Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 1 października 2013

Sprawdzian z filozofii

    Pokój nauczycielski w Zoo, godzina mniej więcej 7:50. Senną, poranno-kawową atmosferę przerywa pojawienie się wyraźnie podekscytowanej Marzenki, historyczki i wychowawczyni klasy 2B.
    - Dziewczyny, która z was ma teraz lekcję z moją klasą? - pyta od progu.
    - Ja. - przyznaje się Dragonka bez bicia. - A co się stało?
    - A stało się, stało. Szłam korytarzem, minęłam ich pod salą. Wyobraź sobie, że dwóch chłopaków siedzi i się uczy! Coś ty im zrobiła? - to ostatnie pytanie zadane było z rozbawieniem. Trzeba przyznać, że w naszej szkole widok ucznia powtarzającego przed zajęciami z zeszytu zadaną lekcję jest równie nietypowy, jak brak kolejek w państwowej przychodni do dowolnego specjalisty...
    - A ja wiem? Mają dziś powtórzenie wiadomości z filozofii starożytnej. Jutro sprawdzian.
    Szczerze mówiąc, to sama nie mam pojęcia, co ich napadło, bo nie jestem na tyle naiwna by sądzić, że przestraszyli się wizji klasówki. W końcu w swoim życiu pozawalali już tyle sprawdzianów, że jeden więcej naprawdę nie robi im różnicy. Może spodobała im się tematyka? Filozofia sama w sobie jest ciekawa do opowiadania i fajnie się na jej temat dyskutuje. A to, że ja mam hopla na punkcie starożytności, to widzą nawet małpki. Zawsze istnieje nikła szansa, że się zarażą ode mnie entuzjazmem. Pomagają też jak zwykle przykłady zapadające w pamięć. W trakcie tłumaczenia metaforyki jaskini Platona bardzo spodobało im się stwierdzenie, że według tego filozofa wszyscy żyjemy w Matrixie, a to zerwanie łańcucha przez jednego z więźniów to tak samo, jak połknięcie tabletki od Morfeusza. Albo - że jak taki Epikur szedł na imprezę, to owszem, wypijał sporo wina i lądował w łóżku z jakąś fajną panienką. Tyle, że pił zawsze akurat tyle, żeby obudzić się bez kaca, a w kontaktach z kobietami pamiętał o prezerwatywach, bo choroby weneryczne chodzą po ludziach. Zabawa to podstawa, ale strzelanie sobie samemu kuku to już idiotyzm.
    Zresztą, sam sprawdzian też będzie miał po części charakter praktyczny. Nie chcę, by mi ryli na pamięć regułki, tylko by rozumieli, o co z grubsza tym wszystkim filozofom chodziło. Oto więc jedno z poleceń razem z przykładem i pytaniami:

Zdecyduj, czy poniższe zdanie powiedział stoik, epikurejczyk czy cynik. Swoją odpowiedź uzasadnij.
PRZYKŁAD: Po co mi trzy bluzki, skoro chodzę w jednej?
ODPOWIEDŹ: Tak powie cynik - starali się mieć jak najmniej rzeczy.


1) Jeśli ktoś cię wkurzy, to policz do dziesięciu.
2) Nigdy się nie ożenię, bo żona to zawracanie głowy.
3) Jeśli wygram milion, to go komuś oddam, bo nie chcę kłopotów.
4) Zamiast się martwić, chodź z nami na imprezę.
5) Kocham muzykę, ale nie puszczam jej zbyt głośno, bo to psuje słuch.
6) Twój los jest z góry przesądzony.

    Ciekawe, czy znacie odpowiedzi :)

sobota, 21 września 2013

Wycinanie Pana Wrzoda

    Jak się ma sprawa z Arturem? Gość się rozkręca coraz bardziej, robi syf, kiłę i mogiłę - a ja nie mam zamiaru czegoś takiego tolerować w mojej osobistej Muppeciarni. Poprzednią klasę trzy lata temu dostałam jako najtrudniejszą w całym Zoo - trochę czasu mi zajęło, żeby utemperować tych, z którymi dało się dogadać, a pousuwać tych, którzy okazali się niereformowalni. W rezultacie udało mi się stworzyć zespół całkiem fajnych małpiątek, z którymi w sumie dość przykro było się rozstawać. Wiem, że teraz z klasą zawodową dokładnie taki sam numer jest nie do zrealizowania z przyczyn technicznych. Po pierwsze - jest ich za dużo, a po drugie są w szkole trzy dni zamiast pięciu, więc mają mniejsze możliwości, by się integrować. Zapewniam jednak, że mimo to zrobię co tylko mogę, by była to fajna klasa. A pierwszym krokiem, by osiągnąć ten cel, jest wyeliminowanie osób, które stanowią zagrożenie i demoralizują mi resztę normalnych [jak na warunki Zoo] dzieciaków. Dlatego zapewniam Was, że dni Artura w murach naszej przeszanownej placówki edukacyjnej są policzone - tym bardziej, że szczerze nie trawią go również Wiceszefowa i Pedagożyca.
    Pieczołowicie zbieram na niego wszystkie haki tak, aby wszelkie przewidziane prawem szkolnym procedury były zachowane i by Pan Wrzód nie znalazł żadnego punktu zaczepienia, kiedy będzie się odwoływał od decyzji skreślenia go z listy uczniów. A odwoływał się będzie na pewno, bo dla niego to kwestia pieniędzy, które dostaje, dopóki jest zapisany do jakiejś szkoły. Odnotowałam więc skrupulatnie w dzienniku daty: a) rozmowy dyscyplinującej z Wychowawcą, b) rozmowy dyscyplinującej z Pedagogiem, c) rozmowy dyscyplinującej z Wicedyrektorem - oraz d) datę udzielenia Nagany Wychowawcy. Gradacja kar zachowana co do najdrobniejszego szczegółu. Została mu Nagana Dyrektora, a potem będzie już można przygotować pod głosowanie na Radzie Pedagogicznej wniosek o skreślenie smroda z listy. Najbliższa rada odbędzie się z okazji Dnia Nauczyciela.
    Sprzedam Wam jego najświeższy numer, po którym aż mną zatrzęsło. Nie spodobało mu się z jakiegoś powodu jedno dziewczę z trzeciej gimnazjum. Czym mu podpadła, to doprawdy trudno powiedzieć, ale idę o zakład, że powód mógł być równie debilny, jak np. "krzywe spojrzenie" - lub odmowa poczęstowania go papierosem. Dość, że zaczął rozpowiadać po szkole, że Maja jest "lachociągiem", na przerwach wyzywa ją od kurew, rzucił w nią też na podwórku prezerwatywą [która - jako "dowód rzeczowy" - została zabezpieczona przez woźną i teraz spoczywa w szafce Wicedyry]. Biedna dziewczyna poszła z problemem do wychowawczyni, którą na jej szczęście jest Irenka [czyli moja ulubiona matematyczka]. Irenka zgłosiła mi sprawę, we mnie się zagotowało, porozumiałam się więc z Pedagożycą i Wice, co należy zrobić, aby Mai nie zaszkodzić, a Artura spacyfikować. Przede wszystkim więc chłopak wylądował na dywaniku u Pedagożycy, która kazała mu sprawę załagodzić mówiąc, że akcja z prezerwatywą nagrała się na monitoringu [to bluff, ale Artur nie musi o tym wiedzieć...] i że woźna słyszała, jak Maję wyzywał. Uświadomiła mu, że jeśli zgłosimy sprawę policji, to może to wystarczyć do odwieszenia mu wyroku - a gość ma pół roku w zawiasach za paserkę.
    Póki co groźba działa, ale nie mamy wątpliwości, że jedynie czasowo. Trzeba więc próbować z innych stron. Pedagożyca dotarła zatem do kuratora sądowego Artura, który jednak okazał się totalną pipą grochową, przestraszoną chyba tym, że będzie musiał interweniować. Stanęło na tym, że szkoła musi się oficjalnie i na piśmie zwrócić do niego z prośbą o podjęcie działań, to wtedy on przeprowadzi rozmowę ze swoim podopiecznym. No ręce opadają... Nadmieniam, że mówimy o ZAWODOWYM kuratorze sądowym. Oczywiście Pedagożyca napisze to pismo, ale wiadomo, że w takim razie na reakcję trzeba będzie poczekać, a nam zależy na czasie. Szybciej więc pewnie przeprowadzimy procedurę skreślenia - ale ze względów formalnych dobrze to będzie wyglądało, jeśli do papierów dołączymy kopię oficjalnego pisma do kuratora sądowego z prośbą o interwencję.
    Co do Mai, to poprosiłam Irenę, by z nią do mnie przyszła. Nie uczę jej co prawda, ale znam ją dość dobrze z prób do Jasełek w zeszłym roku szkolnym - notabene całkiem fajna i normalna z niej dziewczyna. Zapewniłam ją więc w obecności wychowawczyni, że Artura "udupię", więc jedyne, co ma zrobić, to omijać go w miarę możliwości szerokim łukiem i wytrzymać, bo to naprawdę nie potrwa długo. Mam nadzieję, że mi wierzy, bo szkoda, żeby przez takiego smroda sama przestała chodzić do szkoły.

czwartek, 19 września 2013

Teoria literatury po małpiemu

    W niedalekiej przyszłości czekają Was dwa posty w tonacji jak najbardziej serio. Pierwszy będzie dotyczył ostatnio wspominanego przeze mnie Artura, który z dnia na dzień robi się coraz gorszy i obie z Wiceszefową tylko przebieramy nogami, żeby go jak najszybciej wywalić. Drugi post będzie o tym, jak to "fachowcy" nasłani przez administrację budynku zdemolowali Pomarańczową Jaskinię i w związku z tym trzeba było ich ostro poszczuć Hipopotamem [a - nie wiem, czy wiecie - hipopotamy to najgroźniejsze zwierzęta afrykańskie :)]. Obie sprawy są jednak rozwojowe, więc poczekam ciąg dalszy, nim się zabiorę za ich opisywanie.
    Nim to nastąpi, to mam dla Was obrazek z lekcji w Zoo. Tym razem na wesoło. Smacznego :)



JAK DRAGONELLA TŁUMACZY ZAGADNIENIA Z TEORII LITERATURY PIERWSZAKOM NA PRZYKŁADZIE PIEŚNI KOCHANOWSKIEGO

[Rzecz ma miejsce w klasie 1A, a tematem jest analiza pieśni Jana Kochanowskiego "Czego chcesz od nas, Panie...".  Jako że jest to pierwszy wiersz, jaki z nimi omawiam - a także mając świadomość, że zapewne nic nie pamiętają z podstawówki - to tłumaczę wszystko co się da od podstaw, tak łopatologicznie, jak tylko potrafię, odwołując się do przykładów, które powinny zapaść im w pamięć...]

- Popatrzcie teraz, jakimi słowami zaczyna się ten wiersz: "Czego chcesz od nas, Panie, za twe hojne dary?". Czy ktoś może wie, jak się nazywa tego typu pytanie?
[oczywiście cisza]
- To może inaczej. Kamil, do kogo skierowane jest to pytanie?
- No do Boga.
- A jak myślisz, Bóg odpowie?
- No raczej nie.
- Skąd wiesz? A może Bóg wychyli się zza chmury i powie: "Hmm... Po namyśle, to kupcie mi merola i wycieczkę na Ibizę"?
[tu Małpki zaczynają się śmiać, o co właśnie Dragonce chodziło]
- No właśnie. - kontynuuję. - Idę o zakład, że podmiot liryczny wcale nie spodziewa się odpowiedzi. A takie pytanie, które zadajemy, ale wcale nie chcemy, by nam ktoś odpowiedział, nazywamy PYTANIEM RETORYCZNYM. Jak się na przykład kłócimy z kumplem, wkurzymy się i pytamy: "Czy ty zawsze musisz być takim idiotą?!", to też nie spodziewamy się, że kolega odpowie: "Zawsze to nie, tylko w czwartki od 15 do 18 z przerwą na papierosa...".

[Definiujemy hymn jako gatunek literacki. Chcę im uzmysłowić, jakie są cechy stylu wysokiego]
-Jakim językiem napisana jest ta pieśń?
- No polskim... - pada odpowiedź, a ja już wiem, że źle postawiłam pytanie.
- Jasne, że nie chińskim, ale nie o to mi chodziło. Dobra, to inaczej. Przeczytam Wam fragment, posłuchajcie uważnie:

Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?
Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie:
I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.

A teraz posłuchajcie tego i postarajcie się wyłapać różnicę:

Elo Ziom, co ci mamy dać za twoje suweniry?
Co chcesz za te wszystkie fajne rzeczy?
Kościół nie może Cię zakumać, jesteś wszędzie...

[Małpki rozdziawiły paszczęki i nie wiedzą, jak mają zareagować. Są jeszcze nieprzyzwyczajone do mojego sposobu tłumaczenia :)]

- No nie bać się, nie gryzę :) Jaka jest różnica między "Czego chcesz od nas, Panie..." a "Elo Ziom..."?
- "Elo Ziom" nie powiemy do Boga.
- A dlaczego?
- Bo by się obraził.
- Bingo. A powiedzieliśmy wcześniej, że hymny się pisze, żeby komuś oddać szacunek. I do tego służy również język, dobieranie odpowiednich słów. To się nazywa STYL WYSOKI, inaczej podniosły.

[THE END]

niedziela, 15 września 2013

Pierwszy kandydat do wywalenia

    Jestem w trakcie ogarniania mojej nowej, zawodówkowej klasy. Pierwotnie zapisanych było do niej 31 osób, ale dostałam oficjalne pozwolenie od Głównej Szefowej, by wstrzymać się z wpisywaniem listy do dziennika do połowy miesiąca. W trakcie rekrutacji bowiem przyjmujemy wszystkich jak leci, ale de facto nie mamy prawa pozwolić na rozpoczęcie nauki delikwentowi, który nie dostarczy nam umowy o praktykę podpisanej przez pracodawcę - a z tym to już bywa różnie. I tak w rezultacie w piątek wypełniłam tylko 27 rubryczek, co oczywiście nie oznacza, że ta liczba nie ulegnie zmianom. Znając życie przyjmiemy jeszcze kogoś w trakcie roku szkolnego [zwłaszcza po feriach zimowych - tych, którzy nie radzili sobie intelektualnie w innych zawodówkach], a także pozbędziemy się kilku pełnoletnich smrodów ze względów dyscyplinarnych.
    Jednego potencjalnego kandydata do owej procedury już nawet mamy. Mam w swojej klasie niejakiego Artura, który jest nam już dobrze znany, jako że chodził tutaj do drugiej zawodówki, gdzie dał się poznać jako "kawał chama i żłoba" [cytując Wicedyrę]. A że przy tym jego "wybitne zdolności intelektualne" sprawiały, że w ogóle nie rokował na ukończenie klasy, to gdy tylko osiągnął pełnoletniość, wszczęliśmy procedurę jego usunięcia. Tu jednak Arturowi udało się wziąć Wicedyrę na litość i wyprosił egzaminy klasyfikacyjne, by móc z ich pomocą znaleźć się w trzeciej klasie i jednak skończyć szkołę. Rozumowaliśmy, że w ostatniej klasie uczniowie i tak przez większość tygodnia są na praktykach, a do Zoo przychodzą tylko na w-f i religię [czyli de facto ich nie ma :)] - nie będziemy więc mieli z nim kłopotu my, tylko co najwyżej pracodawca. Niech więc w takim razie chłopak skończy tę trzecią klasę, zda egzamin zawodowy i idzie w cholerę.
    Artur - który ma możliwość otrzymywania renty po ojcu jeszcze przez kilka lat, ale pod warunkiem, że będzie gdzieś zapisany jako uczeń - okazał się jednak bardziej cwany, niż ustawa przewiduje. Po pierwsze z premedytacją oblał wszystkie egzaminy [zarówno klasyfikacyjne, jak i poprawkowe], by mieć legalnie jedynki i tym samym zapewnić sobie prawo do powtarzania roku. Następnie zadeklarował zmianę zawodu i przyniósł do szkoły świeżutką umowę od nowego pracodawcy. A ponieważ w takiej sytuacji z powodu zbyt dużych różnic programowych nie może kontynuować poprzedniego toku nauki, to musimy mu umożliwić zapisanie się do nas od nowa, czyli od pierwszej klasy! I tym sposobem wylądował u mnie przy wtórze zgrzytania zębów Wicedyry.
    Jedyna nadzieja w tym, że pomimo sprytu Artur jednak nie będzie w stanie dać sobie na wstrzymanie i dostarczy nam powodu, byśmy go czym prędzej wywalili ze względów dyscyplinarnych. A jak na razie jest to całkiem realna wizja, bowiem od początku września minęły raptem dwa tygodnie, a on już zdążył podpaść czterem nauczycielkom, w tym mnie oraz Wicedyrze, która go uczy matematyki. Dostałam więc jako wychowawca prikaz, by pieczołowicie zbierać na niego wszystkie haki, a potem jak najszybciej wlepić mu nagany i rozpocząć procedurę dyscyplinarnego wydalenia.
    Cóż takiego robi konkretnie? Ano jest wulgarny, bezczelny i uniemożliwia prowadzenie normalnych zajęć. Podam dla przykładu - co się działo u mnie na lekcjach. Otóż mam z nimi dwa razy polski pod rząd w poniedziałek. Na pierwszą godzinę przyszedł równiutko 14 minut po dzwonku i rzecz jasna domagał się nie przebierając w słowach, bym mu wpisała spóźnienie, bo przecież wolno mu się spóźnić do kwadransa, jeśli dopiero zaczyna lekcje. Mają co prawda wcześniej religię, ale on jest z niej zwolniony [ku niekłamanej radości Księdza Dobrodzieja]. Jak zawsze w takich przypadkach odparłam spokojnie, że niczego podobnego nie ma w Statucie Szkoły, za to jest zapis, że uczeń ma obowiązek stawić się na zajęciach punktualnie. Artur awanturował się jeszcze przez chwilę, po czym - upewniwszy się, że nie zmienię zdania - wyszedł z sali trzaskając drzwiami. Wrócił jednak na drugą lekcję [niestety...] i oczywiście robił wszystko, tylko nie to, co powinien - czyli gadał sobie w najlepsze z uczniami z sąsiednich ławek, nawet nie usiłując szeptać i kompletnie ignorując moje prośby, by zamilkł. Trzeba w tym miejscu dodać, że chłopak należy do tych erudytów, którzy nie potrafią skonstruować zdania, by nie znalazło się tam któreś z uroczych, zabytkowych polskich wulgaryzmów na "k" czy "ch". W finale lekcji okazał niezadowolenie wobec Patrycji [czyli mojego Muppeciątka, tego od manipulowania rodzicami], bo nie podobał mu się sposób, w jaki na niego patrzyła ["I czego się gapisz, kurwa? Pozwolił ci ktoś? A zajebać ci?!"].
    Uroczo, prawda? No cóż, dajemy mu z Wice czas do połowy października. Wcześniej nie będziemy się go pozbywać ze względów finansowych. Poczekamy, aż urząd miasta przekaże nam finanse związane ze zgłoszoną liczbą uczniów, a jak tylko się to stanie, rozpoczniemy procedury pozbywania się najgorszych smrodów. Do tego czasu musimy się z Arturkiem przemęczyć.
    Oczywiście - po jego pierwszym wybryku [rozwaleniu lekcji angielskiego] na prośbę nauczycielki wzięłam go na osobistą, dyscyplinarną rozmowę. Spokojnie i szczerze oświadczyłam mu, żeby wziął pod uwagę, iż jest pełnoletni, a zatem nie ma obowiązku kończyć szkoły i jeśli będą z nim problemy, to nikt się z nim patyczkować nie będzie. Poradziłam mu też, żeby popytał kolegów z klasy jeśli nie wierzy, że ja naprawdę wiem, jak doprowadzić do usunięcia ucznia, jeśli nie chce współpracować i sprawia zagrożenie dla reszty. Artur pokiwał głową, ale jak widać nie wziął moich słów na poważnie. No cóż... Jego wybór.

piątek, 13 września 2013

Smoczek

    Przyfrunął z Wrocławia. Jego historia jest taka, że pomieszkiwał kątem u przydrożnego [czy raczej - przybazarowego...?] handlarza obrazkami. Było mu zimno i mokro, a na dodatek czuł się na straganie dość nieswojo, jako że sprzedawca oprócz niego posiadał na stanie wyłącznie malunki przedstawiające koty. I o ile zasadniczo jak wiadomo są to urocze zwierzątka, tak jakoś tym razem nie bardzo potrafiły zdobyć się na tolerancję wobec zielonego towarzysza. Dokuczały mu, że nie potrafi mruczeć i wyszydzały jego nienaganne maniery.
    Na szczęście Smoczek został wypatrzony przez Mag wspomaganą dzielnie przez Miłkę - choć mało by brakowało, a przeoczyłyby go między czeredą dumnych miaukaczy. Siedział wciśnięty nieśmiało między kocie ogony nastroszone niczym szczotki do mycia butelek i na dobrą sprawę stracił już nadzieję, że ktokolwiek zwróci na niego uwagę. Kiedy jednak Mag w końcu go zobaczyła, to aż oczy jej się zaiskrzyły i wiedziała, że musi zabrać Smoczka z tego nieprzyjaznego otoczenia. Chwilkę potargowała się z handlarzem, nie dając po sobie poznać, jak bardzo jej na zielonym potworku zależy - i po chwili mogła już wyciągnąć do niego swoje opiekuńcze ramiona. "Chodź, biedny Smoczku. - powiedziała. - Trafisz do miejsca, gdzie na pewno będzie ci dobrze. Będziesz wśród swoich."
    Smoczek został zapakowany, oklejony znaczkami i wysłany w daleką podróż razem z zapasem lawendowych ciasteczek [aby nie zgłodniał po drodze]. Następnego dnia dotarł do Pomarańczowej Jaskini, gdzie od razu poczuł się jak w domu. A Hipopotam z całą mocą stwierdził, że pod wieloma względami przypomina Dragonellę - bo też jest taki dobrze wychowany i grzeczny. Zresztą, zobaczcie sami:


    Pozostał jeszcze tylko jeden problem - Smoczek nie ma imienia. Może Ty mi coś podpowiesz, Drogi Czytelniku?

sobota, 7 września 2013

Lokator na dziko

    Szybki sobotni drobiazg na poprawę humoru. W ramach pożegnania wakacji byliśmy z Hipopotamem tydzień temu w ogrodzie botanicznym. Wiadomo, piękne kwiaty, niezwykłe rośliny z różnych zakątków świata, zacienione alejki i altanki - czyli oaza ciszy i spokoju w samym sercu miasta. Zwierzątek było mało, jeśli nie liczyć owadów i ptaków urzędujących na tym terenie na zasadzie dzikich lokatorów. Mimo to w jednej szklarni natknęliśmy się na dość nietypowego, aczkolwiek bardzo sympatycznego mieszkańca...




środa, 4 września 2013

Zmiany w gronie Muppeciątek

    Dla wielbicieli postów o Młodej Gniewnej mam złą wiadomość: zdecydowała, że nie będzie już uczennicą Zoo. Oczywiście wiem o tym od poniedziałku, kiedy to ze zdziwieniem zobaczyłam, że nie ma jej na liście mojej nowej klasy. Dziś natomiast przyszła do mnie w odwiedziny [ku uciesze 3B, z którą akurat miałam zajęcia :)], więc poznałam trochę więcej szczegółów. Otóż Sylwia stwierdziła, że zapisze się do zaocznego liceum dla dorosłych. Decyzja podyktowana jest jak sądzę głównie tym, że będzie tam miała zajęcia tylko w weekendy, a zatem łatwiej jej będzie zorganizować opiekę do dziecka, kiedy już się urodzi. Z tego punktu widzenia rzecz jasna będzie miała lepiej - tylko co w jej sytuacji da matura? Gdyby została w Zoo, za trzy lata miałaby zawód, a tak po takim samym czasie będzie musiała kontynuować naukę, bo kto ją zatrudni z gołym średnim wykształceniem? Na studia nie pójdzie, pozostaje więc szkoła policealna, czyli kolejne lata nauki. W tle małe dziecko i nieciekawa sytuacja finansowa - mówiąc szczerze, marnie to widzę. No cóż, pożyjemy, zobaczymy. Ale żeby nam nie było smutno, to Młoda Gniewna zapowiada, że na zawitanie w progi Zoo szykuje się jej młodsza siostra. Jest teraz w szóstej klasie podstawówki i do tej pory co prawda jeszcze nie powtarzała roku, ale i tak Sylwia kładzie jej do głowy, by się dziecko nie wygłupiało i od razu startowało do nas, a nie do zwykłego gimnazjum. Tjaaa... Bo i gdzie będzie miało lepiej?

    Pamiętacie Hiszpana? Po ukończeniu gimnazjum zdecydował się zostać w naszej zawodówce. Być może zresztą nie miał innego wyjścia - pewnie za słabo napisał egzamin z języka polskiego... Tak czy siak, kształci się na cukiernika. No i ma się rozumieć "awansował" na Muppeta, czyli jest w mojej klasie :) A propos, to miałam dziś godzinę wychowawczą, na której miały miejsce takie oto wymiany zdań z Hiszpanem:

JA: Przekażcie rodzicom lub prawnym opiekunom, że w szkole obowiązuje miesięczna składka w wysokości 10 złotych na materiały dla was - papier do ksero, tonery... Jak znam życie, to nie kupicie książek, a na czymś trzeba pracować, więc nauczyciele będą musieli przynosić wam tony kserówek. To się samo nie sfinansuje.
HISZPAN: Proszę pani, ja będę miał na pewno wszystkie książki. To czy mam płacić te 10 złotych?
JA:  W takiej sytuacji nie aż tyle, bo tylko na sprawdziany i dodatkowe materiały.

(No tak, nie uwzględniłam faktu, że będę mieć ucznia, który jest zainteresowany kupieniem podręczników...)

JA [po umówieniu wszystkiego]: Z mojej strony to tyle ogłoszeń. Czy ktoś ma do mnie jakieś pytania jako do wychowawcy?
HISZPAN: Proszę pani, a czy w tym roku też będę miał dodatkowy polski?
JA [szczerze zaskoczona pytaniem]: Nie wiem, bo egzamin z polskiego masz już za sobą... A chcesz mieć ten polski?
HISZPAN: No pewnie! Dużo jeszcze nie umiem.
JA [zbierając zęby z podłogi]: W takim razie ustalę to z dyrekcją i będziesz miał lekcję, tylko nie wiem, czy ze mną, czy z panią Kozak [czyli jego polonistką z gimnazjum].

(Uczeń Zoo, który dopomina się o lekcje dodatkowe... No świat się kończy...)

Aha, dla zainteresowanych: Marcin z pierwszej klasy jednak się nie pojawił. Nie było go cały dzień w szkole. Jeśli nie okaże się, że to np. z powodu choroby, to poprawię mu tę jedynkę długopisem. No trudno, miał szansę. Szkoda.

wtorek, 3 września 2013

Niespodzianka

    Pierwszy dzień pracy w nowym roku szkolnym za mną. Jak było, to zaraz opowiem, ale najpierw chcę pokazać Wam, co takiego zobaczyłam po powrocie do Pomarańczowej Jaskini.
    Otóż - niczego niezwykłego się nie spodziewając, przekręcam klucz w obu zamkach [znak, że Hipek nieobecny, bo inaczej zamknięte byłoby tylko na górny]. Tradycyjnie łapię ręką Jej Wysokość, która wita domowników niczym najlepiej wytresowany Burek, miaucząc, ocierając się o nogi i nie pozwalając zdjąć butów bez odebrania należnych jej porcji głasków. Gdy tylko skończyłam pierwsze drapanie za uchem i podniosłam wzrok do góry, moim oczom ukazał się następujący widok:


 
    Hmm... Jak polecono, tak też Smok uczynił. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył kolejny drogowskaz:


    Po raz kolejny wykonałam polecenie, słusznie podejrzewając, że z racji niewielkiego metrażu Pomarańczowej Jaskini wkrótce dowiem się, co to wszystko znaczy. I rzeczywiście...


    Na kuchence stał garnek z jeszcze ciepłym, pachnącym i - jak się niezwłocznie okazało - przepysznym Bigosem a'la Hipek.


    I co Wy na to? :)


    No dobrze, a jak w Zoo? Ano spokojnie - pierwszy dzień to zwyczajowo same zajęcia organizacyjne, więc bez nerwów i stresu w klasach, które już mnie znają. Popisywać lubią się tradycyjnie nowi uczniowie, ale w tej kwestii tym razem czekała mnie niespodzianka. Miałam dziś bowiem dwie lekcje z pierwszą klasą gimnazjalną - którzy, jak Wam wspominałam, mają być pod opieką Grażyny - i jak na razie refleksję mam jedną: mam nadzieję, że ich informatyczka nie zmarnuje... Grzeczne, lekko wystraszone dzieciaczki, wszystkie wyposażone w zeszyty i długopisy [a niektóre nawet w piórniki z kolorowymi cienkopisami!], karnie notujące i nie odzywające się bez pytania. Widać wylądowały w Zoo nie z powodów dyscyplinarnych, tylko dlatego, że po prostu były słabe i nie radziły sobie w gimnazjach o standardowych wymaganiach. Widać to zresztą było, kiedy pod koniec pierwszej lekcji - po omówieniu moich wymagań i zapisaniu listy lektur - poprosiłam, żeby opowiedzieli mi coś o sobie. Pół biedy, jeśli trafiło na chłopaka, bo płeć męska w tym wieku zwykle jednak interesuje się sportem, więc zawsze można takiego delikwenta trochę za język pociągnąć [Grasz w piłkę nożną? A na jakiej pozycji najchętniej? A którego piłkarza podziwiasz?]. Bywa jednak niestety tak, że małpiątko nie ma kompletnie nic o sobie do powiedzenia...:

JA: Twoja kolej, Laura. Powiedz nam coś o sobie.
LAURA: Yyy... Ale co...?
JA: Co na przykład lubisz robić w wolnym czasie?
LAURA: Siedzieć na fejsie...
JA: Dobra, a gdybyś przyszła do domu i by się okazało, że jest awaria Internetu...?
LAURA: To wyjęłabym komórkę i weszła na fejsa.
JA [nie daję za wygraną]: Ok, a jakiej muzyki słuchasz?
LAURA: A bo ja wiem...? Wszystko jedno, co tam leci, byle nie za głośno.
JA [chwytając się ostatniej deski ratunku]: A co najbardziej lubisz jeść?
LAURA: Eee... Nie wiem. Ja mało jem. Sałatę może? Taką zieloną...

    I weź tu pogadaj z taką...
    Na drugiej godzinie miałam tylko jeden mały zgrzyt, ale istnieje szansa, że się rozejdzie po kościach. Zrobiłam im wstęp do fonetyki - elementarne sprawy, podział wyrazu na litery, głoski i sylaby. Najpierw teoria, definicje, a potem ćwiczenia praktyczne, w ramach których małpki podchodziły kolejno do tablicy. Jedni robią lepiej, drudzy gorzej, aż w końcu przyszła kolej na Marcina, który stwierdził, że nie podejdzie i już. Proszę najpierw żartem, potem już na poważnie, ale on nie, nie i już. Postawiło mnie to w głupiej sytuacji - rozumiecie, pierwszy dzień zajęć w nowej klasie i pierwsza sytuacja, w której delikwent otwarcie, stanowczo odmawia wykonania mojego polecenia. Doświadczenie uczy mnie, że nie wolno mi na to machnąć ręką, jeśli chcę mieć opinię osoby stanowczej, z którą trzeba się liczyć. Powiedziałam więc Marcinowi bardzo spokojnym tonem, że jeśli nie podejdzie do tablicy, to będę mu musiała postawić jedynkę, a ponieważ naprawdę nie chcę tego robić - i to w dodatku na pierwszej lekcji - to mimo wszystko jednak proszę, żeby wykonał moje polecenie. W odpowiedzi chłopak wzruszył ramionami i położył się na ławce, a ja, chcąc nie chcąc, wstawiłam mu gałę [ale ołówkiem].
    Po skończonych zajęciach podeszłam do niego na korytarzu i zagadnęłam życzliwym tonem:

JA: Marcin, co się stało? Dlaczego nie chciałeś podejść?
MARCIN: A bo ja nie lubię chodzić do tablicy. I nie będę chodził.
JA: Rozumiem, ale szkoda tej jedynki...
MARCIN: No szkoda, trudno.
JA: To wiesz co, mam taki pomysł. Jutro też mamy polski - na samym początku zajęć siądziesz przy moim biurku, a ja dam ci kartkę z przykładami tego typu, jak na lekcji. Jeśli je zrobisz, to skreślę ci tę jedynkę. Umowa stoi?
MARCIN [lekko zdziwiony]: No stoi...
JA: Cieszę się. Chłopie, ja cię tu nie chcę na chama jedynkować, tylko chcę, żebyś umiał. To do jutra w takim razie i powtórz sobie wszystko porządnie.

    Tjaa... Mam nadzieję, że Marcin się pojawi, a nie będzie robił uniki. Jeśli zwieje, to poprawię jedynkę długopisem.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Komu bije... dzwonek :)

    Myślę, że mam dla Ciebie dobrą wiadomość, Drogi Czytelniku. Jeśli przyzwyczaiłeś się do śledzenia perypetii moich osobistych Muppetów - np. Młodej Gniewnej, Lecha [tego z reakcjami emocjonalnymi na poziomie 5-latka] czy manipulującej rodzicami Patrycji - to mam przyjemność poinformować, że nie będziesz musiał się z tą całą czeredą żegnać. Po oddaniu trzeciej gimnazjalnej dostałam bowiem wychowawstwo w pierwszej klasie zawodówki, gdzie wylądowały prawie wszystkie Muppety, które szczęśliwie odebrały w czerwcu świadectwo ukończenia szkoły. Oczywiście dla mnie jest to bardzo dobra wiadomość, bo oznacza, że będę miała mniej roboty na początku. Gdybym dostała świeżutką, pierwszą gimnazjum, musiałabym zaczynać ostrą tresurę z całkiem nowymi uczniami. A tak - "moich" mam już wychowanych, a z kolei oni z pewnością pomogą mi ustawić resztę...
    Przyznaję, że aby dostać tę klasę, robiłam podchody zarówno u Wiceszefowej, jak i u Głównej. Oznacza to, ze zarówno jedną, jak i drugą prosiłam o to wychowawstwo [choć używając innych argumentów] mając świadomość, że na zawodówkę ma również chrapkę informatyczka, Grażyna. Miała ona dokładnie taką samą motywację, jak ja, tzn. była wychowawczynią równoległej trzeciej gimnazjalnej i część jej podopiecznych również wylądowało w nowej zawodówce. Zdaje się jednak, że moje argumenty okazały się silniejsze. A jakież to argumenty? Zasadniczo - są dwa. Oficjalny [i tym Wice przekonała Główną] jest taki, że wychowawca-polonista będzie z racji ilości godzin częściej w tygodniu widywał swoją klasę, niż wychowawca-informatyk. W ten sposób uczniowie będą pod lepszą kontrolą. Drugi argument jest natomiast na tyle delikatnej natury, że nie został nawet wprost nazwany, ale w rozmowie w cztery oczy z Wice obie dokładnie wiedziałyśmy, o co chodzi. Otóż Grażyna jest - określając rzecz bardzo eufemistycznie - osobą dość trudną. Wynika to z jej sytuacji domowej, ponieważ jest żoną pijącego alkoholika i w związku z tym ma typowe cechy osoby współuzależnionej. Prywatnie jej współczuję, ale niestety cała sprawa rzutuje na zachowanie Grażyny w pracy, zarówno w odniesieniu do nas, nauczycieli, jak i do uczniów. Generalizując - informatyczka [zapewne w zależności od aktualnej sytuacji domowej] funkcjonuje między dwoma skrajnościami. Jest albo "duszą towarzystwa", wesołą gadułą śmiejącą się głośno na całe Zoo - albo przewrażliwionym kłębkiem nerwów, robiącym awantury o byle pierdołę. Jednym słowem, albo jest cukierkowa aż do zrzygania, albo jadowita i pyskata, jak poseł Pawłowicz.
    Przekonałam się zresztą o tym na własnej skórze mniej więcej w połowie minionego roku szkolnego, kiedy to jej wychowankowie - gościnnie mający zajęcia w sali moich Muppetów - wymalowali markerami ławki. Próba interwencji u Grażyny [chciałam, aby pomogła mi namierzyć, kto dokładnie to zrobił i jako wychowawca spróbowała ich zmusić do wymycia ławek] skończyła się zrobieniem mi przez informatyczkę karczemnej awantury [sic!]  z krzykiem i bluzgami - pod hasłem: "Jak śmiałam oskarżyć jej Bogu ducha winne dzieciaczki?!". Tjaa... Od tego czasu obchodzę Grażynę szerokim łukiem i nie rozmawiam z nią, jeśli naprawdę nie muszę. Jaki ma sens wdawanie się w merytoryczne dyskusje z kimś, kto ma emocjonalne problemy rzutujące na ocenę rzeczywistości...?
    Wracam jednak do kwestii wychowawstwa. Nie ukrywam, że szkoda mi było moich Muppetów ze świadomością, że Grażyna miałaby być ich opiekunką od września - zwłaszcza, że uczyła ich w pierwszej klasie matematyki i wiem, że z ulgą przyjęli jej zmianę na Irenkę. W rozmowie z Wiceszefową jednak obie znacząco byłyśmy zgodne co do jednego - Grażyna ma jakoś wyjątkowo "dziwnego pecha" trafiać na trudne klasy. Tzn. tak się jakoś składa, że to jej podopieczni mają zwykle opinie najbardziej bezczelnych bandziorów. Trzy lata temu na jeden rok to miano przypadło co prawda mojej pierwszej gimnazjalnej [jeśli nie pamiętacie, z czym się tam zmagałam, to cofnijcie się do początków tego bloga...] - ale kiedy udało mi się Muppety postawić do pionu, to znów okazało się, że największe problemy są z klasą Grażyny. Co więcej - wiem, że w przeszłości [tzn. nim jeszcze rozpoczęłam pracę w Zoo] również jej wychowankowie nieźle dawali do wiwatu, skoro po dziś dzień część nauczycieli wspomina, jakie mieli z nimi przejścia. Oczywiście ani ja, ani Wice nie powiedziałyśmy tego wprost, ale sprawa jest niestety prosta - Grażyna ze względu na swoje problemy emocjonalne nie bardzo radzi sobie z trudnymi uczniami [a takich w Zoo nie brakuje]. Wykorzystują oni przede wszystkim jej brak konsekwencji i w rezultacie robią, co chcą. A pierwsza klasa zawodówki potrzebuje silnej ręki, bo jest to rokrocznie specyficzny twór, składający się w części z "naszych absolwentów" [czyli dzieciaków jako-tako już wychowanych], a w części z zupełnie obcych małpiątek. W tej drugiej grupie oczywiście są i normalne dzieciaki, ale najczęściej jednak takie, które wybrały naszą szkołę tylko dlatego, że żadna inna zawodówka w mieście ich nie chciała [bo my bierzemy w zasadzie każdego, jak leci...]. Dodać należy, że mamy tu już do czynienia z całkiem dorosłymi ludźmi, którzy oprócz nauki w szkole odbywają też praktyki w zakładach pracy - a zatem wychowawca ma na głowie również relacje z ich pracodawcami. Do tego wszystkiego potrzeba osoby silnej i zrównoważonej - a taką z pewnością Grażyna nie jest...
    I tym sposobem to ja dostałam zawodówkę, a nie ona. Oficjalnie z tego powodu, że ona miałaby z całością klasy tylko raz w tygodniu zajęcia na godzinie wychowawczej [bo godzinka informatyki jest dzielona na grupy] - a ja, jako polonistka, będę miała aż trzy godziny [dwa razy polski plus wychowawcza]. Grażyna dostała pierwszą gimnazjum, w której nota bene niestety i ja będę uczyła, więc już przewiduję kłopoty. No ale trudno, mało to już świrów ustawiałam? Inna sprawa, że w mojej zawodówce będę musiała przywołać do porządku kilku rozpuszczonych bezczelniaków z trzeciej gimnazjalnej Grażyny. To też zapowiada się dość ciekawie, ale myślę, że mogę w tej sprawie liczyć na pomoc moich Muppeciątek.
   

piątek, 23 sierpnia 2013

Melduję się

    Co takiego robi Dragonella, skoro milczy już od prawie dwóch tygodni? Szczerze powiedziawszy, to nic szczególnego - i to właśnie jest powód, dla którego nie mieliście dawno ode mnie żadnego posta.
    Byłam kilka dni na "łonie rodziny", czyli z wizytą u mojego Taty. Po powrocie myślałam, że mnie znów zawalą zajęcia z obcokrajowcami, ale okazało się, że na środek sierpnia było zbyt mało chętnych, by godzin wystarczyło i dla mnie. Z jednej strony - szkoda kasy, ale z drugiej przynajmniej miałam naprawdę możliwość złapania trochę oddechu i zaznania kilku dni spod znaku "Dziś nic nie muszę". Poobijałam się więc leniwie po Pomarańczowej Jaskini, czytając wakacyjną lekturę autorstwa ulubionego smoczego zabijacza czasu, czyli Stephena Kinga (odświeżam "Cmętaż zwieżąt"). Dałam się także zarazić gorączce "Gry o Tron", choć długo broniłam się przed obejrzeniem chociażby jednego odcinka. Tjaaa... Skończyło się to tak, że wciągnęłam już wszystkie trzy sezony :) Dobrze, że dopadło mnie to w trakcie wolnego, bo inaczej moje poczucie obowiązkowości musiałoby stoczyć zaciekłą walkę z chęcią zarwania nocy, żeby dajmy na to dowiedzieć się, czy Tyrion zginął podczas oblężenia miasta, czy jednak nie. No to teraz - w oczekiwaniu na sezon 4 - nie pozostaje mi nic innego, jak tylko skombinować książkę :)
    Wolne powoli mi się kończy. Z urlopu zdążył wrócić już Drybek, więc przynajmniej na tym polu odzyskałam dawną rutynę. A w przyszłym tygodniu zaczyna się już dla mnie szkoła. W poniedziałek mam się stawić w Zoo o 10 rano, bo Główna zarządziła zebranie przewodniczących komisji przedmiotowych, a w tym roku szkolnym ubrano mnie w dowodzenie humanistami. We wtorek za to zacznie się już moja ulubiona zabawa, czyli egzaminy poprawkowe. Zestawy z pytaniami już przygotowałam, leżą sobie grzecznie wydrukowane w teczce i czekają na skazańców. Rzecz jasna jeśli w trakcie egzaminowania usłyszę jakieś dorodne, "yntelygentne" kwiatki, to z radością się nimi z Wami podzielę, ale tym razem wyjątkowo emocji przewiduję tyle, ile podczas gry w korespondencyjne szachy. Wstawiłam gały trzem delikwentom, przy czym wszyscy trzej jeśli nawet obleją egzamin, to mają prawo przejść z tą jedną jedynką warunkowo do następnej klasy. Po co w takim razie ta cała szopka? Dobre pytanie, ale przecież to nie ja uchwalałam to kretyńskie prawo. Dla zasady zatem i żeby zachować twarz. Nie mogłam im - z różnych powodów - wlepić enkaeli, a postawienie im dla świętego spokoju dopalaczy za nic byłoby w moim odczuciu napluciem w twarz tym małpkom, które uczciwie na swoje dwójki zapracowały.
    Jak sami zatem widzicie, nic ciekawego się u mnie nie dzieje. Fajny stan, który nie potrwa już długo.