Jest w 1B - czyli klasie Smrodka i jednocześnie tej, której wychowawczynią jest świetna historyczka Marzena - chłopak, nazwijmy go Radek. Typ cichego dziecka, które ma przedziwną zdolność wtapiania się w otoczenie i niknięcia w gronie kolegów, pomimo swojego całkiem słusznego wzrostu. Spokojny, cichy, posłuszny.
Radek ma niestety bardzo duże problemy z nauką wynikające z faktu, że jest praktycznie analfabetą. Tzn. pisać jako-tako umie [choć bardzo niestarannie, wygląda to mniej więcej tak, jak wprawki pierwszoklasisty...], ale z czytaniem to już prawdziwa tragedia. Raz jeden kazałam mu coś przeczytać na głos [czytaliśmy wspólnie tekst z podręcznika i po prostu przyszła jego kolej] - cóż, więcej tego nie zrobię, by go nie ośmieszać. No a skoro nie radzi sobie z tą podstawową szkolną umiejętnością, to pociąga za sobą kłopoty z wszystkimi innymi przedmiotami. Do tego chłopak koło listopada zaczął opuszczać lekcje [dlaczego - to stanie się jasne po lekturze całości posta] i w rezultacie nałapał tyle nieobecności, że skończyło się kilkoma enkaelami, w tym również z języka polskiego.
Ponieważ w takich przypadkach zwykle nic się nie dzieje bez przyczyny, tak i tym razem jego problemy szkolne stają się oczywiste, jeśli poznamy sytuację domową Radka. A ma on, mówiąc wprost, przerąbane. Można to streścić w dwóch słowach: alkohol i przemoc. Pije ojciec,a do tego znęca się fizycznie nad rodziną przy biernej postawie matki. Ot, smutny standard. Ja z tatusiem nie miałam wątpliwej przyjemności [w końcu jestem tylko polonistką Radka, a facetowi nie przyszło na szczęście do głowy, by przyjść do mnie na rozmowę w trakcie którejś wywiadówki], ale po pierwszym zebraniu wyczerpującą relację zdała mi Marzenka. Otóż stawił się gość o wyglądzie typowego menela - Marzena stwierdziła, że nie wiedziała, gdzie oczy podziać ze wstydu - a jego reakcją na wiadomość o kiepskich ocenach syna było: "Już ja mu w domu tak wpierdolę, że przez miesiąc na dupie nie siądzie!". Biedną historyczkę najpierw zatkało, a potem usiłowała go utemperować informując, że bicie dzieci jest w Polsce niezgodne z prawem i należałoby raczej z Radkiem porozmawiać, a także przypilnować, by regularnie chodził do szkoły. Sama jednak wiedziała, że równie dobrze mogłaby opowiadać ślepemu o kolorach... Kolejnym razem tatuś przyszedł na spotkanie z wychowawczynią pijany, więc mu się Marzenka kazała wynosić - i bardzo słusznie.
Nie wiem, jak w innych szkołach, ale w naszej takich rzeczy bez reakcji się nie zostawia. Marzena poleciała z zeznaniami do Pedagożycy, a ta jest doświadczona w podobnych sprawach i umie uruchomić pewne trybiki w machinie sądowniczo-opiekuńczej. Dla niezorientowanych: szkoła w takich przypadkach może [co ja gadam, może - POWINNA!] wystosować do sądu pismo, w którym zrelacjonuje swoje podejrzenia w kwestii stosowania przemocy wobec "małoletniego" i wnioskuje o rozpoznanie jego sytuacji rodzinnej. Trzeba to rzecz jasna zrobić odpowiednim językiem, pełnym właściwych formułek, ale jednocześnie na tyle drastycznym, by urzędowi chciało się jak najszybciej ruszyć tyłek. A to akurat Pedagożyca świetnie potrafi. Trochę to co prawda trwało, a w międzyczasie Radek przestał chodzić do szkoły, więc nie miałyśmy świeżych informacji, jak się sprawy u niego mają.
W styczniu, z okazji podsumowującej semestr wywiadówki, pojawiają się u nas nie tylko rodzice, ale również opiekunowie prawni - w tym wychowawcy z tych domów dziecka i innych placówek opiekuńczych, którzy mają w Zoo swoich podopiecznych. Pojawiła się też tradycyjnie pani z Domu Dziecka prowadzonego przez zakonników, z którym współpracujemy od lat. Zaczęła wypytywać o wychowawcę 1B i okazało się, że dzień wcześniej pod ich skrzydła trafił nie kto inny, tylko Radek. Natomiast okoliczności, w jakich się to zdarzyło sprawiły, że szczęki nam opadły - a wiem, co mówię, bo byłam przy tej rozmowie w pokoju nauczycielskim. Otóż odbyła się rozprawa w sądzie rodzinnym, podczas której chłopak rozpłakał się i stwierdził, że on do domu nie wróci i koniec. Błagał sędzinę, żeby go od razu, z miejsca zabrali obojętnie gdzie, tam, gdzie tylko jest miejsce. Sędzina na szczęście była człowiekiem, wykonała kilka telefonów by ustalić, gdzie biedaka mogą przyjąć "na już" - i tak wylądował w naszym zaprzyjaźnionym zakonnym Domu Dziecka. Rzeczywiście, pojechał tak, jak stał - nawet szczoteczkę do zębów i piżamę dostał na miejscu.
Po feriach Radek pojawił się w szkole, a jakże. I wiecie co? Aż przyjemnie na niego spojrzeć. Jeśli ktoś znał go wcześniej, to od razu zauważy różnicę, nawet po samej twarzy. Widać, że chłopak jest wyspany, spokojniejszy, mniej spięty, nareszcie się uśmiecha. Marzenka oczywiście wzięła go na rozmowę podczas przerwy i szczegółowo wypytała - a jak mu tam jest, a czy ma wygodne łóżko, a czy inni chłopcy mu nie dokuczają, a czy dobrze go tam karmią, a co jadł na śniadanie itd. Może się to wydawać zabawne, przepytywanie w ten sposób starego konia wyższego od siebie o głowę, ale myślę, że Radkowi raczej się miło zrobiło. Na odmianę jakiś dorosły się nim interesuje, zamiast go lać. A na szczęście wszystko wskazuje na to, że chłopak będzie mógł zostać w tym Domu Dziecka przynajmniej do osiągnięcia pełnoletności.
Jako pointę podzielę się jedną refleksją. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się w głowie nie mieści, jaki koszmar miał Radek w domu rodzinnym. Wiem z doświadczenia, że na ogół dzieciaki bronią swoich matek i ojców tak długo, jak się da, zaprzeczają faktom, usprawiedliwiają ich i nie dają na nich powiedzieć złego słowa bez względu na to, jakimi kanaliami by nie byli. W taki razie jak potworne piekło musiał przeżyć ten uczeń, skoro pękł - i to przy obcej osobie, będącej w dodatku urzędnikiem państwowym? Możecie sobie wyobrazić rosłego 16-latka, który płacze jak dziecko w sądzie i błaga, by nie kazali mu wracać do domu? Bo ja szczerze mówiąc nie potrafię...
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
czwartek, 31 stycznia 2013
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Nastoletni zboczek
Okres dojrzewania to specyficzny czas w życiu młodego człowieka. Nie jest już dzieckiem, nie jest jeszcze dorosłym, a z jego ciałem zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy. Wiadomo też, że takiemu nastolatkowi - mówiąc kolokwialnie - buzują hormony i w związku z tym "wszystko mu się kojarzy". Z seksem, ma się rozumieć. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to całkiem normalne, bo w końcu po pierwsze sama to przerabiałam, a po drugie uczę młodzież nie od wczoraj.
No i właśnie w kwestii uczenia... Belfer prowadzący zajęcia przed zgrają nastolatków w okresie dojrzewania [zwłaszcza płci męskiej...] musi bardzo uważać na słowa, żeby w ramach reakcji nie napotkać na salwę śmiechu albo niewybredny komentarz. Dla przykładu - przenigdy nie nazwę przy uczniach oceny niedostatecznej "pałą". Doskonale pamiętam z własnych czasów licealnych wymianę zdań między nauczycielem a moim kolegą:
Plastyk: Piotrek, jak się nie uspokoisz, to ci postawię pałę!
Piotr: Taaak? To może wyjdźmy na zaplecze, panie sorze...?
Człowiek rzecz jasna nie siedzi w głowie nabuzowanego hormonami nastolatka i nie jest w stanie przewidzieć, co mu się akurat skojarzy - ale też i w zwyczajnych warunkach takie sytuacje nie zdarzają się aż tak bardzo często. Wyjątek stanowi pewien mój uczeń z drugiej gimnazjalnej, o którym już kiedyś wspominałam. Panowie i panie, poznajmy bliżej Rambo.
Co tu dużo mówić - do Rambo określenia "wulgarny i zboczony" pasują jak ulał. Dodam, że skoro wyróżnia się w podobny negatywny sposób nawet w Zoo, czyli w otoczeniu dzieciaków, których słownik w 80% składa się z nieparlamentarnych określeń na "k" oraz "ch" [czyli obrażania wersja żeńska i męska :)] - to znaczy, że chłopak naprawdę przegina. Mało tego, że praktycznie nie potrafi wypowiedzieć zdania, by nie okrasić go przekleństwem. On się wyraźnie w nich lubuje, wręcz smakuje ich wydźwięk, niczym ja czekoladę z nadzieniem miętowym albo marcepanowym. To jeszcze jednak jakoś dałoby się przełknąć, gdyby nie wyraźny kontekst seksualny jego komentarzy. Z ręką na sercu oświadczam - Rambo wszystko kojarzy się z seksem. I kiedy mówię "wszystko", to dokładnie wiem, co mówię.
Uczę tego chłopaka dopiero od września, ale wiem od innych nauczycieli, że w zeszłym roku był z nim ten sam problem. Nic nie pomaga - ani uwagi, ani nagany, ani rozmowy z pedagogiem, ani interwencje kuratora. Poprzedniej wychowawczyni udało się go lekko spacyfikować, zawstydzając go kilka razy przy klasie. Nie jest to pewnie "czysta" metoda wychowawcza, ale wierzcie mi, gdybyście go tylko słyszeli... W poprzednim roku chodził do klasy koedukacyjnej, tak więc kiedy został przed dziewczętami kilka razy "zgaszony" przez nauczycielkę, to się trochę hamował. Niestety, w tym roku przeniesiono go dyscyplinarnie do oddziału równoległego, w którym są sami chłopcy. No i dopiero teraz ma się przed kim popisywać... Rzecz jasna jego nowi koledzy są zachwyceni pomysłowością skojarzeń Rambo i dopingują go swoim śmiechem, albo jeszcze bardziej nakręcają.
Czas na próbkę inwencji twórczej rzeczonej małpki. Ostrzegam, będzie i wulgarnie, i niesmacznie - co wrażliwszych czytelników proszę więc o opuszczenie tego akapitu.
A zatem: kilka świeżutkich cytatów z dzisiejszych zajęć. Przyniosłam im do oglądania "Quo Vadis". Wiem z doświadczenia, że w trakcie projekcji tego filmu chodzą różne hasła i rozumiem, że kiedy młodzi chłopcy patrzą na "gołe cycki" w trakcie uczty u Nerona, to skojarzenia muszą być jednoznaczne. Ale Rambo mordka od komentarzy nie zamykała się przez dobre 45 minut, przy czym bez znaczenia było to, co akurat pojawiało się na ekranie. Oto przykłady:
- Jak ona ma na imię? KONDOMIA? [chodziło o Pomponię...]
[Na ekranie pojawia się postać Petroniusza ubieranego przez niewolnika]: - E, Linda, pokaż pałę!
[Akte wspomina swój związek z Neronem]: - No tak, na starej piczy lepiej się ćwiczy...
[Spacer po ogrodzie żony Cezara z malusieńką córeczką, która akurat ssała palec]: - Ta mała to mi może sisiora odpierdolić...
I tak w kółko...
Szczerze mówiąc, to nie bardzo mam pomysł, co z tym fantem zrobić, bo wszelkie konwencjonalne, dostępne szkole środki nie zdają egzaminu. Hipek zasugerował mi, żebym zapytała Pedagożycę, czy istnieje możliwość skierowania chłopaka przez szkołę na jakieś badania psychologiczne pod kątem nadmiernej pobudliwości seksualnej. Muszę jutro zapytać, bo naprawdę tego wszystkiego nie da się słuchać, nie wspominając o tym, że ciężko w obecności Rambo przeprowadzić jakąkolwiek normalną lekcję.
No i właśnie w kwestii uczenia... Belfer prowadzący zajęcia przed zgrają nastolatków w okresie dojrzewania [zwłaszcza płci męskiej...] musi bardzo uważać na słowa, żeby w ramach reakcji nie napotkać na salwę śmiechu albo niewybredny komentarz. Dla przykładu - przenigdy nie nazwę przy uczniach oceny niedostatecznej "pałą". Doskonale pamiętam z własnych czasów licealnych wymianę zdań między nauczycielem a moim kolegą:
Plastyk: Piotrek, jak się nie uspokoisz, to ci postawię pałę!
Piotr: Taaak? To może wyjdźmy na zaplecze, panie sorze...?
Człowiek rzecz jasna nie siedzi w głowie nabuzowanego hormonami nastolatka i nie jest w stanie przewidzieć, co mu się akurat skojarzy - ale też i w zwyczajnych warunkach takie sytuacje nie zdarzają się aż tak bardzo często. Wyjątek stanowi pewien mój uczeń z drugiej gimnazjalnej, o którym już kiedyś wspominałam. Panowie i panie, poznajmy bliżej Rambo.
Co tu dużo mówić - do Rambo określenia "wulgarny i zboczony" pasują jak ulał. Dodam, że skoro wyróżnia się w podobny negatywny sposób nawet w Zoo, czyli w otoczeniu dzieciaków, których słownik w 80% składa się z nieparlamentarnych określeń na "k" oraz "ch" [czyli obrażania wersja żeńska i męska :)] - to znaczy, że chłopak naprawdę przegina. Mało tego, że praktycznie nie potrafi wypowiedzieć zdania, by nie okrasić go przekleństwem. On się wyraźnie w nich lubuje, wręcz smakuje ich wydźwięk, niczym ja czekoladę z nadzieniem miętowym albo marcepanowym. To jeszcze jednak jakoś dałoby się przełknąć, gdyby nie wyraźny kontekst seksualny jego komentarzy. Z ręką na sercu oświadczam - Rambo wszystko kojarzy się z seksem. I kiedy mówię "wszystko", to dokładnie wiem, co mówię.
Uczę tego chłopaka dopiero od września, ale wiem od innych nauczycieli, że w zeszłym roku był z nim ten sam problem. Nic nie pomaga - ani uwagi, ani nagany, ani rozmowy z pedagogiem, ani interwencje kuratora. Poprzedniej wychowawczyni udało się go lekko spacyfikować, zawstydzając go kilka razy przy klasie. Nie jest to pewnie "czysta" metoda wychowawcza, ale wierzcie mi, gdybyście go tylko słyszeli... W poprzednim roku chodził do klasy koedukacyjnej, tak więc kiedy został przed dziewczętami kilka razy "zgaszony" przez nauczycielkę, to się trochę hamował. Niestety, w tym roku przeniesiono go dyscyplinarnie do oddziału równoległego, w którym są sami chłopcy. No i dopiero teraz ma się przed kim popisywać... Rzecz jasna jego nowi koledzy są zachwyceni pomysłowością skojarzeń Rambo i dopingują go swoim śmiechem, albo jeszcze bardziej nakręcają.
Czas na próbkę inwencji twórczej rzeczonej małpki. Ostrzegam, będzie i wulgarnie, i niesmacznie - co wrażliwszych czytelników proszę więc o opuszczenie tego akapitu.
A zatem: kilka świeżutkich cytatów z dzisiejszych zajęć. Przyniosłam im do oglądania "Quo Vadis". Wiem z doświadczenia, że w trakcie projekcji tego filmu chodzą różne hasła i rozumiem, że kiedy młodzi chłopcy patrzą na "gołe cycki" w trakcie uczty u Nerona, to skojarzenia muszą być jednoznaczne. Ale Rambo mordka od komentarzy nie zamykała się przez dobre 45 minut, przy czym bez znaczenia było to, co akurat pojawiało się na ekranie. Oto przykłady:
- Jak ona ma na imię? KONDOMIA? [chodziło o Pomponię...]
[Na ekranie pojawia się postać Petroniusza ubieranego przez niewolnika]: - E, Linda, pokaż pałę!
[Akte wspomina swój związek z Neronem]: - No tak, na starej piczy lepiej się ćwiczy...
[Spacer po ogrodzie żony Cezara z malusieńką córeczką, która akurat ssała palec]: - Ta mała to mi może sisiora odpierdolić...
I tak w kółko...
Szczerze mówiąc, to nie bardzo mam pomysł, co z tym fantem zrobić, bo wszelkie konwencjonalne, dostępne szkole środki nie zdają egzaminu. Hipek zasugerował mi, żebym zapytała Pedagożycę, czy istnieje możliwość skierowania chłopaka przez szkołę na jakieś badania psychologiczne pod kątem nadmiernej pobudliwości seksualnej. Muszę jutro zapytać, bo naprawdę tego wszystkiego nie da się słuchać, nie wspominając o tym, że ciężko w obecności Rambo przeprowadzić jakąkolwiek normalną lekcję.
UPDATE 30 stycznia
Byłam u Pedagożycy - przy okazji dowiedziałam się, z jakiego powodu Rambo się rozszalał. Otóż z końcem pierwszego półrocza cofnęli mu nadzór kuratora. Tjaa... Aż mnie zatkało. Nie wiem, który normalny sędzia mógł podjąć taką decyzję w stosunku do ucznia, który ma nieodpowiednie zachowanie i na którego non stop są skargi.
W każdym razie - Pedagożyca spisała moje "zeznania" [łącznie z cytatami] i obiecała, że wyśle do sądu pismo z prośbą o ponowne rozpoznanie sytuacji ucznia, skoro po cofnięciu środka wychowawczego [czyli dozoru kuratora] jego zachowanie się pogorszyło. W kwestii jego niewyparzonej gęby i skojarzeń seksualnych, to wystosuje do rodziców oficjalne pismo z ultimatum, że albo pójdą z synem na badania psychiatryczne sami, albo szkoła się o takie skierowanie postara.
Wygląda na to, że Hipek miał nosa. Trzymajcie kciuki, żeby coś s tego wyszło...
sobota, 26 stycznia 2013
O skutkach bicia
Opublikowałam jak dotąd dwa posty o tematyce kar cielesnych. W pierwszym wskazywałam - na własnym przykładzie - błędność założenia, że do wychowania tzw. "porządnego człowieka" lanie go w dzieciństwie jest niezbędne. W drugim przedstawiałam swój punkt widzenia na temat skuteczności karania oraz proponowałam alternatywę wobec bicia. Dzisiejszy post będzie chyba ostatnim z tej serii tematycznej [chyba - bo może w związku z ewentualnymi Waszymi komentarzami coś mi jeszcze przyjdzie do głowy?] i jednocześnie spodziewam się, że wywoła najwięcej emocji i protestów u zwolenników stosowania kar cielesnych w procesie wychowania.
W związku z tym przed lekturą chcę jeszcze raz odesłać do wstępu, który napisałam do poprzedniego posta. Podkreślam z uporem maniaka, że prezentuję tutaj swoje poglądy, podając ich uzasadnienie. Nie jest moim celem atakowanie nikogo personalnie. Nie twierdzę, że LUDZIE stosujący kary cielesne wobec dzieci są z definicji źli, jak najbardziej natomiast jestem zdania, że bicie jest krzywdzące, szkodliwe i potencjalnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że łapiecie różnicę: potępiam zachowanie, a nie rodziców, którzy w większości [bo nie mówię tu o patologiach] mają przecież jak najlepsze intencje i biją dlatego, żeby dziecku wyszło to na dobre. Innymi słowy - Drogi Czytelniku, jeśli stosujesz te metody wychowawcze, to Dragonka nie mówi Ci, że jesteś złym, okrutnym bydlakiem, tylko, że kierując się szlachetnymi założeniami możesz zrobić dziecku krzywdę wcale tego nie chcąc. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego tak uważam, a Ty możesz przyjąć tę argumentację, albo wzruszyć ramionami i uznać, że się mylę. Twoja sprawa, Twoje dziecko, Twoja odpowiedzialność za nie.
Kiedy byłam już mocno dojrzałą nastolatką - miałam jakieś 17 czy 18 lat - natrafiłam na książkę Alice Miller "Zniewolone dzieciństwo", w której - tu posłużę się cytatem z opisu do polskiego wydania - "demaskuje mechanizm przemocy obecny w metodach wychowawczych stosowanych wobec naszych rodziców i dziadków (tzw. czarna pedagogika) (...), kreśli sugestywny obraz zniszczeń, jakich dokonuje w człowieku przemoc i wynikających stąd zagrożeń społecznych". Ta praca składa się z dwóch części. W pierwszej autorka przedstawia, jak wyglądało wychowanie dzieci na przełomie XIX i XX wieku na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii, obszernie cytując i komentując podręczniki pedagogiczne z epoki. Ta część kończy się konkluzją, że dziecko, które w procesie wychowania padło ofiarą przemocy i upokorzenia ze strony najbliższych mu osób, jeśli nie otrzyma pomocy, to wyrośnie na dorosłego, który sam będzie stosował przemoc - albo wobec samego siebie, albo wobec innych, albo będzie robił obie te rzeczy na raz. Na poparcie tej tezy Miller w drugiej części pracy analizuje na podstawie różnych źródeł przypadki trzech osób, które jako dzieci przeszły przez piekło, a potem jako dorośli sami to piekło w rozmaity sposób tworzyli. Ci ludzie to Christiane F., autorka słynnej książki "My, dzieci z Dworca Zoo" [jako przykład autodestrukcji], Adolf Hitler [jako przykład obsesyjnej potrzeby niszczenia innych] oraz Jürgen Bartsch, niemiecki dzieciobójca na tle seksualnym [jako przykład kogoś, kto zadawał cierpienie zarówno sobie, jak i innym]. Osobom zainteresowanym tematyką wychowywania dzieci gorąco tę pracę polecam, choć jestem świadoma, że przedstawione w niej przykłady są rzeczywiście mocno skrajne i metody, jakie były stosowane wobec trójki "bohaterów" nie mają nic wspólnego z żadną pedagogiką, tylko są torturami fizycznymi i psychicznymi w najczystszej postaci. Wiem, że porównanie "zwykłych klapsów" do doświadczeń tamtych dzieci to zestawienie wiosennego deszczyku z gradobiciem i nie jest moim celem stawianie tu znaku równości. Tym niemniej jednak mechanizmy i tok myślenia opisany przez Alice Miller, które stoją za "czarną pedagogiką", są niestety już niemalże identyczne. A skoro tak, to istnieje potencjalne ryzyko, że - trzymając się pogodowej metafory - ten deszczyk w gradobicie się przerodzi, jeśli napotka na sprzyjające warunki atmosferyczne. Kto jednak jest ciekawy, tego odsyłam do książki - ja natomiast wracam do konkretów.
Jestem głęboko przekonana o tym, że "przemoc rodzi przemoc". Trzeba tu oczywiście umieć odróżnić agresję od przemocy, czyli zjawiska, które ma charakter intencjonalny, powtarzalny i w którym nie występuje "zamiana ról", czyli sprawca jest zawsze sprawcą, a ofiara zawsze ofiarą [to tak w wielkim skrócie - jest na ten temat mnóstwo publikacji, nawet w Internecie]. Ktoś, kto jest ofiarą przemocy, wcześniej czy później będzie z nią musiał "coś zrobić", jakoś ją uzewnętrznić. I zrobi to albo szkodząc sobie [np. niska samoocena, zadawanie sobie bólu, szkodzenie swojemu zdrowiu poprzez popadanie w nałogi], albo wyładowując ją na kimś słabszym [fizycznie lub psychicznie].
Zapytacie: chwila chwila, ale jak to się ma do okazjonalnego klapsa? Czy to już od razu jest przemoc, która rujnuje psychikę?
Odpowiem: i tak, i nie. Zwykłe, pojedyncze uderzenie, które nie jest zbyt mocne i które nie ma upokarzającej formy, destrukcyjne zapewne nie będzie. Tyle, że w takim razie nie odniesie skutku, bo będzie za lekką karą [patrz poprzedni post]. Dziecko takie lanie kompletnie zlekceważy i pomyśli: "To ja następnym razem zrobię to samo i najwyżej dostanę klapsa, nic wielkiego". Co wobec tego pomyśli rodzic, kiedy tylko zauważy podobne podejście? "Następnym razem sprawię mu takie lanie, że popamięta". Problem w tym, że aby "dziecko popamiętało", to trzeba mu zadać albo dużo większy ból fizyczny, albo upokorzyć, czyli zadać ból psychiczny. A tutaj już bardzo prosta droga do takiej przemocy, która rzeczywiście może zrobić krzywdę.
W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na potencjalne "techniczne" niebezpieczeństwo związane z biciem dziecka, a wynikające z nierównowagi sił. Weźmy pod uwagę, że bije osoba dorosła [duża, silna], a bite jest małe dziecko [mniejsze, delikatniejsze, słabsze]. To, co mamie czy tacie wydaje się "delikatnym klapsem", dla dziecka może okazać się silnym uderzeniem [bo jak to sprawdzi? Przecież nie jest w jego skórze...]. Mało tego: jeśli rodzic bije pod wpływem impulsu, emocji, gniewu, to z przyczyn naturalnych traci panowanie nad siłą uderzenia i istnieje ryzyko, że uderzy dużo mocniej, niż chciał. Stąd potem zwyczajni, kochający i wcale "niepatologiczni" rodzice naderwą ucho, zostawią sińce lub wręcz coś połamią. Oni naprawdę nie chcieli, tak jakoś "samo wyszło"...
Skoro tak, to może lepiej "bić na zimno" - czyli po opadnięciu emocji, na spokojnie, kazać dziecku przynieść pasek, położyć się na wersalce, a następnie metodycznie mu wprać, najlepiej jeszcze głośno licząc uderzenia...? Tu przechodzimy do kwestii upokarzających rytuałów związanych z karami cielesnymi, które mogą być dużo gorsze, niż sam fizyczny ból. Cała ta otoczka - począwszy od odwlekania kary w czasie, a na jej drobiazgowym przygotowaniu i wykonaniu skończywszy - potęguje przede wszystkim strach i wyolbrzymia go w głowie dziecka. Ono czekając na karę nie zastanawia się nad swoim złym postępowaniem, tylko przeżywa to, co ma się stać. To porównanie zapewne nie spodoba się zwolennikom kar cielesnych, ale taki mechanizm strachu stosowano z powodzeniem w średniowieczu - prowadząc delikwenta do sali tortur jeszcze przed ich zadaniem, dokładnie pokazując mu, co go czeka. Znów podkreślam: nie chodzi mi o to, żeby klapsy nazwać torturami, ale o to, że w obu przypadkach wykorzystuje się to samo oddziaływanie na psychikę, a więc zadaje się podobny ból psychiczny.
Ostatnia sprawa dotyczy pewnego niebezpiecznego skutku ubocznego, towarzyszącego karze cielesnej. Otóż bijąc dziecko pokazujemy mu bez wątpienia jedno: jeśli z różnych przyczyn nie potrafię poprzeć mojego stanowiska argumentami [np. brakuje mi ich, albo nie umiem ich wyrazić, albo uznaję, że druga strona jest za głupia, by je zrozumieć], to wolno mi wykorzystać przewagę fizyczną, czyli użyć siły. Z perspektywy dziecka tak właśnie to wygląda [na co wskazywałam już w poprzednim poście] - robię to, co rodzic każe nie dlatego, że ma rację i jest mądry, tylko dlatego, że nie mam wyjścia, bo jest silniejszy.
Ok, w tej relacji, czyli rodzic-dziecko, ten pierwszy ma przewagę fizyczną [przynajmniej do czasu...] i dlatego narzuca swoje zdanie. Ale wystarczy wyjść na podwórko, by znaleźć inne dziecko, które będzie mniejsze, słabsze... Jeśli w zabawie nie będzie chciało mnie posłuchać, to po co się męczyć i mu cokolwiek tłumaczyć? Nie lepiej mu wprać? Przecież "tak się robi w domu". Ja jestem silniejszy, więc ja rządzę, jakie to proste...
Jasne, że zbić jest łatwiej niż wytłumaczyć. Jasne, że efekt jest zwykle natychmiastowy. Jasne, że przy okazji możemy w ten sposób rozładować swoje własne negatywne emocje. Tylko że wychowanie dziecka jest długotrwałym procesem ciągnącym się latami, a nie jednorazową reakcją na konkretne zachowanie. Warto więc zatem zastanowić się, co w efekcie chcemy osiągnąć i czy metody, które do tego celu obraliśmy, nie przyniosą w rezultacie więcej szkody, niż pożytku.
Dziękuję za uwagę wszystkim, którzy doczytali do końca :)
W związku z tym przed lekturą chcę jeszcze raz odesłać do wstępu, który napisałam do poprzedniego posta. Podkreślam z uporem maniaka, że prezentuję tutaj swoje poglądy, podając ich uzasadnienie. Nie jest moim celem atakowanie nikogo personalnie. Nie twierdzę, że LUDZIE stosujący kary cielesne wobec dzieci są z definicji źli, jak najbardziej natomiast jestem zdania, że bicie jest krzywdzące, szkodliwe i potencjalnie niebezpieczne. Mam nadzieję, że łapiecie różnicę: potępiam zachowanie, a nie rodziców, którzy w większości [bo nie mówię tu o patologiach] mają przecież jak najlepsze intencje i biją dlatego, żeby dziecku wyszło to na dobre. Innymi słowy - Drogi Czytelniku, jeśli stosujesz te metody wychowawcze, to Dragonka nie mówi Ci, że jesteś złym, okrutnym bydlakiem, tylko, że kierując się szlachetnymi założeniami możesz zrobić dziecku krzywdę wcale tego nie chcąc. Poniżej postaram się wyjaśnić, dlaczego tak uważam, a Ty możesz przyjąć tę argumentację, albo wzruszyć ramionami i uznać, że się mylę. Twoja sprawa, Twoje dziecko, Twoja odpowiedzialność za nie.
Kiedy byłam już mocno dojrzałą nastolatką - miałam jakieś 17 czy 18 lat - natrafiłam na książkę Alice Miller "Zniewolone dzieciństwo", w której - tu posłużę się cytatem z opisu do polskiego wydania - "demaskuje mechanizm przemocy obecny w metodach wychowawczych stosowanych wobec naszych rodziców i dziadków (tzw. czarna pedagogika) (...), kreśli sugestywny obraz zniszczeń, jakich dokonuje w człowieku przemoc i wynikających stąd zagrożeń społecznych". Ta praca składa się z dwóch części. W pierwszej autorka przedstawia, jak wyglądało wychowanie dzieci na przełomie XIX i XX wieku na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii, obszernie cytując i komentując podręczniki pedagogiczne z epoki. Ta część kończy się konkluzją, że dziecko, które w procesie wychowania padło ofiarą przemocy i upokorzenia ze strony najbliższych mu osób, jeśli nie otrzyma pomocy, to wyrośnie na dorosłego, który sam będzie stosował przemoc - albo wobec samego siebie, albo wobec innych, albo będzie robił obie te rzeczy na raz. Na poparcie tej tezy Miller w drugiej części pracy analizuje na podstawie różnych źródeł przypadki trzech osób, które jako dzieci przeszły przez piekło, a potem jako dorośli sami to piekło w rozmaity sposób tworzyli. Ci ludzie to Christiane F., autorka słynnej książki "My, dzieci z Dworca Zoo" [jako przykład autodestrukcji], Adolf Hitler [jako przykład obsesyjnej potrzeby niszczenia innych] oraz Jürgen Bartsch, niemiecki dzieciobójca na tle seksualnym [jako przykład kogoś, kto zadawał cierpienie zarówno sobie, jak i innym]. Osobom zainteresowanym tematyką wychowywania dzieci gorąco tę pracę polecam, choć jestem świadoma, że przedstawione w niej przykłady są rzeczywiście mocno skrajne i metody, jakie były stosowane wobec trójki "bohaterów" nie mają nic wspólnego z żadną pedagogiką, tylko są torturami fizycznymi i psychicznymi w najczystszej postaci. Wiem, że porównanie "zwykłych klapsów" do doświadczeń tamtych dzieci to zestawienie wiosennego deszczyku z gradobiciem i nie jest moim celem stawianie tu znaku równości. Tym niemniej jednak mechanizmy i tok myślenia opisany przez Alice Miller, które stoją za "czarną pedagogiką", są niestety już niemalże identyczne. A skoro tak, to istnieje potencjalne ryzyko, że - trzymając się pogodowej metafory - ten deszczyk w gradobicie się przerodzi, jeśli napotka na sprzyjające warunki atmosferyczne. Kto jednak jest ciekawy, tego odsyłam do książki - ja natomiast wracam do konkretów.
Jestem głęboko przekonana o tym, że "przemoc rodzi przemoc". Trzeba tu oczywiście umieć odróżnić agresję od przemocy, czyli zjawiska, które ma charakter intencjonalny, powtarzalny i w którym nie występuje "zamiana ról", czyli sprawca jest zawsze sprawcą, a ofiara zawsze ofiarą [to tak w wielkim skrócie - jest na ten temat mnóstwo publikacji, nawet w Internecie]. Ktoś, kto jest ofiarą przemocy, wcześniej czy później będzie z nią musiał "coś zrobić", jakoś ją uzewnętrznić. I zrobi to albo szkodząc sobie [np. niska samoocena, zadawanie sobie bólu, szkodzenie swojemu zdrowiu poprzez popadanie w nałogi], albo wyładowując ją na kimś słabszym [fizycznie lub psychicznie].
Zapytacie: chwila chwila, ale jak to się ma do okazjonalnego klapsa? Czy to już od razu jest przemoc, która rujnuje psychikę?
Odpowiem: i tak, i nie. Zwykłe, pojedyncze uderzenie, które nie jest zbyt mocne i które nie ma upokarzającej formy, destrukcyjne zapewne nie będzie. Tyle, że w takim razie nie odniesie skutku, bo będzie za lekką karą [patrz poprzedni post]. Dziecko takie lanie kompletnie zlekceważy i pomyśli: "To ja następnym razem zrobię to samo i najwyżej dostanę klapsa, nic wielkiego". Co wobec tego pomyśli rodzic, kiedy tylko zauważy podobne podejście? "Następnym razem sprawię mu takie lanie, że popamięta". Problem w tym, że aby "dziecko popamiętało", to trzeba mu zadać albo dużo większy ból fizyczny, albo upokorzyć, czyli zadać ból psychiczny. A tutaj już bardzo prosta droga do takiej przemocy, która rzeczywiście może zrobić krzywdę.
W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na potencjalne "techniczne" niebezpieczeństwo związane z biciem dziecka, a wynikające z nierównowagi sił. Weźmy pod uwagę, że bije osoba dorosła [duża, silna], a bite jest małe dziecko [mniejsze, delikatniejsze, słabsze]. To, co mamie czy tacie wydaje się "delikatnym klapsem", dla dziecka może okazać się silnym uderzeniem [bo jak to sprawdzi? Przecież nie jest w jego skórze...]. Mało tego: jeśli rodzic bije pod wpływem impulsu, emocji, gniewu, to z przyczyn naturalnych traci panowanie nad siłą uderzenia i istnieje ryzyko, że uderzy dużo mocniej, niż chciał. Stąd potem zwyczajni, kochający i wcale "niepatologiczni" rodzice naderwą ucho, zostawią sińce lub wręcz coś połamią. Oni naprawdę nie chcieli, tak jakoś "samo wyszło"...
Skoro tak, to może lepiej "bić na zimno" - czyli po opadnięciu emocji, na spokojnie, kazać dziecku przynieść pasek, położyć się na wersalce, a następnie metodycznie mu wprać, najlepiej jeszcze głośno licząc uderzenia...? Tu przechodzimy do kwestii upokarzających rytuałów związanych z karami cielesnymi, które mogą być dużo gorsze, niż sam fizyczny ból. Cała ta otoczka - począwszy od odwlekania kary w czasie, a na jej drobiazgowym przygotowaniu i wykonaniu skończywszy - potęguje przede wszystkim strach i wyolbrzymia go w głowie dziecka. Ono czekając na karę nie zastanawia się nad swoim złym postępowaniem, tylko przeżywa to, co ma się stać. To porównanie zapewne nie spodoba się zwolennikom kar cielesnych, ale taki mechanizm strachu stosowano z powodzeniem w średniowieczu - prowadząc delikwenta do sali tortur jeszcze przed ich zadaniem, dokładnie pokazując mu, co go czeka. Znów podkreślam: nie chodzi mi o to, żeby klapsy nazwać torturami, ale o to, że w obu przypadkach wykorzystuje się to samo oddziaływanie na psychikę, a więc zadaje się podobny ból psychiczny.
Ostatnia sprawa dotyczy pewnego niebezpiecznego skutku ubocznego, towarzyszącego karze cielesnej. Otóż bijąc dziecko pokazujemy mu bez wątpienia jedno: jeśli z różnych przyczyn nie potrafię poprzeć mojego stanowiska argumentami [np. brakuje mi ich, albo nie umiem ich wyrazić, albo uznaję, że druga strona jest za głupia, by je zrozumieć], to wolno mi wykorzystać przewagę fizyczną, czyli użyć siły. Z perspektywy dziecka tak właśnie to wygląda [na co wskazywałam już w poprzednim poście] - robię to, co rodzic każe nie dlatego, że ma rację i jest mądry, tylko dlatego, że nie mam wyjścia, bo jest silniejszy.
Ok, w tej relacji, czyli rodzic-dziecko, ten pierwszy ma przewagę fizyczną [przynajmniej do czasu...] i dlatego narzuca swoje zdanie. Ale wystarczy wyjść na podwórko, by znaleźć inne dziecko, które będzie mniejsze, słabsze... Jeśli w zabawie nie będzie chciało mnie posłuchać, to po co się męczyć i mu cokolwiek tłumaczyć? Nie lepiej mu wprać? Przecież "tak się robi w domu". Ja jestem silniejszy, więc ja rządzę, jakie to proste...
Jasne, że zbić jest łatwiej niż wytłumaczyć. Jasne, że efekt jest zwykle natychmiastowy. Jasne, że przy okazji możemy w ten sposób rozładować swoje własne negatywne emocje. Tylko że wychowanie dziecka jest długotrwałym procesem ciągnącym się latami, a nie jednorazową reakcją na konkretne zachowanie. Warto więc zatem zastanowić się, co w efekcie chcemy osiągnąć i czy metody, które do tego celu obraliśmy, nie przyniosą w rezultacie więcej szkody, niż pożytku.
Dziękuję za uwagę wszystkim, którzy doczytali do końca :)
środa, 23 stycznia 2013
Konsekwecje zamiast kar
Zgodnie z obietnicą - część druga smoczego wykładu o tematyce wychowawczej. Nim jednak do niego przejdę, chciałam podkreślić z całą mocą jedną kwestię. Otóż zarówno w poprzednim poście, jak w obecnym, jak i również w kolejnych z tej serii, przedstawiam swoje poglądy na temat wychowywania dzieci i młodzieży. Tylko tyle, lub aż tyle, jak kto woli. Prezentuję Wam mój punkt widzenia, podaję argumenty i zapraszam do wymiany poglądów w komentarzach. Nie mam ambicji nawracania nikogo siłą na moją modłę, bo każdy ma swój rozum, jest odpowiedzialny za siebie i za swoje dzieci, więc niech robi co chce, dopóki nie przekracza granic prawa. Bardzo chętnie podyskutuję z osobami, które mają odmienne poglądy od moich - ale na gruncie merytorycznym, przy zachowaniu szacunku dla drugiej strony. Jeśli rozmówca a priori przyjmuje wobec mnie postawę "rodzica" - nie zna się gówniara, co ona tam może wiedzieć, wariatka jakaś - i w związku z tym traktuje mnie protekcjonalnie, ironizuje, a na końcu obraża, to niech się nie spodziewa, że spuszczę uszy po sobie, bo to nie leży w smoczej naturze :)
W skrócie mogę to ująć tak:
1. Dragonka prezentuje na SWOIM blogu SWÓJ punkt widzenia poparty argumentami.
2. Dragonka chętnie podyskutuje, natomiast nie jest zainteresowana kłótnią, wbijaniem szpil i wymianą uszczypliwości.
Tyle w ramach dygresji.
Temat, który dziś poruszę, w zasadzie miał się pojawić nieco później, ale został wywołany przez komentarz Andrzeja pod poprzednim wpisem. Chodzi mianowicie o kwestię karania. Będzie to poniekąd dotyczyło również kwestii bicia, ale nie wyłącznie.
Życie w społeczeństwie opiera się na rozmaitych zasadach - zauważcie, że także jako osoby dorosłe musimy robić pewne rzeczy [lub nie robić] pod groźbą określonych kar. Jestem więc przekonana, że człowieka nie da się wychować bez "negatywnych bodźców", czyli kar właśnie. Ten pogląd podzielają także i zwolennicy bicia dzieci, jednak w tym momencie moje drogi z nimi się rozchodzą. Uważam bowiem, że zastosowanie kary cielesnej jest drogą na skróty i służy tylko osiągnięciu szybkiego rezultatu, natomiast perspektywicznie nie przynosi zbyt wiele dobrego, nie mówiąc o tym, że jest mało skuteczne. Bicie bowiem owszem, pokazuje, że danej rzeczy nie wolno robić, ale nie pokazuje w żaden sposób, DLACZEGO nie wolno. A już najgorzej, jeśli karze cielesnej nie towarzyszy potem żadna rozmowa czy pokazanie pozytywnego przykładu postępowania. Wtedy przekaz dla dziecka jest prosty: przemoc jest ostatecznym argumentem, kiedy nie mamy żadnego innego. Nie słucham mamy dlatego, że jest mądra, tylko dlatego, że jest SILNIEJSZA. A czy o to rodzicowi tak naprawdę chodzi?
Kara, aby była skuteczna, powinna powinna spełniać dwa założenia:
1) Musi być adekwatna do popełnionego czynu. Nie może być zatem ani zbyt surowa, ani zbyt łagodna. Jeśli jest zbyt surowa, to staje się zemstą i wywołuje poczucie buntu. Dziecko po takiej karze nie przemyśli swojego postępowania, tylko utwierdzi się w przekonaniu, że zostało niezrozumiane i niesprawiedliwie potraktowane. Następnym razem więc co najwyżej włoży więcej energii i pomysłowości w to, by nie dać się przyłapać.
Jeśli natomiast kara jest zbyt łagodna, to rzecz jasna dziecko nie potraktuje jej poważnie. Kiedy więc przyjdzie mu ochota znów zrobić "to coś zakazanego", to po prostu to zrobi i wliczy ewentualną karę w koszty.
2) Musi być związana z tym, czego dotyczy. Nie zawsze jest to pewnie możliwe, ale jeśli sytuacja na to pozwala, to taka kara uczy najwięcej. Jest bowiem konsekwencją, a nie od dziś wiadomo, że człowiek najlepiej uczy się na błędach. Tutaj chyba najlepiej będzie, jeśli wyjaśnię o co mi chodzi na konkretnych przykładach.
- Rodzic na wywiadówce dowiaduje się, że dziecko chodziło na wagary. Najlepszą karą w tej sytuacji będzie pozwolenie, by poniosło konsekwencje, czyli nie usprawiedliwianie mu tych nieobecności. Niech ma przerąbane u wychowawcy, niech ma obniżone zachowanie, odebrane przywileje czy co tam jeszcze regulamin szkoły przewiduje. Trudno. Tak zadecydowało, to tak ma.
Tymczasem ja - jako wychowawca - bardzo często obserwuję reakcje rodziców, po których skrzydła mi opadają. Mamusia w domu owszem, dostaje szału, spierze delikwenta, zrobi mu szlaban na komputer... a potem grzecznie pisze usprawiedliwienie! I gdzie tu sens?
- Przychodzi sąsiad na skargę, że dziecko podczas zabawy wybiło mu piłką szybę. Jaki sens ma w tym momencie spuszczenie smarkaczowi lania? Niech poniesie konsekwencje i tę szybę odkupi. Jeśli nie ma własnych pieniędzy, to są inne sposoby. Miało dostać w prezencie super adidasy albo nową grę komputerową? No to będzie biegać w starych a z gry nici, bo pieniądze zostaną wydane na pokrycie kosztów szyby.
- Przykład z mojego własnego dzieciństwa: jako kilkuletnie smoczątko dorwałam się do flamastrów i wysmarowałam nimi drzwi do łazienki, w dodatku potem chciałam zwalić winę na starszego brata. Nie było bicia, nie było krzyków. Było wiadro z wodą, płyn do czyszczenia i szorstka gąbka. Pomazałaś, to szoruj, aż będą czyste... Zapewniam Was, wymycie uwalanych flamastrem drzwi do łazienki przez dziewczynkę w wieku przedszkolnym zajęło sporo czasu, kosztowało dużo wysiłku i nauczyło ją, że od rysowania są kartki w zeszycie.
Na zakończenie niniejszych dywagacji mam malutki bonus, który pewnie rozbawi tych z Was, którzy mimo wszystko popierają stosowanie kar cielesnych. Do takich osób należy również i Hipopotam, więc czasem sobie na ten temat dyskutujemy, a ostatnio rzecz jasna częściej, skoro produkuję się w tej kwestii na blogu. Przedstawiłam mu ostatnio mój wywód dotyczący tego, że idealna kara powinna wiązać się z czynem, za który jest przewidziana - a Błotny Ssak wymyślił mi przykład przewinienia, za które zgodnie z moim założeniem należałoby ukarać właśnie laniem. Wyobraźcie sobie sytuację, w której na podwórku wasze dziecko sprałoby kogoś słabszego od siebie. W takim wypadku rodzic, jako silniejszy, też mógłby je zbić, żeby mu pokazać, co to znaczyło dla tamtego pokrzywdzonego.
Muszę przyznać, że tu niechętnie przyznałam mu rację - aczkolwiek z pewnymi wątpliwościami. Dalej bowiem nie wyobrażam sobie SIEBIE SAMEJ w roli rodzica, który na spokojnie przekłada dziecko przez kolano i spuszcza mu manto. A poza tym tu nie Babilon, a rodzic to nie Hammurabi. Co, jeśli smarkacz złamał mu rękę...?
W skrócie mogę to ująć tak:
1. Dragonka prezentuje na SWOIM blogu SWÓJ punkt widzenia poparty argumentami.
2. Dragonka chętnie podyskutuje, natomiast nie jest zainteresowana kłótnią, wbijaniem szpil i wymianą uszczypliwości.
Tyle w ramach dygresji.
Temat, który dziś poruszę, w zasadzie miał się pojawić nieco później, ale został wywołany przez komentarz Andrzeja pod poprzednim wpisem. Chodzi mianowicie o kwestię karania. Będzie to poniekąd dotyczyło również kwestii bicia, ale nie wyłącznie.
Życie w społeczeństwie opiera się na rozmaitych zasadach - zauważcie, że także jako osoby dorosłe musimy robić pewne rzeczy [lub nie robić] pod groźbą określonych kar. Jestem więc przekonana, że człowieka nie da się wychować bez "negatywnych bodźców", czyli kar właśnie. Ten pogląd podzielają także i zwolennicy bicia dzieci, jednak w tym momencie moje drogi z nimi się rozchodzą. Uważam bowiem, że zastosowanie kary cielesnej jest drogą na skróty i służy tylko osiągnięciu szybkiego rezultatu, natomiast perspektywicznie nie przynosi zbyt wiele dobrego, nie mówiąc o tym, że jest mało skuteczne. Bicie bowiem owszem, pokazuje, że danej rzeczy nie wolno robić, ale nie pokazuje w żaden sposób, DLACZEGO nie wolno. A już najgorzej, jeśli karze cielesnej nie towarzyszy potem żadna rozmowa czy pokazanie pozytywnego przykładu postępowania. Wtedy przekaz dla dziecka jest prosty: przemoc jest ostatecznym argumentem, kiedy nie mamy żadnego innego. Nie słucham mamy dlatego, że jest mądra, tylko dlatego, że jest SILNIEJSZA. A czy o to rodzicowi tak naprawdę chodzi?
Kara, aby była skuteczna, powinna powinna spełniać dwa założenia:
1) Musi być adekwatna do popełnionego czynu. Nie może być zatem ani zbyt surowa, ani zbyt łagodna. Jeśli jest zbyt surowa, to staje się zemstą i wywołuje poczucie buntu. Dziecko po takiej karze nie przemyśli swojego postępowania, tylko utwierdzi się w przekonaniu, że zostało niezrozumiane i niesprawiedliwie potraktowane. Następnym razem więc co najwyżej włoży więcej energii i pomysłowości w to, by nie dać się przyłapać.
Jeśli natomiast kara jest zbyt łagodna, to rzecz jasna dziecko nie potraktuje jej poważnie. Kiedy więc przyjdzie mu ochota znów zrobić "to coś zakazanego", to po prostu to zrobi i wliczy ewentualną karę w koszty.
2) Musi być związana z tym, czego dotyczy. Nie zawsze jest to pewnie możliwe, ale jeśli sytuacja na to pozwala, to taka kara uczy najwięcej. Jest bowiem konsekwencją, a nie od dziś wiadomo, że człowiek najlepiej uczy się na błędach. Tutaj chyba najlepiej będzie, jeśli wyjaśnię o co mi chodzi na konkretnych przykładach.
- Rodzic na wywiadówce dowiaduje się, że dziecko chodziło na wagary. Najlepszą karą w tej sytuacji będzie pozwolenie, by poniosło konsekwencje, czyli nie usprawiedliwianie mu tych nieobecności. Niech ma przerąbane u wychowawcy, niech ma obniżone zachowanie, odebrane przywileje czy co tam jeszcze regulamin szkoły przewiduje. Trudno. Tak zadecydowało, to tak ma.
Tymczasem ja - jako wychowawca - bardzo często obserwuję reakcje rodziców, po których skrzydła mi opadają. Mamusia w domu owszem, dostaje szału, spierze delikwenta, zrobi mu szlaban na komputer... a potem grzecznie pisze usprawiedliwienie! I gdzie tu sens?
- Przychodzi sąsiad na skargę, że dziecko podczas zabawy wybiło mu piłką szybę. Jaki sens ma w tym momencie spuszczenie smarkaczowi lania? Niech poniesie konsekwencje i tę szybę odkupi. Jeśli nie ma własnych pieniędzy, to są inne sposoby. Miało dostać w prezencie super adidasy albo nową grę komputerową? No to będzie biegać w starych a z gry nici, bo pieniądze zostaną wydane na pokrycie kosztów szyby.
- Przykład z mojego własnego dzieciństwa: jako kilkuletnie smoczątko dorwałam się do flamastrów i wysmarowałam nimi drzwi do łazienki, w dodatku potem chciałam zwalić winę na starszego brata. Nie było bicia, nie było krzyków. Było wiadro z wodą, płyn do czyszczenia i szorstka gąbka. Pomazałaś, to szoruj, aż będą czyste... Zapewniam Was, wymycie uwalanych flamastrem drzwi do łazienki przez dziewczynkę w wieku przedszkolnym zajęło sporo czasu, kosztowało dużo wysiłku i nauczyło ją, że od rysowania są kartki w zeszycie.
Na zakończenie niniejszych dywagacji mam malutki bonus, który pewnie rozbawi tych z Was, którzy mimo wszystko popierają stosowanie kar cielesnych. Do takich osób należy również i Hipopotam, więc czasem sobie na ten temat dyskutujemy, a ostatnio rzecz jasna częściej, skoro produkuję się w tej kwestii na blogu. Przedstawiłam mu ostatnio mój wywód dotyczący tego, że idealna kara powinna wiązać się z czynem, za który jest przewidziana - a Błotny Ssak wymyślił mi przykład przewinienia, za które zgodnie z moim założeniem należałoby ukarać właśnie laniem. Wyobraźcie sobie sytuację, w której na podwórku wasze dziecko sprałoby kogoś słabszego od siebie. W takim wypadku rodzic, jako silniejszy, też mógłby je zbić, żeby mu pokazać, co to znaczyło dla tamtego pokrzywdzonego.
Muszę przyznać, że tu niechętnie przyznałam mu rację - aczkolwiek z pewnymi wątpliwościami. Dalej bowiem nie wyobrażam sobie SIEBIE SAMEJ w roli rodzica, który na spokojnie przekłada dziecko przez kolano i spuszcza mu manto. A poza tym tu nie Babilon, a rodzic to nie Hammurabi. Co, jeśli smarkacz złamał mu rękę...?
wtorek, 22 stycznia 2013
Ciasto Teściowej
Miałam dziś opublikować drugi post z serii "Dlaczego Dragonka jest przeciwniczką kar cielesnych", ale szczerze mówiąc mój mózg aktualnie nie nadaje się już do prowadzenia dłuższych i jednocześnie logicznych wywodów. Od wczoraj bowiem grzebię się w nikomu niepotrzebnej, papierkowej robocie. Wspominałam już, że "szkoła lubić papierki"? Toteż właśnie zlecono mi przeprowadzenie i opracowanie ankiety dotyczącej wzajemnych relacji wychowawca-rodzic w naszej placówce. Wiadomo, że nikt tego nie będzie czytał. Wiadomo, że nikt z tego wniosków nie wyciągnie. Wiadomo, że to robota głupiego i psu na budę potrzebna. Ale - w razie nalotu z kuratorium - papierki muszą być, a zatem Dragonka na polecenie Głównej Szefowej je produkuje. 10 stron tabeleczek, wykresików i rozmaitych diagramów sporządzonych w Excelu oraz opatrzonych mądrze brzmiącym komentarzem. Bleee... Właśnie skończyłam się z tym babrać, ale uwierzcie mi, że nie dam dziś rady napisać dla Was nic naprawdę rozsądnego.
Aby Was jednak nie zostawiać całkiem na lodzie, mam tutaj przepis na kolejne ciasto. Nazywa się ono oryginalnie - nie wiedzieć czemu - "Regan", ja jednak przechrzczę je na "Ciasto Teściowej", jako że przepis otrzymałam dzięki uprzejmości Mamy Hipopotama, którą w tym miejscu gorąco pozdrawiam. Wypiek bardzo prosty, bardzo szybki, efekt murowany. Dodam jeszcze, że dzisiejszego dnia wyrobem owego specjału zajął się nie kto inny, tylko Błotny Ssak :)
Aby Was jednak nie zostawiać całkiem na lodzie, mam tutaj przepis na kolejne ciasto. Nazywa się ono oryginalnie - nie wiedzieć czemu - "Regan", ja jednak przechrzczę je na "Ciasto Teściowej", jako że przepis otrzymałam dzięki uprzejmości Mamy Hipopotama, którą w tym miejscu gorąco pozdrawiam. Wypiek bardzo prosty, bardzo szybki, efekt murowany. Dodam jeszcze, że dzisiejszego dnia wyrobem owego specjału zajął się nie kto inny, tylko Błotny Ssak :)
CIASTO TEŚCIOWEJ
SKŁADNIKI:
5 jajek
"kopiata" szklanka cukru
1 szklanka oleju
3 szklanki mąki tortowej
2 łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 kg jabłek (słodkich i twardych, pokrojonych w drobne plasterki)
zapach cytrynowy
Jajka z cukrem dobrze zmiksować, potem powoli, stopniowo dodawać olej, mąkę, zapach i proszek do pieczenia, a na końcu kakao. Następnie wsypać jabłka i dokładnie wymieszać łyżką. Nie przejmować się nic a nic tym, że ciasto wychodzi tak gęste, że tę łyżkę można w nim postawić [ja sama, gdy piekłam "Regana" po raz pierwszy, to przestraszona dzwoniłam do przyszłej Teściowej z pytaniem, czy czegoś nie schrzaniłam...]. Tak ma być i już :)
Masę przełożyć do przygotowanej blaszki. Piekarnik rozgrzać do 100 stopni, włożyć ciasto, zwiększyć temperaturę do 180 stopni i piec ok. 50 minut. Ot i cała filozofia.
niedziela, 20 stycznia 2013
Ja nie jestem agresywny - agresywność "1"
Dla niezorientowanych [lub tych Czytelników, którzy urodzili się po '90 roku...] - tytuł posta to cytat z mojej ukochanej "Seksmisji", którą oglądałam milion razy, a ponieważ jestem obdarzona przekleństwem pamięci słuchowej, to mogę ten film niemal w całości wyrecytować. Ale to tylko taka dygresja luźno związana z dzisiejszym tematem. Inspirację do niniejszego posta zawdzięczam Pawciowi oraz Hipopotamowi, a raczej ich komentarzom pod moim poprzednim "blogo-felietonem". Pomyślałam sobie, że skoro już wywołałam do tablicy temat reagowania dorosłych na przemoc ze strony dzieci, to pójdę za ciosem i trochę się w tej materii jeszcze powymądrzam. Zafunduję Wam zatem wykład na temat, dlaczego Dragonka - pomimo doświadczeń w pracy z młodocianymi bandytami - zdecydowanie pozostaje przeciwniczką kar cielesnych w procesie wychowywania dzieci.
Temat długi i szeroki, a ponieważ jestem świadoma, że czytelnik ma swoje prawa i zbyt długie posty mogą go po prostu nużyć, to podzielę mój wywód na kilka części. Dziś zacznę od skomentowania bodaj najczęściej słyszanego przeze mnie argumentu osób mających w tej kwestii zdanie przeciwne do mojego. Można go streścić mniej więcej w zdaniu: "Mnie w dzieciństwie bito - i co, krzywda mi się nie stała, wyszedłem na ludzi". Jak rozumiem ma to wskazywać na więź przyczynowo-skutkową, czyli "dzieciństwo + kary cielesne = dobrze wychowany człowiek" - zupełnie tak, jak by to był jakiś matematyczny aksjomat. Taki argument podważyć jest mi bardzo łatwo prostym i co ważniejsze prawdziwym stwierdzeniem: "Mnie w dzieciństwie NIE BITO i też wyszłam na ludzi". Jestem więc chodzącym przykładem tego, że aby wychować porządnego, przydatnego społeczeństwu człowieka [a za takiego się uważam], kary cielesne wcale nie są konieczne. Gwoli ścisłości: nie twierdzę jednocześnie, że z ludzi, którzy byli bici, na pewno nic dobrego nie wyrośnie, bo rzeczywiście znam mnóstwo świetnych osób pranych jako dzieci. Tyle tylko, że wysuwam tezę, że bycie dobrym człowiekiem nie jest prostą konsekwencją stosowania przez naszych rodziców kar cielesnych - skoro moim udało się to bez bicia.
Przy okazji komentowania tego argumentu nasunęła mi się jeszcze jedna refleksja. Otóż pamiętacie może wypowiedzi nauczycieli w artykule z "Newsweeka", na który powoływałam się w poprzednim poście? Mam na myśli to, że doprowadzeni do szewskiej pasji widzą oczyma wyobraźni siebie, jak łapią chamskiego gówniarza za kark i walą go z całej siły po łbie. Nie chodzi o to, że w ogromnej większości przypadków ta reakcja pozostaje w sferze marzeń i żaden z nich nie podnosi de facto ręki na ucznia [bo przecież mu nie wolno!], choćby nie wiem jak bardzo go owa ręka świerzbiała. Sęk w tym, że przed wpraniem delikwentowi powstrzymuje belfra tylko świadomość konsekwencji - bo gdyby naprawdę mógł, to najchętniej przełożyłby go przez kolano i tylko patrzył, czy równo puchnie.
Czytając to odświeżyłam w pamięci swoje najtrudniejsze konfrontacje z uczniami z pierwszego roku pracy - wyzwiska kierowane w moją stronę, poniżające komentarze, lekceważące zachowania, obraźliwe gesty. Próbowałam odtworzyć uczucia, jakie mi w takich sytuacjach towarzyszyły i analizowałam swoje reakcje. Może będziecie zaskoczeni, może mi nie uwierzycie - ale nigdy, nawet pod wpływem najsilniejszych emocji, nie naszła mnie ochota, by podlecieć do tego gnoja, który mnie właśnie obraża i zmyć mu bezczelny uśmieszek z twarzy strzałem z otwartej dłoni czy zwiniętej pięści. Owszem, w myślach obdarzałam go najbardziej wyszukanymi wyzwiskami i mówiłam mu najbardziej poniżające rzeczy, ale nie wyobrażałam sobie, że kładę kres jego chamstwu poprzez uderzenie go. Nota bene - wiecie, że w całym swoim życiu nigdy nie uderzyłam nikogo czy to celowo [żeby zrobić krzywdę], czy w przypływie wściekłości po to, by się wyładować? Serio serio - a wcale nie znaczy to, że nie miałam powodów, bo przynajmniej dwóm mężczyznom, jacy stanęli na mojej drodze, należałoby się takie lanie, żeby wylądowali na OIOM-ie... Czemu tak? To byłoby pewnie dobre pytanie dla psychoanalityka, ja jednak zaryzykuję następującą odpowiedź: otóż skoro nie pokazano mi od najwcześniejszego dzieciństwa, że jeśli nie panujesz nad negatywnymi emocjami, to możesz komuś przywalić - to ja nie tylko tego nie robię, ale też nawet nie czuję takiej potrzeby. Po prostu mam najwidoczniej zakodowane, że ludzi się nie bije i koniec. Podkreślam z całą mocą: nie jestem aniołem, odczuwam złość, frustrację, bezradność, pogardę wobec niektórych ludzi. Mogę im źle życzyć, mogę się na nich wydrzeć, zbluzgać ich, starać się im zaszkodzić - ale nie fizycznie.
Zastanawiam się, czy jestem jakąś anomalią, która nawet w emocjach nie ma ochoty nikogo bić, o wprowadzaniu tego zamysłu w życie nie wspomniawszy? Kusi mnie oczywiście, by w tym momencie wrócić do mojego równania z początku tego posta, ale przedstawić je w zmodyfikowanej wersji: "dzieciństwo + brak kar cielesnych = brak potrzeby bicia". Zdaję sobie sprawę rzecz jasna, że jeden - czyli mój - przypadek to za mało, by stwierdzić taką zależność. Pewnie trzeba by tu przeprowadzić jakiś eksperyment dotyczący zachowania dorosłych bitych/nie bitych jako dzieci, który by udowadniał lub obalał moją tezę. Tym niemniej sprawa jest warta refleksji.
Na koniec zatem wyobraźmy sobie społeczeństwo złożone z ludzi, którzy nawet jeśli są [z góry przepraszam za wyrażenie] nieziemsko na kogoś wkurwieni, to go nie uderzą - o wyrządzeniu poważniejszej krzywdy nie wspomniawszy - bo nawet nie będą mieli na to ochoty... Piękna utopia, prawda? Gdyby tak udało się wychować pokolenie osób, które nie biją, bo po prostu nie chcą?
Temat długi i szeroki, a ponieważ jestem świadoma, że czytelnik ma swoje prawa i zbyt długie posty mogą go po prostu nużyć, to podzielę mój wywód na kilka części. Dziś zacznę od skomentowania bodaj najczęściej słyszanego przeze mnie argumentu osób mających w tej kwestii zdanie przeciwne do mojego. Można go streścić mniej więcej w zdaniu: "Mnie w dzieciństwie bito - i co, krzywda mi się nie stała, wyszedłem na ludzi". Jak rozumiem ma to wskazywać na więź przyczynowo-skutkową, czyli "dzieciństwo + kary cielesne = dobrze wychowany człowiek" - zupełnie tak, jak by to był jakiś matematyczny aksjomat. Taki argument podważyć jest mi bardzo łatwo prostym i co ważniejsze prawdziwym stwierdzeniem: "Mnie w dzieciństwie NIE BITO i też wyszłam na ludzi". Jestem więc chodzącym przykładem tego, że aby wychować porządnego, przydatnego społeczeństwu człowieka [a za takiego się uważam], kary cielesne wcale nie są konieczne. Gwoli ścisłości: nie twierdzę jednocześnie, że z ludzi, którzy byli bici, na pewno nic dobrego nie wyrośnie, bo rzeczywiście znam mnóstwo świetnych osób pranych jako dzieci. Tyle tylko, że wysuwam tezę, że bycie dobrym człowiekiem nie jest prostą konsekwencją stosowania przez naszych rodziców kar cielesnych - skoro moim udało się to bez bicia.
Przy okazji komentowania tego argumentu nasunęła mi się jeszcze jedna refleksja. Otóż pamiętacie może wypowiedzi nauczycieli w artykule z "Newsweeka", na który powoływałam się w poprzednim poście? Mam na myśli to, że doprowadzeni do szewskiej pasji widzą oczyma wyobraźni siebie, jak łapią chamskiego gówniarza za kark i walą go z całej siły po łbie. Nie chodzi o to, że w ogromnej większości przypadków ta reakcja pozostaje w sferze marzeń i żaden z nich nie podnosi de facto ręki na ucznia [bo przecież mu nie wolno!], choćby nie wiem jak bardzo go owa ręka świerzbiała. Sęk w tym, że przed wpraniem delikwentowi powstrzymuje belfra tylko świadomość konsekwencji - bo gdyby naprawdę mógł, to najchętniej przełożyłby go przez kolano i tylko patrzył, czy równo puchnie.
Czytając to odświeżyłam w pamięci swoje najtrudniejsze konfrontacje z uczniami z pierwszego roku pracy - wyzwiska kierowane w moją stronę, poniżające komentarze, lekceważące zachowania, obraźliwe gesty. Próbowałam odtworzyć uczucia, jakie mi w takich sytuacjach towarzyszyły i analizowałam swoje reakcje. Może będziecie zaskoczeni, może mi nie uwierzycie - ale nigdy, nawet pod wpływem najsilniejszych emocji, nie naszła mnie ochota, by podlecieć do tego gnoja, który mnie właśnie obraża i zmyć mu bezczelny uśmieszek z twarzy strzałem z otwartej dłoni czy zwiniętej pięści. Owszem, w myślach obdarzałam go najbardziej wyszukanymi wyzwiskami i mówiłam mu najbardziej poniżające rzeczy, ale nie wyobrażałam sobie, że kładę kres jego chamstwu poprzez uderzenie go. Nota bene - wiecie, że w całym swoim życiu nigdy nie uderzyłam nikogo czy to celowo [żeby zrobić krzywdę], czy w przypływie wściekłości po to, by się wyładować? Serio serio - a wcale nie znaczy to, że nie miałam powodów, bo przynajmniej dwóm mężczyznom, jacy stanęli na mojej drodze, należałoby się takie lanie, żeby wylądowali na OIOM-ie... Czemu tak? To byłoby pewnie dobre pytanie dla psychoanalityka, ja jednak zaryzykuję następującą odpowiedź: otóż skoro nie pokazano mi od najwcześniejszego dzieciństwa, że jeśli nie panujesz nad negatywnymi emocjami, to możesz komuś przywalić - to ja nie tylko tego nie robię, ale też nawet nie czuję takiej potrzeby. Po prostu mam najwidoczniej zakodowane, że ludzi się nie bije i koniec. Podkreślam z całą mocą: nie jestem aniołem, odczuwam złość, frustrację, bezradność, pogardę wobec niektórych ludzi. Mogę im źle życzyć, mogę się na nich wydrzeć, zbluzgać ich, starać się im zaszkodzić - ale nie fizycznie.
Zastanawiam się, czy jestem jakąś anomalią, która nawet w emocjach nie ma ochoty nikogo bić, o wprowadzaniu tego zamysłu w życie nie wspomniawszy? Kusi mnie oczywiście, by w tym momencie wrócić do mojego równania z początku tego posta, ale przedstawić je w zmodyfikowanej wersji: "dzieciństwo + brak kar cielesnych = brak potrzeby bicia". Zdaję sobie sprawę rzecz jasna, że jeden - czyli mój - przypadek to za mało, by stwierdzić taką zależność. Pewnie trzeba by tu przeprowadzić jakiś eksperyment dotyczący zachowania dorosłych bitych/nie bitych jako dzieci, który by udowadniał lub obalał moją tezę. Tym niemniej sprawa jest warta refleksji.
Na koniec zatem wyobraźmy sobie społeczeństwo złożone z ludzi, którzy nawet jeśli są [z góry przepraszam za wyrażenie] nieziemsko na kogoś wkurwieni, to go nie uderzą - o wyrządzeniu poważniejszej krzywdy nie wspomniawszy - bo nawet nie będą mieli na to ochoty... Piękna utopia, prawda? Gdyby tak udało się wychować pokolenie osób, które nie biją, bo po prostu nie chcą?
C.D.N
piątek, 18 stycznia 2013
Aż chce się bić
W najnowszym numerze "Newsweeka" jest artykuł o przemocy [bo już nawet nie agresji...] uczniów względem nauczycieli. Tekst zatytułowano wymownie "Aż chce się bić". Poniżej zamieszczam link do wydania internetowego, w skrócie jednak artykuł traktuje o bezradności szkoły wobec chuligańskich - a wręcz często niebezpiecznych - zachowań młodzieży. Wymowa tekstu jest delikatnie mówiąc niewesoła: że jest coraz gorzej, że dzieciaki pozwalają sobie na co chcą i nie ma na nie mocnych, a jeśli sprowokowanemu belfrowi puszczą nerwy, to on ma przerąbane, a nie nastoletni prowokator. Żeby było jasne - mowa tu o NORMALNYCH szkołach, a nie takich, jak nie przymierzając Zoo, czyli placówkach dla "trudnej młodzieży". Odmalowano codzienność zwyczajnych, rejonowych podstawówek i gimnazjów, do jakich, Drogi Czytelniku, sam posyłasz swoje dziecko [o ile je masz]:
Może się to wydawać dziwne, ale po przeczytaniu powyższego artykułu dotarło do mnie bez wątpienia jedno. Mianowicie: ucząc w Zoo w razie spotkania się z chamskim czy nawet zagrażającym mi zachowaniem nastolatka, jestem w o wiele lepszej sytuacji, niż nauczyciele ze zwykłych szkół. Niezły paradoks, prawda? Twierdzę, że wchodząc do klasy, w której na palcach jednej ręki można policzyć dzieciaki nie będące pod nadzorem kuratorskim, w której przynajmniej kilkoro uczniów ma bogatą policyjną kartotekę [lub nawet wyroki w zawieszeniu], a wszyscy są mniej lub bardziej potrzaskani emocjonalnie - jestem bezpieczniejsza, niż moi koledzy i koleżanki po fachu ze zwykłych placówek edukacyjnych. Zwariowałam? Zapewniam, że nie. I na dowód tego podam Wam kilka argumentów.
Po pierwsze [primo :)] - przez samą świadomość, z jaką młodzieżą mam do czynienia, jestem w jakiś sposób przygotowana na to, że mogę być przedmiotem ataku. Mam to niejako wkalkulowane w prowadzenie lekcji i w związku z tym odruchowo zwracam uwagę na rzeczy, których zwykły belfer pewnie by nawet nie zauważył. Moje zmysły są wyostrzone, by wyłapać potencjalne zagrożenie i zareagować na nie odpowiednio wcześnie. Przykłady? Wzmożona czujność, kiedy w klasie robi się podejrzanie za cicho. Obserwowanie, co uczniowie robią z rękami. Nasłuchiwanie, co się dzieje za ścianą [bo może nauczyciel prowadzący lekcję obok potrzebuje interwencji?]. Automatyczne chowanie klucza od sali do kieszeni spodni, by nawet na sekundę nie zostawić go bez nadzoru. I tak dalej, i tak dalej - pewnie nawet nie jestem w stanie wymienić Wam wszystkiego, bo po prawie 3 latach pracy pewne rzeczy robię automatycznie, nawet się nad nimi nie zastanawiając.
Tymczasem nauczyciel w zwyczajnej szkole nie jest psychicznie przygotowany na to, że może mu się coś stać. Owszem, zapewne nie spotyka się z atakami na siebie tak często, jak ja - ale właśnie z tego powodu, jeśli już coś takiego się wydarzy, to jest bezradny i zaskoczony. Czuje się wtedy tak, jak ja w pierwszym miesiącu pracy w Zoo. Mówiąc zatem wprost: ja z agresywnymi zachowaniami mam do czynienia o wiele częściej, niż typowy belfer - ale jeśli on się z czymś takim spotka, to "walnie" go to 100% mocniej, niż mnie.
Po drugie [primo :)] - w mojej szkole nikt nie ma złudzeń, z jaką młodzieżą pracujemy i w związku z tym przez lata wypracowano pewne procedury reagowania na niebezpieczne sytuacje. Jasne, że nie wszystko da się z góry przewidzieć, ale jednak wiem mniej więcej, jak mam zareagować, kiedy małpce odbije na lekcji. Oczywiście to do mnie należy ocena, czy sprawa może poczekać do przerwy, czy mam "wzywać posiłki" już-teraz-zaraz, tym niemniej wiem, czym dysponuję.
W zwyczajnych szkołach niestety najczęściej procedur reagowania na zachowania agresywne brakuje - bo to byłoby równoznaczne z przyznaniem, że do "naszej kochanej, bezpiecznej szkoły" uczęszczają bandyci. No wstyd i hańba, nie można pozwolić, by wystraszyły się normalne dzieciaki... W rezultacie udaje się, że problemu z przemocą nie ma, a kiedy coś się złego wydarzy, to sprawę się umiejętnie wycisza.
Po trzecie [primo ultimo :)] - w Zoo nauczyciele stanowią zgrany zespół, co wielokrotnie już podkreślałam. Wszyscy jak tu uczymy zdajemy sobie sprawę, kto do nas trafia i dlatego nie obwiniamy samych siebie o agresywne zachowania uczniów. To nieprawda, że jeśli ktoś sobie tu nie radzi, to znaczy, że się nie nadaje. Tu KAŻDY czasem sobie nie radzi - więc reszta belfrów jest od tego, żeby pomóc temu, kogo akurat przygniotło. Jeśli ktoś miał trudną sytuację na zajęciach, to siada w pokoju nauczycielskim, a obecni w nim akurat koledzy i koleżanki po fachu "robią mu grupę wsparcia". Czyli: pozwalają się spokojnie wygadać, dopóki nie opadną emocje, a następnie wspólnie zastanawiają się, co z tym fantem zrobić. Każdy pomaga, jak umie. Dla przykładu - świeżo przed feriami spontanicznie pomagałam nauczycielce praktyki zawodowej z 15-letnim stażem pracy w Zoo ładnie zredagować Notatkę Służbową, z którą potem miała iść na policję złożyć zeznania. Umiem ładnie i logicznie pisać, to przynajmniej tak się przydałam...
W normalnych szkołach niestety często nauczyciele ze sobą rywalizują, podgryzają się nawzajem, a jeden tylko czeka na potknięcia drugiego. W takiej sytuacji każdy udaje, że jest super - a jeśli zdarzy się coś złego, to nikomu nie może się poskarżyć i nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Wie, że jeśli to zrobi, to zostanie w najlepszym razie zlekceważony, a w najgorszym usłyszy tradycyjny komentarz, że powinien poszukać sobie innej pracy.
I wreszcie po czwarte - w Zoo nie pracujemy pod presją osiągania wyników. Małpki trafiają do nas z takimi zaległościami i są tak zdemotywowane w kwestii nauki, że już sam fakt ukończenia przez nich wreszcie szkoły będzie sukcesem pedagogicznym. A jeśli nawet i to się nie uda, to też nikt nauczycielowi głowy nie urwie. Nie muszę się zatem gęsto tłumaczyć przed dyrekcją z każdej wystawionej na semestr czy koniec roku jedynki [co było normą w liceum, w którym zaczynałam pracę] i udowadniać, że to JA zrobiłam wszystko, by delikwent jednak zdał. Nikt mnie nie kontroluje, czy wyrabiam się z materiałem i co udało mi się zrealizować na zajęciach. Prawda jest taka, że robię to, co akurat jestem w stanie i na co pozwala mi sytuacja. Czasem mogę zrealizować normalną lekcję - a czasem muszę odpuścić i po prostu z uczniami pogadać, bo są tak nabuzowani, że zmuszenie ich do zajęcia się Mickiewiczem czy innymi wykresami zdań pojedynczych jest niewykonalne i już.
Jak to jest w zwyczajnych szkołach, to sami wiecie. Wyścig szczurów, presja czasu, lecimy z materiałem. Szkoła musi być wysoko w rankingu, bo od tego najczęściej zależy ilość dzieciaków - co się przekłada wprost proporcjonalnie na wysokość subwencji oświatowej oraz na etaty dla nauczycieli. Wysokie wyniki na egzaminach zatem to "być, albo nie być". Nieważny rozwój emocjonalny, nieważna więź, nieważna wychowawcza misja szkoły - wyniki, wyniki, WYNIKI!
Te trzy lata temu nie sądziłam, że tak będę ceniła pracę w Zoo. A jednak... :)
środa, 16 stycznia 2013
Sernik z ziemniakami
Dawno już, Drogi Czytelniku, nic wspólnie nie gotowaliśmy ani nie piekliśmy. Wspólnie - czyli Smoczyca zakasuje rękawy, a Ty czytasz relację, oglądasz zdjęcia i zakładasz śliniaczek :) Żarty żartami, ale najwyższy czas przewietrzyć sprawdzone przepisy, tym bardziej, że to ferie, a zatem szkolny sezon ogórkowy.
Dziś będzie coś naprawdę wyjątkowego - czyli sernik przepisu mojej babci Rozalii [a mamy Seniorki]. Jest to nietypowy sernik, bo dodaje się do niego ziemniaki. Budzi to zdziwienie na twarzach wszystkich ludzi, którzy nie pochodzą ze wschodu - no bo jak to, kartofle do ciasta...? Żałujcie, że nie widzieliście tego sceptycyzmu na twarzy Hipka, kiedy mu oznajmiłam, jak się "u mnie w domu" robi sernik [a sam jest olbrzymim fanem tego wypieku]. Pierwszy kawałek spróbował z wyraźnym niedowierzaniem... a następnie już tylko pomrukiwał z zadowolenia. Twierdzi, że lepszego sernika nie jadł nigdy w życiu, a ja przecież przez grzeczność nie będę się z nim spierała :)
Ciasto jest proste w wykonaniu, nie wymaga pieczenia żadnych spodów ani podobnych ceregieli. Jego zaletą jest także to, że doskonale nadaje się do mrożenia. Możecie więc śmiało zrobić dużą blaszkę, połowę zjeść, a połowę schować do zamrażalnika awaryjnie na wypadek najazdu Hunów. Oczywiście pod warunkiem, że coś z tego sernika zostanie, w co śmiem wątpić...
Dziś będzie coś naprawdę wyjątkowego - czyli sernik przepisu mojej babci Rozalii [a mamy Seniorki]. Jest to nietypowy sernik, bo dodaje się do niego ziemniaki. Budzi to zdziwienie na twarzach wszystkich ludzi, którzy nie pochodzą ze wschodu - no bo jak to, kartofle do ciasta...? Żałujcie, że nie widzieliście tego sceptycyzmu na twarzy Hipka, kiedy mu oznajmiłam, jak się "u mnie w domu" robi sernik [a sam jest olbrzymim fanem tego wypieku]. Pierwszy kawałek spróbował z wyraźnym niedowierzaniem... a następnie już tylko pomrukiwał z zadowolenia. Twierdzi, że lepszego sernika nie jadł nigdy w życiu, a ja przecież przez grzeczność nie będę się z nim spierała :)
Ciasto jest proste w wykonaniu, nie wymaga pieczenia żadnych spodów ani podobnych ceregieli. Jego zaletą jest także to, że doskonale nadaje się do mrożenia. Możecie więc śmiało zrobić dużą blaszkę, połowę zjeść, a połowę schować do zamrażalnika awaryjnie na wypadek najazdu Hunów. Oczywiście pod warunkiem, że coś z tego sernika zostanie, w co śmiem wątpić...
SERNIK BABCI RÓŻY
SKŁADNIKI:
1kg białego półtłustego sera
8 jajek
3/4 kostki masła
1 szklanka cukru
4-5 niedużych ziemniaków
100g rodzynek
Ser, ugotowane i wystudzone ziemniaki oraz masło zmielić dwukrotnie maszynką. Żółtka oddzielić od białek i utrzeć z cukrem na kogel-mogel, który następnie dodajemy do zmielonej masy i miksujemy. Ubić na sztywno pianę z białek i BARDZO OSTROŻNIE łyżką wymieszać z resztą ciasta. Na koniec dodać wymoczone w gorącej wodzie rodzynki. Całość władować do przygotowanej blaszki i piec około godziny w temperaturze 180 stopni. Nie przejmować się, jeśli ciasto bardzo wyrośnie i przez to popęka - potem opadnie podczas studzenia.
A oto efekt końcowy. Ciekawa jestem, ile z tego sernika zostanie do jutra...
sobota, 12 stycznia 2013
Małpki nr 14 i 15 - Sid i Nancy
Dziś będzie o Dorocie i Sławku i uprzedzam lojalnie z góry - nie będzie to ani historia wesoła, ani z happy endem, przynajmniej jak na razie.
Ową parę uczę już trzeci rok [czyli odkąd jestem w Zoo]. Chodzili do pamiętnej klasy Jadzi, czyli tej, która - jak może pamiętacie - była przez wychowawczynię potwornie rozpuszczona i w związku z tym pozwalała sobie na przeróżne, mniej lub bardziej chamskie numery. Ale to tak w ramach dygresji, bo akurat dla sprawy Doroty i Sławka nie ma to większego znaczenia. Oboje są nawet jak na realia Zoo starymi końmi, mają już bowiem po 19 lat. On wysoki, nawet dość przystojny, szczupły i bez wątpienia inteligentny. Ona niska, niezbyt ładna i niestety też z wyraźnie ograniczonymi możliwościami umysłowymi. Są razem "od zawsze" [a na pewno jeszcze wcześniej, niż zaczęłam uczyć w naszej przeszanownej placówce]. Żeby było jeszcze ciekawiej, to mieszkają też razem u Sławka i to od dłuższego czasu, zanim oboje osiągnęli pełnoletniość. Powodem ich opóźnienia edukacyjnego od początku było niechodzenie do szkoły [bo przecież jeśli dwoje nastolatków będących w związku "legalnie" mieszka ze sobą, to mają ciekawsze rzeczy do roboty, niż zawracanie sobie głowy szkołą...], ale jakoś udawało im się prześlizgnąć z klasy do klasy w trybie kilku egzaminów poprawkowych i klasyfikacyjnych. Sławek przy swojej inteligencji zdawał je bez trudu, a Dorota uwieszając się na nim i niejako siłą rozpędu wyrabiała się na "dopalacze". I tak to się toczyło do zeszłego roku, kiedy to dziewczyna zaszła w ciążę. Poród i opieka nad noworodkiem całkowicie ją wykosiły z życia szkolnego [czemu akurat trudno się dziwić], ale że przy okazji uczęszczanie na zajęcia całkowicie olał też i młody tatuś, to oboje na koniec roku nałapali tyle enkaeli, że w żaden sposób nie dało się nic z tym zrobić. W efekcie powtarzają trzecią klasę gimnazjum - a tak się złożyło, że wszystkie "spady" po Jadzi wylądowały w mojej Muppeciarni. Nota bene do szkoły nie chodzą dalej [z jakich powodów - o tym będzie niżej], wszystko więc wskazuje na to, że historia się powtórzy.
Brzmi romantycznie? Młodzi, zakochani, którzy są ze sobą od zawsze, a teraz jeszcze mają w domu różowiutki, słodziutki i pulchniutki owoc swojej wielkiej miłości? Tjaaa... Gdyby to był film amerykański, to pewnie tak by to wyglądało. Ale tu jest Zoo, Polska, szkoła dla trudnej młodzieży. Tu życie nie głaszcze po główce, tylko daje z plaskacza w twarz. Albo nawet z całej pięści.
Przyjrzyjmy się zatem, jak ta historia wygląda od środka. Zacznijmy od Dorotki - której ojciec-alkoholik długie lata znęcał się nad żoną i córką, dopóki połowicy nie udało się go wykopać z domu [nie znam szczegółów dotyczących tego, jak się to stało]. Dziewczę zatem wzorzec mężczyzny z domu rodzinnego wyniosło nader nieciekawy, a do tego - jak już wspomniałam - nie grzeszy ani przesadną urodą, ani inteligencją. No i rzecz jasna sama też nie stroni od alkoholu, bo i po co...
A Sławek? Oboje rodzice alkoholicy. Tatuś nie zdążył się zapić, bo miał śmiertelny wypadek w pracy [swoją drogą, o co zakład, że był wtedy pod wpływem...?]. Mamusia żyje i ma się świetnie. Sławek natomiast wyrósł na sprytnego [inteligencja!], a wręcz cwanego młodego człowieka, mającego wyraźne problemy z hamowaniem agresji. Czemu wybrał Dorotę, skoro jest głupia i ma bardzo przeciętny wygląd? Przypuszczam, że właśnie dlatego - ponieważ stawia ją to na niższej pozycji, a w tej sposób bardzo łatwo mógł sobie ją owinąć wokół małego palca. I rzeczywiście, partnerka wpatrzona jest w niego jak w obrazek i nie daje powiedzieć o nim złego słowa.
A byłoby co powiedzieć - ponieważ mówiąc bez owijania w bawełnę, Sławek ją bije. Sama kilka razy widziałam, jak przychodziła do szkoły z podbitymi oczami albo z sińcami na przedramionach - i to nawet wówczas, gdy była w ciąży. Nikomu jednak nie da się pomóc na siłę, a Dorota, najwyraźniej uzależniona emocjonalnie od Sławka, nie jest zainteresowana zmianą swojej sytuacji. Próbowały jej przemówić do rozumu i Wiceszefowa, i obie panie pedagog, żeby chociaż dała sobie założyć Niebieską Kartę na policji - bez skutku. Dorota zawsze, jak na typową ofiarę przemocy przystało, znajdzie sposób, aby Sławka usprawiedliwić, a jeśli ją się przyprze do muru, to sama robi się agresywna i wulgarna, byle by ją tylko rozmówca szybciej zostawił w spokoju. I tak to się ciągnie swoim tempem: mieszkają sobie wspólnie razem Sławek, jego mamusia i Dorota, przepijając pieniądze, które dostają z pomocy społecznej lub zarobią na czarno. A malutka Marysia obserwuje wszystko przez szczebelki łóżeczka...
Wspominałam, że ani Sławek, ani Dorota również w tym roku szkolnym nie uczęszczają na zajęcia, bowiem w wakacje miało miejsce bardzo przykre wydarzenie:
- wersja oficjalna: kiedy wracali wieczorem do domu, napadła ich grupa wyrostków, którzy ich dotkliwie pobili i zabrali wszystkie wartościowe rzeczy, które para miała przy sobie,
- wersja nieoficjalna: [którą znam od Wiceszefowej, posiadającej swój wiarygodny wywiad środowiskowy...] grupa bandziorów, która ich napadła, nie była przypadkowa, tylko miała porachunki ze Sławkiem. A żeby było jeszcze ciekawiej, to w trakcie całego zdarzenia Sławek uciekł, zostawiając Dorotę samą. Nota bene dziewczyna w wyniku pobicia lekko kuleje do dziś, bo napastnicy pocięli jej nożem nogi.
Do listopada oboje byli na zwolnieniach lekarskich, które do szkoły dostarczyła matka Sławka, ten okres mają zatem legalnie usprawiedliwiony. Potem jednak zwolnienie się skończyło, a parka się w szkole nie pojawiła - i to pomimo toczącego się przeciw nim postępowania o ograniczenie praw rodzicielskich wobec córki [tę wiadomość mam od Pedagożycy].
Czas na epilog. Otóż w pierwszych dniach stycznia zjawiła się u mnie matka Sławka usilnie dopytując, jaka jest w tym momencie szansa, by Sławek i Dorota uratowali rok szkolny. Okazuje się bowiem, że MOPS chce im zakręcić kurek z pieniędzmi - są pełnoletni, więc albo się uczą, albo im żadna pomoc nie przysługuje... [a do tego przecież nie można dopuścić, bo za co cała trójka będzie piła?]. Ze łzami w oczach - dosłownie, bo nie macie pojęcia, jakie ta kobieta potrafi robić teatrum koło siebie - odmalowała mi ich trudną sytuację materialną i zdrowotną oraz zapewniała, że już ona przypilnuje, by w drugim semestrze chodzili do szkoły.
Tjaaa... Od tamtego czasu w Zoo pojawiła się tylko Dorota, chociaż też tylko na wybranych zajęciach - w sumie uzbierałoby się wszystkiego może 2-3 pełne dni. Siedziała cicho, grzecznie, nie odzywała się i tylko karnie gryzmoliła w zeszycie. Jeśli zacznie pojawiać się częściej, to może jakimś cudem się ją przepchnie na "dopalaczach". Ale mówiąc szczerze to wątpię, by wystarczyło jej zapału do końca czerwca.
Sławek natomiast nie pokazał się ani razu. Bo i po co?
Mój komentarz? Mam nadzieję, że jak najszybciej zabiorą im prawa rodzicielskie do Marysi - tak, aby dziecko miało szansę na adopcję i normalne życie. A jeśli nie, to pewnie będę ją uczyła w Zoo za te kilkanaście lat.
Ową parę uczę już trzeci rok [czyli odkąd jestem w Zoo]. Chodzili do pamiętnej klasy Jadzi, czyli tej, która - jak może pamiętacie - była przez wychowawczynię potwornie rozpuszczona i w związku z tym pozwalała sobie na przeróżne, mniej lub bardziej chamskie numery. Ale to tak w ramach dygresji, bo akurat dla sprawy Doroty i Sławka nie ma to większego znaczenia. Oboje są nawet jak na realia Zoo starymi końmi, mają już bowiem po 19 lat. On wysoki, nawet dość przystojny, szczupły i bez wątpienia inteligentny. Ona niska, niezbyt ładna i niestety też z wyraźnie ograniczonymi możliwościami umysłowymi. Są razem "od zawsze" [a na pewno jeszcze wcześniej, niż zaczęłam uczyć w naszej przeszanownej placówce]. Żeby było jeszcze ciekawiej, to mieszkają też razem u Sławka i to od dłuższego czasu, zanim oboje osiągnęli pełnoletniość. Powodem ich opóźnienia edukacyjnego od początku było niechodzenie do szkoły [bo przecież jeśli dwoje nastolatków będących w związku "legalnie" mieszka ze sobą, to mają ciekawsze rzeczy do roboty, niż zawracanie sobie głowy szkołą...], ale jakoś udawało im się prześlizgnąć z klasy do klasy w trybie kilku egzaminów poprawkowych i klasyfikacyjnych. Sławek przy swojej inteligencji zdawał je bez trudu, a Dorota uwieszając się na nim i niejako siłą rozpędu wyrabiała się na "dopalacze". I tak to się toczyło do zeszłego roku, kiedy to dziewczyna zaszła w ciążę. Poród i opieka nad noworodkiem całkowicie ją wykosiły z życia szkolnego [czemu akurat trudno się dziwić], ale że przy okazji uczęszczanie na zajęcia całkowicie olał też i młody tatuś, to oboje na koniec roku nałapali tyle enkaeli, że w żaden sposób nie dało się nic z tym zrobić. W efekcie powtarzają trzecią klasę gimnazjum - a tak się złożyło, że wszystkie "spady" po Jadzi wylądowały w mojej Muppeciarni. Nota bene do szkoły nie chodzą dalej [z jakich powodów - o tym będzie niżej], wszystko więc wskazuje na to, że historia się powtórzy.
Brzmi romantycznie? Młodzi, zakochani, którzy są ze sobą od zawsze, a teraz jeszcze mają w domu różowiutki, słodziutki i pulchniutki owoc swojej wielkiej miłości? Tjaaa... Gdyby to był film amerykański, to pewnie tak by to wyglądało. Ale tu jest Zoo, Polska, szkoła dla trudnej młodzieży. Tu życie nie głaszcze po główce, tylko daje z plaskacza w twarz. Albo nawet z całej pięści.
Przyjrzyjmy się zatem, jak ta historia wygląda od środka. Zacznijmy od Dorotki - której ojciec-alkoholik długie lata znęcał się nad żoną i córką, dopóki połowicy nie udało się go wykopać z domu [nie znam szczegółów dotyczących tego, jak się to stało]. Dziewczę zatem wzorzec mężczyzny z domu rodzinnego wyniosło nader nieciekawy, a do tego - jak już wspomniałam - nie grzeszy ani przesadną urodą, ani inteligencją. No i rzecz jasna sama też nie stroni od alkoholu, bo i po co...
A Sławek? Oboje rodzice alkoholicy. Tatuś nie zdążył się zapić, bo miał śmiertelny wypadek w pracy [swoją drogą, o co zakład, że był wtedy pod wpływem...?]. Mamusia żyje i ma się świetnie. Sławek natomiast wyrósł na sprytnego [inteligencja!], a wręcz cwanego młodego człowieka, mającego wyraźne problemy z hamowaniem agresji. Czemu wybrał Dorotę, skoro jest głupia i ma bardzo przeciętny wygląd? Przypuszczam, że właśnie dlatego - ponieważ stawia ją to na niższej pozycji, a w tej sposób bardzo łatwo mógł sobie ją owinąć wokół małego palca. I rzeczywiście, partnerka wpatrzona jest w niego jak w obrazek i nie daje powiedzieć o nim złego słowa.
A byłoby co powiedzieć - ponieważ mówiąc bez owijania w bawełnę, Sławek ją bije. Sama kilka razy widziałam, jak przychodziła do szkoły z podbitymi oczami albo z sińcami na przedramionach - i to nawet wówczas, gdy była w ciąży. Nikomu jednak nie da się pomóc na siłę, a Dorota, najwyraźniej uzależniona emocjonalnie od Sławka, nie jest zainteresowana zmianą swojej sytuacji. Próbowały jej przemówić do rozumu i Wiceszefowa, i obie panie pedagog, żeby chociaż dała sobie założyć Niebieską Kartę na policji - bez skutku. Dorota zawsze, jak na typową ofiarę przemocy przystało, znajdzie sposób, aby Sławka usprawiedliwić, a jeśli ją się przyprze do muru, to sama robi się agresywna i wulgarna, byle by ją tylko rozmówca szybciej zostawił w spokoju. I tak to się ciągnie swoim tempem: mieszkają sobie wspólnie razem Sławek, jego mamusia i Dorota, przepijając pieniądze, które dostają z pomocy społecznej lub zarobią na czarno. A malutka Marysia obserwuje wszystko przez szczebelki łóżeczka...
Wspominałam, że ani Sławek, ani Dorota również w tym roku szkolnym nie uczęszczają na zajęcia, bowiem w wakacje miało miejsce bardzo przykre wydarzenie:
- wersja oficjalna: kiedy wracali wieczorem do domu, napadła ich grupa wyrostków, którzy ich dotkliwie pobili i zabrali wszystkie wartościowe rzeczy, które para miała przy sobie,
- wersja nieoficjalna: [którą znam od Wiceszefowej, posiadającej swój wiarygodny wywiad środowiskowy...] grupa bandziorów, która ich napadła, nie była przypadkowa, tylko miała porachunki ze Sławkiem. A żeby było jeszcze ciekawiej, to w trakcie całego zdarzenia Sławek uciekł, zostawiając Dorotę samą. Nota bene dziewczyna w wyniku pobicia lekko kuleje do dziś, bo napastnicy pocięli jej nożem nogi.
Do listopada oboje byli na zwolnieniach lekarskich, które do szkoły dostarczyła matka Sławka, ten okres mają zatem legalnie usprawiedliwiony. Potem jednak zwolnienie się skończyło, a parka się w szkole nie pojawiła - i to pomimo toczącego się przeciw nim postępowania o ograniczenie praw rodzicielskich wobec córki [tę wiadomość mam od Pedagożycy].
Czas na epilog. Otóż w pierwszych dniach stycznia zjawiła się u mnie matka Sławka usilnie dopytując, jaka jest w tym momencie szansa, by Sławek i Dorota uratowali rok szkolny. Okazuje się bowiem, że MOPS chce im zakręcić kurek z pieniędzmi - są pełnoletni, więc albo się uczą, albo im żadna pomoc nie przysługuje... [a do tego przecież nie można dopuścić, bo za co cała trójka będzie piła?]. Ze łzami w oczach - dosłownie, bo nie macie pojęcia, jakie ta kobieta potrafi robić teatrum koło siebie - odmalowała mi ich trudną sytuację materialną i zdrowotną oraz zapewniała, że już ona przypilnuje, by w drugim semestrze chodzili do szkoły.
Tjaaa... Od tamtego czasu w Zoo pojawiła się tylko Dorota, chociaż też tylko na wybranych zajęciach - w sumie uzbierałoby się wszystkiego może 2-3 pełne dni. Siedziała cicho, grzecznie, nie odzywała się i tylko karnie gryzmoliła w zeszycie. Jeśli zacznie pojawiać się częściej, to może jakimś cudem się ją przepchnie na "dopalaczach". Ale mówiąc szczerze to wątpię, by wystarczyło jej zapału do końca czerwca.
Sławek natomiast nie pokazał się ani razu. Bo i po co?
Mój komentarz? Mam nadzieję, że jak najszybciej zabiorą im prawa rodzicielskie do Marysi - tak, aby dziecko miało szansę na adopcję i normalne życie. A jeśli nie, to pewnie będę ją uczyła w Zoo za te kilkanaście lat.
sobota, 5 stycznia 2013
Statystycznie rzecz ujmując...
Tradycyjnie już na zakończenie półrocza mam dla Was zestawienie statystyczne "wybitnych osiągnięć naukowych" moich Muppeciątek. Ci, którzy pamiętają poprzednie podsumowania [do wglądu tutaj oraz tu], nie będą specjalnie zaskoczeni faktem, że - obiektywnie rzecz ujmując - wyniki klasyfikacji są tragiczne... Gwoli ścisłości: tragiczne, jeśli porównać je z rezultatami ze zwyczajnych szkół, ale na terenie Zoo zapewniam Was, że nie są niczym niezwykłym. Bo i jakie mają być statystki w klasie, w której na 17 zapisanych osób siedem to tzw. "martwe dusze" [czyli uczniowie, którzy nie pokazali się praktycznie wcale od września], a reszta chodzi mocno w kratkę?
Aby się zbytnio nie rozgadywać, zobaczmy, jak Muppety wypadły tym razem:
Średnia klasy: 1,36
Najniższa średnia: 0,0 [to już tradycyjnie]
Najwyższa średnia: 2,92 [tym razem nikomu nie udało się przekroczyć magicznej trójeczki...]
Frekwencja klasy: 36% [we wrześniu było aż 50%, ale potem już zdecydowanie gorzej]
Nieklasyfikowanych: 11 uczniów [czyli 64,7% klasy]
Najniższa średnia ocen z przedmiotu: 0,5 [fizyka, czyli tym razem to nie ja byłam najgorszą kosą]
Najwyższa średnia ocen w przedmiotu: 2,4 [wychowanie fizyczne, co chyba nie jest zaskoczeniem]
Aby nasze zestawienie nie było takie suche, to tym razem postarałam się dla Was o materiał ilustracyjny. Pierwsze zdjęcie przedstawia stronę z dziennika dokumentującą osiągnięcia z fizyki - bo co innego przeczytać, że średnia z tego przedmiotu to jedyne 0,5, a co innego zobaczyć na własne oczy, ile tam jest tych niedostatecznych i enkaeli... Przy okazji można zerknąć na oceny cząstkowe :)
A tutaj mam przykładową stronę z tygodnia szkolnego, na której notuje się obecność [to jest akurat początek grudnia]. Puste miejsca oznaczają, że uczeń był na zajęciach. Litera "S" - spóźnienie. Kreska, a na niej duża czarna litera "U" to znak, że nieobecność jest usprawiedliwiona. Natomiast duże czerwone "N" to informacja, że Muppet poszedł na wagary. Obok widać zestawienie liczbowe z całego tygodnia: pierwsza kolumna to godziny usprawiedliwione, druga - nieusprawiedliwione, trzecia - spóźnienia.
Aby się zbytnio nie rozgadywać, zobaczmy, jak Muppety wypadły tym razem:
Średnia klasy: 1,36
Najniższa średnia: 0,0 [to już tradycyjnie]
Najwyższa średnia: 2,92 [tym razem nikomu nie udało się przekroczyć magicznej trójeczki...]
Frekwencja klasy: 36% [we wrześniu było aż 50%, ale potem już zdecydowanie gorzej]
Nieklasyfikowanych: 11 uczniów [czyli 64,7% klasy]
Najniższa średnia ocen z przedmiotu: 0,5 [fizyka, czyli tym razem to nie ja byłam najgorszą kosą]
Najwyższa średnia ocen w przedmiotu: 2,4 [wychowanie fizyczne, co chyba nie jest zaskoczeniem]
Aby nasze zestawienie nie było takie suche, to tym razem postarałam się dla Was o materiał ilustracyjny. Pierwsze zdjęcie przedstawia stronę z dziennika dokumentującą osiągnięcia z fizyki - bo co innego przeczytać, że średnia z tego przedmiotu to jedyne 0,5, a co innego zobaczyć na własne oczy, ile tam jest tych niedostatecznych i enkaeli... Przy okazji można zerknąć na oceny cząstkowe :)
A tutaj mam przykładową stronę z tygodnia szkolnego, na której notuje się obecność [to jest akurat początek grudnia]. Puste miejsca oznaczają, że uczeń był na zajęciach. Litera "S" - spóźnienie. Kreska, a na niej duża czarna litera "U" to znak, że nieobecność jest usprawiedliwiona. Natomiast duże czerwone "N" to informacja, że Muppet poszedł na wagary. Obok widać zestawienie liczbowe z całego tygodnia: pierwsza kolumna to godziny usprawiedliwione, druga - nieusprawiedliwione, trzecia - spóźnienia.
UPDATE
W ramach ciekawostki - jeszcze wgląd do ocen, jakie w tym półroczu wlepiła Muppetom Smoczyca...
Subskrybuj:
Posty (Atom)