Nim przejdę do właściwego tematu - to najpierw krótki raport o stanie mojego zdrowia. A zatem niestety bez antybiotyku się nie obyło, bo w piątek głos odjęło mi zupełnie. Mówię poważnie, nie byłam w stanie już nawet skrzypieć. Jadę więc na bombie atomowej. Dziś ostatnia dawka [bo to znowu petarda-trzydnióweczka]. Jest zdecydowanie lepiej - tzn. na ten moment głos mam wyraźnie zmieniony, ale w ogóle go mam... Oczywiście - jak to po antybiotyku - organizm mam osłabiony, co dało efekt w postaci znajomych wkręcających się w prawe oko szpil erozyjnych [spacyfikowanych za pomocą ton maści i hektolitrów kropli], a także czerwonej farby z nosa, która mi rano poszła [pewnie jakieś naczynko pękło z osłabienia]. Tak czy siak, do pracy jutro idę. Mam nadzieję, że mnie dwie lekcje z 1A nie zabiją :)
Ale do meritum. Przy okazji wpisu o krawatach wspomniałam, jakie jest moje zdanie na temat samej idei projektów gimnazjalnych i obiecałam rozwinąć tę kwestię przy innej okazji. A jako że dziś mam względnie wolne popołudnie - lekcje do szkoły odrobione, a Hipek poza domem - to mogę spokojnie siąść i wyłuszczyć Wam, o co kaman :)
Najpierw o tym, jakie jest założenie, wymyślone mam wrażenie niestety przez metodyków-teoretyków, którzy mają blade pojęcie, jak szkoła funkcjonuje w praktyce. Otóż w trakcie trwania nauki w gimnazjum (czyli trzech lat) uczeń ma wziąć udział w realizacji projektu edukacyjnego. Według idei każda klasa wspólnie wymyśla, co chce zrobić, ustala sobie lidera i przydziela poszczególne zadania, które realizuje zgodnie z przyjętym planem. Wychowawca klasy wraz z nauczycielami przedmiotowymi mają jedynie pomagać uczniom, koordynować ich poczynania, ale większość pracy młodzież w założeniu wykonuje sama. W wyniku tego dzieciaki się integrują, poszerzają swoje zainteresowania, łączą naukę z fajną zabawą, a na koniec prezentują swoje osiągnięcia na forum szkoły.
Tjaaa... Tyle teoria :) Nie wiem, być może tak to wygląda w dobrych gimnazjach, w których uczniowie rzeczywiście tworzą zgrany zespół klasowy, który ma ochotę po pierwsze spotykać się po lekcjach, a po drugie razem dodatkowo pracować. W takim przypadku to rzeczywiście może mieć sens. Z autopsji wiem jedynie, jak wygląda to Zoo, czyli szkole dla wykolejeńców. I niestety, u nas cała ta piękna idea zamienia się w kiepską parodię.
Primo - w Zoo ciężko w ogóle mówić o istnieniu czegoś takiego, jak zespół klasowy. Uczniowie tu przychodzą i odchodzą cały czas w trakcie roku szkolnego, a i pojawiają się na zajęciach bardzo nieregularnie, nie ma więc takiej możliwości, by powstała określona grupa, która mogłaby wspólnie się zorganizować. Secundo - tym dzieciakom z założenia absolutnie nic się nie chce. Jedyne, czego pragną, to świętego spokoju i by od nich jak najmniej wymagano. Bardzo trudno w związku z tym o wymyślenie im atrakcyjnej marchewki, czyli pozytywnego bodźca, który mógłby ich skłonić do pracy. W założeniu pomysłodawców idei projektu ową marchewką ma być możliwość rozwijania swoich pasji i robienia ciekawych rzeczy - tylko co robić w przypadku zdemoralizowanych bandziorów, którym myślenie sprawia niemalże fizyczny ból, a jedyne, czym się interesują, to skąd skombinować kasę na alkohol, fajki i trawsko? I tu pojawia się trzeci problem, zupełnie nieprzewidziany w "normalnych gimnazjach" - otóż za niewykonanie projektu nie ma odpowiedniego "bodźca negatywnego", czyli kija. Jedyną konsekwencją może być obniżenie oceny z zachowania [co akurat naszym małpkom kompletnie zwisa zwiędłym kalafiorem] oraz odnotowanie tego faktu na świadectwie - co jednak zasadniczo nie ma na nic wpływu. Tzn. być może z adnotacją, że uczeń nie uczestniczył w projekcie miałby problemy z dostaniem się do dobrego liceum - ale u nas NIKT nie ma takich aspiracji.
Projekty edukacyjne jednak niestety trzeba zrealizować, a ściślej rzecz ujmując - SZKOŁA jest z tego rozliczana. W Zoo zatem cała ta szopka to kłopot tylko i wyłącznie dla nauczycieli. Wychodzi co roku jedna wielka prowizorka, na zasadzie "aby coś było". Projekt obowiązkowo robią drugie klasy, co oznacza, że dany wychowowawca plus zazwyczaj 2-3 nauczycieli przedmiotowych urabiają sobie ręce po łokcie, żeby zmusić choć część małpek do wykonania jakichkolwiek działań. Oczywiście nigdy nie udaje się zaangażować wszystkich, ale ważne, by "klasa" coś wykonała. Kusi się więc delikwentów piątkami, stosuje się różnego rodzaju szantaże i manipulacje [w rodzaju: jeśli weźmiesz udział w projekcie, to przymknę oko na twoje nieobecności i cię sklasyfikuję], pozwala się wykonać praktycznie całą robotę w trakcie zajęć [tak tak, kosztem normalnych lekcji], podsuwa się pod nos materiały, które teoretycznie powinni sami wyszukiwać. Prezentacja efektów natomiast polega na tym, że na umówioną lekcję przychodzi Główna Szefowa, wybrane dzieciaki coś tam pokazują i próbują o tym opowiedzieć, a ona wykazuje życzliwe zainteresowanie, aby ich broń Boże nie speszyć, bo wtedy się obrażą, zdenerwują i są gotowe uciec z sali przez okno [nie śmiejcie się, bo był kilka lat temu taki przypadek, kiedy jeden z prezentujących nie wytrzymał presji - na szczęście to była sala na parterze...].
Jak już pisałam w poprzednim poście, klasa Marzenki, w której ja uczę polskiego, w tym roku przygotowuje projekt gimnazjalny pod tytułem "Savoir-vivre na co dzień". Wykonali na godzinach wychowawczych jakieś plakaty, mieli ankietę na temat dobrego zachowania [której wyniki umieścimy w sprawozdaniu z projektu], na angielskim pani zrobiła im konkurs o brytyjskich zwrotach grzecznościowych, na informatyce szukali w Internecie obrazków, z których potem my - nauczycielki - zrobiłyśmy pokaz slajdów. Ja nauczyłam ich wiązania krawatów i puściłam na lekcjach dwa filmy dokumentalne o dobrych manierach, które potem sobie omówiliśmy. Na samą prezentację przed dyrekcją przygotowują też dwie scenki - o nakrywaniu do stołu oraz o tym, jak ładnie stać i siadać. Wszystko po to, aby COŚ BYŁO. Rzecz jasna żaden z uczniów nie zrobił niczego "za darmo". Temu piątkę z polskiego, temu z historii, tego klasyfikuj z angielskiego, mimo że nie ma nawet 40% frekwencji... Bo jak nie, to on ma w dupie. Co mu zależy? Że będzie miał nieodpowiednie zachowanie i adnotację na świadectwie, że nie realizował projektu? Nie rozśmieszajcie mnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz