Zgodnie z moimi przewidywaniami zapału, by zachowywać się przyzwoicie, wystarczyło Dawidowi [a kto to?] na niecałe dwa tygodnie. Zdążyłam na zebraniu pochwalić go przed matką - rozmowa odbyła się w czwartek, a po weekendzie chłopak dostał skrzydeł. Rzecz jasna w sensie negatywnym.
Przez cały miesiąc uzbierało mu się w zeszycie 10 uwag negatywnych [pierwsza datowana na 8 września, ostatnia dzisiejsza]. Można za ich pomocą prześledzić, w jaki sposób rozkręcał się po wakacjach. Zaczęło się od "niewinnych" [oczywiście, jak na niego] wybryków, jak malowanie po ławce, nieprowadzenie zeszytu, odmowa pójścia do tablicy. Potem przyszła kolej na słuchanie muzyki przez słuchawki, pisanie smsów i odbieranie telefonu na lekcji, wreszcie na wychodzeniu sobie bez pozwolenia w trakcie zajęć. To już standard Dawidka, ale ostatnie dwa numery są już grubszego kalibru. Otóż na zajęciach praktycznych najpierw rozkładał kompletnie lekcję przez idiotyczne uwagi i namawianie innych uczniów, by poszli z nim po dzwonku na wagary [praktyk mają 3 godziny z rzędu]. Siedział przy tym w prowokacyjny sposób na "styl amerykański", czyli z butami założonymi na ławkę, rzecz jasna kompletnie ignorując uwagi nauczycielki. Natomiast na jej oświadczenie, że jeśli nie weźmie się do pracy, to nie będzie miał obecności [spóźnił się 15 minut na zajęcia] zagroził, że niech tylko spróbuje, to jej tak zrobi koło dupy, że popamięta.
Wzięłam go wczoraj przed wycieczką na stronę w związku z tym zdarzeniem i zażądałam wyjaśnień. Wiecie, co usłyszałam? "Na praktykach? A co ona o mnie naopowiadała? Już ja sobie z tą panią porozmawiam!" - po czym sukinkicio [z całym szacunkiem dla kotów] po prostu odwrócił się na pięcie i poszedł do kolegów! Czyli co my tu mamy? Groźba, szantaż, brak szacunku wobec nauczycieli oraz całkowity brak refleksji na temat tego, co się stało.
Ale najlepsze szykował na wycieczkę. Jeszcze w drodze do muzeum były z nim wyłącznie kłopoty, bo całkowicie ignorował moje polecenia, robił to, co w danej chwili mu przyszło do głowy, oddalał się od grupy bez poinformowania mnie o tym [o uzyskaniu zgody nawet nie wspomniawszy...], bez żadnego skrępowania palił papierosy, które wcześniej udało mu się wymusić na kolegach. Natomiast w muzeum już przeszedł sam siebie. Nie sposób było obserwować wszystkich w jednym momencie, wykorzystał więc chwilę mojej nieuwagi, wyjął z odtwarzacza DVD płytę muzealną, włożył swoją - i tym sposobem na ekranie zamiast filmu edukacyjnego zaczął lecieć wyjątkowo obrzydliwy pornol. Zgadza się, nie widziałam na własne oczy, że on to zrobił [bo przecież gdybym to dostrzegła, to bym do tego nie dopuściła...], ale widziałam, jak potem właśnie Dawidek gorączkowo starał się wyjąć płytę z odtwarzacza i wyłączyć nagranie.
Odbyłam dziś już rozmowę z naszą nową panią pedagog, zadzwoniłam także do kuratora chłopca, który obiecał się do mnie pofatygować po weekendzie. I co dalej? Ano postaram się zrobić, co w mojej mocy, by wyekspediować Dawida jak najszybciej do zakladu zamkniętego. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę, że mógłby mnie czekać cały rok jego numerów i że znowu sprawa rozeszłaby się po kościach. On się kompletnie nie nadaje do żadnej szkoły, nawet takiej, jak nasza, bo na niego żadne konwencjonalne metody po prostu nie skutkują [a przecież przywalić mu nie można...]. Poza tym wiecie co? Mam w klasie trzech nowych chłopców, którzy na samym początku byli spokojni i chyba lekko wystraszeni faktem, że trafili do nas. A teraz już widzę, że patrzą w Dawidka jak w obrazek i zaczynają go naśladować. Minął dopiero miesiąc!
Realnie - mogę mu załatwić brak promocji do następnej klasy, jeśli wystawię mu na koniec naganne zachowanie [a jak tak dalej pójdzie, to nie będzie z tym najmniejszego problemu]. Zgodnie z przepisami można uwalić ucznia, który dwa razy z rzędu miał naganne, nawet jeśli ma piątki od góry do dołu. Mogę więc sprawić chociaż, że za rok nie będzie w mojej osobistej małpiarni.
Ale przecież nie chodzi o to, by podrzucić innej, Bogu ducha winnej nauczycielce, to kukułcze jajo. Sztuka polega na tym, by wreszcie porządnie ugotować Dawidka - czyli zrobić z niego Hot-Doga. Skoro tak bardzo domaga się przeniesienia go do zakładu zamkniętego, to trzeba mu to umożliwić.
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
piątek, 30 września 2011
środa, 28 września 2011
Praca z dzieckiem upośledzonym
Do Zoo wrócił Darek [czyli Oliwer Twist]. To oczywiście dobrze, że jego stan zdrowia widocznie pozwala na chodzenie do szkoły, ale problem z jego opóźnieniem jak był, tak pozostał. Przyznam, że po dzisiejszej lekcji jestem lekko załamana i nie mam pojęcia, jak znaleźć optymalne wyjście z tej sytuacji. Optymalne - to znaczy takie, które byłoby dobre dla chłopca, ale jednocześnie zapewniło mi warunki, bym mogła normalnie [jak na Zoo rzecz jasna] prowadzić zajęcia dla reszty towarzystwa.
Darek miał dziś wyraźnie gorszy dzień. Patrząc na niego nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z dzieckiem upośledzonym - zapewne w stopniu lekkim, ale jednak. Co robił? Generalnie przez całe zajęcia gębusia mu się nie zamykała, nawet w momentach, kiedy przepisywał notatkę z tablicy. Komentował wszystko co mógł, przy czym jego pytania czy stwierdzenia nie bardzo trzymały się kupy. Widać było wyraźnie, że po prostu gada, żeby gadać. Dla przykładu: usiłowałam wytłumaczyć małpkom, na czym polegała w tragedii antycznej zasada trzech jedności [miejsca, czasu i akcji]. Mówię więc, że Grecy wychodzili z założenia, że skoro widz w teatrze siedzi te 2-3 godziny, bo tyle trwa spektakl, to i sama opowiedziana historia powinna tyle zająć. Innymi słowy - nie może być tak, że nam sobie każą wyobrazić, że upłynęła noc i teraz bohaterowie rozmawiają następnego dnia, skoro w rzeczywistości tyle nie minęło. Na co Darek...
Darek: A dlaczego to miało trwać 2-3 godziny?
Ja: Więcej pewnie trudno wysiedzieć, tyle zwykle trwa spektakl.
Darek: A co, jak by trwało 4 godziny?
Ja: Widzowie by się zmęczyli, ale wtedy i akcja mogłaby tyle zająć.
Darek: A jak by trwało 4 godziny i jedną minutę?
[W tym momencie dotarło do mnie, że dalsze ciągnięcie tematu nie ma sensu, więc zignorowałam pytanie i chciałam przejść do zasady decorum - ale niestety Darek uważał inaczej. I kontynuował swoje dywagacje, zupełnie, jak by zacięła mu się płyta...]
Darek: A jak by trwało 4 godziny i dwie minuty?
A jak by trwało 4 godziny i trzy minuty?
A jak by trwało 4 godziny i cztery minuty?
I tak w koło Macieju...
Naprawdę, mówił przez CAŁĄ lekcję i nie było sposobu, by go uciszyć. W pewnym momencie jednak naprawdę zdębiałam, bo zaczął wyć! Niskim, gardłowym głosem, z szeroko rozdziawionymi ustami, co wyraźnie przypominało obrazki z zakładu dla umysłowo chorych. Na pytanie, co on [do cholery!] robi, oświadczył uśmiechając się od ucha do ucha... że śpiewa! Nie przesadzam, cała szopka trwała dobrych kilka minut, zanim nie wymyślił czegoś innego.
Po 20 minutach jego popisów zaczęły puszczać mi nerwy, a to znaczy, że robi się nieciekawie. Jestem nauczycielem, profesjonalistą i to do mnie należy opanowanie sytuacji, szczególnie, kiedy mam do czynienia z tego rodzaju dzieckiem. Rozumiecie - ja świetnie zdaję sobie sprawę, że NIE WOLNO mi się na niego wściec czy odezwać w sposób uwłaczający jego godności, bo jestem osobą dorosłą i reszta towarzystwa na mnie patrzy. Jeśli więc zobaczą, że NAUCZYCIEL pozwala sobie na kąśliwe uwagi, to tym bardziej oni będą się czuli uprawnieni, by jechać po nim jak po łysej kobyle. Tylko co innego, że ja to WIEM - a co innego, że nie jestem mimo wszystko cyborgiem i zwyczajnie szlag mnie trafia. Wyobraźcie sobie, że stoicie przed klasą i staracie się normalnie prowadzić zajęcia przy bezustannym akompaniamencie wycia, bezsensownych uwag i pytań, a wasze kulturalne upominania są kompletnie ignorowane. Ciekawa jestem, ilu z Was w takim momencie w końcu nie wytrzymałoby nerwowo i nie krzyknęło: "Zamknij się wreszcie, debilu!" Notabene - tak właśnie reagowali jego koledzy z klasy. Oni też byli zmęczeni ciągłym hałasem i tym, że lekcja nawet nie pretenduje do miana normalnej. Zapewniam Was - małpki w słowach nie przebierają, więc epitety, którymi obdarzali Darka, nie zawsze były cenzuralne.
Gwoli ścisłości, nie przytaknęłam jego kolegom ochoczo w stylu: "No właśnie, stul dziób, idioto!", tylko ich objechałam ["A ty nie bądź taki mądry, bo sam przeszkadzasz"] - choć naprawdę bardzo mało brakowało. Nie wiem też, na jak długo wystarczy mi cierpliwości, jeśli takie lekcje będą się powtarzały. Ludzie, ja naprawdę nie robiłam specjalizacji z oligofrenopedagogiki, tylko z literatury staropolskiej...
Kiedy rozmawiałam o tej lekcji w domu z Hipopotamem, podsunął mi jedno rozwiązanie, które muszę przemyśleć. Ma pomysł, bym na każdej lekcji dawała Darkowi do "pięknego i dokładnego" przepisania jakiś dłuższy tekst. Będzie miał w ten sposób zajęcie, ja święty spokój, a jeśli uda mu się przekopiować zadanie bez błędów, to będzie pretekst, by wstawić mu pozytywną ocenę. Brzmi dobrze i w pierwszej chwili bardzo mi się ta idea spodobała, ale teraz pojawiła mi się jedna wątpliwość. Otóż - co z reakcją reszty małpek? Dostaną aż zbyt wyraźny sygnał, że Darek jest na specjalnych prawach. Co, jeśli zaczną go przez to jeszcze gorzej traktować? Albo - co wielce prawdopodobne - same zaczną domagać się podobnych zadań, by tylko w łatwy sposób dostać dobry stopień? Skoro Darek może, to czemu nie one?
Nie powiem im przecież, że Darek jest opóźniony umysłowo i stąd powinnam wobec niego zdecydowanie obniżyć wymagania...
Darek miał dziś wyraźnie gorszy dzień. Patrząc na niego nie miałam żadnych wątpliwości, że mam do czynienia z dzieckiem upośledzonym - zapewne w stopniu lekkim, ale jednak. Co robił? Generalnie przez całe zajęcia gębusia mu się nie zamykała, nawet w momentach, kiedy przepisywał notatkę z tablicy. Komentował wszystko co mógł, przy czym jego pytania czy stwierdzenia nie bardzo trzymały się kupy. Widać było wyraźnie, że po prostu gada, żeby gadać. Dla przykładu: usiłowałam wytłumaczyć małpkom, na czym polegała w tragedii antycznej zasada trzech jedności [miejsca, czasu i akcji]. Mówię więc, że Grecy wychodzili z założenia, że skoro widz w teatrze siedzi te 2-3 godziny, bo tyle trwa spektakl, to i sama opowiedziana historia powinna tyle zająć. Innymi słowy - nie może być tak, że nam sobie każą wyobrazić, że upłynęła noc i teraz bohaterowie rozmawiają następnego dnia, skoro w rzeczywistości tyle nie minęło. Na co Darek...
Darek: A dlaczego to miało trwać 2-3 godziny?
Ja: Więcej pewnie trudno wysiedzieć, tyle zwykle trwa spektakl.
Darek: A co, jak by trwało 4 godziny?
Ja: Widzowie by się zmęczyli, ale wtedy i akcja mogłaby tyle zająć.
Darek: A jak by trwało 4 godziny i jedną minutę?
[W tym momencie dotarło do mnie, że dalsze ciągnięcie tematu nie ma sensu, więc zignorowałam pytanie i chciałam przejść do zasady decorum - ale niestety Darek uważał inaczej. I kontynuował swoje dywagacje, zupełnie, jak by zacięła mu się płyta...]
Darek: A jak by trwało 4 godziny i dwie minuty?
A jak by trwało 4 godziny i trzy minuty?
A jak by trwało 4 godziny i cztery minuty?
I tak w koło Macieju...
Naprawdę, mówił przez CAŁĄ lekcję i nie było sposobu, by go uciszyć. W pewnym momencie jednak naprawdę zdębiałam, bo zaczął wyć! Niskim, gardłowym głosem, z szeroko rozdziawionymi ustami, co wyraźnie przypominało obrazki z zakładu dla umysłowo chorych. Na pytanie, co on [do cholery!] robi, oświadczył uśmiechając się od ucha do ucha... że śpiewa! Nie przesadzam, cała szopka trwała dobrych kilka minut, zanim nie wymyślił czegoś innego.
Po 20 minutach jego popisów zaczęły puszczać mi nerwy, a to znaczy, że robi się nieciekawie. Jestem nauczycielem, profesjonalistą i to do mnie należy opanowanie sytuacji, szczególnie, kiedy mam do czynienia z tego rodzaju dzieckiem. Rozumiecie - ja świetnie zdaję sobie sprawę, że NIE WOLNO mi się na niego wściec czy odezwać w sposób uwłaczający jego godności, bo jestem osobą dorosłą i reszta towarzystwa na mnie patrzy. Jeśli więc zobaczą, że NAUCZYCIEL pozwala sobie na kąśliwe uwagi, to tym bardziej oni będą się czuli uprawnieni, by jechać po nim jak po łysej kobyle. Tylko co innego, że ja to WIEM - a co innego, że nie jestem mimo wszystko cyborgiem i zwyczajnie szlag mnie trafia. Wyobraźcie sobie, że stoicie przed klasą i staracie się normalnie prowadzić zajęcia przy bezustannym akompaniamencie wycia, bezsensownych uwag i pytań, a wasze kulturalne upominania są kompletnie ignorowane. Ciekawa jestem, ilu z Was w takim momencie w końcu nie wytrzymałoby nerwowo i nie krzyknęło: "Zamknij się wreszcie, debilu!" Notabene - tak właśnie reagowali jego koledzy z klasy. Oni też byli zmęczeni ciągłym hałasem i tym, że lekcja nawet nie pretenduje do miana normalnej. Zapewniam Was - małpki w słowach nie przebierają, więc epitety, którymi obdarzali Darka, nie zawsze były cenzuralne.
Gwoli ścisłości, nie przytaknęłam jego kolegom ochoczo w stylu: "No właśnie, stul dziób, idioto!", tylko ich objechałam ["A ty nie bądź taki mądry, bo sam przeszkadzasz"] - choć naprawdę bardzo mało brakowało. Nie wiem też, na jak długo wystarczy mi cierpliwości, jeśli takie lekcje będą się powtarzały. Ludzie, ja naprawdę nie robiłam specjalizacji z oligofrenopedagogiki, tylko z literatury staropolskiej...
Kiedy rozmawiałam o tej lekcji w domu z Hipopotamem, podsunął mi jedno rozwiązanie, które muszę przemyśleć. Ma pomysł, bym na każdej lekcji dawała Darkowi do "pięknego i dokładnego" przepisania jakiś dłuższy tekst. Będzie miał w ten sposób zajęcie, ja święty spokój, a jeśli uda mu się przekopiować zadanie bez błędów, to będzie pretekst, by wstawić mu pozytywną ocenę. Brzmi dobrze i w pierwszej chwili bardzo mi się ta idea spodobała, ale teraz pojawiła mi się jedna wątpliwość. Otóż - co z reakcją reszty małpek? Dostaną aż zbyt wyraźny sygnał, że Darek jest na specjalnych prawach. Co, jeśli zaczną go przez to jeszcze gorzej traktować? Albo - co wielce prawdopodobne - same zaczną domagać się podobnych zadań, by tylko w łatwy sposób dostać dobry stopień? Skoro Darek może, to czemu nie one?
Nie powiem im przecież, że Darek jest opóźniony umysłowo i stąd powinnam wobec niego zdecydowanie obniżyć wymagania...
wtorek, 27 września 2011
Otwieram lodówkę, a tam mitologia...
Podczas nauki każdego przedmiotu w szkole są działy zarówno ciekawe, jak i śmiertelnie nudne, a ponieważ od początku mojej "kariery" nauczycielskiej stawiam na autentyczność, to uczniowie świetnie wiedzą, których twórców czy epoki literackie lubię, a na co najchętniej puściłabym pawia. Rzecz jasna wymagam wszystkiego, bo fakt, że coś jest nudne, nie zwalnia od nauczenia się tego, ale na pewno nikomu nie każę - przywołując klasyka - zachwycać się Słowackim, no bo "jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?" [nawiasem mówiąc - Jula akurat dość lubię jak na romantyka :)]. Zawsze też pytana o opinie na temat danych lektur szczerze mówię, co o nich naprawdę myślę, zaznaczając, że de gustibus non est disputandum, więc to, że mnie coś przypadło [lub nie] do gustu, nie musi oznaczać, że uczniowie będą mieli to samo zdanie.
W związku z tym mało jest tak wdzięcznych dla mnie rzeczy do omawiania z uczniami, jak mitologia grecka. Mam na tym punkcie nieszkodliwego świra, a w związku z tym primo - znam mnóstwo szczegółów, którymi potrafię zainteresować dzieciarnię, a secundo - no nie ma siły, nawet małpki pewnie widzą ten płomień w moich oczach, kiedy im streszczam Parandowskiego zmiksowanego z Kubiakiem. Do tego z ręką na sercu twierdzę, że przynajmniej podstawowa znajomość mitologii niezbędna jest każdemu, kto chce cokolwiek rozumieć z kultury europejskiej. Nawet nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, że wszystko w niej pływa - dla przykładu, uwielbiam te rozdziawione gęby uczniowskie, kiedy uświadamiam im, że Morfeusz to grecki bóg snu [a w takim razie "Matrix" nabiera o wiele głębszego znaczenia :)]. W ogóle związki frazeologiczne o rodowodzie mitycznym to wielce przyjemny temat i świetna okazja, by garściami podrzucać co bardziej smakowite opowiastki. W zależności od wieku i poziomu słuchaczy można bowiem uzupełnić wiedzę dzieciarni o kilka pikantnych szczegółów, które zwykle są przez podręczniki pomijane. Dajmy na to - wszyscy słyszeli o nici Ariadny i dzielnym Tezeuszu, ale nie każdy już wie, że "wspaniały bohater" zostawił potem swoją wybawicielkę na bezludnej wyspie, bo mu się znudziła [choć w sumie nie skończyła aż tak źle, bo zainteresował się nią Dionizos - no ok, zostala żoną żula, ale jednak boga :)]. Albo - wszyscy mają szacunek do wiernej Penelopy, która czekała na Odyseusza 20 lat... dopóki nie uświadomię im, że w przeciwieństwie do żony mężulo podczas powrotu zabawiał się z różnymi panienkami i wcale z tego powodu nie miał wyrzutów sumienia.
A już najbardziej lubię omawianie "Króla Edypa" [w liceum] lub "Antygony" [to w gimnazjum], bo to z konieczności wymaga szczegółowego przypomnienia całego mitu o rodzie Labdakidów, który jest według mnie najbardziej mrożącym krew w żyłach fragmentem mitologii greckiej. To się naprawdę opowiada dzieciakom jak film sensacyjny. Przekonałam się o tym jeszcze ucząc w poprzedniej szkole. Byłam świeżo po studiach i jeszcze dziwiły mnie takie rzeczy, że 16-latek z dobrej rodziny nigdy nie słyszał o Edypie i Sfinksie. Kiedy zorientowałam się, że oni naprawdę tego nie znają, zaczęłam im opowiadać ze szczegółami, a moje ukochane "króliczki" [tak mówiłam na tę klasę licealistów, bo byli naprawdę fajni] siedziały łapiąc wypadające ze zdziwienia szczęki i tylko co chwilę zadając pytania w stylu: "No nie, pani żartuje - on się NAPRAWDĘ z własną matką ożenił?!". W dobrej szkole też rzecz jasna mogłam sobie pozwolić na szersze omówienie całej historii. Fatum ciążące nad Edypem wydaje się potwornie niesprawiedliwe... do momentu, aż dogrzebiemy się do informacji, że była to kara dla jego ojca Lajosa za gwałt popełniony na młodym chłopcu - a dla Greków fakt, że syn odpowiada za winę rodziców, nie był niczym dziwnym. I co, od razu inaczej patrzymy na klątwę rodu Labdakidów.
W Zoo w dwóch klasach gimnazjalnych właśnie zabieram się za omawianie "Antygony". W mojej "ukochanej" 3A [tam, gdzie jest Sebastianek-Bida z Nędzą] już zdążyłam przeprowadzić zajęcia zapoznające ich z właściwym mitem. Rozrysowałam ładnie drzewko genealogiczne tej popierniczonej rodzinki Labdakidów i opowiedziałam obrazowo, jak to Edyp wpakował się w kłopoty. Mam nadzieję, że definicję fatum zapamiętają za pomocą mojego ulubionego skojarzenia. Tłumaczę uczniom: "Greckie fatum działa tak jak u Kubusia Puchatka. Pamiętacie - im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Tu jest tak samo: im bardziej Edyp ucieka od przeznaczenia, tym bardziej właśnie klątwa się wypełnia".
W ramach podsumowania pozwolę sobie zacytować Piotrka, który w ten oto sposób skomentował treść mitu o rodzie Labdakidów: "K***, czego oni nas w tej szkole uczą? Koleś machnął czwórkę dzieci własnej matce - a to podobno my jesteśmy patologia! Przecież przy nim to my jesteśmy święci!".
Uwielbiam, kiedy literatura wyzwala emocje :)
W związku z tym mało jest tak wdzięcznych dla mnie rzeczy do omawiania z uczniami, jak mitologia grecka. Mam na tym punkcie nieszkodliwego świra, a w związku z tym primo - znam mnóstwo szczegółów, którymi potrafię zainteresować dzieciarnię, a secundo - no nie ma siły, nawet małpki pewnie widzą ten płomień w moich oczach, kiedy im streszczam Parandowskiego zmiksowanego z Kubiakiem. Do tego z ręką na sercu twierdzę, że przynajmniej podstawowa znajomość mitologii niezbędna jest każdemu, kto chce cokolwiek rozumieć z kultury europejskiej. Nawet nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, że wszystko w niej pływa - dla przykładu, uwielbiam te rozdziawione gęby uczniowskie, kiedy uświadamiam im, że Morfeusz to grecki bóg snu [a w takim razie "Matrix" nabiera o wiele głębszego znaczenia :)]. W ogóle związki frazeologiczne o rodowodzie mitycznym to wielce przyjemny temat i świetna okazja, by garściami podrzucać co bardziej smakowite opowiastki. W zależności od wieku i poziomu słuchaczy można bowiem uzupełnić wiedzę dzieciarni o kilka pikantnych szczegółów, które zwykle są przez podręczniki pomijane. Dajmy na to - wszyscy słyszeli o nici Ariadny i dzielnym Tezeuszu, ale nie każdy już wie, że "wspaniały bohater" zostawił potem swoją wybawicielkę na bezludnej wyspie, bo mu się znudziła [choć w sumie nie skończyła aż tak źle, bo zainteresował się nią Dionizos - no ok, zostala żoną żula, ale jednak boga :)]. Albo - wszyscy mają szacunek do wiernej Penelopy, która czekała na Odyseusza 20 lat... dopóki nie uświadomię im, że w przeciwieństwie do żony mężulo podczas powrotu zabawiał się z różnymi panienkami i wcale z tego powodu nie miał wyrzutów sumienia.
A już najbardziej lubię omawianie "Króla Edypa" [w liceum] lub "Antygony" [to w gimnazjum], bo to z konieczności wymaga szczegółowego przypomnienia całego mitu o rodzie Labdakidów, który jest według mnie najbardziej mrożącym krew w żyłach fragmentem mitologii greckiej. To się naprawdę opowiada dzieciakom jak film sensacyjny. Przekonałam się o tym jeszcze ucząc w poprzedniej szkole. Byłam świeżo po studiach i jeszcze dziwiły mnie takie rzeczy, że 16-latek z dobrej rodziny nigdy nie słyszał o Edypie i Sfinksie. Kiedy zorientowałam się, że oni naprawdę tego nie znają, zaczęłam im opowiadać ze szczegółami, a moje ukochane "króliczki" [tak mówiłam na tę klasę licealistów, bo byli naprawdę fajni] siedziały łapiąc wypadające ze zdziwienia szczęki i tylko co chwilę zadając pytania w stylu: "No nie, pani żartuje - on się NAPRAWDĘ z własną matką ożenił?!". W dobrej szkole też rzecz jasna mogłam sobie pozwolić na szersze omówienie całej historii. Fatum ciążące nad Edypem wydaje się potwornie niesprawiedliwe... do momentu, aż dogrzebiemy się do informacji, że była to kara dla jego ojca Lajosa za gwałt popełniony na młodym chłopcu - a dla Greków fakt, że syn odpowiada za winę rodziców, nie był niczym dziwnym. I co, od razu inaczej patrzymy na klątwę rodu Labdakidów.
W Zoo w dwóch klasach gimnazjalnych właśnie zabieram się za omawianie "Antygony". W mojej "ukochanej" 3A [tam, gdzie jest Sebastianek-Bida z Nędzą] już zdążyłam przeprowadzić zajęcia zapoznające ich z właściwym mitem. Rozrysowałam ładnie drzewko genealogiczne tej popierniczonej rodzinki Labdakidów i opowiedziałam obrazowo, jak to Edyp wpakował się w kłopoty. Mam nadzieję, że definicję fatum zapamiętają za pomocą mojego ulubionego skojarzenia. Tłumaczę uczniom: "Greckie fatum działa tak jak u Kubusia Puchatka. Pamiętacie - im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Tu jest tak samo: im bardziej Edyp ucieka od przeznaczenia, tym bardziej właśnie klątwa się wypełnia".
W ramach podsumowania pozwolę sobie zacytować Piotrka, który w ten oto sposób skomentował treść mitu o rodzie Labdakidów: "K***, czego oni nas w tej szkole uczą? Koleś machnął czwórkę dzieci własnej matce - a to podobno my jesteśmy patologia! Przecież przy nim to my jesteśmy święci!".
Uwielbiam, kiedy literatura wyzwala emocje :)
czwartek, 22 września 2011
Małpka nr 9 - polski Oliver Twist
Może to zabrzmi okrutnie, ale z punktu widzenia "nadzorcy małpek" cieszy mnie na ogół informacja, że któryś z moich podopiecznych przebywa w tzw. bidulu. Nim mnie odsądzicie od czci i wiary chcę zaznaczyć, że nie mam tu na myśli sierot biologicznych, czyli uczniów, którzy trafili do Domu Dziecka, bo oboje rodzice nie żyją, a żadna rodzina nie może [lub nie chce] się nimi zająć. Jeśli do Zoo trafi taki delikwent, to jako nauczycielowi, czyli - jak by nie patrzeć - urzędnikowi państwowemu, szczególnie otwiera mi się nóż w kieszeni. Taka "klasyczna sierota" została bowiem powierzona opiece państwa, które w takim razie ma w zastępstwie nieżyjących rodziców psi obowiązek zapewnić jej optymalne warunki rozwoju. Jeśli więc takie dziecko trafia do nas, czyli do "szkoły ostatniej szansy", to znaczy, że to państwo - mówiąc bardzo delikatnie - dało ciała na każdej linii. Jako dowód można przytoczyć tu historię Adasia, czyli Małpki Bum-Bum, którego jedyną "winą" był pech do rodzin zastępczych [zainteresowanych odsyłam tutaj].
Do Domów Dziecka trafiają jednak nie tylko biologiczne sieroty, ale przede wszystkim dzieci, których rodzice z różnych powodów nie nadają się, by sprawować nad nimi opiekę. I właśnie tego typu przypadki miałam na myśli w pierwszym zdaniu, pisząc, że taka wiadomość jako nauczyciela mnie cieszy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że za każdą decyzją o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczej kryje się rodzinna tragedia. Z mojej perspektywy jednak lepiej, żeby taki uczeń mieszkał w bidulu - mam przynajmniej pewność, że nie jest głodny, nikt się nad nim nie znęca, mógł się wyspać i miał warunki, by odrobić lekcje. Innymi słowy - zaspokojono jego najbardziej elementarne potrzeby.
Dziś jednak będzie niestety o wyjątku od tej reguły. Uczę w trzeciej gimnazjalnej chłopca - nazwijmy go Darek - który od kilku lat jest wychowankiem Domu Dziecka. Nie jestem jego wychowawczynią, nie wiem więc, dlaczego tam trafił, mam jedynie informację, że jego rodzice żyją [w dzienniku znajduje adres ich zameldowania]. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym bardziej mam wrażenie, że patrzę na jakiegoś bohatera literackiego rodem z powieści XIX-wiecznych o dzieciach z zapchlonych sierocińców, przymierających głodem i wykorzystywanych do nieludzkiej pracy. Przesadzam rzecz jasna, ale niestety nie do końca.
Przede wszystkim - ktoś zaniedbał "diagnostykę", bo po kilku lekcjach z nim nie mam wątpliwości, że chłopak powinien być w szkole specjalnej. Kompletnie nie radzi sobie z nauką czegokolwiek i nawet jak na standardy Zoo wyraźnie odstaje intelektualnie od reszty małpiątek. Jest w stanie jedynie siedzieć na lekcji i kopiować notatkę z tablicy do zeszytu, a i to nie bez błędów, bo pisze i czyta z wyraźną trudnością. A już jasne jest, że o zrozumieniu czegokolwiek nie ma co marzyć. Chcecie przykładu? Trafiło się, że byłam z nim sama na lekcji - ósma rano w poniedziałek, tylko on dotarł. Pomyślałam, że to świetna okazja, bym z nim popracowała indywidualnie i w rezultacie by zrobił coś na tyle konstruktywnego, by zdobyć jakąś pozytywną ocenę. Zaczęłam go więc najpierw całkiem spokojnie, "na luzie" pytać z ostatniej lekcji, która odbyła się poprzedniego dnia i na której był. Miałam nadzieję, że coś mu w głowie zostało, tym bardziej, że omawialiśmy akurat fragment z Biblii o Adamie, Ewie i jabłku - no darujcie, ale w naszym [czytaj: katolickim] kręgu kulturowym każdy słyszał tę historię... Okazało się jednak, że Darek z całego opowiadania zapamiętał tylko finał, czyli wygnanie z raju, ale już świadomość jak do tego doszło zaginęła w mrokach umysłu ucznia. Wzięłam więc głęboki oddech i zarządziłam inne ćwiczenie. Dałam mu do przeczytania króciutki [pół strony w podręczniku!] mit o genezie wojny trojańskiej, czyli o sądzie Parysa w sprawie najpiękniejszej boginii. Dałam mu 20 minut na zapoznanie się z tekstem, a po upływie czasu poleciłam, żeby mi go opowiedział. Wiecie, że nic nie zapamiętał? Dosłownie NIC. Nie był nawet w stanie wymienić imion bohaterów, łącznie z imieniem Parysa, które przecież było w tytule... Przyznam, że opadły mi ręce. Co ten chłopak w ogóle tu robi? Jakim cudem ja mam dać mu pozytywną ocenę z polskiego? Mimo najszczerszych chęci - no jak???
Notabene - Darek, jak można się domyślić, jest pośmiewiskiem całej klasy. Koledzy śmieją się z niego niemiłosiernie, podbudowując sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, bo oto znalazł się "prawdziwy debil", głupszy niż ktokolwiek dookoła. A on biedny nie ma jak się bronić...
To jednak nie koniec zaniedbań, jeśli chodzi o tego chłopca. Jak wiadomo, jesień to czas zachorowań na wszelkie możliwe infekcje. Kilku nauczycieli już jest na zwolnieniach, a połowa uczniów charczy i smarka. Darek też się doprawił - siedział na polskim i całe 45 minut kaszlał tak, że mało nie zostawił płuc na ławce. Naprawdę aż serce się ściskało, ale to pikuś, bo w pewnym momencie zauważyłam, że na chusteczce, którą zasłonił sobie usta... jest krew! Nikt mi nie wmówi, że dorobił się tego w przeciągu kilku dni. Jeśli pluje krwią, to znaczy, że sprawa jest po pierwsze poważna, po drugie - trwa już długo. W takim razie pojawia się pytanie: co do jasnej cholery robią jego opiekunowie w bidulu?! Grają w szachy korespondencyjne?!
Po zakończonej lekcji poleciałam do wychowawczyni Darka i kazałam jej zadzwonić do Domu Dziecka, by zabrali chłopaka do lekarza. I rzeczywiście, następnego dnia nie pojawił się w szkole, a faksem przyszło jego zwolnienie lekarskie. No rychło w czas, może nie pozaraża całego Zoo...
Naprawdę nie sądziłam, że w XXI wieku w środku Europy mogą funkcjonować tak ewidentnie olewające swoich wychowanków placówki opiekuńcze. Co to ma być, powieść Dickensa? Chyba wciąż jestem zbyt wielką idealistką mającą zaufanie do państwa polskiego, bo gdybym nie widziała tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła.
Do Domów Dziecka trafiają jednak nie tylko biologiczne sieroty, ale przede wszystkim dzieci, których rodzice z różnych powodów nie nadają się, by sprawować nad nimi opiekę. I właśnie tego typu przypadki miałam na myśli w pierwszym zdaniu, pisząc, że taka wiadomość jako nauczyciela mnie cieszy. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że za każdą decyzją o umieszczeniu dziecka w placówce opiekuńczej kryje się rodzinna tragedia. Z mojej perspektywy jednak lepiej, żeby taki uczeń mieszkał w bidulu - mam przynajmniej pewność, że nie jest głodny, nikt się nad nim nie znęca, mógł się wyspać i miał warunki, by odrobić lekcje. Innymi słowy - zaspokojono jego najbardziej elementarne potrzeby.
Dziś jednak będzie niestety o wyjątku od tej reguły. Uczę w trzeciej gimnazjalnej chłopca - nazwijmy go Darek - który od kilku lat jest wychowankiem Domu Dziecka. Nie jestem jego wychowawczynią, nie wiem więc, dlaczego tam trafił, mam jedynie informację, że jego rodzice żyją [w dzienniku znajduje adres ich zameldowania]. Im dłużej mam z nim do czynienia, tym bardziej mam wrażenie, że patrzę na jakiegoś bohatera literackiego rodem z powieści XIX-wiecznych o dzieciach z zapchlonych sierocińców, przymierających głodem i wykorzystywanych do nieludzkiej pracy. Przesadzam rzecz jasna, ale niestety nie do końca.
Przede wszystkim - ktoś zaniedbał "diagnostykę", bo po kilku lekcjach z nim nie mam wątpliwości, że chłopak powinien być w szkole specjalnej. Kompletnie nie radzi sobie z nauką czegokolwiek i nawet jak na standardy Zoo wyraźnie odstaje intelektualnie od reszty małpiątek. Jest w stanie jedynie siedzieć na lekcji i kopiować notatkę z tablicy do zeszytu, a i to nie bez błędów, bo pisze i czyta z wyraźną trudnością. A już jasne jest, że o zrozumieniu czegokolwiek nie ma co marzyć. Chcecie przykładu? Trafiło się, że byłam z nim sama na lekcji - ósma rano w poniedziałek, tylko on dotarł. Pomyślałam, że to świetna okazja, bym z nim popracowała indywidualnie i w rezultacie by zrobił coś na tyle konstruktywnego, by zdobyć jakąś pozytywną ocenę. Zaczęłam go więc najpierw całkiem spokojnie, "na luzie" pytać z ostatniej lekcji, która odbyła się poprzedniego dnia i na której był. Miałam nadzieję, że coś mu w głowie zostało, tym bardziej, że omawialiśmy akurat fragment z Biblii o Adamie, Ewie i jabłku - no darujcie, ale w naszym [czytaj: katolickim] kręgu kulturowym każdy słyszał tę historię... Okazało się jednak, że Darek z całego opowiadania zapamiętał tylko finał, czyli wygnanie z raju, ale już świadomość jak do tego doszło zaginęła w mrokach umysłu ucznia. Wzięłam więc głęboki oddech i zarządziłam inne ćwiczenie. Dałam mu do przeczytania króciutki [pół strony w podręczniku!] mit o genezie wojny trojańskiej, czyli o sądzie Parysa w sprawie najpiękniejszej boginii. Dałam mu 20 minut na zapoznanie się z tekstem, a po upływie czasu poleciłam, żeby mi go opowiedział. Wiecie, że nic nie zapamiętał? Dosłownie NIC. Nie był nawet w stanie wymienić imion bohaterów, łącznie z imieniem Parysa, które przecież było w tytule... Przyznam, że opadły mi ręce. Co ten chłopak w ogóle tu robi? Jakim cudem ja mam dać mu pozytywną ocenę z polskiego? Mimo najszczerszych chęci - no jak???
Notabene - Darek, jak można się domyślić, jest pośmiewiskiem całej klasy. Koledzy śmieją się z niego niemiłosiernie, podbudowując sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, bo oto znalazł się "prawdziwy debil", głupszy niż ktokolwiek dookoła. A on biedny nie ma jak się bronić...
To jednak nie koniec zaniedbań, jeśli chodzi o tego chłopca. Jak wiadomo, jesień to czas zachorowań na wszelkie możliwe infekcje. Kilku nauczycieli już jest na zwolnieniach, a połowa uczniów charczy i smarka. Darek też się doprawił - siedział na polskim i całe 45 minut kaszlał tak, że mało nie zostawił płuc na ławce. Naprawdę aż serce się ściskało, ale to pikuś, bo w pewnym momencie zauważyłam, że na chusteczce, którą zasłonił sobie usta... jest krew! Nikt mi nie wmówi, że dorobił się tego w przeciągu kilku dni. Jeśli pluje krwią, to znaczy, że sprawa jest po pierwsze poważna, po drugie - trwa już długo. W takim razie pojawia się pytanie: co do jasnej cholery robią jego opiekunowie w bidulu?! Grają w szachy korespondencyjne?!
Po zakończonej lekcji poleciałam do wychowawczyni Darka i kazałam jej zadzwonić do Domu Dziecka, by zabrali chłopaka do lekarza. I rzeczywiście, następnego dnia nie pojawił się w szkole, a faksem przyszło jego zwolnienie lekarskie. No rychło w czas, może nie pozaraża całego Zoo...
Naprawdę nie sądziłam, że w XXI wieku w środku Europy mogą funkcjonować tak ewidentnie olewające swoich wychowanków placówki opiekuńcze. Co to ma być, powieść Dickensa? Chyba wciąż jestem zbyt wielką idealistką mającą zaufanie do państwa polskiego, bo gdybym nie widziała tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła.
poniedziałek, 19 września 2011
W obronie terytorium
Dziś będzie o Jej Wysokości oraz o innych mruczących futrzakach. Ale po kolei.
Ponieważ Hipopotam - przytaczając jego własne słowa - z dnia na dzień czuje się coraz silniejszy, postanowiliśmy wykorzystać piękną, jesienną pogodę i wybraliśmy się na weekend do wiejskiej posiadłości Seniorki. Dla osób, które cały czas spędzają w betonowo-ceglanej miejskiej puszczy, a zamiast odgłosów przyrody słyszą co najwyżej "sztachet-party" u sąsiadów, taka zmiana otoczenia jest naprawdę relaksującą odmianą. Nie zrozumcie mnie źle, ja bynajmniej nie narzekam na egzystencję w środku dużego, polskiego miasta - lubię miejsce, w którym żyję i na stałe na pewno nie zamieniłabym mojej pomarańczowej pieczary na żaden rustykalny domek z ogródkiem tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Co innego jednak życie codziennie, a co innego odpoczynek. No i tutaj owszem, niezaprzeczalnie lepiej wyciszyć się poza miastem.
Nie da się ukryć, że wiejska posiadłość Seniorki to naprawdę piękne miejsce. Nie będę się w tym momencie rozpisywać szczegółowo na temat jego walorów, bo Hipopotam zrobi to lepiej - zainteresowanych odsyłam na jego bloga i zapewniam, że jest na co popatrzeć. Ja natomiast uraczę Was relacją z wizyty z trochę innej, bo kociej perspektywy.
Nie przypuszczacie chyba, że wyjeżdżając na weekend moglibyśmy zostawić Jej Wysokość samą, smutną w mieszkaniu? Naturalnie została załadowana do transportera, by i ona mogła korzystać z wiejskich uroków. Zna już dobrze to miejsce, bo rok temu spędziła ze mną u Seniorki cały lipiec. Dowcip polega na tym, że wówczas była tam niepodzielną panią i władczynią, teraz jednak u mojej mamy zdążyła zadomowić się już inna futrzasta rodzinka. Najpierw była to urocza, szara koteczka, która jednak poczuła się tam na tyle dobrze, że zaczęła przyprowadzać swoje malutkie pociechy. Oczywiście ma to niezaprzeczalnie związek z faktem, że zarówno Seniorka jak i jej mąż są dobrymi ludźmi i z powodu tych powtarzających się odwiedzin otworzyli na terenie ogrodu koci odddział stołówki MOPS-u... W wyniku tego futrzaki zaczęły przychodzić codziennie i poczuły się jak prawdziwi koci rezydenci. No i pojawił się problem, kiedy do ogrodu zawitała Puma, pamiętająca jeszcze, że to jest jej osobisty teren łowiecki. Relacjonując przebieg konfliktu w skrócie, to Jej Wysokość w końcu łaskawie zgodziła się na udzielenie intruzom azylu politycznego na jej włościach [a to ona była tu organem wydającym decyzję, bowiem masą ciała przewyższała kocią mamusię tak gdzieś ze dwa razy...]. Nie obyło się to bez scen drastycznych - jeden z maluchów zagnany przez Pumę na skraj małego oczka wodnego tak się wystraszył, że zostawił w wodzie kilka okrągłych bobków, wyłowionych niezwłocznie siatką na motyle.
Ale i dla Jej Wysokości znalazł się w pewnym momencie godny przeciwnik. Do królestwa Seniorki przybył duży, wiejski kocur, który odebrał widocznie raport od swoich szpiegów, że "tu dobrze karmią". Z nim już Pumie nie poszło tak łatwo - doszło do dwóch starć, w których z odsieczą księżniczce musiał przybyć Rycerz na Białym Koniu [w tej roli Hipopotam z kijem w ręku :)]. Za trzecim jednak razem Jej Wysokość pogoniła intruza i musiała mu najwidoczniej porządnie przejechać po pysku pazurkami ze swoim starannie wykonanym miastowym manicurem, bo skubany zwiewał piszcząc tak, że aż się za nim kurzyło. I rzecz jasna więcej nie wrócił.
Oprócz tego Pumiszcze żywiło się prawie wyłącznie na powietrzu, polując na ogrodowe żaby i myszy. A od wczoraj odsypia pełen wrażeń weekend leżąc na swoim ukochanym ręczniczku umieszczonym na przybitej specjalnie dla niej przez Hipopotama półeczce pod sufitem.
Jako bonus mam dla Was materiał filmowy, którego bohaterem jest Mała Wodna Kocia Srajdka. A propos, ma ktoś może pomysł na imię? Komisyjnie stwierdzono, że jest to koteczka :)
Ponieważ Hipopotam - przytaczając jego własne słowa - z dnia na dzień czuje się coraz silniejszy, postanowiliśmy wykorzystać piękną, jesienną pogodę i wybraliśmy się na weekend do wiejskiej posiadłości Seniorki. Dla osób, które cały czas spędzają w betonowo-ceglanej miejskiej puszczy, a zamiast odgłosów przyrody słyszą co najwyżej "sztachet-party" u sąsiadów, taka zmiana otoczenia jest naprawdę relaksującą odmianą. Nie zrozumcie mnie źle, ja bynajmniej nie narzekam na egzystencję w środku dużego, polskiego miasta - lubię miejsce, w którym żyję i na stałe na pewno nie zamieniłabym mojej pomarańczowej pieczary na żaden rustykalny domek z ogródkiem tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Co innego jednak życie codziennie, a co innego odpoczynek. No i tutaj owszem, niezaprzeczalnie lepiej wyciszyć się poza miastem.
Nie da się ukryć, że wiejska posiadłość Seniorki to naprawdę piękne miejsce. Nie będę się w tym momencie rozpisywać szczegółowo na temat jego walorów, bo Hipopotam zrobi to lepiej - zainteresowanych odsyłam na jego bloga i zapewniam, że jest na co popatrzeć. Ja natomiast uraczę Was relacją z wizyty z trochę innej, bo kociej perspektywy.
Nie przypuszczacie chyba, że wyjeżdżając na weekend moglibyśmy zostawić Jej Wysokość samą, smutną w mieszkaniu? Naturalnie została załadowana do transportera, by i ona mogła korzystać z wiejskich uroków. Zna już dobrze to miejsce, bo rok temu spędziła ze mną u Seniorki cały lipiec. Dowcip polega na tym, że wówczas była tam niepodzielną panią i władczynią, teraz jednak u mojej mamy zdążyła zadomowić się już inna futrzasta rodzinka. Najpierw była to urocza, szara koteczka, która jednak poczuła się tam na tyle dobrze, że zaczęła przyprowadzać swoje malutkie pociechy. Oczywiście ma to niezaprzeczalnie związek z faktem, że zarówno Seniorka jak i jej mąż są dobrymi ludźmi i z powodu tych powtarzających się odwiedzin otworzyli na terenie ogrodu koci odddział stołówki MOPS-u... W wyniku tego futrzaki zaczęły przychodzić codziennie i poczuły się jak prawdziwi koci rezydenci. No i pojawił się problem, kiedy do ogrodu zawitała Puma, pamiętająca jeszcze, że to jest jej osobisty teren łowiecki. Relacjonując przebieg konfliktu w skrócie, to Jej Wysokość w końcu łaskawie zgodziła się na udzielenie intruzom azylu politycznego na jej włościach [a to ona była tu organem wydającym decyzję, bowiem masą ciała przewyższała kocią mamusię tak gdzieś ze dwa razy...]. Nie obyło się to bez scen drastycznych - jeden z maluchów zagnany przez Pumę na skraj małego oczka wodnego tak się wystraszył, że zostawił w wodzie kilka okrągłych bobków, wyłowionych niezwłocznie siatką na motyle.
Ale i dla Jej Wysokości znalazł się w pewnym momencie godny przeciwnik. Do królestwa Seniorki przybył duży, wiejski kocur, który odebrał widocznie raport od swoich szpiegów, że "tu dobrze karmią". Z nim już Pumie nie poszło tak łatwo - doszło do dwóch starć, w których z odsieczą księżniczce musiał przybyć Rycerz na Białym Koniu [w tej roli Hipopotam z kijem w ręku :)]. Za trzecim jednak razem Jej Wysokość pogoniła intruza i musiała mu najwidoczniej porządnie przejechać po pysku pazurkami ze swoim starannie wykonanym miastowym manicurem, bo skubany zwiewał piszcząc tak, że aż się za nim kurzyło. I rzecz jasna więcej nie wrócił.
Oprócz tego Pumiszcze żywiło się prawie wyłącznie na powietrzu, polując na ogrodowe żaby i myszy. A od wczoraj odsypia pełen wrażeń weekend leżąc na swoim ukochanym ręczniczku umieszczonym na przybitej specjalnie dla niej przez Hipopotama półeczce pod sufitem.
Jako bonus mam dla Was materiał filmowy, którego bohaterem jest Mała Wodna Kocia Srajdka. A propos, ma ktoś może pomysł na imię? Komisyjnie stwierdzono, że jest to koteczka :)
czwartek, 15 września 2011
Dziwne wagary
Małpki nie przestaną mnie chyba nigdy zaskakiwać. Może się wydawać, że po roku pracy w Zoo jestem w stanie przewidzieć, na co stać co poniektóre - ale jak się dziś przekonałam, nie sposób do końca przewidzieć, co tak naprawdę kryje się w zwojach mózgowych poszczególnych osobników.
Pisałam Wam, że po wakacjach Dawidek [czyli Zły Pies] zasadniczo się uspokoił. Mamy połowę miesiąca, a on ma dopiero jedną uwagę negatywną. Co prawda wynikać to może z faktu, że zaczął trochę wagarować, co daje proste przełożenie na jego zachowanie, bo w poprzednim roku ilość jego numerów zdecydowanie była wprost proporcjonalna do wysokiej frekwencji delikwenta. Nie bez znaczenia na pewno jest też fakt, że spora część jego świty została uziemiona [czyli powtarza klasę], a więc mój ulubieniec nie ma się przed kim popisywać. Tak czy inaczej - ja i inni nauczyciele zdecydowanie mamy większy spokój.
Jeśli czytaliście uważnie post z charakterystyką Dawidka, to pamiętacie zapewne stwierdzenie, że jest to chłopak inteligentny, którego spokojnie byłoby stać na skończenie lepszej szkoły niż Zoo, gdyby nie jego problemy emocjonalne. Potwierdzenie tego znajduję ostatnio na języku polskim. Otóż Dawid - jako że nie rozrabia ani też nie ma ekipy, której by imponowało jego chamstwo - zapewne z nudów wziął się na lekcjach do pracy. Co prawda na początku się zniechęcał i jęczał, że to "poj***ne jakieś jest", ale po jakimś czasie jego szare komórki najwidoczniej się rozgrzały. W efekcie opanował klasyfikację i rozróżnianie części zdania oraz nauczył się rysować wykresy zdań pojedynczych - a z ręką na sercu, zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwy materiał. Trafiło się, że na jednej z lekcji byliśmy sami [tzn. był jedynym uczniem, który przyszedł] - wałkowaliśmy wykresy całą godzinę, a że naprawdę udało mu się zrobić kilka trudnych przykładów zupełnie samodzielnie, to pod koniec zajęć wstawiłam mu piątkę do dziennika "za pracę na lekcji". Żałujcie, że nie widzieliście jego miny: nie będzie dużo przesady w tradycyjnym stwierdzeniu, że "opadła mu szczęka". Jak się potem dowiedziałam, była to... pierwsza piątka z języka polskiego, jaką dostał w życiu.
Ale jak się okazało, jeśli chciałam obtrąbić sukces wychowawczo-dydaktyczny, to zdecydowanie się pospieszyłam. Mieli dziś zapowiedziany całogodzinny sprawdzian z tych wykresów. Klasówka na trzeciej godzinie, ale wcześniej widzieliśmy się na pierwszej, bo mamy lekcję wychowawczą. Dawidek zwlókł się na tę ósmą rano i był spokojny, a kiedy powtarzałam z resztą towarzystwa zagadnenia do sprawdzianu, to od niechcenia, przysypiając, podawał same poprawne odpowiedzi, a pozostali uczniowie patrzyli na niego z nieukrywaną zazdrością. Jakież więc było moje zdumienie, kiedy nadeszła trzecia godzina i okazało się, że Dawidek... zwiał ze sprawdzianu! Naprawdę osłupiałam. Jestem w stanie zrozumieć, że uczeń ucieka z klasówki, bo nic nie umie, ale za cholerę nie mieści mi się w głowie, by nie przyjść w sytuacji, gdy ma się materiał w małym palcu. W efekcie ma - jak wszyscy nieobecni - wpisane "zero", dopóki tego nie zaliczy.
Kompletnie bez sensu: dostać z tego samego działu raz piątkę, a raz zero [czyli gorzej, niż niedostateczny]. Czy ktoś może mnie oświecić, po jakiego grzyba on to zrobił?
Pisałam Wam, że po wakacjach Dawidek [czyli Zły Pies] zasadniczo się uspokoił. Mamy połowę miesiąca, a on ma dopiero jedną uwagę negatywną. Co prawda wynikać to może z faktu, że zaczął trochę wagarować, co daje proste przełożenie na jego zachowanie, bo w poprzednim roku ilość jego numerów zdecydowanie była wprost proporcjonalna do wysokiej frekwencji delikwenta. Nie bez znaczenia na pewno jest też fakt, że spora część jego świty została uziemiona [czyli powtarza klasę], a więc mój ulubieniec nie ma się przed kim popisywać. Tak czy inaczej - ja i inni nauczyciele zdecydowanie mamy większy spokój.
Jeśli czytaliście uważnie post z charakterystyką Dawidka, to pamiętacie zapewne stwierdzenie, że jest to chłopak inteligentny, którego spokojnie byłoby stać na skończenie lepszej szkoły niż Zoo, gdyby nie jego problemy emocjonalne. Potwierdzenie tego znajduję ostatnio na języku polskim. Otóż Dawid - jako że nie rozrabia ani też nie ma ekipy, której by imponowało jego chamstwo - zapewne z nudów wziął się na lekcjach do pracy. Co prawda na początku się zniechęcał i jęczał, że to "poj***ne jakieś jest", ale po jakimś czasie jego szare komórki najwidoczniej się rozgrzały. W efekcie opanował klasyfikację i rozróżnianie części zdania oraz nauczył się rysować wykresy zdań pojedynczych - a z ręką na sercu, zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwy materiał. Trafiło się, że na jednej z lekcji byliśmy sami [tzn. był jedynym uczniem, który przyszedł] - wałkowaliśmy wykresy całą godzinę, a że naprawdę udało mu się zrobić kilka trudnych przykładów zupełnie samodzielnie, to pod koniec zajęć wstawiłam mu piątkę do dziennika "za pracę na lekcji". Żałujcie, że nie widzieliście jego miny: nie będzie dużo przesady w tradycyjnym stwierdzeniu, że "opadła mu szczęka". Jak się potem dowiedziałam, była to... pierwsza piątka z języka polskiego, jaką dostał w życiu.
Ale jak się okazało, jeśli chciałam obtrąbić sukces wychowawczo-dydaktyczny, to zdecydowanie się pospieszyłam. Mieli dziś zapowiedziany całogodzinny sprawdzian z tych wykresów. Klasówka na trzeciej godzinie, ale wcześniej widzieliśmy się na pierwszej, bo mamy lekcję wychowawczą. Dawidek zwlókł się na tę ósmą rano i był spokojny, a kiedy powtarzałam z resztą towarzystwa zagadnenia do sprawdzianu, to od niechcenia, przysypiając, podawał same poprawne odpowiedzi, a pozostali uczniowie patrzyli na niego z nieukrywaną zazdrością. Jakież więc było moje zdumienie, kiedy nadeszła trzecia godzina i okazało się, że Dawidek... zwiał ze sprawdzianu! Naprawdę osłupiałam. Jestem w stanie zrozumieć, że uczeń ucieka z klasówki, bo nic nie umie, ale za cholerę nie mieści mi się w głowie, by nie przyjść w sytuacji, gdy ma się materiał w małym palcu. W efekcie ma - jak wszyscy nieobecni - wpisane "zero", dopóki tego nie zaliczy.
Kompletnie bez sensu: dostać z tego samego działu raz piątkę, a raz zero [czyli gorzej, niż niedostateczny]. Czy ktoś może mnie oświecić, po jakiego grzyba on to zrobił?
niedziela, 11 września 2011
Raporcik
Zdaje się, że jak na razie Efekt TUP działa, bo w pierwszym tygodniu wznowienia zajęć w Zoo po wakacjach nie wydarzyło się nic bardzo emocjonującego ani groźnego. Dla porównania - rok temu we wrześniu miałam już jazdę na całego. Klasy prześcigały się biorąc najwidoczniej udział w konkursie pod tytułem: "Kto szybciej wykończy psychicznie nową panią od polskiego". Palma pierszeństwa rzecz jasna należała się Beatce-Ciężarówce, bo gdyby tak nie było, to cała historia nie skończyłaby się przecież na policji i nie zaowocowała sprawą o obrazę funkcjonariusza państwowego podczas pełnienia obowiązków służbowych.
Tym razem - nie ukrywam, że ku mojemu zaskoczeniu - mam względny spokój. Odnotowałam kilka zgrzytów, ale nie z takimi numerami radziłam już sobie przez ubiegły rok. Dawidkowi najwyraźniej kończy się zapał -albo siły, by nad sobą panować - bo na ostatnim polskim wpisałam mu już pierwszą uwagę za notoryczne odbieranie telefonu komórkowego na lekcji [rzecz jasna pomimo wyraźnego zakazu] oraz w rezultacie opuszczenie sali, bo chciał sobie w spokoju pogadać. Ale to i tak Pan Pikuś przy jego możliwościach. Notabene mam zamiar straszyć go tym, że jeśli w tym roku też będzie miał zachowanie naganne na koniec roku, to zgodnie z przepisami będę wnioskowała na radzie pedagogicznej o zatrzymanie go w tej samej klasie, nawet mimo pozytywnych ocen. Może to coś da...
Miałam nieprzyjemną akcję z trzema cwaniaczkami na lekcji organizacyjnej w pierwszej zawodowej. Przyszło mi towarzystwo 10 minut po dzwonku z wyraźnym zamiarem rozwalenia zajęć i "obsikania terenu", czyli pokazania nieznanej im nauczycielce, kto tu rządzi. Co takiego robili? Standard: głupie, głośne rozmowy oraz niedopuszczanie mnie do głosu poprzez nabijanie się ze wszystkiego, co powiedziałam. Jeden z nich nawet autentycznie popłakał się ze śmiechu, ale chyba nie spodobało mu się, że troskliwie wyjęłam chusteczki higieniczne z plecaka i podałam mu je - chyba spodziewał się troszkę innej reakcji :) A koledze, który stanął koło mnie na katedrze i zaczął parodiować mój sposób mówienia i gestykulacji, rzecz jasna pogratulowałam zdolności aktorskich i wyraziłam ubolewanie, że w takim razie uczy się w zawodówce, a nie w szkole artystycznej, bo najwyraźniej minął się z powołaniem. Potem zaczęła się już typowa chamówa, zwieńczona stwierdzeniem, że [uwaga, cytuję bez cenzury]: "Pani to jest jakaś niedojebana, chyba pani dawno nikt nie wyruchał!". A ponieważ jedyną moją reakcją było pytanie, czy zdają sobie sprawę, że pierwsza rzecz, którą zrobię po lekcjach, to będzie wizyta w gabinecie Wice, to cała trójca w końcu zabrała się i opuściła salę - kilkanaście minut przed końcem zajęć, co przyjęłam z ulgą, bo wreszcie mogłam spokojnie dokończyć tłumaczenie reszcie klasy, jakie są moje wymagania oraz przewidywana lista lektur. Jaki był finał tej historii? Szczegółowe opisanie całego zdarzenia w dzienniku lekcyjnym, moja rozmowa z wychowawcą klasy i Wice, dywanik dla wszystkich trzech panów u głównej oraz karne przeniesienie prowodyra do równoległej klasy. Reszcie uświadomiono, że ponieważ więcej równoległych klas nie ma, to kolejnym krokiem będzie posłanie ich na zieloną trawkę - jako, że niedługo osiągną pełnoletność i nie będziemy się musieli z nimi dłużej patyczkować . Będzie to równoznaczne z tym, że zawodówki raczej nie skończą [no, chyba że prywatnie, jeśli zapłacą w prywatnej szkole], bo z takimi papierami nikt poza Zoo i tak ich nie przyjmie. Efekt? Na drugiej lekcji polskiego pojawił się tylko jeden z tych trzech panów, który przez całą lekcję się nawet nie odezwał, tylko siedział i notował. I tak ma być :)
Poza tym można by wręcz rzec: nudy :) Zobaczmy, co dalej. No i w tym tygodniu czeka mnie pewnie zebranie z rodzicami. Ciekawie, czy coś się będzie działo?
A póki co mam zamiar skorzystać z ładnego weekendu oraz tego, że Hipopotam czuje się zdecydowanie lepiej. Wyruszamy w miasto :) Uwaga, Smoki nadlatują!
Tym razem - nie ukrywam, że ku mojemu zaskoczeniu - mam względny spokój. Odnotowałam kilka zgrzytów, ale nie z takimi numerami radziłam już sobie przez ubiegły rok. Dawidkowi najwyraźniej kończy się zapał -albo siły, by nad sobą panować - bo na ostatnim polskim wpisałam mu już pierwszą uwagę za notoryczne odbieranie telefonu komórkowego na lekcji [rzecz jasna pomimo wyraźnego zakazu] oraz w rezultacie opuszczenie sali, bo chciał sobie w spokoju pogadać. Ale to i tak Pan Pikuś przy jego możliwościach. Notabene mam zamiar straszyć go tym, że jeśli w tym roku też będzie miał zachowanie naganne na koniec roku, to zgodnie z przepisami będę wnioskowała na radzie pedagogicznej o zatrzymanie go w tej samej klasie, nawet mimo pozytywnych ocen. Może to coś da...
Miałam nieprzyjemną akcję z trzema cwaniaczkami na lekcji organizacyjnej w pierwszej zawodowej. Przyszło mi towarzystwo 10 minut po dzwonku z wyraźnym zamiarem rozwalenia zajęć i "obsikania terenu", czyli pokazania nieznanej im nauczycielce, kto tu rządzi. Co takiego robili? Standard: głupie, głośne rozmowy oraz niedopuszczanie mnie do głosu poprzez nabijanie się ze wszystkiego, co powiedziałam. Jeden z nich nawet autentycznie popłakał się ze śmiechu, ale chyba nie spodobało mu się, że troskliwie wyjęłam chusteczki higieniczne z plecaka i podałam mu je - chyba spodziewał się troszkę innej reakcji :) A koledze, który stanął koło mnie na katedrze i zaczął parodiować mój sposób mówienia i gestykulacji, rzecz jasna pogratulowałam zdolności aktorskich i wyraziłam ubolewanie, że w takim razie uczy się w zawodówce, a nie w szkole artystycznej, bo najwyraźniej minął się z powołaniem. Potem zaczęła się już typowa chamówa, zwieńczona stwierdzeniem, że [uwaga, cytuję bez cenzury]: "Pani to jest jakaś niedojebana, chyba pani dawno nikt nie wyruchał!". A ponieważ jedyną moją reakcją było pytanie, czy zdają sobie sprawę, że pierwsza rzecz, którą zrobię po lekcjach, to będzie wizyta w gabinecie Wice, to cała trójca w końcu zabrała się i opuściła salę - kilkanaście minut przed końcem zajęć, co przyjęłam z ulgą, bo wreszcie mogłam spokojnie dokończyć tłumaczenie reszcie klasy, jakie są moje wymagania oraz przewidywana lista lektur. Jaki był finał tej historii? Szczegółowe opisanie całego zdarzenia w dzienniku lekcyjnym, moja rozmowa z wychowawcą klasy i Wice, dywanik dla wszystkich trzech panów u głównej oraz karne przeniesienie prowodyra do równoległej klasy. Reszcie uświadomiono, że ponieważ więcej równoległych klas nie ma, to kolejnym krokiem będzie posłanie ich na zieloną trawkę - jako, że niedługo osiągną pełnoletność i nie będziemy się musieli z nimi dłużej patyczkować . Będzie to równoznaczne z tym, że zawodówki raczej nie skończą [no, chyba że prywatnie, jeśli zapłacą w prywatnej szkole], bo z takimi papierami nikt poza Zoo i tak ich nie przyjmie. Efekt? Na drugiej lekcji polskiego pojawił się tylko jeden z tych trzech panów, który przez całą lekcję się nawet nie odezwał, tylko siedział i notował. I tak ma być :)
Poza tym można by wręcz rzec: nudy :) Zobaczmy, co dalej. No i w tym tygodniu czeka mnie pewnie zebranie z rodzicami. Ciekawie, czy coś się będzie działo?
A póki co mam zamiar skorzystać z ładnego weekendu oraz tego, że Hipopotam czuje się zdecydowanie lepiej. Wyruszamy w miasto :) Uwaga, Smoki nadlatują!
poniedziałek, 5 września 2011
Pierwsza lekcja polskiego w nowej klasie
Pierwsze zajęcia w nowym roku szkolnym zawsze mają charakter organizacyjny. Wynika to nawet z obowiązków, jakie na nas, nauczycieli, nakładają przepisy oświatowe - mamy zwykle tydzień na "zapoznanie uczniów z wymaganiami edukacyjnymi i kryteriami oceniania", a fakt ten musi być odnotowany w dzienniku lekcyjnym. Teoretycznie oznacza to, że powinniśmy przeczytać dzieciakom kilka stron podstawy programowej oraz stosowne paragrafy ze Statutu Szkoły, które zawierają wewnątrzszkolny system oceniania, a do tego przydałoby się zapoznać ich z ustaleniami naszej komisji przedmiotowej [czyli w moim przypadku - języka polskiego]. I tak do znudzenia, co roku. Nie mogę w tym miejscu mówić za wszystkich nauczycieli, ale co do mnie, to nigdy tego nie robię, a to z tego względu, że mijałoby się to z celem. W zwyczajnej szkole przeczytanie tego wszystkiego zaowocowałoby uśpieniem podopiecznych, a w Zoo - zdemolowaniem sali, bo jak podkreślałam wielokrotnie, Małpki NIE MOGĄ się nudzić pod groźbą wysadzenia budynku w powietrze.
Co zatem robię? Informuję, w jaki sposób można dotrzeć do tych dokumentów [a zwykle ich egzemplarze znajdują się w szkolnej bibliotece], więc jeśli któreś dzieciątko jest szczególnie dociekliwe, to może w wolnej chwili to sobie spokojnie przewertować. Zamiast tego szczegółowo i powolutku wyłuszczam, jakie są smocze kryteria oceniania, czyli reguły obowiązujące na języku polskim. I to rzeczywiście przypominam co roku, do znudzenia, żeby nie było żadnych nieporozumień. Dostają więc informacje, ile można zgłosić w semestrze nieprzygotowań [i jak się to robi, by na pewno było uwzględnione], za co można otrzymać ocenę, czym ryzykują, jeśli odmawiają współpracy lub robią mi na zajęciach bydło [no jak to czym - "nadzwyczajnie dobrym stopniem", czyli ndst...], jak ma wyglądać zeszyt i że jak ktoś się spóźni na lekcję, to ma nieobecność do momentu, aż mi pokaże, że się wziął do uczciwej roboty. Potem ze względu na specyfikę mojego przedmiotu przedstawiam listę lektur, mówiąc przy okazji o każdej książce kilka zdań [a nóż-widelec uda mi się kogoś zachęcić do przeczytania...?]. I to by było na tyle, jeśli chodzi o formalności.
Po wyłuszczeniu tego wszystkiego zostaje mi zwykle ok. 15 minut zajęć, które trzeba jakoś spożytkować. Jeśli mam do czynienia z klasą, którą już uczyłam, to zwykle pytam ich, jak spędzili wakacje, mówię ewentualnie coś o sobie [jeśli pytają], czyli prowadzę kulturalną, towarzyską rozmowę. Natomiast jeśli są to nowe dzieciaki, to robię im "zdania niedokończone". Co to takiego? Zapisuję na tablicy kilka zdań, które każdy z uczniów ma na karteczce dokończyć według własnego znania. Mamy w ten sposób typowy szampon z odżywką, czyli dwa w jednym: za pomocą tego ćwiczenia jako polonista sprawdzam, na jakim poziomie językowym są moi podopieczni [jakie zdania budują, jaki mają zasób słownictwa], a jako człowiek mam okazję dowiedzieć się czegoś o nich. Pytania układam różne, w zależności od mojego humoru, staram się jednak, by były albo natury filozoficzno-moralnej, albo takie, które umożliwiają uruchomienie wyobraźni.
I właśnie po pierwszych zajęciach z moją nową trzecią gimnazjalną mam przed sobą stosik wyrwanych z zeszytu karteczek, na których nagryzmolone są odpowiedzi na trzy pytania. Jutro dostanę kolejną porcję -pierwsza lekcja z zawodówką - ale póki co pozwolę sobie oddać głos gimnazjalistom. Od komentarza tym razem się powstrzymam, niech panowie mówią sami. Bywa śmiesznie, bywa poważnie - jak to w życiu młodych ludzi.
1) Za pierwszy zarobiony milion złotych...
... założyłbym średnio dochodową firmę, która pozwoliłaby mi nic nie robić do końca życia. [Zbyszek]
... kupiłbym duży dom i przeznaczyłbym część pieniędzy na schronisko dla bezdomnych zwierząt. [Kuba]
... część pieniądzy dałbym mamie (tzn. 25%), a swoje 25% wydałbym na ubrania. Natomiast 50% dałbym na lokatę. [Dawid]
... kupię sobie 200 litrów piwa i 300 wagonów fajek. [Damian]
2) Gdybym był zwierzęciem, to byłbym....., ponieważ....
...małpą [ :) ], bo umieją skakać po drzewach [Piotr]
...rekinem, bo lubię pływać i zjadałbym ludzi, a szczególnie nauczycieli języka polskiego. [Damian]
...wściekłym psem pilnującym domu z ogrodem. [Michał]
...kotem, bo większość ludzi je lubi, a poza tym cały czas śpią. [Zbyszek]
3) Moim zdaniem najważniejsze w życiu to...
...być szczęśliwym i zadowolonym z siebie. [Zbyszek]
...rodzina, bo można na niej polegać. [Dawid]
...rodzina, bo trzeba mieć rodzinę, żeby nie czuć się samotnym. [Kuba]
...własne pieniądze i zdrowie. [Michał]
A może w komentarzach do tego posta spróbujecie sami dokończyć te zdania?
Co zatem robię? Informuję, w jaki sposób można dotrzeć do tych dokumentów [a zwykle ich egzemplarze znajdują się w szkolnej bibliotece], więc jeśli któreś dzieciątko jest szczególnie dociekliwe, to może w wolnej chwili to sobie spokojnie przewertować. Zamiast tego szczegółowo i powolutku wyłuszczam, jakie są smocze kryteria oceniania, czyli reguły obowiązujące na języku polskim. I to rzeczywiście przypominam co roku, do znudzenia, żeby nie było żadnych nieporozumień. Dostają więc informacje, ile można zgłosić w semestrze nieprzygotowań [i jak się to robi, by na pewno było uwzględnione], za co można otrzymać ocenę, czym ryzykują, jeśli odmawiają współpracy lub robią mi na zajęciach bydło [no jak to czym - "nadzwyczajnie dobrym stopniem", czyli ndst...], jak ma wyglądać zeszyt i że jak ktoś się spóźni na lekcję, to ma nieobecność do momentu, aż mi pokaże, że się wziął do uczciwej roboty. Potem ze względu na specyfikę mojego przedmiotu przedstawiam listę lektur, mówiąc przy okazji o każdej książce kilka zdań [a nóż-widelec uda mi się kogoś zachęcić do przeczytania...?]. I to by było na tyle, jeśli chodzi o formalności.
Po wyłuszczeniu tego wszystkiego zostaje mi zwykle ok. 15 minut zajęć, które trzeba jakoś spożytkować. Jeśli mam do czynienia z klasą, którą już uczyłam, to zwykle pytam ich, jak spędzili wakacje, mówię ewentualnie coś o sobie [jeśli pytają], czyli prowadzę kulturalną, towarzyską rozmowę. Natomiast jeśli są to nowe dzieciaki, to robię im "zdania niedokończone". Co to takiego? Zapisuję na tablicy kilka zdań, które każdy z uczniów ma na karteczce dokończyć według własnego znania. Mamy w ten sposób typowy szampon z odżywką, czyli dwa w jednym: za pomocą tego ćwiczenia jako polonista sprawdzam, na jakim poziomie językowym są moi podopieczni [jakie zdania budują, jaki mają zasób słownictwa], a jako człowiek mam okazję dowiedzieć się czegoś o nich. Pytania układam różne, w zależności od mojego humoru, staram się jednak, by były albo natury filozoficzno-moralnej, albo takie, które umożliwiają uruchomienie wyobraźni.
I właśnie po pierwszych zajęciach z moją nową trzecią gimnazjalną mam przed sobą stosik wyrwanych z zeszytu karteczek, na których nagryzmolone są odpowiedzi na trzy pytania. Jutro dostanę kolejną porcję -pierwsza lekcja z zawodówką - ale póki co pozwolę sobie oddać głos gimnazjalistom. Od komentarza tym razem się powstrzymam, niech panowie mówią sami. Bywa śmiesznie, bywa poważnie - jak to w życiu młodych ludzi.
1) Za pierwszy zarobiony milion złotych...
... założyłbym średnio dochodową firmę, która pozwoliłaby mi nic nie robić do końca życia. [Zbyszek]
... kupiłbym duży dom i przeznaczyłbym część pieniędzy na schronisko dla bezdomnych zwierząt. [Kuba]
... część pieniądzy dałbym mamie (tzn. 25%), a swoje 25% wydałbym na ubrania. Natomiast 50% dałbym na lokatę. [Dawid]
... kupię sobie 200 litrów piwa i 300 wagonów fajek. [Damian]
2) Gdybym był zwierzęciem, to byłbym....., ponieważ....
...małpą [ :) ], bo umieją skakać po drzewach [Piotr]
...rekinem, bo lubię pływać i zjadałbym ludzi, a szczególnie nauczycieli języka polskiego. [Damian]
...wściekłym psem pilnującym domu z ogrodem. [Michał]
...kotem, bo większość ludzi je lubi, a poza tym cały czas śpią. [Zbyszek]
3) Moim zdaniem najważniejsze w życiu to...
...być szczęśliwym i zadowolonym z siebie. [Zbyszek]
...rodzina, bo można na niej polegać. [Dawid]
...rodzina, bo trzeba mieć rodzinę, żeby nie czuć się samotnym. [Kuba]
...własne pieniądze i zdrowie. [Michał]
A może w komentarzach do tego posta spróbujecie sami dokończyć te zdania?
niedziela, 4 września 2011
Miłe złego początki?
To co po wakacjach słychać w Zoo?
Wice-Dyra dotrzymała słowa i podzieliła moją osobistą małpiarnię na dwie klasy - ale niestety Dawidek znalazł się w smoczej części... Czyżby uznano, że ja sobie jednak dobrze daję z nim radę? No nic, pożyjemy, zobaczymy. Pocieszający jest fakt, że z klasy odpadła z różnych przyczyn większość jego świty, a więc kolegów, przed którymi zwykł się najbardziej popisywać. Jak już kiedyś wspominałam, Dawidek jest tego rodzaju osobnikiem, który musi być w centrum uwagi, a rzecz jasna najłatwiej mu to osiągnąć robiąc oborę na zajęciach. Na moje oko jednak - wyłączając Dawidka - został mi w klasie spokojniejszy zestaw małpiątek, istnieje więc szansa, że numery mojego ulubieńca nie będą robiły na nich aż takiego wrażenia, a skoro tak, to że się choć trochę uspokoi. Oczywiście czas pokaże, tym bardziej, że mam w klasie dwóch całkiem nowych chłopców, których do tej pory nie uczyłam.
W ogóle mam teraz pod opieką 17 osób, z czego pewnie chodzić będzie z dziesiątka. Oprócz nowych mam też dwóch spadochroniarzy z byłej drugiej gimnazjalnej, ale ci są akurat niegroźni - wiem, bo sama ich uczyłam i enkaele im wlepiłam... Zapisana jest też Emilka, ale ona będzie mieć z przyczyn oczywistych indywidualne nauczanie [rozmawiałam już telefonicznie o tym z jej matką - komplet dokumentów mają dostarczyć w środę]. Jak wiem od Karolka [czyli ojca dziecka] - urodziła zdrowego synka w drugiej połowie sierpnia. Oboje czują się dobrze, a sam Karolek na pierwszym polskim, kiedy pytałam klasę, jak spędzili wakacje, odparł, że "bawił malucha" :) No i słusznie, przynajmniej się jakoś poczuwa do obowiązków rodzicielskich... Alkonek nie pojawił się na rozpoczęciu, ale w piątek przyszedł do szkoły. Na pytanie o wakacje wymamrotał, że był gdzieś na Mazurach i pływał łódką [Bols?], ale nie potrafił określić, gdzie i kiedy, bo "nie pamięta". Pewnie uważa, że to strasznie zabawne. Cóż, jeśli chce, żebym mu narobiła koło pióra, to niech tylko spróbuje przegiąć...
Piątek przebiegł zaskakująco spokojnie. Panie i panowie - udało mi się w mojej osobistej małpiarni przeprowadzić normalną, zwykłą lekcję gramatyki! Z ręką na sercu: WSZYSCY mieli zeszyty, WSZYSCY przepisywali z tablicy, NIKT nie robił bydła i NIE BYŁO rozmów zakłócających przebieg zajęć. Nawet Dawidek pracował, czyniąc przy tym rzecz jasna różne, nienajmądrzejsze komentarze, ale jak na niego to i tak jestem pod wrażeniem. Gdyby tak było przez cały rok, to w ogóle bajka, ale ja tam w garbate aniołki nie wierzę. Jak myślicie, na jak długo im wystarczy tego zapału? Ja obstawiam tydzień :) Pocieszające jest natomiast, że zmienili im miejsce nauki - bo w tej szkole z reguły każda klasa ma swoją salę i to nauczyciele biegają za uczniami, a nie odwrotnie. Z uwagi na specyfikę tej dzieciarni jest to lepsze rozwiązanie: wiadomo, gdzie kto powinien być [choć z reguły i tak nie jest...], kogo ścigać za zniszczenia, no i same małpki lepiej funkcjonują, jeśli mają mniej zmian wokół siebie. W każdym razie moja małpiarnia urzędowała do tej pory w fatalnej klasie na parterze, która zostala przerobiona ze starej sali gimnastycznej. Wiązało się to z koszmarną akustyką - każdy szept urastał tam do poziomu normalnego głosu, a jako że małpki szeptać między sobą nie zamierzały, to wiecznie był taki hałas, że po kilku godzinach tam spędzonych naprawdę pękała głowa. Dodatkowo minusem pomieszczeń na parterze jest zbyt duża odległość od gabinetu dyrektorki, punktu z przyczyn bezpieczeństwa strategicznego. W tym roku jednak przeniesiono nas na sam środek pierwszego piętra - pokój nauczycielski za rogiem, a dalej sekretariat :) W dodatku jest to sala z odtwarzaczem DVD, które co prawda nadaje się tylko do polskich filmów [pilot nie współpracuje, więc niemożliwe jest uruchomienie interfejsu, żeby np. ustawić polskie napisy czy lektora], ale to i tak spore udogodnienie, bo już nie będę musiała nikogo wcześniej prosić, by się ze mną zamienił na salę.
Dojdą mi dwie nowe klasy, z którymi nie miałam do tej pory przyjemności - trzecia gimnazjalna [podobno spokojna jak na warunki Zoo] oraz pierwsza zawodowa, w której na liście jednak zobaczyłam kilka znajomych nazwisk [czyli spadochroniarze, a także dwie osoby, które uczyłam w gimnazjum, a teraz chodzą u nas do zawodówki]. Ano zobaczymy.
Aha - i dziewczyny w pokoju nauczycielskim twierdzą, że dalej dobrze wyglądam. Podobno robiły zakłady, czy przytyję przez wakacje. No ok, dwa kilo przybyło, ale to znaczy, że i tak jestem osiem do przodu.
Wice-Dyra dotrzymała słowa i podzieliła moją osobistą małpiarnię na dwie klasy - ale niestety Dawidek znalazł się w smoczej części... Czyżby uznano, że ja sobie jednak dobrze daję z nim radę? No nic, pożyjemy, zobaczymy. Pocieszający jest fakt, że z klasy odpadła z różnych przyczyn większość jego świty, a więc kolegów, przed którymi zwykł się najbardziej popisywać. Jak już kiedyś wspominałam, Dawidek jest tego rodzaju osobnikiem, który musi być w centrum uwagi, a rzecz jasna najłatwiej mu to osiągnąć robiąc oborę na zajęciach. Na moje oko jednak - wyłączając Dawidka - został mi w klasie spokojniejszy zestaw małpiątek, istnieje więc szansa, że numery mojego ulubieńca nie będą robiły na nich aż takiego wrażenia, a skoro tak, to że się choć trochę uspokoi. Oczywiście czas pokaże, tym bardziej, że mam w klasie dwóch całkiem nowych chłopców, których do tej pory nie uczyłam.
W ogóle mam teraz pod opieką 17 osób, z czego pewnie chodzić będzie z dziesiątka. Oprócz nowych mam też dwóch spadochroniarzy z byłej drugiej gimnazjalnej, ale ci są akurat niegroźni - wiem, bo sama ich uczyłam i enkaele im wlepiłam... Zapisana jest też Emilka, ale ona będzie mieć z przyczyn oczywistych indywidualne nauczanie [rozmawiałam już telefonicznie o tym z jej matką - komplet dokumentów mają dostarczyć w środę]. Jak wiem od Karolka [czyli ojca dziecka] - urodziła zdrowego synka w drugiej połowie sierpnia. Oboje czują się dobrze, a sam Karolek na pierwszym polskim, kiedy pytałam klasę, jak spędzili wakacje, odparł, że "bawił malucha" :) No i słusznie, przynajmniej się jakoś poczuwa do obowiązków rodzicielskich... Alkonek nie pojawił się na rozpoczęciu, ale w piątek przyszedł do szkoły. Na pytanie o wakacje wymamrotał, że był gdzieś na Mazurach i pływał łódką [Bols?], ale nie potrafił określić, gdzie i kiedy, bo "nie pamięta". Pewnie uważa, że to strasznie zabawne. Cóż, jeśli chce, żebym mu narobiła koło pióra, to niech tylko spróbuje przegiąć...
Piątek przebiegł zaskakująco spokojnie. Panie i panowie - udało mi się w mojej osobistej małpiarni przeprowadzić normalną, zwykłą lekcję gramatyki! Z ręką na sercu: WSZYSCY mieli zeszyty, WSZYSCY przepisywali z tablicy, NIKT nie robił bydła i NIE BYŁO rozmów zakłócających przebieg zajęć. Nawet Dawidek pracował, czyniąc przy tym rzecz jasna różne, nienajmądrzejsze komentarze, ale jak na niego to i tak jestem pod wrażeniem. Gdyby tak było przez cały rok, to w ogóle bajka, ale ja tam w garbate aniołki nie wierzę. Jak myślicie, na jak długo im wystarczy tego zapału? Ja obstawiam tydzień :) Pocieszające jest natomiast, że zmienili im miejsce nauki - bo w tej szkole z reguły każda klasa ma swoją salę i to nauczyciele biegają za uczniami, a nie odwrotnie. Z uwagi na specyfikę tej dzieciarni jest to lepsze rozwiązanie: wiadomo, gdzie kto powinien być [choć z reguły i tak nie jest...], kogo ścigać za zniszczenia, no i same małpki lepiej funkcjonują, jeśli mają mniej zmian wokół siebie. W każdym razie moja małpiarnia urzędowała do tej pory w fatalnej klasie na parterze, która zostala przerobiona ze starej sali gimnastycznej. Wiązało się to z koszmarną akustyką - każdy szept urastał tam do poziomu normalnego głosu, a jako że małpki szeptać między sobą nie zamierzały, to wiecznie był taki hałas, że po kilku godzinach tam spędzonych naprawdę pękała głowa. Dodatkowo minusem pomieszczeń na parterze jest zbyt duża odległość od gabinetu dyrektorki, punktu z przyczyn bezpieczeństwa strategicznego. W tym roku jednak przeniesiono nas na sam środek pierwszego piętra - pokój nauczycielski za rogiem, a dalej sekretariat :) W dodatku jest to sala z odtwarzaczem DVD, które co prawda nadaje się tylko do polskich filmów [pilot nie współpracuje, więc niemożliwe jest uruchomienie interfejsu, żeby np. ustawić polskie napisy czy lektora], ale to i tak spore udogodnienie, bo już nie będę musiała nikogo wcześniej prosić, by się ze mną zamienił na salę.
Dojdą mi dwie nowe klasy, z którymi nie miałam do tej pory przyjemności - trzecia gimnazjalna [podobno spokojna jak na warunki Zoo] oraz pierwsza zawodowa, w której na liście jednak zobaczyłam kilka znajomych nazwisk [czyli spadochroniarze, a także dwie osoby, które uczyłam w gimnazjum, a teraz chodzą u nas do zawodówki]. Ano zobaczymy.
Aha - i dziewczyny w pokoju nauczycielskim twierdzą, że dalej dobrze wyglądam. Podobno robiły zakłady, czy przytyję przez wakacje. No ok, dwa kilo przybyło, ale to znaczy, że i tak jestem osiem do przodu.
piątek, 2 września 2011
Bajka
Wiem, moi drodzy czytelnicy, że czekacie na posta o powrocie z wakacji w mury Zoo i nie obawiajcie się, dostaniecie go. W tym przypadku co się odwlecze, to nie uciecze. Tekścik o pierwszym dniu w szkole miał być dzisiaj, ale tak się złożyło, że aktualnie potrafię myśleć tylko o jednej rzeczy, tysiąc razy dla mnie ważniejszej, niż wszystkie Zoo świata razem wzięte. Zatem tych, którzy z napięciem śledzą losy Małpek i ich nadzorcy [czyli mnie], proszę o kilka dni cierpliwości.
Teraz zróbcie sobie za to kawę, usiądźcie i oprzyjcie się wygodnie w fotelu, bo opowiem Wam bajkę.
Wcale nie tak dawno temu, bo w pierwszej połowie XXI. wieku - i wcale nie za górami i lasami, bo w średniej wielkości państwie europejskim, żył sobie smok, a właściwie smoczyca, o wdzięcznym imieniu Dragonella. Mieszkała w przytulnej, pomarańczowej pieczarze, za towarzysza mając lekko wredne, czarne Pumiszcze. Gadzina i kot egzystowali we względnej komitywie, a smok wiódł sobie dość spokojne życie, w którym nie było co prawda żadnych ekscytujących fajerwerków, ale też nie było większych kataklizmów, a przynajmniej niczego, z czym nie mógłby sobie poradzić. Ot, codzienna krzątanina. Smok mimo mruczącego towarzystwa czuł się jednak samotny, bo trzeba wam wiedzieć, że była to gadzina wyjątkowo społeczna, nienajlepiej czująca się z dala od stada [nie tak, jak inne smoki ze znanych wam opowieści]. Dragonella próbowała więc stworzyć własne stado, ale nie bardzo jej to wychodziło. Dlaczego? Trudno by dociekać przyczyn. Być może szukała w złych bajkach [takich, co to je napisał Andersen lub inny facet z traumą - i dlatego nie kończą się szczęśliwie] lub całowała niewłaściwe żaby, które zamiast zamieniać się w pięknego, smoczego księcia, okazywały się wrednymi typami i trzeba było się potem nagłówkować, jak ich pogonić na cztery wiatry.
Ponieważ jednak bajki mają to do siebie, że wszystko jest w nich możliwe, pewnego dnia Dragonella poznała sympatycznego Hipopotama. I choć mogłoby się wydawać, że nie ma szans na porozumienie między wielkim błotnym ssakiem, a gadem pokrytym łuskami, to bardzo szybko okazało się, że oba zwierzątka rozumieją się w pół słowa i czują się ze sobą tak, jak by się znały od zawsze. A ponieważ z upływem czasu i w związku z zacieśnieniem kontaktów nie tylko wzajemne zainteresowanie nie osłabło, ale coraz bardziej się nasilało i po prostu - jak to mówią rozmaici mądrale - chemia zaczęła działać, to Dragonella i Hipopotam postanowili spróbować stworzyć własne, dwuosobowe stadko. Planowali dać sobie spokojnie kilka miesięcy czasu, by można było dostosować małą, pomarańczową pieczarę do potrzeb wodnego ssaka, a także aby sam Hipopotam mógł pozałatwiać wszystkie niezbędne sprawy i z czystą kartą zawitać u smoka.
Niestety, z międzyczasie stało się coś, czego żadne ze zwierzątek nie brało pod uwagę: Hipopotam bardzo ciężko zachorował. Z dnia na dzień wszystko inne przestało być ważne poza ratowaniem jego życia, bo aby w ogóle dalszy ciąg tej bajki był możliwy, to przecież uroczy błotny ssak musiał być najpierw zdrowy. To mając przede wszystkim na uwadze Dragonella postanowiła, że przenosiny Hipopotama do pomarańczowej pieczary zostaną przyspieszone, by mógł on tutaj rozpocząć leczenie. Okazało się bowiem, że nieopodal urzęduje renomowanej klasy dobra wróżka, która wraz z całym sztabem pomocników dysponuje asortymentem najróżniejszych potężnych mikstur zdolnych postawić Hipcia na nogi. Nie myślcie sobie, że była to łatwa decyzja. Oba zwierzątka ryzykowały dużo i bardzo się bały, mając w dodatku świadomość, że sama kuracja będzie niebezpieczna, będzie wymagała od obojga uruchomienia olbrzymich pokładów cierpliwości, wzajemnego zrozumienia, może się okazać bolesna i trudna na co dzień do zniesienia. Postanowiły jednak, że w zaistniałej sytuacji jest to jedyne sensowne rozwiązanie.
Jak ta bajka potoczyła się dalej? Gdyby nie choroba, opowieść miałaby charakter doprawdy iście bajkowy. Dragonella i Hipopotam nie pomylili się co do siebie, czar nie prysł i już w krótce żadne z nich nie potrafiło sobie wyobrazić życia osobno. Błotny ssak rozpoczął kurację - dobra wróżka pompowała w niego co raz to nowe medykamenty o składzie tak przerażającym, że na samą myśl o tym, co krąży w krwioobiegu Hipka, smokowi robiło się słabo. To wszystko było jednak konieczne, by Hipopotam mógł w rezultacie odzyskać zdrowie. Znosił więc dzielnie wszystkie dolegliwości, a Dragonella starała się jak mogła, by mu to ułatwić.
Powyższa opowiastka nie ma jeszcze końca i w ciągu najbliższych lat w najmniej spodziewanym momencie może nastąpić negatywny zwrot akcji. Hipopotam i Dragonella zdają sobie z tego sprawę, dziś jednak przyszła wiadomość, że w czarodziejskiej, szklanej kuli wyraźnie widać BRAK OZNAK CHOROBY. Ergo - kuracja zadziałała i wszystko wskazuje na to, że najgorsze chwile oba zwierzątka mają już za sobą.
Teraz zróbcie sobie za to kawę, usiądźcie i oprzyjcie się wygodnie w fotelu, bo opowiem Wam bajkę.
***
Wcale nie tak dawno temu, bo w pierwszej połowie XXI. wieku - i wcale nie za górami i lasami, bo w średniej wielkości państwie europejskim, żył sobie smok, a właściwie smoczyca, o wdzięcznym imieniu Dragonella. Mieszkała w przytulnej, pomarańczowej pieczarze, za towarzysza mając lekko wredne, czarne Pumiszcze. Gadzina i kot egzystowali we względnej komitywie, a smok wiódł sobie dość spokojne życie, w którym nie było co prawda żadnych ekscytujących fajerwerków, ale też nie było większych kataklizmów, a przynajmniej niczego, z czym nie mógłby sobie poradzić. Ot, codzienna krzątanina. Smok mimo mruczącego towarzystwa czuł się jednak samotny, bo trzeba wam wiedzieć, że była to gadzina wyjątkowo społeczna, nienajlepiej czująca się z dala od stada [nie tak, jak inne smoki ze znanych wam opowieści]. Dragonella próbowała więc stworzyć własne stado, ale nie bardzo jej to wychodziło. Dlaczego? Trudno by dociekać przyczyn. Być może szukała w złych bajkach [takich, co to je napisał Andersen lub inny facet z traumą - i dlatego nie kończą się szczęśliwie] lub całowała niewłaściwe żaby, które zamiast zamieniać się w pięknego, smoczego księcia, okazywały się wrednymi typami i trzeba było się potem nagłówkować, jak ich pogonić na cztery wiatry.
Ponieważ jednak bajki mają to do siebie, że wszystko jest w nich możliwe, pewnego dnia Dragonella poznała sympatycznego Hipopotama. I choć mogłoby się wydawać, że nie ma szans na porozumienie między wielkim błotnym ssakiem, a gadem pokrytym łuskami, to bardzo szybko okazało się, że oba zwierzątka rozumieją się w pół słowa i czują się ze sobą tak, jak by się znały od zawsze. A ponieważ z upływem czasu i w związku z zacieśnieniem kontaktów nie tylko wzajemne zainteresowanie nie osłabło, ale coraz bardziej się nasilało i po prostu - jak to mówią rozmaici mądrale - chemia zaczęła działać, to Dragonella i Hipopotam postanowili spróbować stworzyć własne, dwuosobowe stadko. Planowali dać sobie spokojnie kilka miesięcy czasu, by można było dostosować małą, pomarańczową pieczarę do potrzeb wodnego ssaka, a także aby sam Hipopotam mógł pozałatwiać wszystkie niezbędne sprawy i z czystą kartą zawitać u smoka.
Niestety, z międzyczasie stało się coś, czego żadne ze zwierzątek nie brało pod uwagę: Hipopotam bardzo ciężko zachorował. Z dnia na dzień wszystko inne przestało być ważne poza ratowaniem jego życia, bo aby w ogóle dalszy ciąg tej bajki był możliwy, to przecież uroczy błotny ssak musiał być najpierw zdrowy. To mając przede wszystkim na uwadze Dragonella postanowiła, że przenosiny Hipopotama do pomarańczowej pieczary zostaną przyspieszone, by mógł on tutaj rozpocząć leczenie. Okazało się bowiem, że nieopodal urzęduje renomowanej klasy dobra wróżka, która wraz z całym sztabem pomocników dysponuje asortymentem najróżniejszych potężnych mikstur zdolnych postawić Hipcia na nogi. Nie myślcie sobie, że była to łatwa decyzja. Oba zwierzątka ryzykowały dużo i bardzo się bały, mając w dodatku świadomość, że sama kuracja będzie niebezpieczna, będzie wymagała od obojga uruchomienia olbrzymich pokładów cierpliwości, wzajemnego zrozumienia, może się okazać bolesna i trudna na co dzień do zniesienia. Postanowiły jednak, że w zaistniałej sytuacji jest to jedyne sensowne rozwiązanie.
Jak ta bajka potoczyła się dalej? Gdyby nie choroba, opowieść miałaby charakter doprawdy iście bajkowy. Dragonella i Hipopotam nie pomylili się co do siebie, czar nie prysł i już w krótce żadne z nich nie potrafiło sobie wyobrazić życia osobno. Błotny ssak rozpoczął kurację - dobra wróżka pompowała w niego co raz to nowe medykamenty o składzie tak przerażającym, że na samą myśl o tym, co krąży w krwioobiegu Hipka, smokowi robiło się słabo. To wszystko było jednak konieczne, by Hipopotam mógł w rezultacie odzyskać zdrowie. Znosił więc dzielnie wszystkie dolegliwości, a Dragonella starała się jak mogła, by mu to ułatwić.
Powyższa opowiastka nie ma jeszcze końca i w ciągu najbliższych lat w najmniej spodziewanym momencie może nastąpić negatywny zwrot akcji. Hipopotam i Dragonella zdają sobie z tego sprawę, dziś jednak przyszła wiadomość, że w czarodziejskiej, szklanej kuli wyraźnie widać BRAK OZNAK CHOROBY. Ergo - kuracja zadziałała i wszystko wskazuje na to, że najgorsze chwile oba zwierzątka mają już za sobą.
(jak na razie) KONIEC
Jak może mogliście się przekonać w swoim własnym życiu, duże nieszczęście [takie, jak na przykład poważna choroba], często okazuje się rodzajem testu dla osób, które znamy. Wtedy tak naprawdę okazuje się, kto ma "dość jaj", by nie wystraszyć się, nie spuścić uszu, nie uciec - tylko być przy nas. Nieważne, że obiektywnie może nie być w stanie nam pomóc. Nieważne, że nie zawsze wie, co powiedzieć, jak z nami rozmawiać, by nie zdenerwować i nie gadać samych banałów. Ważne, że JEST i my o tym wiemy. Bo przyjaciel to osoba, która zostaje, gdy inni odchodzą.
I dlatego w tym miejscu chciałabym podziękować kilku ludziom, których obecność odczuwałam w najtrudniejszych dla mnie momentach, kiedy nie miałam siły, nie dawałam sobie rady z trudnymi emocjami i po prostu było mi ciężko:
- Przede wszystkim Seniorce, czyli mojej Mamie. Wiem, że byłaś przeciwna mojej decyzji i próbowałaś mi ją wyperswadować, ale kiedy zobaczyłaś, że zdania nie zmienię, nie zostawiłaś mnie. Mogłam na Ciebie liczyć w każdym trudnym momencie, rozmawiać z Tobą ilekroć "nie wyrabiałam". Wiem, że gdyby działo się coś złego, zrobiłabyś wszystko, by mi pomóc - na szczęście nie było to konieczne. Dziękuję Ci za to, że mimo nieakceptowania tego, co robię, ani na chwilę nie przestałaś akceptować MNIE. A także za to, że szczerze mówiłaś nam obojgu o swoich obawach - i że dałaś nam szansę.
- Druga ważna osoba to wujek Hipopotama, Janusz. Nie miałam do tej pory okazji Pana poznać, nie wiem też, czy przeczyta Pan moje słowa, ale mimo to chcę w tym miejscu Panu podziękować. Opisując z mojego punktu widzenia, a więc osoby obserwującej reakcje Hipopotama, jestem Panu wdzięczna za wpływ, jaki Pan na niego miał swoimi rozmowami. Hipek nie ma łatwego charakteru, podawane leki często też dodatkowo czyniły go drażliwym [co jest reakcją zupełnie naturalną]. Mogę Pana zapewnić - niewiele było wtedy osób, z którymi w ogóle chciał gadać i które nie działały mu na nerwy. Pan bez wątpienia jest jedną z nich. Dziękuję, że był Pan z nim, interesował się - tak zwyczajnie, szczerze, po ludzku - jak on się czuje, jak przebiega leczenie. Myślę, że Hipopotam wyczuwał, że była to z Pana strony prawdziwa troska, a nie kontakt pod tytułem "bo tak wypada". Rozmowy z Panem sprawiały, że się uspokajał, stawał się "bardziej do życia", a proszę mi wierzyć, to naprawdę bardzo dużo.
- I wreszcie trzy osoby z kręgu moich przyjaciół:
Kasia - za to, że mogłam z Tobą tak zwyczajnie, bo babsku pogadać, spotkać się, wypić kawę, pójść do kina, oderwać się na chwilę od złych myśli. Umożliwiałaś mi "zresetowanie systemu". Dyskretnie interesowałaś się tym, co się u nas dzieje, nie narzucałaś się, ale byłaś w pobliżu i miałam tego świadomość. Dziękuję też za pomoc finansową, którą nam oferowałaś. Nie była konieczna - poza tym znasz mnie i wiesz, że nienawidzę pożyczać pieniędzy - ale doceniam to, że o tym pomyślałaś i że to zaproponowałaś.
Bartek - przede wszystkim za informcje na temat choroby. Rozmowy z Tobą w dużej mierze pomogły mi podjąć decyzję o tym, że Hipek ma rozpocząć leczenie tutaj. Wiedziałam dzięki nim, czego mogę się spodziewać na co dzień, na co powinnam uważać, jak się przygotować. W trudnych chwilach dobrze mi robi skupianie się na konkretach, na działaniu - i dzięki naszym rozmowom miałam taką możliwość.
Tomek - [jeśli czytasz te słowa] - za codzienną ludzką życzliwość, z jaką traktujesz Hipopotama. Za to, że może z Tobą pogadać, podyskutować, pośmiać się, kiedy mnie nie ma.
No i tak to robaczki. A kciuki trzymajcie dalej. Na pewno nie zaszkodzi :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)