydują się na seks przed zwarciem związku małżeńskiego - co zważywszy na fakt, że w Zoo co roku mamy co najmniej kilka ciężarnych uczennic, ma dość specyficzną wymowę... W tej kwestii zresztą sama Zofia otwarcie i bez skrępowania stawia się za wzór. Wyobraźcie sobie, że ex catedra opowiada na lekcji uczniom, iż jest 35-letnią dziewicą, bo jako panna chowa swój skarb dla tego jedynego na noc poślubną. Hmm... Możecie sobie chyba wyobrazić, z jakimi komentarzami spotyka się takie dictum wśród nastolatków, z których większość ma zapewne pierwszy raz już dawno za sobą...
    Zofia w związku ze swoim światopoglądem dwa razy była na poważnej rozmowie u Głównej Szefowej. Raz - po publicznej deklaracji dziewictwa, kiedy to została upomniana, by powstrzymała się od głoszenia wśród uczniów uwag o tak delikatnej i osobistej naturze. A drugi - kiedy wykonała gazetkę szkolną wiszącą na korytarzu z okazji katolickiego Tygodnia Życia, czy czegoś w w tym rodzaju. Były tam zdjęcia płodów w różnych etapach rozwoju, artykuły na temat aborcji i eutanazji, a także hasła stawiające znak równości między antykoncepcją a morderswtem. Wymowa gazetki była jednoznaczna - człowiek nie powinien w żaden sposób wtrącać się w kwestie związane z planowaniem życia, wszystko jedno, czy chodzi o aborcję [z jakichkolwiek przyczyn], czy o używanie prezertwatyw, bo jest to ZUO. Główna wściekła się, kiedy zobaczyła tę gazetkę i kazała ją natychmiast zdjąć, a Zofię pouczyła, żeby nie umieszczała na korytarzach treści, które są niezgodne z polskim prawem i mogą negatywnie wpływać na uczniów.

    W ramach zakończenia mam jedną, optymistyczną refleksję. Myślę, że dobrze świadczy o naszej szkole fakt, iż uczą w niej jednocześnie i ateistka o bardzo liberalnych poglądach [czyli Dragonella], i nauczycielka, której jedynym sensem życia są nauki głoszone przez Kościół Katolicki. Uczniowie mogą sobie poobserwować skrajności i wyciągnąć własne wnioski - a przy okazji zobaczyć, że osoby o tak różnych poglądach mogą spokojnie pracować w jednej instytucji i świat się przez to nie zawali.

sobota, 14 czerwca 2014

Niedługo wakacje

   Co może wyniknąć z połączenia zabójczych upałów z prowadzeniem półtoragodzinnych zajęć w szkole językowej w klimatyzowanej, a zatem przyjemnie chłodnej sali?
    Ano wiadomo, co. Kaszel i zatkanie górnych dróg oddechowych. W środę wymęczona trzema dniami wysokich temperatur [a ja naprawdę zdycham, kiedy termometr przekracza 30 stopni w cieniu], z wielką ulgą odetchnęłam w trakcie popołudniowej lekcji z Drybkiem w klasie z klimatyzacją ustawioną na jedyne 23 stopnie... Niestety w efekcie od czwartku wieczorem zmagam się z bólem gardła [i to w porywach takim, że nie mogę nawet bezkarnie ruszać szyją], kaszlem i katarem. Nie uśmiecha mi się znów zasuwać do lekarza, bo trzeci antybiotyk w ciągu pół roku to już zdecydowane przegięcie. Na szczęście na razie głosu mi nie odebrało i dopóki się to nie stanie, to do przychodni się nie wybieram.
    Faktem jest niestety, że najwidoczniej siadła mi odporność, skoro tak łatwo łapię różne paskudztwa. Zła dieta plus zmęczenie [skoro od trzech lat nie miałam tak naprawdę urlopu...]. Smok się powinien wziąć za siebie, ot co.

    Ale póki co zbliża się koniec roku szkolnego, czyli okres w Zoo nadzwyczaj zabawny. Do poniedziałku - czyli na dwa tygodnie przed ostateczną radą klasyfikacyjną - mieliśmy wystawić oceny proponowane, tzw. ołówkowe. Zasady są takie, że co wtedy się przymierzy, to już obniżyć nie można i tak samo nie można nikomu wlepić później enkaela, choćby się w ogóle w szkole już po tej wstępnej klasyfikacji nie pojawił. A że małpki w większości do przesadnie ambitnych nie należą, więc te, które ołówkowo mają wystawione oceny pozytywne - nawet, jeśli są to dopalacze od góry do dołu - to zwykle robią sobie już w tym momencie przyspieszone wakacje. Do szkoły przychodzą na ogół tylko te, które chcą się powyciągać z jedynek oraz nieklasyfikowań.
    Na tym polu zdarzają się niestety czasami cuda na kiju. Piszę "niestety" - bo uważam, że jesli uczeń olewał system przez cały rok szkolny, to powinien ponieść tego konsekwencje i powtarzać klasę, względnie zdawać egzamin poprawkowy, jeśli mu takowy przysługuje. Moim zdaniem litościwe wyciąganie za uszy jest bardzo niepedagogiczne, bo w ten sposób delikwent wbije sobie do głowy, że może robić co chce, a i tak ujdzie mu to bezkarnie. Tak to jednak pięknie wygląda w teorii, a praktyka bywa inna. Najbrutalniej niestety sytuacja przedstawia się w mojej osobistej klasie zawodowej, gdzie działa - co tu dużo ukrywać - czynnik ekonomiczny. Otóż nie możemy uwalić zbyt dużej ilości uczniów, bo jeśli ich liczba spadnie poniżej 15, to rozwiążą klasę. A że na ten moment jest ich 24, to naprawdę przepychamy, kogo się tylko da, choć rzecz jasna same małpki nam tego zadania nie ułatwiają. Gdybyśmy chcieli ich na serio rozliczać z obecności, to klasyfikowanych byłaby może dziesiątka.Do tego dodać należy fakt, że chyba poza jednym Hiszpanem każdy z uczniów jest zagrożony choć jedną jedynką, a dwóch chłopaków na początku maja poważnie pobiło kolegę ze szkoły, w związku z czym zostali zatrzymani na 3 miesiące do sprawy... I weź tu z takiej zbieraniny uciułaj 15 osób.
    W gimnazjum już jest trochę inaczej. Tu po pierwsze i klasy możemy mieć małe, a po drugie - nawet jeśli któraś małpka nie zda, to i tak nie ma gdzie pójść i zostaje na kolejny rok u nas [no chyba że już jest tak wiekowa, że po prostu odchodzi ze szkoły z nieukończonym gimnazjum]. De facto zatem zbyt wielu uczniów nie tracimy. Tutaj cuda jednakże trafiają się z powodu dobrego serca nauczycieli, którzy dają się ubłagać i stawiają te dopuszczające - lub na posiedzeniu Rady Pedagogicznej przyznają egzaminy klasyfikacyjne w przypadku, kiedy absolutnie nie powinno się tego robić. Jest to nota bene jedyne, co może uratować osławionego Rambo, który trzecią klasę kończy z jedynką z fizyki oraz enkaelem z polskiego. Ani ja, ani fizyczka nie miałyśmy zamiaru się nad nim litować, bo jest to kawał gnoja, któremu należy się wreszcie porządny kop w cztery literki. Co do mnie zresztą, to prezent w postaci dopalacza zrobiłam mu w drugiej klasie na specjalną prośbę Wiceszefowej - bo gdyby nie zdał, zamknęliby go w ośrodku wychowawczym. Ale ponieważ nie wyciągnął wniosków [co było jak najbardziej do przewidzenia...] i dalej pojawiał się w szkole wyłącznie po to, by robić dym na zajęciach, to ani mi się śni mięknąć po raz drugi. A że jego frekwencja na języku polskim wynosi ledwie 43%, to mam pełne prawo wklepić mu enkaela. Rambo biega więc teraz i prosi nauczycieli, by głosowali za przyznaniem mu egzaminu klasyfikacyjnego, bo ten poprawkowy z fizyki to mu się ustawowo należy.
    Dla przeciwwagi postawię też jedną piątkę, zresztą koledze z klasy Rambo, Wojtusiowi. Chłopak wylądował trzy lata temu w bidulu [tym naszym zaprzyjaźnionym, prowadzonym przez zakonników] po tym, jak ktoś z urzędników się zorientował, że w ogóle nie chodzi do szkoły. Siedział sobie w domu i grał na komputerze, a matka miała to w nosie. No to go przymknęli na trzy lata, dzięki czemu przynajmniej spokojnie skończył gimnazjum. Wojtek jest lekko tępawy i masakrycznie infantylny, do tego jest dyslektykiem, ale nie jest zdemoralizowany, a to w Zoo naprawdę duży plus. Interesuje się fantastyką, więc czyta Tolkiena, Sapkowskiego i Pratcheta, a ja dzięki temu szybko znalazłam z nim wspólny język. W zwyczajnej szkole na pewno poprzestalibyśmy na czwórce, bo mimo wszystko robi za dużo błędów ortograficznych i ma za słabą pamięć, żeby opanować całość wymaganego materiału - ale tu jest Zoo... Niech więc ma tę piątkę i się cieszy.

wtorek, 3 czerwca 2014

Nowa ksywka

    Popełniłam już kiedyś zdaje się na łamach tego bloga post o nauczycielskich ksywach - ale szczerze mówiąc, nie bardzo chce mi się teraz szukać w archiwum. Temat jest w ogóle dość ciekawy, bo przypuszczam, że wymyślanie pseudonimów belfrom jest tak stare, jak sama instytucja szkoły :) Myślę, że każdy w historii swojej własnej edukacji trafił choć raz na nauczyciela z charakterystyczną ksywką, która przylgnęła do niego w cudowny sposób, często skutecznie zastępując nieszczęśnikowi prawdziwe imię i nazwisko.
    W mojej karierze belfra nie dorobiłam się póki co stałego pseudonimu, tzn. takiego, który byłby trwały i wytrzymał próbę czasu dłużej, niż 3 lata - czyli tyle, ile trwa "kadencja" jednej klasy zarówno w liceum, jak i w gimnazjum. A takie ksywki są właśnie najlepsze, które są przekazywane przez starszych uczniów młodszym rocznikom. Jeśli sięgnę pamięcią w mroki mojej własnej edukacji, to przypominam sobie jeden taki przypadek z liceum. Uczyła tam łaciny sympatyczna skądinąd pani profesor, zwana przez uczniów powszechnie Cicutą [czyt. cikutą] - właśnie w klasycznej wersji brzmienia tego słowa, a nie w polskim odpowiedniku, czyli "Cykuta". Posługiwała się tą ksywą klasa mojego starszego brata, potem odziedziczyła ją moja [czyli to już 8 lat], a zdaje się, że po nas młodsze roczniki również tak nazywały ową nauczycielkę. Nie wiem, jak jest teraz, ale jeśli ksywa utrzymała się ok. 10 lat, to jest spora szansa, że nie zaginęła.
    Wracając do Smoczej skromnej osoby - kiedy uczyłam w liceum, bardzo krótko [bo zdaje się, że tylko przez rok] byłam... Zimną Suką :) No cóż, pierwszy rok pracy, a jak mawiają "nowa miotła najlepiej zamiata". Sądzę, że faktycznie byłam - nawet jak na mnie - dość ostra i wymagająca, stąd pseudonim. Potem moja klasa wymyśliła Plastusia, rzecz jasna z racji lekko odstających uszu zainteresowanej. W Zoo natomiast, jak już na pewno kiedyś wspominałam, przez jakiś czas mówiono na mnie Garfield - z powodu rudej farby na włosach [która obecnie jest ciemnobrązowa], postury bynajmniej nie będącą figurą anorektyczki oraz pamiętnych lekcji o komizmach w literaturze, na których wspomagam się komiksami z owym przeuroczym kiciusiem. Garfield jednakże umarł śmiercią naturalną wraz z odejściem ze szkoły uczniów, którzy tę ksywę wymyślili.
    No i oto okazuje się, że Zoo jednak nie lubi próżni. Podszedł dziś do mnie na przerwie uczeń z klasy, w której akurat nie mam polskiego - i jak najbardziej poważnie zapytał:

    - Psze pani, a dlaczego na panią mówią CHUCK NORIS...?

    Zrobiłam zdaje się dość głupią minę, bo nie mam zielonego pojęcia, dlaczego :) Muszę zapuścić w Zoo sondę i się dowiedzieć. Chyba, że Wy macie pomysł?
    Jakkolwiek by nie było, to ten pseudonim uważam za komplement. W końcu - jak świadczy popularna seria dowcipów - Chuck Noris może wszystko... :)



Tylko Chuck Noris...
- może trzasnąć drzwiami obrotowymi,
- przeczytał cały Internet dwa razy,
- potrafi rozmawiać z cyklopem w cztrety oczy,
- potrafi jechać na stoku narciarskim pod prąd,
- potrafi sam siebie ciągnąć na sankach,
- potrafi nacisnąć CTRL+ALT+DEL jednym palcem.

Gdy Kolumb odkrywał Amerykę, to Chuck Noris już był tam Strażnikiem Teksasu.

Gdy dzieci idą spać, sprawdzają, czy pod łóżkiem nie ma potwora. Gdy potwór idzie spać, sprawdza, czy pod łóżkiem nie ma Chucka Norisa...

Chuck Noris urodził się w drewnianym domku, który sam zbudował.

Naukowcy ustalili, dlaczego wyginęły dinozaury. Chuck Noris po prostu miał wtedy zły dzień...


piątek, 30 maja 2014

To eat or not to eat? That is the question :)

    Zacznijmy od tego, że wróciłam dziś do Pomarańczowej Jaskini bardzo późno jak na piątek. Po normalnych lekcjach w Zoo musiałam jeszcze jechać do szkoły językowej na zebranie lektorów. Trwało ono do 18, a to drugi koniec miasta... Wszystko sprzysięgało się, żeby Dragonce opóźnić powrót. Najpierw jedyny bezpośredni tramwaj zwiał mi dosłownie sprzed nosa [a następny za 20 minut], więc postanowiłam podjechać pierwszym lepszym do centrum celem złapania tam czegoś odpowiedniego. No i jak na złość akurat ten, w który wsiadłam, zaliczył po drodze awarię... Zadzwoniłam się pożalić Hipkowi, a on wspaniałomyślnie zaoferował się, że po mnie przyjedzie. Szybko mu to w sumie poszło, ale i tak w domu byłam dopiero przed 20.
    Co tu dużo mówić - Dragonka zawitała do Pomarańczowej Jaskini zmęczona i w nie najlepszym humorze. Pokręciła się trochę po "pokoju dziennym" [czyli głównym pomieszczeniu w naszym mieszkaniu], aż wreszcie Hipek nie wytrzymał i zaciągnął gadzinę do kuchni mrucząc, że jak tak dalej pójdzie, to sama nigdy tam nie trafi. Otóż - na lodówce przyczepiona była kartka z życzeniami, bo za kilka dni obchodzę urodziny. No a w lodówce...

TADAAAM!!!


    Hipek żałuje, że nie nagrał mojej reakcji :) Mowę odjęło mi na dobre kilka minut. Mój własny smoczy torcik! Wiecie, zawsze, kiedy jesteśmy na spacerze i przechodzimy koło jakiejś cukierni, to przyklejam nos do szyby i oglądam różne tego typu ciasta na wystawach, zanudzając Hipka uzasadnieniami, który mi się najbardziej podoba. No ale w życiu nie dostałam takiego tortu - i też nie przypuszczałam, że ktoś mi go kiedyś sprezentuje, bo przecież takie ciasta zamawia się z reguły dzieciom...
    Początkowo oczywiście była iście hamletowska konsternacja - jeść albo nie jeść? Oto jest pytanie :) W końcu jednak chwyciliśmy za nóż i rozpoczęliśmy ucztę od głowy. Wiecie, że smakuje równie dobrze, jak wygląda?
    Nim przeszliśmy do konsumpcji, zrobiliśmy Smokowi sesję zdjęciową. Oto wyniki:




niedziela, 25 maja 2014

Projekty gimnazjalne

    Nim przejdę do właściwego tematu - to najpierw krótki raport o stanie mojego zdrowia. A zatem niestety bez antybiotyku się nie obyło, bo w piątek głos odjęło mi zupełnie. Mówię poważnie, nie byłam w stanie już nawet skrzypieć. Jadę więc na bombie atomowej. Dziś ostatnia dawka [bo to znowu petarda-trzydnióweczka]. Jest zdecydowanie lepiej - tzn. na ten moment głos mam wyraźnie zmieniony, ale w ogóle go mam... Oczywiście - jak to po antybiotyku - organizm mam osłabiony, co dało efekt w postaci znajomych wkręcających się w prawe oko szpil erozyjnych [spacyfikowanych za pomocą ton maści i hektolitrów kropli], a także czerwonej farby z nosa, która mi rano poszła [pewnie jakieś naczynko pękło z osłabienia]. Tak czy siak, do pracy jutro idę. Mam nadzieję, że mnie dwie lekcje z 1A nie zabiją :)

    Ale do meritum. Przy okazji wpisu o krawatach wspomniałam, jakie jest moje zdanie na temat samej idei projektów gimnazjalnych i obiecałam rozwinąć tę kwestię przy innej okazji. A jako że dziś mam względnie wolne popołudnie - lekcje do szkoły odrobione, a Hipek poza domem - to mogę spokojnie siąść i wyłuszczyć Wam, o co kaman :)
    Najpierw o tym, jakie jest założenie, wymyślone mam wrażenie niestety przez metodyków-teoretyków, którzy mają blade pojęcie, jak szkoła funkcjonuje w praktyce. Otóż w trakcie trwania nauki w gimnazjum (czyli trzech lat) uczeń ma wziąć udział w realizacji projektu edukacyjnego. Według idei każda klasa wspólnie wymyśla, co chce zrobić, ustala sobie lidera i przydziela poszczególne zadania, które realizuje zgodnie z przyjętym planem. Wychowawca klasy wraz z nauczycielami przedmiotowymi mają jedynie pomagać uczniom, koordynować ich poczynania, ale większość pracy młodzież w założeniu wykonuje sama. W wyniku tego dzieciaki się integrują, poszerzają swoje zainteresowania, łączą naukę z fajną zabawą, a na koniec prezentują swoje osiągnięcia na forum szkoły.
    Tjaaa... Tyle teoria :) Nie wiem, być może tak to wygląda w dobrych gimnazjach, w których uczniowie rzeczywiście tworzą zgrany zespół klasowy, który ma ochotę po pierwsze spotykać się po lekcjach, a po drugie razem dodatkowo pracować. W takim przypadku to rzeczywiście może mieć sens. Z autopsji wiem jedynie, jak wygląda to Zoo, czyli szkole dla wykolejeńców. I niestety, u nas cała ta piękna idea zamienia się w kiepską parodię.
    Primo - w Zoo ciężko w ogóle mówić o istnieniu czegoś takiego, jak zespół klasowy. Uczniowie tu przychodzą i odchodzą cały czas w trakcie roku szkolnego, a i pojawiają się na zajęciach bardzo nieregularnie, nie ma więc takiej możliwości, by powstała określona grupa, która mogłaby wspólnie się zorganizować. Secundo - tym dzieciakom z założenia absolutnie nic się nie chce. Jedyne, czego pragną, to świętego spokoju i by od nich jak najmniej wymagano. Bardzo trudno w związku z tym o wymyślenie im atrakcyjnej marchewki, czyli pozytywnego bodźca, który mógłby ich skłonić do pracy. W założeniu pomysłodawców idei projektu ową marchewką ma być możliwość rozwijania swoich pasji i robienia ciekawych rzeczy - tylko co robić w przypadku zdemoralizowanych bandziorów, którym myślenie sprawia niemalże fizyczny ból, a jedyne, czym się interesują, to skąd skombinować kasę na alkohol, fajki i trawsko? I tu pojawia się trzeci problem, zupełnie nieprzewidziany w "normalnych gimnazjach" - otóż za niewykonanie projektu nie ma odpowiedniego "bodźca negatywnego", czyli kija. Jedyną konsekwencją może być obniżenie oceny z zachowania [co akurat naszym małpkom kompletnie zwisa zwiędłym kalafiorem] oraz odnotowanie tego faktu na świadectwie - co jednak zasadniczo nie ma na nic wpływu. Tzn. być może z adnotacją, że uczeń nie uczestniczył w projekcie miałby problemy z dostaniem się do dobrego liceum - ale u nas NIKT nie ma takich aspiracji.
    Projekty edukacyjne jednak niestety trzeba zrealizować, a ściślej rzecz ujmując - SZKOŁA jest z tego rozliczana. W Zoo zatem cała ta szopka to kłopot tylko i wyłącznie dla nauczycieli. Wychodzi co roku jedna wielka prowizorka, na zasadzie "aby coś było". Projekt obowiązkowo robią drugie klasy, co oznacza, że dany wychowowawca plus zazwyczaj 2-3 nauczycieli przedmiotowych urabiają sobie ręce po łokcie, żeby zmusić choć część małpek do wykonania jakichkolwiek działań. Oczywiście nigdy nie udaje się zaangażować wszystkich, ale ważne, by "klasa" coś wykonała. Kusi się więc delikwentów piątkami, stosuje się różnego rodzaju szantaże i manipulacje [w rodzaju: jeśli weźmiesz udział w projekcie, to przymknę oko na twoje nieobecności i cię sklasyfikuję], pozwala się wykonać praktycznie całą robotę w trakcie zajęć [tak tak, kosztem normalnych lekcji], podsuwa się pod nos materiały, które teoretycznie powinni sami wyszukiwać. Prezentacja efektów natomiast polega na tym, że na umówioną lekcję przychodzi Główna Szefowa, wybrane dzieciaki coś tam pokazują i próbują o tym opowiedzieć, a ona wykazuje życzliwe zainteresowanie, aby ich broń Boże nie speszyć, bo wtedy się obrażą, zdenerwują i są gotowe uciec z sali przez okno [nie śmiejcie się, bo był kilka lat temu taki przypadek, kiedy jeden z prezentujących nie wytrzymał presji - na szczęście to była sala na parterze...].
 
    Jak już pisałam w poprzednim poście, klasa Marzenki, w której ja uczę polskiego, w tym roku przygotowuje projekt gimnazjalny pod tytułem "Savoir-vivre na co dzień". Wykonali na godzinach wychowawczych jakieś plakaty, mieli ankietę na temat dobrego zachowania [której wyniki umieścimy w sprawozdaniu z projektu], na angielskim pani zrobiła im konkurs o brytyjskich zwrotach grzecznościowych, na informatyce szukali w Internecie obrazków, z których potem my - nauczycielki - zrobiłyśmy pokaz slajdów. Ja nauczyłam ich wiązania krawatów i puściłam na lekcjach dwa filmy dokumentalne o dobrych manierach, które potem sobie omówiliśmy. Na samą prezentację przed dyrekcją przygotowują też dwie scenki - o nakrywaniu do stołu oraz o tym, jak ładnie stać i siadać. Wszystko po to, aby COŚ BYŁO. Rzecz jasna żaden z uczniów nie zrobił niczego "za darmo". Temu piątkę z polskiego, temu z historii, tego klasyfikuj z angielskiego, mimo że nie ma nawet 40% frekwencji... Bo jak nie, to on ma w dupie. Co mu zależy? Że będzie miał nieodpowiednie zachowanie i adnotację na świadectwie, że nie realizował projektu? Nie rozśmieszajcie mnie...