Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

piątek, 26 października 2012

Małpka nr 12 - Smrodek

    W ramach wiwisekcji kolejnej małpki zajmiemy się dziś Grzesiem z 1B, którego w jednym z poprzednich postów nazwałam Smrodkiem. Miałam na myśli jego konkretne zachowanie na owych zajęciach i na tamten moment ksywka pasowała jak ulał. Teraz już jest zdecydowanie inaczej, więc może i nie powinnam go dalej nazywać Smrodkiem, tyle, że jakoś mi to przylgnęło... Nawet kiedy opowiadając w domu Hipkowi zdarzenia ze szkoły użyję tego pseudonimu, to on wie już od razu, o którego ucznia mi chodzi. Niech więc na razie będzie Smrodek z wydźwiękiem życzliwości, dopóki szkolna rzeczywistość nie sprawi, że znajdzie mu się inna ksywka.
    Na moje nauczycielsko-wychowawcze oko Grześ jest typowym przykładem dziecka zagubionego w brutalnym świecie dorosłych. Swoim wyglądem wywołuje macierzyńskie instynkty i proszę mi wierzyć, skoro JA to mówię [czyli osoba niezbyt hojnie przez naturę takimi instynktami obdarzona], to znaczy, że tak jest w istocie. Ma jakieś 15-16 lat [nie sprawdzałam dokładnie daty urodzenia], ale nie wszedł jeszcze w okres dojrzewania, więc wygląda góra na 13 - czyli jest chudym krasnalem z buzią i głosem małego chłopczyka. Jego zachowanie natomiast to mieszanka dziecinności z cwaniactwem i wulgarnością. I nie trzeba być wybitnym znawcą psychologii rozwojowej czy schematu funkcjonowania rodziny dysfunkcyjnej, by domyślić się, że jest to efekt strategii obronnej obliczonej na to, by przetrwać. Ja obstawiam podręcznikowy casus Dziecka-Maskotki, ale rzecz jasna szufladkowanie nie ma większego znaczenia.
    Skoro już jesteśmy w tym temacie, to przyjrzyjmy się najpierw rodzinie Smrodka. Te informacje mam od jego wychowawczyni, historyczki Marzenki [tej samej, która kiedyś nieświadomie wywołała furię u Fanki Metalu], notabene świetnej kobitki, pracującej w Zoo już ósmy rok [a to już wielce wymowna informacja...] z którą się znakomicie dogaduję. Wracając do ucznia, to sprawa jest tak banalna, jak tylko może być - czyli oboje rodzice alkoholicy. Pociąga to za sobą wszelkie zwyczajowe konsekwencje, jak bieda [bo może nie być na podręczniki czy ubranie i jedzenie, ale wódkę kupić trzeba], puszczenie dzieci samopas oraz przemoc jako odpowiedź na każdy realny lub wymyślony problem. Pamiętacie post o książkach do polskiego i moją umowę z Grzesiem, że przyniesie podręcznik pod koniec miesiąca, jak ojciec dostanie wypłatę? No, to teraz już wiem, że ten moment raczej nie nastąpi i to naprawdę nie z przyczyn zależnych od chłopca, bo pewnie prędzej piekło zamarznie, niż Smrodek-Senior odżałuje synowi te 20 złotych na używaną książkę. Mam więc lekki dylemacik, jak to mądrze rozwiązać - bo muszę go w końcu zacząć karać jedynkami, skoro tak traktuję resztę, a z drugiej strony wiem, że on nic nie może na to poradzić.
    Wracając do rodziny Grzesia, to ma on u nas w szkole jeszcze starszą o rok siostrę, wychowankę doświadczonej matematyczki Ireny [też o niej kilka razy wspominałam przy różnych okazjach - naprawdę bardzo mądra kobieta, coś w stylu Smoczycy-Seniorki :)]. A właściwie w tym momencie ma już tylko teoretycznie, bo dziewczynę zwinięto we wtorek do ośrodka wychowawczego. Notabene odbyło się w związku z tym całe polowanie, bo rodzina ukrywała córkę przed policją, kiedy tylko funkcjonariusze podjeżdżali pod dom. Dziewczyna przestała też rzecz jasna pojawiać się w szkole, więc Irena wezwała pisemnie jej matkę na rozmowę, a ta tłumaczyła się z rozbrajającą szczerością, że przecież nie może chodzić, bo ją z Zoo zgarną psy... Irenie pozostało tylko zrugać rodzicielkę i delikatnie kazać jej się puknąć w głowę za takie podejście do sprawy, choć i tak nie sądzę, by coś dotarło do jej pijackiego mózgu. Co do siostry Grzesia natomiast, to dla niego samego dobrze się stało, że ją zabrali - co najmniej z dwóch powodów. Primo - zobaczył wyraźnie, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów, więc może odrobi lekcję i sam się trochę opamięta. Secundo - ta jego siostra to, mówiąc wprost i brutalnie, typowy egzemplarz zdemoralizowanej, młodocianej galerianki [bo nie chcę tu używać słowa na "k", które mi się ciśnie na usta]. Odseparowanie od niej dobrze młodszemu bratu zrobi.
    Sam Smrodek przede wszystkim rozpaczliwie poszukuje akceptacji i uwagi, wszystko jedno jakiej i od kogo. Kiedy więc idzie na łatwiznę i chce się przypodobać kolegom, to wyłazi z niego kawał cynicznego, wulgarnego chama - nie bez powodu zresztą sam ma mieć sprawę w sądzie 31 października. Nie jest jednak przypadkiem straconym, bo widać wyraźnie, że stara się nad sobą panować i chyba powolutku zaczyna docierać do niego, że jest na najlepszej drodze, by spieprzyć sobie życie tak, jak jego rodzice, a teraz także siostra. Pamiętam np. taką sytuację na polskim, którą mi bardzo zaimponował [co mu rzecz jasna wprost i otwarcie przy kolegach powiedziałam]. Mianowicie uzbierało mu się od początku roku szkolnego już sporo uwag negatywnych, więc Marzenka zapowiedziała mu, że każda następna zaowocuje pisemną Naganą Wychowawcy, co się na pewno sędziemu nie spodoba. Chłopak walczy więc sam ze sobą, żeby się jakoś opanować. No i była taka sytuacja, że na mojej lekcji w jego klasie pojawił się taki jeden zdemoralizowany bandziorek, który robił wszystko, żeby rozłożyć zajęcia oraz rzecz jasna nakręcał pozostałych uczniów. Co natomiast zrobił Grześ, kiedy zobaczył, co się święci? Zabrał swoje rzeczy i przeniósł się do pierwszej ławki koło mojego biurka z komentarzem: "Kurwa, idę od was, bo nie chcę mieć potem przejebane przez to, że się zachowujecie jak debile". Pomijając bluzgi - których w tej sytuacji nawet nie skomentowałam - to aż mi szczęka opadła, więc go pochwaliłam, oczywiście nie patetycznie, żeby się potem z niego koledzy nie nabijali na przerwie, tylko tekstem w stylu: "No bracie, masz ode mnie szacun na dzielni" :)
    Grześ, jako się rzekło, przede wszystkim szuka akceptacji. Jest więc pierwszym uczniem, który podleci do nauczyciela na dużej przerwie, ot tak, żeby sobie z nim pogadać. Do Marzenki przylepia się wręcz niemożebnie - do tego stopnia, że kiedy zgarnęli mu siostrę, to przyszedł się do niej wypłakać przed lekcjami [i to dosłownie!]. A po szkole wcale nie ma ochoty wracać do domu [czemu się absolutnie nie dziwię...], tylko siedzi jak długo się da w salce warsztatowej, do której wstawiono w tym roku stary, prowizoryczny stół do ping-ponga i gra z każdym, kto mu się nawinie. Ja - po "ustawieniu" go sobie na pierwszej, pamiętnej lekcji - mam z nim święty spokój i wiem też, że Smrodek mnie bardzo lubi [bo mówił to Marzenie]. Po kredę pójdzie, tablicę zetrze, pomoce naukowe do pokoju nauczycielskiego zaniesie, jak ma lepszy dzień, to się zgłasza, a jak ma gorszy, to spokojnie leży na ławce i nie przeszkadza [wtedy daję mu spokój].
    Gdyby urodził się w normalnej rodzinie, to byłby grzecznym, choć trochę żywym chłopcem, pożytkującym swoją energię na zawody sportowe czy inne kółka zainteresowań. Ale ponieważ jest synem alkoholików, to w efekcie zaniedbania wylądował u nas. Choć na dobrą sprawę taki komentarz można napisać pod niemal każdą małpką - czyli gdyby nie nawalili dorośli, to dziecko nie miałoby problemów.
 

poniedziałek, 22 października 2012

Smocza szkolna codzienność

    Dawno zdaje się nie zdawałam Wam relacji odnośnie zwyczajnych, codziennych lekcji w Zoo. To, że nie donoszę posłusznie o każdym małpim wybryku czy chamskiej odzywce, to nie znaczy, że się z nimi nie spotykam. Po prostu w ciągu dwóch lat pracy w szkole dla trudnej młodzieży zdążyłam już się na to trochę uodpornić. Trzeba jednak pamiętać, że niemal każda lekcja to dla mnie kontakt z niewybrednymi wulgaryzmami [a wiecie, jak się czuje wrażliwa na piękno języka młoda kobieta po kilku godzinach wysłuchiwania wiązanek spod budki z piwem? - jak by ją ktoś wytaplał w błocie...], wybuchami złości, zmaganie się z postawami roszczeniowymi [bo przecież uczniowi wszystko się należy i wszystko mu trzeba podać na tacy...], nieustanne proszenie o ciszę i warunki umożliwiające przeprowadzenie zajęć, i tak dalej, i tak dalej. To i tak ledwie ułamek wszystkiego, z czym mam do czynienia. bo pominęłam tu zachowania agresywne wymierzone bezpośrednio we mnie. Trzeba przyznać, że te ostatnie zdarzają się dużo rzadziej, niż w pierwszym roku pracy w Zoo - tym niemniej jednak mają czasem miejsce. Wystarczy przecież, że któryś z delikwentów przyjdzie naćpany.
    Ale dziś zaprezentuję Wam kilka sytuacji, które dadzą obraz typowej lekcji w 2B. Jest to notabene zespół, z którym ma problemy co najmniej kilku nauczycieli - w tym niestety ja. Otóż bardzo rzadko udaje się tam przeprowadzić w miarę normalne zajęcia, a zwykle jest to 45 minut użerania się z jednym czy drugim gagatkiem. To oczywiście zależy od składu osobowego, bo jest tam wyraźnie trzech chłopców [notabene - to w 100% męska klasa], którym jakiekolwiek normy społeczne latają zwiędłym kalafiorem i jeśli już przyjdą na lekcję, to tylko i wyłącznie z zamiarem rozwalenia jej. Ja dodatkowo zbieram żniwo poprzedniej polonistki, która im za bardzo pobłażała [o czym już chyba wspominałam].
    Aby się niepotrzebnie nie rozgadywać, przedstawię kilka wyrwanych z różnych lekcji scenek, to szybko zorientujecie się, dlaczego ciężko się tam prowadzi zajęcia. Celowo nie komentuję - tę frajdę zostawiam Wam.

Wrzesień, pierwsza moja lekcja w tej klasie, więc chłopaków jeszcze nie znam. 15 minut po dzwonku wchodzi jeden łepek, kompletnie ignoruje moją obecność, za to od progu woła:
- Eeej, ma ktoś szluga?
Próbuję go przywołać do porządku, ale on traktuje mnie jak powietrze. Trwa to do momentu, gdy nie wyłapał z nauczycielskiego monologu, że nie wstawię mu obecności. Wtedy zaczyna się jazda...
- No jak to nie?! Przecież już jestem! W-f mieliśmy, piętnaście minut wolno się spóźnić!
- Pokaż mi taki zapis w Statucie Szkolnym.
- Ależ się pani sra, oszaleć można! Inni nauczyciele problemów nie robią.
- Nie obchodzą mnie inni nauczyciele, teraz masz lekcję ze mną. - mówię twardo.
- Ja pierdolę, co za baba!
- Twoje nazwisko?
Chwila ciszy i kiedy w jego mózgu zapaliła się lampka, że może jednak przesadził, wypala uradowany:
RAMBO! - i na dowód swoich słów zaczyna udawać, że boksuje kolegę, a potem urządził sobie slalom wokół ławek i krzesełek, co skutecznie rozkłada mi kolejne 5 minut lekcji.


Mamy w szkole młodą, ładną studentkę pedagogiki na praktyce. Przyszła w trakcie lekcji po Krzysia - mieli do niego jakąś sprawę. Jego wyjściu towarzyszą gwizdy i wulgarne gesty jednoznacznie oznaczające stosunek seksualny, a po zamknięciu się drzwi jeszcze dobre kilka minut chłopcy zajmują się tylko komentarzami na temat tego, co też ich kolega będzie z panią pedagog robił. Po jego przyjściu rozlegają się oklaski i słychać pytania typu:
- No, jak tam było? Ciasną ma? Wilgotna była?


Omawiamy "Legendę o św. Aleksym", układamy plan wydarzeń, ja zapisuję punkty na tablicy, jednocześnie czytając je głośno.
JA: - Rozpacz rodziców Aleksego i jego żony...
RAMBO: - ... i jego dupy...
Odchodzę spokojnie od tablicy i notuję bez komentarza jego wypowiedź w kajeciku - małpki już wiedzą, że potem przepisuję na czysto te zapiski do Zeszytu Uwag. Chłopak próbuje więc ratować sytuację:
RAMBO: - No co, jakaś pani zacofana, tak się przecież teraz mówi.
JA: - Współczuję w takim razie twojej przyszłej żonie. Gdyby mój narzeczony tak o mnie powiedział, dostałby z pięści w twarz.

Ulubionym zajęciem Tomka - jeśli już przyjdzie na lekcję - jest zabawa zapalniczką, a w szczególności podpalanie różnego rodzaju kartek i ruloników. Nic sobie nie robi ze zwracanych mu uwag, bo należy do uczniów, którzy mają kompletnie wszystko pod małpim ogonkiem. Często mam wrażenie, że jest pod wpływem środków odurzających, ale rzecz jasna nie mam jak tego zweryfikować w myśl obowiązującego prawa. Nic dziwnego więc, że bardzo zainteresowała go postać św. Franciszka, kiedy przeczytałam Dekalog oparty na jego pismach.
JA: - Troszcz się o człowieka, o zwierzę, o zioło...
TOMEK: - Zioło? Heeeheeeeheeeee (tu nastąpił obleśny, kilkuminutowy rechot)Nooo, i gada z sensem! Sadzić, palić, zalegalizować! Jak mnie psy zgarną, to powiem, że św. Franciszek kazał szanować zioło!


I tak by można jeszcze długo, długo... Miłego wieczoru :)

sobota, 20 października 2012

Konkurs mitologiczny

    O tym, że Dragonka ma hopla na punkcie mitologii greckiej, to moi stali Czytelnicy doskonale wiedzą - a kto chce dowodu, to zapraszam na odświeżenie tego posta. Każde związane z nią zajęcia szkolne to dla mnie lekcje-samograje, do których się nie muszę przygotowywać, bo potrafię je poprowadzić w każdych warunkach z marszu i to w taki sposób, że słuchacze będą zainteresowani. Można powiedzieć, że lekcje o mitologii to taki mój odpoczynek w trakcie pracy. Gdybym mogła, to pewnie omawiałabym ją przez większość roku szkolnego, ale niestety program na to nie pozwala. A szkoda :)
    W każdym razie - gdzie i kiedy tylko mogę, tam staram się jak najwięcej mitologii przemycić i choć odrobinę zarazić uczniów tym moim nieszkodliwym świrem. W tym roku wymyśliłam, że urządzę w Zoo konkurs ze znajomości mitów greckich. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że zorganizowanie w naszej szacownej placówce jakiegokolwiek konkursu przedmiotowego to prawdziwe wyzwanie, bo zapewniam Was, że nauka to ostatnie zajęcie, na jakie nasze małpki mają ochotę - a już kto to słyszał, by z własnej, nieprzymuszonej woli wkuwać jakiś dodatkowy materiał? Jeszcze ich do tego stopnia nie porąbało, by poświęcać wolny czas na opanowanie czegoś więcej, niż potrzeba, by uzyskać ocenę dopuszczającą. Przecież żeby przygotować się do takiego konkursu, trzeba by coś przeczytać, albo nie daj Boże coś samemu wyszukać - a po szkole jest tyle przyjemniejszych zajęć. Na przykład palenie wysępionych z trudem fajek, picie na ławeczce piwa z dyskontu [względnie prostego wina] lub uganianie się z maczetami za kibicami wrogiego klubu piłkarskiego...
    Tym niemniej postanowiłam, że dopnę swego. W tym celu przede wszystkim we wszystkich klasach, które w tym roku uczę, rozpoczęłam rok szkolny od tematów mitologicznych. A to związki frazeologiczne, a to najważniejsi bogowie, a to wybrane mity - Dedal i Ikar, Demeter i Kora, Orfeusz, Prometeusz... Potem urządziłam kampanię propagandową, czyli obtrąbiłam fakt organizacji konkursu na zajęciach oraz zaprzęgłam do takich samych działań inne polonistki. Do tego doszło obklejenie Zoo kopiami zredagowanego przeze mnie dowcipnego ogłoszenia na temat konkursu, którego treść pojawiła się również na stronie internetowej szkoły. Wszystkim małpkom, które wykazały chociażby cień zainteresowania, niemal przemocą wciskałam do łapek karteczkę z wyszczególnionym DOKŁADNYM zakresem materiału - czyli których bogów trzeba znać, które związki frazeologiczne, które mity... Rzecz jasna spis nie był zbyt obszerny i w normalnej szkole z czegoś takiego nie robiłoby się konkursu - ale tu nie Harvard, tylko Zoo, więc bądźmy realistami. Potem odwiedziłam gabinet Wiceszefowej i pobrałam z jej Magicznej Szafy z Fantami kilka książek [nawet w sumie całkiem fajnych], które wręczę jako nagrody. No i w ramach dodatkowej, wymiernej marchewki [czy może raczej - banana...?] zapowiedziałam małpkom, że za przejście do drugiego etapu [bo będą dwa] stawiam piątkę, a za zostanie laureatem całości szóstkę. A że zarobić piątkę u Smoczycy to jednak nie w kij dmuchał, więc udało mi się wywołać konkursem pewne zaciekawienie.
    Pierwszy etap odbył się wczoraj. Z 14 osób, które się zapisały, stawiło się 7 - dobre i to... Najbardziej żałuję, że pomimo zgłoszenia się ostatecznie sprawę olała Młoda Gniewna [jak widzę, to specjalność Sylwii wycofać się w ostatnim momencie, o ile pamiętacie historię z Targami Edukacyjnymi] oraz Grześ [który, swoją drogą, już chyba niedługo doczeka się własnego posta]. No ale nic, przyszło za to dwóch całkiem sympatycznych chłopców z 1B [czyli z klasy Grzesia], którzy co prawda niewiele napisali, ale liczy się w ogóle to, że byli, czyż nie? Poza tym przydreptały dwa moje osobiste Muppeciątka oraz trójka zawodówkowiczów. Cała ferajna to moi uczniowie - i byli nawet na tyle łaskawi, że pozwolili się sfotografować [będzie do kroniki szkolnej]. Żeby im się przyjemniej pisało, przed rozdaniem kart konkursowych wręczyłam każdej małpce po mini-czekoladzie, z której mieli dodatkowy ubaw. Były takie same, ale z różnymi obrazkami - a że zbliża się Halloween, to w sklepach królują związane z tym motywy: czekoladka z Czarownicą, Czarnym Kotem, Wampirem i Mumią. Niby moi uczniowie to rocznikowo stare konie [najmłodszy uczestnik 16 lat, najstarszy 20...], ale momentalnie zaczęło się: "Eee, ja chcę Mumię, ma pani jeszcze jedną? Nieee? Ej, Anka, wymień się, dam ci Kota... No pliiiiz, nie bądź świnia...".
    Żeby zapobiec ściąganiu wzięłam się na sposób - zapowiedziałam im, że do drugiego etapu przechodzą 3 najlepsze osoby bez względu na ilość punktów. Czyli kalkulacja jest prosta: możesz podpowiedzieć koledze, ale potem nie miej pretensji, jeśli on przez to zdobędzie ten jeden punkt więcej niż ty i to on się załapie dalej... W efekcie każdy siadł sam i zazdrośnie strzegł swej kartki :) A jak poziom? Różnie. Te trzy osoby, które przeszły dalej, faktycznie napisały sporo i widać, że musiały coś w domu powtarzać. A reszta - cóż, podeszła z marszu w nadziei, że jakoś to będzie. No i nie było :)
    Jako pointę mam dla Was konkursowy "kwiatek" autorstwa jednego z chłopców z 1B. Zadanie polegało na rozpoznaniu posągu danego boga [rzecz jasna powybierałam takich, żeby mieli charakterystyczne atrybuty...] i podpisanie go. Wśród czterech zdjęć było między innymi takie:


    Otóż według Wojtusia jest to - uwaga uwaga - HEFAJSTOS.
    Tjaa... Szczególnie te cycki... Na pewno wyrobiły mu się, kiedy machał młotem, wykuwając pioruny Zeusowi :)



niedziela, 14 października 2012

Rycerz bez skazy

    Żyję, żyję, mam się dobrze - nie oślepłam i małpki mnie nie zjadły :)
    Cisza w eterze spowodowana była tym, że nieodwołalnie dopadł mnie hetman Żółkiewski, czyli konieczność napisania pracy podyplomowej na nieszczęsnej historii. Tak, wiem, że miałam się tym zająć w wakacje, ale tak wyszło, że w tym roku na korzystanie z wolnego [i poświęcenie go np. na bazgrolenie tekstu, który udaje, że jest naukowy...] absolutnie nie mogłam sobie pozwolić. No i jak sami wiecie, niemal przez cały urlop zachrzaniałam w szkole dla obcokrajowców. W rezultacie w trakcie wakacji udało mi się jedynie zgromadzić materiały. Myślałam szczerze mówiąc, że będę mogła się ubiegać o przesunięcie terminu oddania pracy, bo przecież taka możliwość istnieje na każdych zwyczajnych studiach. A tu okazało się, że zonk - regulamin podyplomówki takiej opcji nie przewiduje i już. Czyli Smoku albo się sprężysz i napiszesz pracę w 2 tygodnie, albo jesteś 3 tysiące złotych polskich w plecy. I chyba nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby wywnioskować, co wybrałam...
    Melduję zatem wszem i wobec, że dziś rano właśnie skończyłam te wypociny i posłałam je mojemu promotorowi. Szczerze podziwiam Hipka, który z własnej nieprzymuszonej woli przeczytał ten pożal się Boże tekst - zresztą, nie zdziwię się, jeśli okaże się moim jedynym czytelnikiem w tej kwestii. Ale czego się można spodziewać po pracy, którą pisałam de facto jakieś 4 dni, bo resztę czasu z tych dwóch tygodni zajęło mi przeczytanie niezbędnej bibliografii. No cóż, dumna to ja absolutnie z tego nie jestem i doskonale zdaję sobie sprawę, że król jest nagi - ale też świetnie wiem, że prace podyplomowe nie są pisane po to, by odkryć Amerykę, tylko po to, by dostać papier, który ci da nowe kwalifikacje zawodowe. Wykształcenie wyższe w końcu już mam, i to nawet podwójne :)
    Inna sprawa - co mnie do cholery podkusiło, żeby jako przedmiot badań wybrać sobie akurat postać Stanisława Żółkiewskiego?! Myślałam, że usnę czytając jego monografie. Facet był tak nieskazitelny, że aż się niedobrze robi :) Nie przesadzam, nie miał chyba żadnych wad! Przez całe życie był rycerski, wspaniały, oddany krajowi - a prywatnie był kochającym mężem i ojcem, a żonę szanował i jej nie zdradzał. Żadnej skazy, chodzący ideał! W pewnym momencie już myślałam, że będzie ciekawiej, bo hetman był osobą ogromnie religijną i żarliwie służącą Kościołowi Katolickiemu, a żył przecież w czasach kontrreformacji i grzmiącego Piotra Skargi. Myślę sobie: no, tu cię mam bratku, pewnie prześladowałeś innowierców i nawoływałeś do palenia heretyków... Ale gdzie tam! Wzór tolerancji i otwartości! Mało tego, że szanował inne wyznania chrześcijańskie - to jeszcze nawet dla mieszkających w jego włościach Żydów był jak dobry ojciec! Świątynie im pozwalał wznosić, swoje browary prowadzić, łaźnie rytualne zakładać, równouprawnienia w handlu pilnował, żeby im się krzywda finansowa nie działa... W tamtych czasach, macie pojęcie?
    A czemu narzekam? Bo chyba nie ma nic nudniejszego, niż pisanie o człowieku, który jest chodzącym ideałem :) Jestem kiepska w tworzeniu panegiryków. Ale jak trzeba, to trzeba - zatem napisałam. I teraz będzie już troszkę luźniej, więc powinnam znaleźć dla Was więcej czasu. Pytanie tylko, czy małpki dostarczą mi odpowiedniej ilości tematów. W sumie to nawet nie wiadomo, czy mi tego życzyć, czy nie.
   Tak a propos życzeń, to dzisiaj Dzień Nauczyciela, czyli jak by nie patrzeć moje święto. To co, pożyczy mi ktoś czegoś?

niedziela, 7 października 2012

Krótki raport o stanie oka

    Melduję posłusznie, że oczko się już wygoiło "temu smoku". Kuracja sprowadzała się do aplikowania w rogówkę felernego ślepia kilka razy dziennie kropli i maści [w roli wykonawcy tej czynności wystąpił oczywiście Hipciozaur]. Było to trochę uciążliwe, ponieważ krople rozszerzały źrenicę, w wyniku czego miałam spore kłopoty z poruszaniem się, mylnie oceniając odległości - na szczęście jednak leczenie trwało tylko kilka dni.
    W jakiś tydzień po zakończeniu kuracji udałam się posłusznie na kontrolę i okulistka orzekła, że już wszystko w porządku. Miała jednak dla mnie złą wiadomość: erozja faktycznie ma tendencję do odnawiania się i nie bardzo da się coś na to poradzić. Mogę próbować stosować profilaktykę w postaci aplikowania kropli zwilżających po dłuższej pracy przy komputerze czy z książką, kiedy czuję, że oczy mam zmęczone, mogę pamiętać o zakazie dotykania ślepia paluchami [aby nie przenieść zarazków]. Nie ukrywała jednak, że jeżeli mam pecha i należę do tej grupy pacjentów, którzy mają skłonności do nawrotów choroby, to i tak się o tym w końcu boleśnie przekonam... I niestety, nie chcę krakać [bo w końcu kto to widział, by smoki krakały...?], ale coś mi się wydaje, że ta rogówka będzie mi sprawiała kłopoty. Niby wszystko jest wygojone - jeśli wierzyć diagnozie pani doktor - ale mimo to wyraźnie czuję "piasek pod powieką", jeśli zbyt gwałtownie popatrzę w bok. Trwa to chwilkę i na razie nie stanowi problemu, ale przecież od takich objawów się właśnie zaczęło.
    Postanowiłam natomiast wreszcie odżałować pieczołowicie chomikowane "biedronki" [nazwa stąd, że zawsze kiedy nie mam pieniędzy na jakiś zakup, to komentuję to stwierdzeniem, że chyba kupię "za biedronki"] i sprawić sobie nowe okulary. Poprzednim naprawdę należy się już zasłużona emerytura, bowiem otrzymałam je od Seniorki w ramach wyprawki dla świeżo upieczonej nauczycielki, kiedy rozpoczynałam pracę - a jestem już w zawodzie szósty rok! Notabene były to jakościowo najlepsze bryle, jakie kiedykolwiek miałam, bo szkła [a w zasadzie - plastiki :)] dopiero pół roku temu lekko się porysowały. Pojechałam zatem do tego samego optyka, który co prawda do najtańszych w mieście nie należy, ale za to mam pewność, że nie sprzedadzą mi badziewia. Dziś właśnie otrzymałam smsa, że okulary na mnie czekają i tak oto siedzę sobie już w całkiem nowych, ślicznych patrzałkach.
    Co ciekawe - podczas badania wzroku okazało się, że ostrość poprawiła mi się aż o jedną dioptrię. Każdy krótkowidz wie, że nie jest to częste zjawisko, więc albo należę do wąskiej grupy szczęśliwców - albo ostatnim razem źle mnie zbadano. Tak czy siak wychodzi na to, że przez kilka ostatnich lat pomykałam w za silnych brylach. Ciekawa jestem, czy przypadkiem nie od tego brały się te moje słynne zachwiania równowagi, które zwalałam na problemy z błędnikiem? Ano pożyjemy, zobaczymy. Ale byłby numer gdyby okazało się, że po zmianie okularów na słabsze będę mogła zacząć nosić buty na obcasach bez obawy, że się wywalę po kilku krokach - albo wsiąść na rower nie zachowując się przy tym, jak bym wypiła wcześniej kilka głębszych. Albo chociaż mogła swobodnie pić napoje z butelek do końca, bez obawy, że przy gwałtowniejszym przechyleniu głowy świat dookoła zacznie niepokojąco wirować.
    Nowe okulary - nowa jakość życia? Fajnie by było :)

wtorek, 2 października 2012

Kosztów cięcie-gięcie

    Dziś będzie o szkolnictwie powszechnym w czasach kryzysu połączonego z dziurą budżetową w kasie miasta. I dla odmiany sprawa wcale nie będzie dotyczyła Zoo, choć - jak już wielokrotnie wspominałam - nasza sytuacja w tym roku szkolnym jest jeszcze gorsza, niż w poprzednim [ergo: wcale się nie zdziwię, jeśli znów trzeba będzie odwołać zajęcia z powodu mrozów].
    Jedna z naszych polonistek, Kamila, w ramach łatania etatu pracuje również w pobliskiej podstawówce. Jest bardzo młodą nauczycielką [bardzo - czytaj: jeszcze młodszą, niż Smoczyca :)], zaczynała w Zoo, więc po raz pierwszy ma możliwość prowadzenia zajęć z tak małymi dziećmi. Trzeba Wam wiedzieć [mam tu na myśli tych spośród moich Czytelników, którzy nie są nauczycielami], że praca w szkole podstawowej zdecydowanie różni się od pracy w gimnazjum czy liceum. Nie chcę tu rozstrzygać, czy jest łatwiejsza, czy trudniejsza [bo to pewnie zależy od osobistych umiejętności belfra] - po prostu jest zupełnie inna. Na tym etapie kształcenia na dobrą sprawę bardziej liczy się wyrobienie w dzieciach pewnych nawyków, które będą im procentowały w przyszłości, a nie przekazanie konkretnej wiedzy [której - nie czarujmy się - po reformie systemu edukacyjnego zostało naprawdę niewiele...]. Mówiąc wprost, nauczyciel ma nauczyć dziecko, jak się ma skutecznie uczyć. Jeśli to się uda, to młody człowiek poradzi sobie, kiedy przyjdzie mu się już zmierzyć z konkretną wiedzą. Jeśli natomiast ten etap zostanie zawalony, to istnieje duża szansa, że na skutek braków i opóźnień w rezultacie trafi do placówki takiej, jak Zoo.
    Ja nigdy do tej pory nie uczyłam w podstawówce, ale wydaje mi się, że kompletnie bym się do tego nie nadawała. Jestem pewna, że szlag by mnie trafił, gdybym na każdej lekcji była zasypywana gardem zadawanych całkiem na serio pytań w rodzaju: "Psze pani, a czy to trzeba na kolorowo? A czy może być zielonym?", "Psze pani, a co zrobić, bo wyszłam na margines?", "A mi się tu nie zmieści, co mam zrobić?", "Czy podkreślić temat?", "Mam zły numer lekcji, co teraz?" - i tak dalej, i tak dalej... Doskonale rozumiem, że te dzieciaki jeszcze nie wiedzą, co jest istotne, a co nie, więc moim psim obowiązkiem jest je tego nauczyć, ale obawiam się, że najzwyczajniej w świecie nie wystarczyłoby mi cierpliwości. Do tego trzeba by pamiętać o tak istotnych kwestiach, jak np. fakt, że Marysia jest pokłócona z Kasią [a więc nie mogą być w jednym zespole podczas pracy], a Kubuś nie lubi Jasia [więc jeśli siedzą za blisko, to się będą prali w trakcie zajęć]. Nie nie, dziękuję, postoję...
    Kamila w ramach "odgadania się" serwuje mi różne kwiatki z życia swojej drugiej szkoły, ale dziś zwróciła uwagę na problem, którego genezą są koszmarne długi, w jakie popadło miasto. Magistrat tnie po oświacie bez miłosierdzia, a jednym z symptomów takiej polityki oszczędzania jest odgórny szlaban na nauczanie indywidualne. Dyrektorzy szkół mają zapowiedziane, że w kasie absolutnie nie znajdzie się na to ani złotówka i nie ma przy tym znaczenia, jak bardzo chore lub zaburzone jest dziecko. Musi stanąć na głowie i uczęszczać na zajęcia razem z kolegami w klasie - albo po prostu będzie powtarzało rok i koniec. A ponieważ żaden rodzic nie chce pozwolić, by pociecha miała opóźnienie, dzieciaki pakowane są na siłę do klas bez względu na to, co im jest. I tu zaczyna się prawdziwe piekło.
    Czas na konkret. Kamila opowiadała mi o czwartej klasie podstawówki, w której uczy. Zwyczajna, państwowa szkoła, uczniowie z rejonu. W klasie jest ich 25, wydawać by się więc mogło, że nie aż tak dużo [choć ja uważam, że nawet w zwykłych szkołach klasy nie powinny być liczniejsze, niż 20 osób]. Wśród nich jednak na skutek zakazu indywidualnego nauczania znalazło się:
- czworo dzieci z bardzo wysokim IQ, laureatów olimpiad [rzecz jasna stosownych dla ich wieku]
- troje dzieci z ciężkim ADHD, które nie są w stanie usiedzieć spokojnie kilku minut bez zajęcia
- pięcioro dzieci nie mieszczących się w normie intelektualnej [ale jednocześnie nie na tyle upośledzonych, by kwalifikowały się do kształcenia specjalnego].
    Pytanie za 100 punktów: jakim cudem przeprowadzić zajęcia jednocześnie dla geniusza i debila [mówiąc brutalnie] w taki sposób, by ten pierwszy się nie zanudził, a ten drugi miał szansę czegokolwiek się nauczyć? A w dodatku uważając, by któryś z nadpobudliwych gagatków nie wyskoczył w tym czasie przez okno? Jestem ciekawa, jak na to pytanie odpowiedzieliby urzędnicy magistratu. W normalnych warunkach przynajmniej część z tych dzieciaków pracowałaby z nauczycielem sam na sam, więc podczas zwyczajnych zajęć w klasie nie męczyłyby się ani one, ani ich koledzy, ani belfer. Ale warunkom daleko od normy, więc robi się cyrk.
    Kamila stwierdziła, że po lekcjach przepracowanych w tej podstawówce, to ona przychodzi odpocząć do Zoo, bo z dwojga złego to już u nas jest normalniej. I niech to posłuży za pointę...

sobota, 22 września 2012

Oczko się zepsuło temu smoku...

    Jakiś czas temu [tu w ramach uczciwości muszę przyznać - znaczny czas temu...] coś mi wleciało do lewego oka. Zajęłam się intruzem tak, jak Seniorka uczyła, czyli napełniłam szklankę wodą po brzegi, nachyliłam nad nią głowę i mrugałam felernym ślepiem po powierzchni cieczy, aż nie odniosłam wrażenia, że już po wszystkim. Następnego dnia jednak po przebudzeniu znów czułam coś pod powieką, ale owo coś przestało mnie uwierać w ciągu dnia, w miarę jak się oko "rozmrugało". Sytuacja powtarzała się co jakiś czas [nie częściej, niż 2-3 razy w tygodniu], nie była jednak uciążliwa, bo trwała najwyżej kilka minut po wstaniu z łóżka, a potem dyskomfort przechodził. Pomyślałam, że jednak coś mi tam siedzi, ale ponieważ ani nie bolało specjalnie, ani nawet codziennie - to doszłam do wniosku, że zajmę się tą sprawą, kiedy będę szła do optyka wymienić okulary [a noszę się z tym zamiarem co najmniej od czerwca - niestety, na przeszkodzie zawsze staje mi permanentny brak funduszy].
    Woziłabym się z tym kolejne miesiące, gdyby nie ostry ból w lewym oku po przebudzeniu w środę. To już nie było "uwieranie", ale uczucie, jak by mi ktoś wbijał pod powiekę cieniutką, ostrą igłę. Oko się spłakało, zrobiło czerwone jak u małpki ujaranej zielskiem, ale w końcu po staremu się "rozmrugało". Dotarło do mnie, że bez okulisty jednak się nie obejdzie - tyle że sami wiecie, jaki napięty grafik miałam ostatnio w związku z robieniem de facto na dwóch nauczycielskich etatach. No nic Smoku, jakoś musisz do przyszłego tygodnia dać radę...
    No cóż, moje oko zdecydowało inaczej. Ból powrócił w środę na zajęciach z Amerykanką, a potem było już tylko gorzej. Noc miałam praktycznie nieprzespaną, bo najlepiej czułam się z otwartym ślepiem - natomiast każdy ruch powieką powodował wbijanie się znajomej mi już igły. A weź tu śpij z otwartym okiem! Na dodatek w czwartek miałam aż 6 lekcji [nie mogłam bez uprzedzenia na nie po prostu nie przyjść - nie zrobiłabym tego Wicedyrze], a po południu zebranie z rodzicami, na którym musiałam się stawić bez dwóch zdań. Jedyną możliwością było dostanie się do lekarza w przerwie między skończonymi zajęciami w Zoo a zebraniem. Wynotowałam więc sobie z Internetu adresy przychodni oraz prywatnych gabinetów okulistycznych w okolicy Zoo z nadzieją, że gdzieś mnie przecież przyjmą...
    Tjaa... Po raz kolejny [bo pierwszy raz to pamiętna historia z gruźlicą] natrafiłam na niewzruszony opór lekarskiej materii. Okazało się, że dostanie się w moim mieście do okulisty bez wcześniejszego długiego okresu wyczekiwania w kolejce jest niemożliwe. W przychodniach państwowych dostałam opierdziel [w pierwszej - od recepcjonistki, w drugiej - od lekarki], że co ja sobie w ogóle wyobrażam, że tłum pacjentów jest umówionych, że same nagłe przypadki i co z tego, że bardzo boli. W gabinetach prywatnych wcale nie lepiej - nikt nie zgodził się mnie przyjąć od zaraz, najwcześniejsze, co udało mi się wytargować, to wizyta następnego dnia rano. Poradzono mi jednak, abym w takim razie zgłosiła się na SOR do dyżurnego szpitala, bo "z takim bólem to pani do rana nie wytrzyma" [no jak bym sama tego nie wiedziała...].
    Cóż było robić? Z okiem opuchniętym i sino-czerwonym, z którego nieprzerwanie lały się łzy, wróciłam do szkoły i przeprowadziłam zebranie. Potem spod Zoo zgarnął mnie Hipek i po krótkich, acz bardzo nieprzyjemnych odwiedzinach w Wojewódzkim Szpitalu Okulistycznym [skąd nas po prostu wygoniono, bo przecież nie mamy skierowania, a jakieś zasady muszą być...], wylądowaliśmy w końcu na ostrym dyżurze. Trzeba przyznać, że miałam tutaj sporo szczęścia [w końcu!]. Primo - do okulisty nie było akurat dużo ludzi, secundo - okazało się, że nic mi się w to oko nie wbiło [co podejrzewałam sądząc po tym koszmarnym bólu]. Fachowo nazywa się to erozja rogówki - prawdopodobnie tamten paproch pocharatał mi gałkę oczną i zostawił na niej ranę. Leczy się to kilka dni za pomocą maści i kropli, ale potem trzeba iść na kontrolę do okulisty i uważać, bo cholerstwo lubi nawracać.
     I tak to w piątek legalnie siedziałam sobie na L4 [o czym już wcześniej przezornie powiadomiłam Wicedyrę, żeby mogła rozpisać zastępstwa] - musiałam też niestety odwołać zajęcia z Amerykanką, przez co jestem 3 lekcje w plecy... Dziś już prawie nie boli, a w zasadzie tylko uwiera. Do poniedziałku będę zupełnie zdrowa.

    Na zakończenie tej historii jedna dygresja. Otóż rzecz jasna mój stan nie uszedł uwadze małpek, więc od rana uczniowie we wszystkich klasach pytali, co mi się stało w oko. Wiecie, jakie były ich typowe skojarzenia? "Psze pani, czy to ten pani narzeczony tak panią załatwił...?".
    No tak... Skoro kobieta chodzi z czerwonym i opuchniętym okiem, to w ich świecie musi oznaczać, że ktoś jej to oko podbił... Ale tego już im nie powiedziałam.

piątek, 21 września 2012

Skąd wziąć podręcznik?

    Prowadzenie lekcji w Zoo jest prawdziwym wyzwaniem dla nauczyciela z co najmniej kilku powodów. Niski poziom intelektualny oraz zaległości edukacyjne sięgające głębokiej podstawówki to tylko najbanalniejsze z nich. Do tego dochodzi zmaganie się z zaburzeniami emocjonalnymi i neurologicznymi uczniów, ich zdemoralizowaniem i generalnie "anty" nastawieniem do świata dorosłych. Mówiąc wprost i lekko brutalnie - wchodząc na lekcję musisz liczyć się z tym, że małpka siedząca na przeciw ciebie [oczywiście zakładając, że w ogóle siedzi w ławce, a nie w tym momencie wskakuje na stolik albo parapet...] jest albo lekko przygłupia, albo bandziorowata, albo stuknięta, albo wszystko na raz. Pisząc to oczywiście uogólniam, tym niemniej taki jest statystyczny obraz ucznia naszej szkoły.
    Ale te trudności nie są jedynymi, z którymi mamy do czynienia. Dziś rzecz będzie o najbardziej przyziemnym z problemów, a mianowicie o wyposażeniu przeciętnej małpki. Otóż - o czym już też kilka razy wspominałam - wielu uczniów przychodzi do szkoły tak, jak stoi, wychodząc z założenia, że już sama ich obecność na zajęciach jest wyczynem godnym pochwały. Nie są rzadkością delikwenci, którzy nie posiadają nawet długopisu, o zeszytach i podręcznikach nie wspomniawszy. Gdyby bowiem wzięli ze sobą całe uczniowskie oprzyrządowanie, to musieliby je spakować do jakiegoś plecaka czy torby, a to już zdecydowanie za dużo zachodu. No w głowach się tym nauczycielom poprzewracało: nie dość, że każą przychodzić do szkoły, to jeszcze nosić ze sobą bagaże, z którymi nie ma co zrobić w razie wagarów...
    Największym utrudnieniem jest oczywiście brak podręczników. W historii funkcjonowania Zoo jako szkoły dla trudnej młodzieży próbowano już na różne sposoby radzić sobie z tym problemem, jednak póki co bez większych rezultatów. Nie zaprzeczam, że jest niestety całkiem pokaźna grupa uczniów, którzy nie kupują książek, bo ich zwyczajnie na to nie stać - ale jest i spora część takich, którzy ich nie mają z czystego wygodnictwa. Od kilku lat bowiem dla świętego spokoju pracujemy z klasami na kserówkach, egzekwując tylko [mniej lub bardziej skutecznie] składki pieniężne na papier i tonery. Teraz jednak sytuacja musi się zmienić, bo szkoła jest tragicznie niedofinansowana [gdybym Wam podała, jaką w wyniku polityki cięć budżetowych miasta mamy dziurę w finansach, to byście pewnie nie uwierzyli...] i dyrekcja musi oszczędzać dosłownie na wszystkim. Ksero więc ma służyć wyłącznie do powielania sprawdzianów i materiałów dodatkowych, ale z kopiowaniem stron podręczników w ilościach hurtowych koniec. Na czymś jednak pracować z dzieciakami trzeba, a przynajmniej na moim przedmiocie. O ile mogę sobie wyobrazić lekcję matematyki bez książek - bo ostatecznie zapisywanie zadań z poziomu gimnazjum na tablicy jest wykonalne - to absolutnie nie sposób przeprowadzić analizy jakiegokolwiek tekstu, nie mając tego tekstu przed oczami. Trzeba więc albo jakoś książki skombinować, albo zmusić jak największą ilość małpek, by jednak się w nie zaopatrzyły.
    To pierwsze rozwiązanie oznacza zabawę w żebranie, czyli pisanie do wydawnictw edukacyjnych z prośbą o podarowanie szkole podręczników. Mam zamiar siąść w weekend i wysmarować chwytającego za serce maila do oficyny, z której książkami pracuję, opisując w nim tragiczną sytuację finansową moich podopiecznych [co - przynajmniej w odniesieniu do niektórych małpek - wcale nie będzie przesadą] i prosząc o wsparcie placówki w zamian za reklamę na naszej stronie internetowej. Bardzo niezręcznie się czuję w roli kwestora - z tego też powodu nienawidzę pierwszego w roku szkolnym zebrania z rodzicami, na którym trzeba wydębić jak największą ilość wpłat na Radę Rodziców. Ale cóż, siła wyższa, więc w imieniu moich wychowanków trzeba schować dumę do kieszeni i wyciągnąć łapkę.
    Pozostaje jeszcze wpłynięcie na uczniów, by jak największa ich ilość po pierwsze kupiła książki, a po drugie - nosiła je do szkoły. Dragonka postawiła sprawę jasno i bez niedomówień: podręczniki mają być i koniec, co oznajmiłam małpkom już na pierwszych lekcjach organizacyjnych. Książka może być używana, może być kupiona z kolegą na spółkę - ale ma być bezwzględnie jedna na ławkę. Dałam im na to dwa tygodnie, po czym wprowadziłam system minusów, podobny jak funkcjonuje na moich zajęciach w kwestii aktywności. Jest pięć lekcji języka polskiego w tygodniu, zatem z pięciu minusów robi się jedynka. Nie obchodzi mnie przy tym, która osoba z ławki zawaliła i nie przyniosła książki - konsekwencje ponoszą obie. Teraz najważniejsze to trzymać się tego planu i nie robić absolutnie dla nikogo wyjątków.
    Zgodnie z zapowiedzią zaczęłam w połowie września, czyli od minionego poniedziałku. Przezornie jeszcze biorę ze sobą na lekcje kserówki, które owszem, na razie rozdaję tym, którzy nie mają podręczników - ale bez pardonu wstawiam też minusy. Oczywiście przy pierwszej takiej akcji w mojej muppeciarni podniosły się głosy: "Oj proszę pani, to chociaż od jutra, jutro już książki będą...". Spokojnie odparłam na to, że nie ma mowy, bo doskonale wiedzieli, że mają mieć podręczniki i jeśli nie zacznę ich z tego rozliczać, to nigdy ich nie kupią. Podkreślam: cała akcja kontrolna przebiega spokojnie, bez prawienia kazań, po prostu idę z dziennikiem na początku zajęć po klasie i wstawiam "pustym ławkom" minusy, nie wygłaszając żadnych komentarzy. Nie ma też oczywiście znaczenia, kto nie przyniósł książki - czy moja ulubiona Młoda Gniewna, czy Lechu, który mnie irytuje na każdym kroku. Tu nie Orwell, by jedne świnie były równiejsze od drugich.
    Jaki jest efekt po pierwszym tygodniu? Najlepiej w pierwszej klasie, ale to było akurat do przewidzenia, bo uczniowie nie zdążyli nabrać nawyku, że w Zoo podręczniki są niepotrzebne. Tutaj po pierwszej akcji pokazowej na drugiej lekcji WSZYSCY mieli książki [a nie to, że jedna na ławkę...], z wyjątkiem Smrodka, który jednak usprawiedliwił się, że będzie ją miał pod koniec września, bo wtedy dopiero ojciec dostanie wypłatę. Przystałam na to z zastrzeżeniem, że jeśli po tym terminie dalej nie pojawi się podręcznik, to w dzienniku pojawi się jedynka - i to bez czekania, aż uzbiera się 5 minusów. W pozostałych klasach książki ma mniej więcej połowa, ale to już i tak spory postęp.
    Nie wiem, jak sobie radzą nauczyciele innych przedmiotów, ale u mnie jest całkiem nieźle. Rozbawiła mnie w tej kwestii matka Lecha na wywiadówce, kiedy wystosowałam do rodziców moich muppetów płomienną mowę uzasadniającą zakupienie w tym roku szkolnym dzieciom podręczników. "No proszę, a syn mówił, że trzeba koniecznie tylko do języka polskiego, a o innych przedmiotach nie wspomniał...".
    Hie hie hie...

czwartek, 13 września 2012

American dream

    Jesteście pewnie ciekawi, jak tam moja nowa zagraniczna uczennica?
    Otóż - na całe szczęście - to zupełnie inny typ człowieka, niż Barbara. Przyjęłam to z ulgą, bo gdybym przy takim obłożeniu czasowym musiała skupiać się nie tylko na przekazywaniu wiedzy, ale jeszcze dodatkowo na pokonywaniu trudności emocjonalnych studentki, to zrobiłabym smoczą biedronkę. Dla niezorientowanych: byłby to Smok bezradnie leżący na pleckach i przebierający rozpaczliwie łapkami i skrzydełkami... Co tu dużo ukrywać, wygląda na to, że dowaliłam sobie niezły maratonik w kwestii ilości dziennie przeprowadzanych zajęć. Sytuacji wcale też nie poprawia fakt, że wszystkie trzy miejsca docelowe - czyli Pomarańczowa Jaskinia, Zoo oraz szkoła językowa - znajdują się w trzech odległych od siebie końcach miasta. Co prawda Hipek w tej sprawie pomaga mi jak może [a jak? To materiał na osobnego posta, który już wkrótce :)], ale i tak godzin dodatkowo straconych na dojazdy nikt mi w rachunku dobowym nie odda.
    Ale dość biadolenia, bo miałam pisać o nowej uczennicy. Otóż Marguerita jest Amerykanką po trzydziestce, mieszkającą w dodatku w Waszyngtonie i pracującą w instytucjach przy ichnim Ministerstwie Spraw Zagranicznych [ukończyła studia ze stosunków międzynarodowych]. Nie ma jednak na szczęście nic z typowej mentalności amerykańskiej, przez co rozumiem przyklejony do twarzy powierzchowny uśmiech [wiecie, to wieczne: "It's ok, I'm fine!"], traktowanie USA jako centrum świata oraz brak zainteresowania [i jednocześnie szacunku] dla czegokolwiek, co ma wartość historyczną, bo liczy się tylko "tu i teraz". W moim pojęciu jest zatem dość nietypową Amerykanką, ale to pewnie efekt tego, że ma polskie korzenie [dziadkowie ze strony mamy byli Polakami, którzy wyemigrowali do Stanów po wojnie z obawy przed komunistami] - a także tego, że bardzo dużo czasu spędziła w Europie. Marguerita jest więc fajną, kontaktową kobietą z ogromnym dystansem do siebie, z poczuciem humoru i sporą wiedzą ogólną. Nie śmiejcie się, ale to ostatnie ogromnie ułatwia mi pracę. O wiele łatwiej i przyjemniej prowadzić lekcje polegające w dużej mierze na konwersacjach z osobą, która jest oczytana w rozmaitych dziedzinach i interesuje się tym, co się dzieje na świecie - niż z kimś, kto generalnie o niczym nie słyszał i nie ma o niczym wyrobionego zdania. Do tego wszystkiego Marguerita ma zdrowo poukładane pod sufitem w kwestii ambicji: z jednej strony zależy jej na postępach, ale z drugiej nie traktuje porażek jako końca świata. Dla przykładu - we wstępnej rozmowie zauważyłam, że ma problem ze stopniowaniem przymiotników i przysłówków. Dzisiejsze zajęcia zaczęłam więc od rozpisania jej tego teoretycznie, potem godzinę wałkowałyśmy ćwiczenia gramatyczne, a na deser jeszcze dowaliłam jej kilka zadań ustnych wymagających porównywania różnych rzeczy [czego bez stopniowania zrobić się po prostu nie da]. Marguerita robiła początkowo masę błędów, ale to tylko dopingowało ją do pracy, pytała, kiedy czegoś nie rozumiała, poprawiała, dopóki nie było idealnie. Wszystko to w przyjaznej atmosferze, na zasadzie: "Skoro coś sprawia mi trudność - to znak, że trzeba jeszcze poćwiczyć". Uwierzcie, takie podejście ucznia to miód na uszy nauczyciela :) Jaka ulga po Barbarze, która zdążyłaby się trzy razy załamać, zdenerwować, a może nawet rozpłakać...
    Mogę zatem męczyć Margueritę, ile dusza zapragnie - co rzecz jasna z ochotą robię. Na zajęciach jest zawsze trochę rozmowy [a raczej - takiego kierowania konwersacją, by to ona się nagadała], jakiś dłuższy tekst i na jego podstawie różne ćwiczenia sprawdzające zrozumienie, a także wybrane zagadnienie gramatyczne. Wczoraj był to tryb przypuszczający, dziś te przymiotniki i przysłówki, a jutro uszczęśliwię ją aspektem czasownika [wiecie, dokonane v.s. niedokonane - zmora dla osób anglojęzycznych, bo u nich w ogóle czegoś takiego nie ma]. Wychodzimy zmęczone, ale nie UMĘCZONE, a to jednak duża ulga.
    Tym niemniej nie posiadam się z radości, że przede mną weekend...

wtorek, 11 września 2012

Huk roboty oraz nowy "smrodek"

    Jeśli myślałam, że w szkole dla obcokrajowców Węgierka Barbara będzie ostatnią moją uczennicą w tym sezonie letnim, to się pomyliłam. Dziś wczesnym popołudniem zadzwoniła do mnie sekretarka z naglącym pytaniem, czy nie wzięłabym indywidualnych zajęć z kolejnym dziewczęciem, domagającym się intensywnego kursu językowego. Jak intensywnego? Otóż od jutra do przyszłego piątku trzeba z nią zrobić 30 godzin lekcyjnych. Fizycznie nie jestem w stanie przerobić aż tyle - nie zapominajcie w końcu, że to już nie są wakacje, więc jeździć tam mogę tylko popołudniami, kiedy skończę zajęcia w Zoo. Zgodziłam się na 21 godzin, a pozostałe dziewięć muszą opchnąć jakiemuś innemu lektorowi [choć mają tam teraz takie obłożenie, że zdaje się nie bardzo jest komu]. I tak będę chodziła do tyłu na rzęsach - dla przykładu w czwartek będę miała w sumie do przeprowadzenia 9 lekcji: sześć w Zoo, trzy z uczennicą z zagranicy. Ci z Was, którzy uczą w szkole, doskonale wiedzą, co to oznacza - pozostali muszą mi uwierzyć na słowo, że po powrocie do domu będę nie tylko na wpół żywa, ale też zamienię się w niemowę, bo mi gardło siądzie. Dobrze chociaż, że zapowiadają niższe temperatury, przynajmniej słońce nie będzie odbierało mi energii.
    Nie wiem jak na razie, kim jest uczennica, znam jedynie jej poziom językowy - średniozaawansowany niższy, czyli mniej więcej B1/B2. Powinna być więc ciut lepsza, niż Barbara, ale zobaczymy. Zaplanowałam dla niej na jutro ćwiczenie wszystkiego po trochu. Zaczniemy tradycyjnie od rozmowy na temat niej samej i jej zainteresowań, potem przejdziemy do opisu rodziny [a Smok w ten sposób zorientuje się, na jakim poziomie jest słownictwo ogólne uczennicy]. Potem mam opisywanie obrazków - czyli coś na czym wykładała się Barbara :) - oraz kilka ćwiczeń na rozumienie dłuższego tekstu pisanego. Następnie zapodam jej jakieś słuchanie [czyli znów czeka mnie tachanie laptopa...], a na koniec gramatyka - tryb warunkowy. Jakoś damy radę, a przygotowanie zajęć na czwartek będzie łatwiejsze, bo już coś się o uczennicy i jej oczekiwaniach dowiem.

    A co słychać w Zoo? Objawił mi się "smrodek" w pierwszej gimnazjalnej, czyli Grzesio. Znacie taką prawidłowość, że im mniejszy i drobniejszy piesek, tym głośniej szczeka i częściej łapie zębami za nogawki spodni - podczas gdy wszelkiej maści duże "wilczarki" leżą spokojnie, bo i tak znają swoją wartość i wiedzą, że je widać? No to Grzesio jest idealną ilustracją tej tezy w warunkach ludzkich. Fizycznie nie wszedł jeszcze w okres dojrzewania, więc wygląda jak 12-letnie dziecko, malutki, drobniutki, w dodatku przed mutacją. Co więc robi taki biedaczyna, żeby zaistnieć? Ano stara się być dwa razy bardziej pyskaty, niż wszyscy jego koledzy razem wzięci. W końcu zresztą bez powodu do Zoo się nie trafia...
    Już na poprzedniej lekcji odstawiał jakieś drobne numery, ale akurat wtedy bardziej popisywał się inny kolega z jego klasy, więc zawiedziony Grześ nie mógł skupić na sobie całej nauczycielskiej uwagi. Dziś za to tamten drugi był nieobecny, co nasz "smrodek" postanowił skrzętnie wykorzystać. Zaczął od tego, że wparował na zajęcia 10 minut po dzwonku, trzasnął drzwiami, a w moją stronę rzucił prowokacyjne "Się ma!". Spojrzałam na niego zza moich okularów [uwielbiam ten smoczo-belfrowski atrybut :)] i odparłam bardzo spokojnie:
    - Spóźniłeś się, powinieneś więc po pierwsze przeprosić. Po drugie, witając osobę od ciebie starszą, a także będącą na wyższym stanowisku, należy powiedzieć: "Dzień dobry".
    - A ja będę mówił "się ma", bo to jest moja polszczyzna. - stwierdził chłopak prowokacyjnie.
    - W taki razie będziesz musiał ją zmienić w kontakcie ze mną.
    - Nie będę niczego zmieniał, a jak się pani nie podoba, to pani ma problem, a nie ja.
    Jeśli myślał, że mnie to zdenerwuje, to bardzo się pomylił.
    - Jak się nazywasz? - spytałam aksamitnym tonem.
    - Grześ.
    - Pytałam o twoje nazwisko.
    - Przecież mówię, że Grześ, głucha pani czy jak? - "smrodek" był już wyraźnie poirytowany.
    - To jest imię, a mnie interesuje nazwisko. - ciągnęłam tonem, jakim mówi się do pięciolatka.
    - Aaa... Iksiński.
    Powolnym ruchem wyjęłam swój kapownik, zrobiłam w nim stosowną notatkę, a następnie zwróciłam się spokojnie do "smrodka".
    - Informuję cię, że po lekcji wpiszę ci uwagę, a twoje zachowanie zostanie zgłoszone wychowawcy. Jeśli to nie poskutkuje, czeka cię rozmowa z pedagogiem szkolnym, który uświadomi ci, jak należy zwracać się do nauczyciela.
    Grzesio zaczął coś prychać pod nosem, śmiać się i międlić coś w stylu: "Ja pierdolę, co za baba...", na co uśmiechnęłam się słodko i zapytałam:
    - Ty jesteś pierwszy rok u nas, prawda?
    - Tak, a co?
    - Nic. To po prostu widać.

    Reasumując - czeka mnie zabawny tydzień. Rano zajęcia polegające na tresurze dzikich zwierzątek, a po południu lekcje indywidualne z uczennicą zmotywowaną do nauki języka polskiego bardziej, niż  moje małpiątka w ogóle są w stanie sobie wyobrazić. W tej sytuacji podróż autobusem z jednej szkoły do drugiej można porównać do lotu kosmicznego, przenoszącego Smoka w zupełnie inną, o lata świetlne odległą rzeczywistość.