Co może wyniknąć z połączenia zabójczych upałów z prowadzeniem półtoragodzinnych zajęć w szkole językowej w klimatyzowanej, a zatem przyjemnie chłodnej sali?
Ano wiadomo, co. Kaszel i zatkanie górnych dróg oddechowych. W środę wymęczona trzema dniami wysokich temperatur [a ja naprawdę zdycham, kiedy termometr przekracza 30 stopni w cieniu], z wielką ulgą odetchnęłam w trakcie popołudniowej lekcji z Drybkiem w klasie z klimatyzacją ustawioną na jedyne 23 stopnie... Niestety w efekcie od czwartku wieczorem zmagam się z bólem gardła [i to w porywach takim, że nie mogę nawet bezkarnie ruszać szyją], kaszlem i katarem. Nie uśmiecha mi się znów zasuwać do lekarza, bo trzeci antybiotyk w ciągu pół roku to już zdecydowane przegięcie. Na szczęście na razie głosu mi nie odebrało i dopóki się to nie stanie, to do przychodni się nie wybieram.
Faktem jest niestety, że najwidoczniej siadła mi odporność, skoro tak łatwo łapię różne paskudztwa. Zła dieta plus zmęczenie [skoro od trzech lat nie miałam tak naprawdę urlopu...]. Smok się powinien wziąć za siebie, ot co.
Ale póki co zbliża się koniec roku szkolnego, czyli okres w Zoo nadzwyczaj zabawny. Do poniedziałku - czyli na dwa tygodnie przed ostateczną radą klasyfikacyjną - mieliśmy wystawić oceny proponowane, tzw. ołówkowe. Zasady są takie, że co wtedy się przymierzy, to już obniżyć nie można i tak samo nie można nikomu wlepić później enkaela, choćby się w ogóle w szkole już po tej wstępnej klasyfikacji nie pojawił. A że małpki w większości do przesadnie ambitnych nie należą, więc te, które ołówkowo mają wystawione oceny pozytywne - nawet, jeśli są to dopalacze od góry do dołu - to zwykle robią sobie już w tym momencie przyspieszone wakacje. Do szkoły przychodzą na ogół tylko te, które chcą się powyciągać z jedynek oraz nieklasyfikowań.
Na tym polu zdarzają się niestety czasami cuda na kiju. Piszę "niestety" - bo uważam, że jesli uczeń olewał system przez cały rok szkolny, to powinien ponieść tego konsekwencje i powtarzać klasę, względnie zdawać egzamin poprawkowy, jeśli mu takowy przysługuje. Moim zdaniem litościwe wyciąganie za uszy jest bardzo niepedagogiczne, bo w ten sposób delikwent wbije sobie do głowy, że może robić co chce, a i tak ujdzie mu to bezkarnie. Tak to jednak pięknie wygląda w teorii, a praktyka bywa inna. Najbrutalniej niestety sytuacja przedstawia się w mojej osobistej klasie zawodowej, gdzie działa - co tu dużo ukrywać - czynnik ekonomiczny. Otóż nie możemy uwalić zbyt dużej ilości uczniów, bo jeśli ich liczba spadnie poniżej 15, to rozwiążą klasę. A że na ten moment jest ich 24, to naprawdę przepychamy, kogo się tylko da, choć rzecz jasna same małpki nam tego zadania nie ułatwiają. Gdybyśmy chcieli ich na serio rozliczać z obecności, to klasyfikowanych byłaby może dziesiątka.Do tego dodać należy fakt, że chyba poza jednym Hiszpanem każdy z uczniów jest zagrożony choć jedną jedynką, a dwóch chłopaków na początku maja poważnie pobiło kolegę ze szkoły, w związku z czym zostali zatrzymani na 3 miesiące do sprawy... I weź tu z takiej zbieraniny uciułaj 15 osób.
W gimnazjum już jest trochę inaczej. Tu po pierwsze i klasy możemy mieć małe, a po drugie - nawet jeśli któraś małpka nie zda, to i tak nie ma gdzie pójść i zostaje na kolejny rok u nas [no chyba że już jest tak wiekowa, że po prostu odchodzi ze szkoły z nieukończonym gimnazjum]. De facto zatem zbyt wielu uczniów nie tracimy. Tutaj cuda jednakże trafiają się z powodu dobrego serca nauczycieli, którzy dają się ubłagać i stawiają te dopuszczające - lub na posiedzeniu Rady Pedagogicznej przyznają egzaminy klasyfikacyjne w przypadku, kiedy absolutnie nie powinno się tego robić. Jest to nota bene jedyne, co może uratować osławionego Rambo, który trzecią klasę kończy z jedynką z fizyki oraz enkaelem z polskiego. Ani ja, ani fizyczka nie miałyśmy zamiaru się nad nim litować, bo jest to kawał gnoja, któremu należy się wreszcie porządny kop w cztery literki. Co do mnie zresztą, to prezent w postaci dopalacza zrobiłam mu w drugiej klasie na specjalną prośbę Wiceszefowej - bo gdyby nie zdał, zamknęliby go w ośrodku wychowawczym. Ale ponieważ nie wyciągnął wniosków [co było jak najbardziej do przewidzenia...] i dalej pojawiał się w szkole wyłącznie po to, by robić dym na zajęciach, to ani mi się śni mięknąć po raz drugi. A że jego frekwencja na języku polskim wynosi ledwie 43%, to mam pełne prawo wklepić mu enkaela. Rambo biega więc teraz i prosi nauczycieli, by głosowali za przyznaniem mu egzaminu klasyfikacyjnego, bo ten poprawkowy z fizyki to mu się ustawowo należy.
Dla przeciwwagi postawię też jedną piątkę, zresztą koledze z klasy Rambo, Wojtusiowi. Chłopak wylądował trzy lata temu w bidulu [tym naszym zaprzyjaźnionym, prowadzonym przez zakonników] po tym, jak ktoś z urzędników się zorientował, że w ogóle nie chodzi do szkoły. Siedział sobie w domu i grał na komputerze, a matka miała to w nosie. No to go przymknęli na trzy lata, dzięki czemu przynajmniej spokojnie skończył gimnazjum. Wojtek jest lekko tępawy i masakrycznie infantylny, do tego jest dyslektykiem, ale nie jest zdemoralizowany, a to w Zoo naprawdę duży plus. Interesuje się fantastyką, więc czyta Tolkiena, Sapkowskiego i Pratcheta, a ja dzięki temu szybko znalazłam z nim wspólny język. W zwyczajnej szkole na pewno poprzestalibyśmy na czwórce, bo mimo wszystko robi za dużo błędów ortograficznych i ma za słabą pamięć, żeby opanować całość wymaganego materiału - ale tu jest Zoo... Niech więc ma tę piątkę i się cieszy.
Masz dobre serce. Dobrze, że choć on interesuje się książkami :)) bo z dzieciakami w tegoo typu placowkach jak twoja to roznie jest jesli chodzi o czytanie :)
OdpowiedzUsuńWojtuś to jest taka dobra, zaniedbana ciapa. Kończy niedługo 18 lat, a przemyślenia ma naprawdę jak uczeń podstawówki... Lubi fantastykę, bo to taka namiastka bajek dla większych chłopców.
UsuńSzkoda mi jest takich ludzi. Żyją we własnym świecie, takim odrealnionym. I nie zdają sobie sprawy z wielu rzeczy.
Usuńjezeli jest, jak mowisz ''tepawy'' to nie jest dyslektykiem, do tego trzeba miec norme (przynajmniej teoretycznie)
OdpowiedzUsuńNormę intelektualną ma - dlatego jest "tępawy", a nie upośledzony. W zwykłym gimnazjum byłby takim trójkowym, bardzo przeciętnym uczniem. Co do jego dysleksji, to oczywiście ciężko stwierdzić, na ile jest wynikiem wrodzonych uwarunkowań, a na ile koszmarnego zaniedbania intelektulanego od najmłodszych lat. Rodzicom jego rozwój naprawdę zwisał i powiewał, chłopak był po prostu puszczony całkiem samopas. Fakt faktem papier ma i jako nauczyciel mam obowiązek to respektować.
UsuńO tyle, że na moje oko tę jego dysleksję dałoby się spacyfikować, gdyby z nim przysiedli i poćwiczyli porządnie w okresie nauczania początkowego, nim mu się błędne wzorce utrwaliły.
Moja droga, jak Ty się za siebie nie weźmiesz, to ja na Ciebie Hipcia napuszczę! Żeby tak o siebie nie dbać! Normalnie bym przyjechała i przez kolano dupsko złoiła ;)
OdpowiedzUsuńJak mi nakopiesz do dupy, to na pewno już się nie podniosę i żaden antybiotyk mi nie pomoże :)))
Usuń