Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 30 czerwca 2012

Smok kuchenny

    I znów na dworze patelnia. Czy pisałam już, że nienawidzę upałów?

    Tak tak, wiem. Pisałam :)
    Jak Dragonka spędziła pierwszy dzień wakacji? Polazłam rano na targ po zakupy po to, by zdążyć przed ukropem, ale to na niewiele się zdało, bo i tak już było za gorąco i do domu wróciłam w stanie agonalnym. Zaowocowało to rozbiciem - podczas rozpakowywania zakupów - ostatniej szklanej salaterki, jaka się w Pomarańczowej Pieczarze ostała. Wszystko mi z łapek leciało, ale jak miało nie lecieć, skoro przed oczami tańczyły mi mroczki? Nie mam rzecz jasna w tym miejscu na myśli braci Mroczków, co i dobrze :) Kiedy trochę doszłam do siebie, wzięłam się za wytworzenie pierwszego w moim życiu letniego ciasta z galaretką. Straszyłam już od jakiegoś czasu, że takowe popełnię, ale jak do tej pory na ostrzeżeniach tylko się kończyło. Co się jednak odwlecze, tu u Smoka nie uciecze, tym bardziej, że nadarza się właśnie odpowiednia okazja. Jutro przypada Dzień Hipopotama [czyli jego urodziny - jak zwykle osiemnaste :)], więc galaretkowiec powstał jako substytut tortu.
     W kuchni radzę sobie całkiem dobrze, że tak nieskromnie powiem. W tajniki gotowania i pieczenia wprowadzały mnie dwie prawdziwe mistrzynie, czyli Smoczyca Seniorka oraz moja babcia Halina. Nie znaczy to, że nauczyły mnie wszystkiego, co w kuchni umiem - bo większość potraw z mojego repertuaru opanowałam już jednak sama w późniejszym okresie. Pokazały jednak żelazne podstawy, oswoiły z warsztatem pracy i to w dużej mierze dzięki nim nie mam obaw przed eksperymentowaniem w kuchni i majstrowaniem przy przepisach, co na ogół potrawom wychodzi na dobre. Pamiętam, że moim pierwszym samodzielnie od A do Z zrobionym ciastem była zebra [czyli dwukolorowa babka piaskowa], która wyszła z lekkim zakalcem, ale i tak się zjadła. Miałam wtedy coś około 10 lat [czwarta klasa podstawówki], a w rodzinnym albumie jest gdzieś fotografia dokumentująca ten fakt.
    Ciasta z galaretką jakoś do tej pory nigdy nie robiłam, nie umiem powiedzieć, dlaczego. Znakiem tego nie posiadałam żadnego sprawdzonego przepisu, ale od czego jest Internet... Pogrzebałam, popatrzyłam na wszystko krytycznym, smoczym okiem, aż wreszcie wybrałam coś, co wydawało mi się wykonalne dla nowicjuszki, a jednocześnie ciekawe. Jest to biszkopt [a akurat pieczenie biszkoptów wychodziło mi zawsze bardzo dobrze], na to krem budyniowy, truskawki i galaretka. Trochę z tym babrania, ale warto było - Hipek na pierwsze posiedzenie wtrąbił pięć kawałków. Ciekawe, czy ciasto dotrwa do jutra...?
    Żeby nie być gołosłowną - tak wyglądają moje dokonania:




UPDATE

    Specjalnie na życzenie Robala - ale też z myślą o innych moich Czytelnikach, zostawiających ochoczo komentarze - podaję przepis na to galaretkowe cudo.

URODZINOWY GALARETKOWIEC HIPKA

SKŁADNIKI NA BISZKOPT:
1 łyżeczka proszku do pieczenia
6 jajek
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka cukru 

SKŁADNIKI NA KREM
1 budyń śmietankowy
pół litra mleka
2 łyżki mąki pszennej
3 łyżki cukru
kostka masła (200g)

Do tego 3 galaretki truskawkowe - które trzeba rozpuścić w 1 litrze gorącej wody i zostawić, żeby sobie tężały.
kilogram truskawek
pół cytryny


1 ETAP: BISZKOPT
Oddzielić białka i ubić je na sztywno. Dodać stopniowo cukier cały czas miksując. Dodawać po jednym żółtku, miksować. Stopniowo dodawać mąkę z proszkiem i delikatnie mieszać łyżką, tak, by piana nie opadła. Ciasto wyłożyć na przygotowaną blachę, piec ok. 20 minut w temp. 180 stopni na lekko brązowy kolor. Pozostawić do wystudzenia.

2 ETAP: KREM
Budyń przygotować tak, jak w przepisie, z tym, że proszek budyniowy rozrabiamy z mąką i cukrem. Powstałą masę studzimy od czasu do czasu mieszając - żeby nie powstał kożuch. Masło ucieramy na puszystą masę, łączymy z budyniem i miksujemy, aż powstanie jednolita konsystencja.

3 ETAP: POŁĄCZENIE
W połowie szklanki ciepłej wody rozpuszczamy sok z połowy cytryny i 3 łyżeczki cukru. Nasączamy tym biszkopt. Następnie smarujemy równomiernie kremem i na wierzch "wbijamy" pokrojone truskawki. Całość zalewamy lekko stężałą galaretką. Wstawiamy do lodówki, aż galaretka się całkiem zetnie.

Ot i cała filozofia. Przypuszczam, że można też zrobić wersję z innymi owocami [brzoskwinie? gruszki?] - mam zamiar to przetestować przy najbliższej okazji.

piątek, 29 czerwca 2012

Nauczycielskie prezenty

    No i już. Rok szkolny 2011/2012 uważam za zakończony.
    W czerwcu ubiegłego roku opisywałam Wam - dokładnie tutaj - jak wygląda "uroczyste" zakończenie roku szkolnego w Zoo. Nie inaczej było i dzisiaj: szybkie przemówienie Głównej Szefowej, rozdanie książek wszystkim tym małpkom, które można było za cokolwiek nagrodzić, a potem rozejście się do klas. Nowość to wręczenie Nagrody Specjalnej od Wicedyry dla ucznia, który w całym zespole szkół, jaką jest Zoo, miał w ciągu całego roku najwyższą frekwencję. Okazał się nim jeden z chłopców z pierwszej klasy zawodowej [ale nie mojej akurat] - a nagrodą był całkiem porządny tablet. Delikwent był mocno zaskoczony i taki był zresztą plan, bo przyznanie tej nagrody trzymano w tajemnicy. Dostał zasłużone, gromkie brawa od innych uczniów naszej przeszanownej placówki. Jest to warte podkreślenia, bo wcześniejsze nagrody książkowe [za dobre wyniki w nauce czy udziały w konkursach] oklaskiwane były nędznie i z tego co widziałam, głównie przez grono pedagogiczne.
    W Muppeciarni promowanych jest 9 osób [czyli dokładnie połowa składu], wliczając w to Michałka, delikwenta, który przejdzie warunkowo z jedynką z polskiego. Udało mi się wyróżnić książkami cztery osoby, a reszta i tak jest najbardziej zadowolona z tego, że w ogóle zdała. Uniknęłam w tym roku nieporęcznych wiązanek kwiatów, z czego się bardzo cieszę. Może to i miłe [pod warunkiem, że nie jest wyraźnie wymuszone tradycją i tym, że "tak wypada"], ale dla mnie ogromnie kłopotliwe. Nie zapominajcie, że mam w jedną stronę godzinę dojazdu komunikacją miejską, nie posiadam samochodu [ani nawet prawa jazdy...], więc przewiezienie "ręczne" naręczy róż czy innych goździków [ostatnio wracają do łask] okazuje się przekleństwem. Dodatkowo mam z nimi kolejny problem w domu - gdziekolwiek bym nie postawiła tych bukietów, to i tak Jej Wysokość się do nich dobierze, przewracając przy okazji wazon i wylewając całą jego zawartość.
    Skoro jesteśmy przy temacie prezentów dla nauczycieli pod koniec roku... Prasa pod koniec czerwca lubuje się wręcz w uprawianiu nagonki na belfrów pod tytułem, ile to oni fantów nie zgarniają "w ramach podziękowania" i jak to rodzice prześcigają się w kupowaniu im drogich prezentów. Nie wiem, może i są takie szkoły, w których nauczyciele rzeczywiście poupadali na główki i żądają od swoich uczniów konkretnych gadżetów, które nie należą do najtańszych - jak to z oburzeniem opisuje się w podobnych artykułach. Ze swej strony mogę powiedzieć tyle, że osobiście się z tym nie zetknęłam ani też nie znam belfra, który wyczyniałby podobne rzeczy. Notabene - dla mnie, jako nauczycielki, podobne "dowody wdzięczności" byłyby krępujące i bardzo się cieszę, że nie postawiono mnie do tej pory przed dylematem przyjęcia szczególnie drogiego prezentu. Na koniec roku dostawałam zwyczajowe kwiaty czy czekoladki, przy czym absolutnie nie oczekuję tego - przynosi ten, kto odczuwa taką potrzebę i kropka. Z innych prezentów mogę odnotować trzy, które otrzymałam, kiedy jeszcze pracowałam w zwyczajnym liceum. Otóż w drugiej klasie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że dyrekcja nie zatrudni mnie na kolejny rok - bo polonistka, którą zastępowałam, właśnie wracała z urlopu macierzyńskiego. Z moją klasą miałam trudne układy [śmiejcie się, ale chyba o wiele lepiej dogaduję się z Muppetami, niż z tamtymi "porządnymi" dziećmi], ale jak przyszło co do czego, to byli załamani tym, że odchodzę, a ich rodzice chcieli latać z petycjami, żebym nie traciła pracy. W każdym  razie na pożegnanie dostałam ładną, srebrną bransoletkę [którym to prezentem byłam dość skrępowana, ale co miałam zrobić - nie przyjąć go...?] - oraz pamiątkę, którą akurat byłam szczerze wzruszona. Mianowicie wśród moich wychowanków była grupa metali, orientujących się doskonale, że ich wychowawczyni również nie gardzi ciężkimi brzmieniami. Chłopcy więc zrobili zrzutkę i kupili mi elegancko wydany album Moonspella "Wolfheart". Z tego prezentu naprawdę się ucieszyłam, bo nie mam wątpliwości, że był szczery i podyktowany sympatią do mnie.
    A trzeci prezent? Rok później - a więc po maturze - od mojej klasy nie dostałam już żadnego "gadżetu", tylko mój portret narysowany ze zdjęcia przez jednego z moich wychowanków, który wybierał się na architekturę. Dookoła szkicu podpisali się wszyscy uczniowie. Świetny pomysł i fajna pamiątka, choć spoczywa w piwnicy, bo nie mam zamiary szpecić Pomarańczowej Jaskini moją podobizną...

    Wracając na koniec do Zoo - podczas wręczania świadectw miał miejsce miły epizod. Otóż Sylwia uznała za stosowne złożyć mi podziękowania [notabene razem z ładną czerwoną różyczką]. "Dziękuję, że mnie pani wybroniła. Gdyby nie te wszystkie opinie, które pani pisała, na 100% wsadziliby mnie do poprawczaka" - stwierdziła. Nie byłabym rzecz jasna sobą, gdybym nie odparła, że w opiniach pisałam wyłącznie prawdę i że zdecydowanie widzę jej poprawę od czasu, kiedy się u nas zjawiła. Oświadczyłam jej, że na pewno nie pomogłabym uczniowi, o którym miałabym zdanie, że nic z niego dobrego nie będzie [patrz Dawidek, hie hie hie...].

    Jeszcze tylko rada plenarna w poniedziałek - i mam wakacje. Czas napisać zaległą pracę z historii, mam nadzieję dorobić do pensji na obcokrajowcach, a także zrobić badania lekarskie, na które normalnie nie mam czasu. Poza tym jak znam Hipka, to nie pozwoli mi się nudzić i zagoni mnie z całą bezwzględnością do rozmaitych prac domowych.
    Marzą mi się jakieś fajne wakacje w nie za gorącym miejscu, połączone ze zwiedzaniem jakichś zabytkowych budynków. Ech... No cóż, to zdaje się nie w tej pięciolatce :) Chyba, że w międzyczasie wygram w toto-lotka.
    Że co, że jak mam wygrać, skoro nie gram...? Oj cichooo...

wtorek, 26 czerwca 2012

Kto zostaje, a kto zleci

    To już prawie koniec mojego drugiego roku w Zoo, pora zatem na zrobienie jakiegoś małego podsumowania.
    Dziś odbyła się pierwsza tura egzaminów klasyfikacyjnych dla tych leserów, którym je Rada Pedagogiczna przyznała - egzamin klasyfikacyjny tym się różni od poprawkowego, że ma miejsce jeszcze przed zakończeniem roku i ustala ocenę ucznia w ogóle [czyli teoretycznie może być to zarówno jedynka, jak i szóstka]. Z mojej osobistej Muppeciarni pisały dwie osoby - notabene z języka polskiego. Obaj panowie oblali, ale ich sytuacja w wyniku tego faktu jest diametralnie różna.
    Pierwszy, Michał, przyszedł z założenia nieprzygotowany - na pisemnym oddał czystą kartkę, a na ustnym odmówił odpowiedzi. Egzamin klasyfikacyjny ustala mu więc ocenę na niedostateczny, którą to gałę chłopak może zdawać na poprawce w sierpniu. Jednakże na ten egzamin również przyjdzie kompletnie nieprzygotowany - co sam otwarcie przyznaje, śmiejąc mi się w oczy -  i odstawi identyczny numer, ponieważ zgodnie z idiotyczną ustawą wprowadzoną za kadencji ministra Giertycha ma prawo do warunkowego przejścia z jedną jedynką. I rzecz jasna z tego prawa skorzysta, bo po co ma się wysilać? Dobrze wiedziałam o jego cwaniackich kombinacjach, ale ponieważ Rada Pedagogiczna wspaniałomyślnie przyznała mu egzamin klasyfikacyjny - pomimo mojego apelu, że chłopak zwyczajnie na to nie zasługuje, skoro najpierw olewa szkołę, a potem cynicznie kalkuluje, jak tu się nie nauczyć, a i tak zdać - to nic nie mogę zrobić. Oczywiście poza jednym - w trzeciej klasie będzie musiał się porządnie przyłożyć do języka polskiego, jeśli chce ukończyć gimnazjum. Nie można bowiem zaliczyć ostatniej klasy warunkowo. A już ja od niego będę egzekwowała wiedzę bardzo drobiazgowo, tego może być pewny...
    Z drugim Muppetem, Krzysiem, w wyniku niezdanego egzaminu będę musiała się pożegnać. Oprócz języka polskiego - z którego był nieklasyfikowany - zarobił też po jedynce z matematyki i fizyki. Rada Pedagogiczna zgodziła się na dwa egzaminy poprawkowe dla niego w sierpniu, ale warunkiem jego przystąpienia do nich było dzisiejsze zaliczenie polskiego, bo w przeciwnym razie robią mu się w sumie trzy przedmioty w plecy. No właśnie... Widać było, że Krzyś próbował czegoś się nauczyć, walczył, ale najzwyczajniej w świecie za późno się obudził. Szczerze Wam mówię - miałam nadzieję, że jednak mu się uda, ciągnęłam go też uparcie za język na tym egzaminie, aż mi nawet w pewnym momencie druga polonistka siedząca w komisji szepnęła dyskretnie, żebym już przestała chłopaka męczyć. Niestety - usłyszał w sumie 6 pytań [3 na pisemnym, 3 na ustnym], a odpowiedział na półtora... Sam Krzyś przyjął porażkę po męsku na klatę, czego nie można było powiedzieć o jego matce, która podczas rozmowy telefonicznej ze mną na wiadomość o oblaniu przez syna egzaminu zareagowała następującymi słowami: "O k*** mać, ja go chyba zapier***!". Tjaaa...

    Z kim jeszcze się żegnamy? Rzecz jasna z Emilką, czyli młodocianą matką [co było niestety do przewidzenia], a także z Fanką Metalu - co mnie akurat specjalnie nie martwi. Nie przeszedł również Alkonek, ale w tym miejscy chciałabym się na moment zatrzymać. Pamiętacie może, jak relacjonowałam Wam moje ostatnie spotkanie z jego matką [jeśli nie, to zerknijcie tutaj]. Zauważyłam wtedy, że ta kobieta jest co najmniej dziwna i snułam w poście domysły, z czego to wynika. No to teraz się wreszcie wyjaśniło, bo sama to powiedziała podczas rozmowy ze mną i Wiceszefową wczoraj. Otóż matka mojego ucznia przeszła niedawno operację mózgu, która była konieczna po tym, jak jej mąż - a ojczym Alberta - zrzucił ją ze schodów. Generalnie w tym domu dzieje się taki hardcore, że normalny człowiek nie jest w stanie sobie tego wyobrazić i szczerze mówiąc nie bardzo wiem, jakich słów mam użyć, by o tym napisać. Co do samej matki Alkonka, to wystarczy kilka minut rozmowy z nią, by zauważyć, że kobieta ledwo kontaktuje - nie bardzo rozumie, co się do niej mówi, gubi wątki, jej wypowiedzi są nielogiczne, niespójne. Nie zdziwiłabym się, gdyby potrzebowała stałej pomocy w zwyczajnych, codziennych czynnościach, takich jak zrobienie zakupów czy ugotowanie obiadu, bo nie umiem sobie wyobrazić, by potrafiła przeprowadzić szereg czynności, które trzeba zaplanować i wykonać we właściwym porządku. Zresztą, tu macie przykład: po jakichś 10 minutach rozmowy z nią w gabinecie dyrektorki do drzwi zastukała historyczka i weszła z uroczą, na oko 3-letnią dziewczynką. "Czyje do dziecko? - zapytała. - Bo lata samo po korytarzu. To jakiejś uczennicy?". Na co matka Alberta tonem takim, jak by się obudziła: "Nie nie, to moje." Najwidoczniej zapomniała, że zabrała ze sobą córkę...
    Bardzo ciężko mi to wszystko komentować. Na mój rozum my - jako szkoła - powinniśmy w tym momencie narobić jak najwięcej smrodu koło tej rodziny, nasłać na nich wszelkich możliwych urzędników po to, by jak najszybciej zarówno Albert, jak i jego siostrzyczka znaleźli się w Domach Dziecka. On - żeby miał szansę skończyć szkołę [bo przecież dalej nie będzie do niej chodził, tylko siedział w domu i pilnował, żeby ojczym nie zabił mu matki...], a mała - żeby miała szansę na normalne dzieciństwo i nie musiała patrzeć, jak jej ojciec leje matkę. Co mnie zaskoczyło, Wiceszefowa jest odmiennego zdania, tzn. że właśnie nie powinno się zabierać dzieci ze względu na tę nieszczęsną kobietę... Powiem Wam, że jestem za głupia na to wszystko. Mnie się cały czas pewne rzeczy po prostu nie mieszczą w mózgownicy. Chyba za krótko jeszcze pracuję w Zoo...

    I na koniec jeszcze jedna sprawa - czyli Młoda Gniewna. Zdała do następnej klasy [i to nawet całkiem nieźle: ma średnią 3.31, co jest drugim wynikiem w mojej Muppeciarni], ale za to jest już po swojej ostatniej rozprawie sądowej. Panie i panowie, dostała rok w zawiasach na 3 lata, przy czym jeśli odwieszą jej wyrok już po uzyskaniu pełnoletności [a teraz w lipcu skończy 16 lat], to wyląduje w normalnym więzieniu. Z mojej perspektywy jako wychowawcy to dobra wiadomość, bo oznacza, że panna musi być teraz świętsza od papieża - wystarczy głupie wezwanie policji w jej sprawie do szkoły... Inna sprawa, że razem z wyrokiem sąd skierował ją na przymusową terapię dla sprawców przemocy, a Sylwia póki co zarzeka się, że nie ma zamiaru chodzić. "No cóż...- skomentowałam. - Masz do wyboru, czy wolisz siedzieć na terapii, czy w zamkniętym zakładzie poprawczym... Ja tam bym wolała terapię, ale rzecz jasna możesz mieć inne zdanie".
    Żeby było zabawnie, to Młoda Gniewna przyniosła mi dziś do wypełnienia kartę kolonijną, bo jedzie na wakacyjny wypoczynek nad morze. I co mam jej napisać? Że jest nożowniczką i w związku z tym właśnie otrzymała wyrok w zawieszeniu?
    Spokojnie, coś wymyślę. Od czego jestem polonistką :)

piątek, 22 czerwca 2012

Czary-mary nad dziennikiem

    Pamiętacie Mateusza, o którym wspomniałam w poście "Podchody czerwcowe"? Otóż będzie on osobą, dla której odstąpię od moich służbistycznych, szkolnych zasad. A że w pracy naginam przepisy tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach, to najwidoczniej muszę mieć i tutaj swoje ważne powody. A jakże :)
    Jak wcześniej pisałam, planowałam mu postawić w pełni zasłużonego enkaela, bo delikwentowi do klasyfikacji brakowało ok. 40 godzin [czyli dwa miesiące!]. Oświadczyłam mu to bardzo otwarcie i absolutnie nie pozostawiłam żadnych złudzeń, że może jednak cud się zdarzy, czyli on pozalicza jakieś zaległe sprawdziany, a ja przymknę oko na nieobecności i postawię mu w końcu dopalacz. Mówiłam wprost - nic z tego Mateusz, za dużo ci brakuje, czeka cię egzamin z polskiego, więc jedyne, co możesz zrobić, to się do niego zacząć przygotowywać. Chłopak przez jakiś tydzień miał fazę buntu, potem próbował mnie brać na litość, chodził, prosił, usiłował się targować, dogadywać ze mną - ale wszystko na nic, byłam nieugięta i jak zdarta pływa powtarzałam tylko "zdajesz klasyfikacyjny i koniec". Podałam mu zagadnienia do egzaminu i poradziłam, żeby jak najszybciej zaczął się tego wszystkiego uczyć, to wtedy na pewno zda. Mało tego - już w momencie tzw. klasyfikacji ołówkowej [czyli przymierzania ocen ołówkiem w dzienniku na 2 tygodnie przed ich ostatecznym zatwierdzeniem] bez pardonu wpisałam mu do dziennika długopisem "nieklasyfikowany". Nie mógł mieć zatem żadnych wątpliwości, że może jednak tylko straszę.
    Znając uczniów Zoo, to prawie każdy inny na jego miejscu w tym momencie odpuściłby sobie lekcje języka polskiego i albo w ogóle przestałby na nie chodzić, albo by się pojawiał, ale przez całe zajęcia leżał na ławce i słuchał muzyki - bo przecież po co robić cokolwiek, skoro i tak mam enkaela. Nie innej postawy spodziewałam się po Mateuszu. On jednak nie dość, że nie opuścił ANI JEDNEJ LEKCJI, to jeszcze na każdej pracował aż miło, notował, zgłaszał się. Od początku czerwca natomiast - po klasyfikacji ołówkowej - często wręcz zdarzały się takie sytuacje, że na polskim w tej klasie miałam tylko dwóch uczniów, tzn. jego i Dżastina Bibera [zwłaszcza, jeśli były to ich ostatnie zajęcia danego dnia]. Wtedy po prostu powtarzaliśmy zagadnienia pod kątem egzaminu - czyli urządzałam mu powtórki i testy z lektur i innych działów gramatyczno-językowych, które mu wyznaczyłam do opanowania. Mateusz nie skarżył się, notował, pracował i stopniowo przyswoił sobie zadany materiał w stopniu zadowalającym.
    Dziś mieli ostatnią lekcję polskiego przed radą klasyfikacyjną - w sali trzech uczniów, tzn. Mateusz, Biber i Bartek [bardzo sympatyczny chłopak, którego swojego czasu skłoniłam do przeczytania pierwszej lektury w jego życiu, czyli "Małego Księcia"]. Rozsiadłam się więc majestatycznie na katedrze za nauczycielskim biurkiem, otworzyłam z namaszczeniem dziennik, po czym powiedziałam bardzo oficjalnym tonem:
    - Mateusz, podejdź proszę do mnie do biurka.
    Mateusz podszedł zdezorientowany, nie wiedząc, o co mi może chodzić.
    - Słucham, proszę pani?
    - Czy wiedziałeś, że twoja pani od polskiego jest czarownicą? - zapytałam tym samym oficjalnym tonem, patrząc mu w oczy śmiertelnie poważnie.
    - Że... yyy?
    - Umiem czarować. Gdybym żyła w średniowieczu, pewnie za to spaliliby mnie na stosie. Pokażę ci teraz czary-mary nad dziennikiem. - to mówiąc wzięłam powoli do ręki linijkę, przekreśliłam czerwonym długopisem "nieklasyfikowany" przy jego nazwisku, u góry napisałam "dopuszczający", a obok swoją parafkę.
    Mateusz spojrzał na dziennik, potem na mnie, potem znowu na dziennik, a potem zapytał, dalej nic nie rozumiejąc:
   - Ale co to znaczy?!
   - To znaczy, że masz dopa z polskiego.
   - A co z tym podaniem o egzamin, przecież je już złożyłem do sekretariatu?
   - Możesz iść i poprosić panią Basię, żeby je podarła i wyrzuciła do kosza.
   I chłopak rzeczywiście wybiegł z klasy jak strzała w wiadomym celu. Wrócił po kilku minutach trochę spokojniejszy, ale dalej mocno zszokowany. Zaczął mi dziękować, a potem rzecz jasna chciał wiedzieć, dlaczego to zrobiłam.
   - To bardzo proste. - powiedziałam już wesoło uśmiechając się do niego. - Od kilku tygodni nie robimy na lekcjach nic innego, tylko ładujemy ci do głowy te wszystkie "Zemsty", "Balladyny" i "Antygony". Zdawałbyś je we wtorek, a ja już w tym momencie przecież widzę, że to umiesz. A skoro umiesz, to po cholerę mi twój egzamin? Chodziło mi o to, żebyś się nauczył i żebym mogła ci z czystym sumieniem postawić dopalacz. I właśnie to robię.

    Z ręką na sercu mówię Wam - nie zamierzałam robić dla niego wyjątku, nie przy 40 godzinach w plecy. Nie działały na mnie argumenty, że nie chodził do szkoły z powodu trudnej sytuacji rodzinnej. Wiem, że są sami z matką, on jest najstarszy z rodzeństwa, więc żeby się utrzymać, nocami pracował łapiąc kurczaki w ubojni [paskudna robota, ale na co innego może liczyć nastolatek, który nie skończył nawet gimnazjum...?]. Współczułam mu, ale to absolutnie nie wystarczyłoby, abym mu poszła na rękę, gdyby nie jego postawa na lekcjach od połowy maja. Przyznam, że mi zaimponował tym, że nie olał sprawy, tylko wziął się ostro do roboty, przestał mieć pretensje do całego świata i skupił się na tym, żeby z moją pomocą przygotować się do egzaminu.
    Niech więc chłopak ma wakacje i nie martwi się, jakie to wredne pytania Dragonka dla niego przygotowała. A jeśli będzie miał pecha - albo farta, w zależności od punktu widzenia - to we wrześniu znów na mnie trafi, bo przecież zamierza kontynuować naukę w zawodówce u nas.

wtorek, 19 czerwca 2012

Ciężki czas dla Smoka

    Jestem zdecydowanie Smokiem Islandzkim. Albo Norweskim - nie mylić z kotem norweskim leśnym, choć oba te stworzenia są niewątpliwie pełne wdzięku i uroku. No sami zobaczcie...

[źródło: www.arda.ugu.pl]




    Zapytacie, co mnie tak natchnęło na Islandię i Norwegię, że aż zamieściłam dwa zdjęcia stworzeń preferujących tamte strony? Jeśli nie wiecie - to spojrzyjcie, ile stopni wskazuje Wasz termometr za oknem. A z tego, co się orientuję, w całej Polsce aktualnie są upały.
    A JA NIENAWIDZĘ UPAŁÓW!!!
    W taką pogodę jak obecna najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z domu. Chyba tylko jako bardzo małe smoczątko nie uskarżałam się na wysokie temperatury [choć o to pewnie należałoby spytać Seniorkę], a przynajmniej nie pamiętam, by letnie miesiące kojarzyły mi się tak jednoznacznie negatywnie, jak teraz. Wszystkim zwyczajnym istotom słońce przywraca energię i nastraja je optymistycznie - a ja mam nieodparte wrażenie, że z każdym promieniem ta oślepiająca, gorąca kula wysysa ze mnie wszelką witalność, zupełnie jak by się nią karmiła. Wampir energetyczny jeden... Powszechna jest wśród ludzi depresja jesienno-zimowa, którą lekarze tłumaczą właśnie brakiem słońca - wszyscy są ospali, nadwrażliwi, śpią więcej niż normalnie i zbiorowo wyrażają życzenie zamykające się w słowach: "Byle do wiosny". Dragonka ma dokładnie odwrotnie i potwierdzi to każda osoba, która miała okazję obserwować moje funkcjonowanie przez co najmniej rok. Zimą jestem pełna energii [dla mnie wytłumaczenie jest banalnie proste - skoro mi zimno, to się ruszam...] i optymizmu, za to latem robię się ospała i często naprawdę lepiej bez kija do mnie nie podchodzić. 
     Rzecz jasna takie samopoczucie związane jest u mnie z dolegliwościami zdrowotnymi, nad którymi nie będę się szerzej rozwodziła, bo to nie poczekalnia geriatryczna dla starych, schorowanych smoków. Dość powiedzieć, że organizm mi nie wyrabia, a zły stan fizyczny oczywiście wpływa na psychikę - i w efekcie jestem nie do życia. Mimo to funkcjonować trzeba i póki co jeździć do pracy, choć tu wypada przyznać, że faktycznie już na szczęście niedługo [no, chyba że się znów załapię na wakacyjnych obcokrajowców].
    Przy temacie jeżdżenia do pracy pozostanę jeszcze przez chwilkę. Kto korzysta latem regularnie z publicznych środków transportu, ten na pewno przyzna mi rację, że jest to zdecydowanie sport ekstremalny. Po pierwsze: w autobusach i tramwajach jest przeraźliwie gorąco i duszno, nawet w tych nowszego typu, w których działa klimatyzacja - bo swoją drogą nie miałam do czynienia jeszcze z taką klimatyzacją, która spełniałaby swoją rolę, kiedy na zewnątrz temperatura dochodzi do 35 kreski w cieniu. Po drugie: w środku dnia, kiedy słońce praży najmocniej, rozdrażnieni są wszyscy, nawet ci, którzy naprawdę lubią słońce. Bo lato jest od tego, aby leżeć plackiem na plaży [brrr... na samą myśl o tej wizji robi mi się słabo] i słyszeć, jak skwierczy skóra i wytapia się tłuszczyk, a nie od tego, by je spędzać w mieście tłukąc się zasmrodzonym autobusem. I tu przechodzimy do najdrażliwszego punktu trzeciego... Latem pocą się wszyscy i nie ma na to rady - jedni bardziej, drudzy mniej, ale tak są ludzie zaprogramowani i nie ma od tego ucieczki. Niestety, już nie każdy jest zaprogramowany na wzięcie porannego prysznica PRZED wyjściem z domu oraz na założenie świeżego ubrania... Mokry od potu człowiek, który się rano umył, a na sobie ma czystą koszulkę [o bieliźnie już nie wspomniawszy przez delikatność...], nie stanowi problemu - ale taki, który nawet w najgorszy upał wyznaje zasadę, że "częste mycie skraca życie", a pranie ubrań tylko je niepotrzebnie niszczy, jest już prawdziwą, chodzącą bombą biologiczną. Wsiądzie ci takich 2-3 smrodziaków do autobusu [po prawdzie - czasem wystarczy tylko jeden...] i przez całą drogę musisz się skupiać na tym, żeby nie puścić pawia z obrzydzenia. Nie mówię w tym momencie już nawet o osobach bezdomnych czy miejskiej żulerni, bo owi współobywatele zazwyczaj śmierdzą niezależnie od pory roku czy okoliczności. Mam tu na myśli zwykłych, normalnych ludków, a nierzadko i pozornie zadbane, dość eleganckie paniusie, które jednak zamiast porannych ablucji wolały wylać na siebie pół flakonika wody toaletowej lub rozpylić znaczną ilość dezodorantu... W takich momentach zdecydowanie zazdroszczę wiosenno-letnim alergikom, którzy właśnie mają apogeum kataru i w związku z tym nic nie czują. Ja niestety zmysł powonienia mam dość dobrze rozwinięty. Jak się zatem ratuję? Cóż, jeśli nie spieszy mi się aż tak bardzo, to nierzadko zdarza mi się po prostu ewakuować pospiesznie z pojazdu i czekać na następny, mając płonną nadzieję, że tym razem nie wsiądzie do niego żaden smrodziak. 
    Jako osoba żywo interesująca się historią minioną i obyczajami wieków dawnych zdaję sobie sprawę z tego, że i tak nie mam najgorzej. Zawsze mogłam urodzić się w XVII czy XVIII wieku we Francji i nosić sukienkę bez prania dotąd, aż się sama nie rozpadnie [a propos, wiecie, że za czasów Ludwika Słońce na terenie Wersalu był tylko JEDEN wychodek...?], albo w mieście średniowiecznym, kiedy to normą było wylewanie z wiadra uryny czy innych nieczystości przez okno wprost pod nogi przechodniów... Tjaaa... Tylko że jakoś nigdy nie należałam do osób, które pocieszają się myślą, że przecież może być gorzej. Jasne, zawsze może być, co jednak w niczym nie wpływa na poprawę OBECNEJ sytuacji.
    Kończę i idę się rozpływać dalej - bynajmniej nie w zachwytach. Oby do jesieni, hie hie hie...


wtorek, 12 czerwca 2012

Polskaaa Biało-Czerwoniii...

    Nie błądzisz w domysłach, mój drogi Czytelniku - dziś będzie post o Euro 2012 :) Obecnie bowiem w Polsce przed piłką nożną nie ma ucieczki i tak będzie co najmniej do momentu, aż nasza drużyna narodowa nie odpadnie z rozgrywek. Nie ważne, czy jesteś kibicem, czy masz kopaną w "głęboki poważaniu". Euro i tak Cię wyśledzi, namierzy, dopadnie, przeżuje, przetrawi, a potem usunie wykałaczką Twoje nędzne resztki z pomiędzy zębów.
    W telewizji czy w radiu nie ma innego tematu, jak tylko mistrzostwa. Swoją drogą - bodajże wczoraj podczas oglądania wieczornych wiadomości zadałam Hipkowi jakże głębokie pytanie: "Cholera, czy dziś na świecie naprawdę nic się nie wydarzyło? Żadne trzęsienie ziemi w Turcji czy wojna w Syrii? Nie ma naprawdę żadnych ważniejszych tematów od roztrząsania, kogo w meczu z Rosją wystawi Smuda?!". Hipek - doskonale orientując się, że jest to pytanie retoryczne - nie zaszczycił mnie odpowiedzią... Doprawdy, żyjemy w naprawdę szczęśliwym świecie, który nie ma innych poważniejszych zmartwień.
    Gwoli ścisłości - Pomarańczowa Jaskinia jest strefą wolną od Euro, przynajmniej teoretycznie. Hipopotam należy do tej wyjątkowej kategorii samców, którzy kompletnie nie interesują się piłką nożną, nawet od wielkiego dzwonu i takiego kopanego święta, jakie ma miejsce obecnie. Możecie się śmiać, ale wychodzi na to, że z nas dwojga to już u mnie mistrzostwa wywołują większe zainteresowanie, co nie znaczy, że jest ono jakieś gigantyczne. Błotnemu ssakowi rozgrywki totalnie powiewają zwiędłym kalafiorem - nawet kiedy był mecz otwarcia, czyli Polska-Grecja, to zrezygnował z oglądania po 10 minutach i zajął się grą w literaki stwierdziwszy, że się nie zamierza denerwować. Przy takiej postawie jedynego mężczyzny w domu wydawać by się mogło, że panuje u nas cisza i spokój. Niestety, jak już pisałam we wstępie, od Euro nie ma ucieczki. Czy oglądasz mecz, czy nie - i tak śledzisz jego przebieg, a to za sprawą rozemocjonowanych sąsiadów. Po wycięciu z ich komentarzy wszystkich uroczych zabytkowych polskich słów - tych na "k", "ch" oraz "s" - doskonale orientujesz się nie tylko, jaki jest obecnie wynik, ale też i który z piłkarzy akurat się udziela, a który powinien właśnie bardziej zaangażować się w grę.
    W Zoo - jak można się domyślić - atmosfera Euro całą gębą, łącznie z tym, że na korytarzach wiszą gablotki z informacjami o naszej drużynie narodowej [swoją drogą jestem ciekawa, która z nauczycielek to zawiesiła...]. Uczniowie gadają tylko o mistrzostwach, typują wyniki, przeliczają punkty i tworzą rozmaite fantastyczne scenariusze zakładające wyjście Polski z grupy. Dziś na spacerniaku dorwał mnie Dżastin Biber i po krótkim wstępie uraczył mnie całkiem fachowym wykładem na temat sytuacji naszej drużyny: "Bo wie pani, nawet jak dziś przegramy z Rosją, to musimy tylko wygrać z Czechami 3:0, a z kolei Grecja musi przegrać i z Czechami i z Ruskimi, to wtedy wyjdziemy na drugim miejscu..." Tjjja, z pewnością, wierzę mu na słowo, bo się kompletnie na tym nie znam, ale też i nie mam ambicji, by się znać. Wystarczy, że wiem, co to jest spalony :)
    Swoją drogą - ciekawa jestem, ile w tym roku szkolnym będzie dodatkowych egzaminów poprawkowych związanych z Euro, bo uczniowie w czerwcu zamiast nauczyć się czegokolwiek i powyciągać na "dopalacze", to oglądają mecze? I co Wy na to, że ministerstwo zezwoliło dyrektorom szkół w miastach organizujących rozgrywki na doraźne zawieszanie zajęć lekcyjnych w związku z mistrzostwami? No bo utrudnienia w dojazdach, chaos komunikacyjny... Ciekawa jestem, czy im to każą odrabiać.
    W związku z Euro pozwoliłam sobie tylko na jeden gadżet, który zresztą robi w Zoo furorę i już kilka małpek chciało go ode mnie odkupić. Spełnia arcyważną funkcję breloczka do szkolnych kluczy :)

   
    Poprzedniego Głodka - zwykłego, łysego, bez bucików i narodowego szalika - dostała Puma i lata z nim po całym mieszkaniu. Niech i futrzak ma coś z Euro...

P.S. Co uważniejsi Czytelnicy zauważyli na pewno, że poprzedni post pt. "Prowizorka" został opublikowany w trakcie trwania meczu otwarcia Polska-Grecja. Cóż, to najlepszy dowód na to, z jak "wielką uwagą" Dragonka śledzi rozgrywki :)


UPDATE
(13 czerwca, środa)

    Jak pewnie powszechnie wiadomo, wczorajszy mecz Polska-Rosja zakończył się remisem 1:1. 
    Pytanie za 100 punktów: jakie było pierwsze pytanie, którym powitała mnie pani woźna, jak tylko przekroczyłam próg Zoo o godzinie 7:30?
    - A mecz pani oglądała...?

piątek, 8 czerwca 2012

Prowizorka

    Kto to kiedyś powiedział, że najtrwalsze na świecie są rozwiązania wprowadzane prowizorycznie? Nie pamiętam - w myśl zasady, że nigdy nie wiesz, czyje myśli przeżuwasz - tym niemniej reguła prowizorki sprawdza się niezawodnie, jeśli chodzi o Zoo.
    Już kilka razy wspominałam, że szkoła, w której uczę, jest chronicznie niedofinansowana i wynikają z tego tytułu rozmaite mniejsze lub większe niedogodności. Dla przypomnienia można sobie o tym poczytać np. w następujących postach: pierwszymdrugim. Trafnie to podsumowała jedna z moich Czytelniczek w komentarzu - Zoo jest na tyle ważną placówką, by istniało [w końcu gdzieś się ta dzieciarnia musi podziać...], ale nie na tyle ważną, by w nią inwestować [bo w końcu chodzi tu tylko o uczniów, którzy "wypadli z systemu"...]. Dodatkowo od jesieni - odkąd wyszło na jaw, jak koszmarne długi ma miasto - dyrektorzy placówek oświatowych zmuszeni są oszczędzać, na czym się tylko da i nie ważne przy tym, że u nas naprawdę już nie ma na czym.
    Kasy nie ma, ale szkoła jakoś funkcjonować musi. Wprowadza się zatem różne prowizoryczne rozwiązania i innego rodzaju półśrodki po to, by "jakoś to było". Dla przykładu - ostatnio padło ksero w pokoju nauczycielskim. Przypominam, że w Zoo [poza licealistami] małpiątka nie mają podręczników, a ponieważ na czymś pracować trzeba, to rozdajemy im tony kserówek. I o ile wyobrazić sobie można matematykę bez tego udogodnienia - jeśli akurat nie potrzeba dłuższych zadań tekstowych - to zajęcia z przedmiotów humanistycznych już nie bardzo. A uczniów na lekcji czymś zająć bezwzględnie trzeba, w przeciwnym bowiem razie z nudów zaczną demolować salę albo robić krzywdę sobie lub kolegom [nie nie, moi kochani, ja nie żartuję i nie przesadzam]. Awaria ksero to zatem prawdziwy dramat pedagogiczny - a tu Główna Szefowa orzekła, że do końca tego roku szkolnego nie ma absolutnie żadnych szans, by znaleźć fundusze na naprawę, więc ten miesiąc, który pozostał do wakacji, musimy jakoś wytrzymać i już. Tjaaa, łatwo powiedzieć... Nie wiem, jak inni nauczyciele - ja staram się omawiać krótkie teksty, które w minimalnej możliwej ilości drukuję w domu, poza tym robię mnóstwo ćwiczeń gramatycznych i stylistycznych, które mogę zapisać na tablicy. Jak mi się skończą pomysły, to przytacham laptopa i zagonię ich do oglądania lektur albo filmów edukacyjno-kulturalnych. W najgorszym wypadku zrobimy sobie turniej w scrabble - bo co mi innego zostało?
    W szkole jest jeszcze drugie ksero - w sekretariacie, ale rzecz jasna nie może być nadmiernie eksploatowane, bo co będzie, jeśli od nadmiaru obciążenia i ono wysiądzie? W związku z zakończeniem roku szkolnego będzie zapewne mnóstwo dokumentów do powielania i co zrobi nasza kochana pani Basia [notabene, anioł, a nie sekretarka - i mówię to bez cienia ironii] - będzie latała i kserowała gdzieś na mieście...?
    Kolejne prowizorki dotyczą wszelkich kwestii, które w Zoo zahaczają o sprawy informatyczne. Mamy na stanie trochę komputerów i - o dziwo! - kilka jest nawet całkiem sprawnych, tzn. te, które stoją w gabinetach dyrektorek, w sekretariacie i w księgowości. Ze sprzętem w uczniowskiej sali informatycznej to już różnie bywa, bo małpki wykazują się niezwykłą inwencją twórczą, jeśli chodzi o psucie wszystkiego, co się tylko da uszkodzić. Dowcip jednak polega na tym, że w Zoo de facto nie ma ani jednej osoby, która się na komputerach zna. Nauczyciel informatyki, którego wciąż jeszcze mamy ma składzie, ma generalnie wszystko tam, gdzie słoneczko nie dochodzi - bo w szkole pracuje w niepełnym wymiarze godzin i to tylko po to, by mieć płacone składki, a główne źródło jego dochodów to prywatna działalność. Jest więc w naszej przeszacownej placówce tylko w piątki [bo wtedy ma zajęcia], odbębnia lekcje w sposób tak olewatorski, że nawet uczniowie się na niego skarżą, a potem się ulatnia. Dlaczego zatem do tej pory jeszcze nikt go nie pogonił? Otóż to nie takie proste zwolnić nauczyciela mianowanego, który ma podpisaną umowę na czas nieokreślony...
    Przez lata była więc dość przykra sytuacja, bo każdy na informatyka psioczył, a nie dało rady się go pozbyć - ale od września już nie będzie u nas pracował, choć nie znam szczegółów, jak to załatwiła Główna Szefowa. Jednak w ramach oszczędności oraz łatania etatów Zoo nie zatrudni nowego nauczyciela, tylko godziny informatyki z młodzieżą przekaże matematyczce, która skończyła odpowiednią podyplomówkę i ma w związku z tym uprawnienia do nauczania tego przedmiotu. Co za tym idzie, w szkole nie będzie absolutnie nikogo, kto miałby fachową wiedzę na temat komputerów. Jedynymi osobami, które są w tej kwestii choć trochę rozgarnięte, od września będzie wspomniana matematyczna - oraz, nie chwaląc się, ja, bo jako córka informatyka jestem obyta z komputerami od dzieciństwa. Każda z nas zna się na obsłudze komputera łącznie z pakietem Office, potrafi coś tam poinstalować czy odinstalować, wie, jak lokalizować rozmaite rzeczy w Internecie, ale nie czarujmy się - w razie większej awarii systemu leżymy i kwiczymy. A jak znam życie na wezwanie zawodowego informatyka w takiej sytuacji po prostu nie znajdą się pieniądze.
    I tak to od września głównymi specjalistkami od komputerów w Zoo zostaną matematyczka i polonistka. Fajny tandem, co? Ale jak napisałam na wstępie tego posta - nie ma nic bardziej trwałego w świecie, jak prowizoryczne rozwiązania :)

wtorek, 5 czerwca 2012

Podchody czerwcowe

    Zaczęło się czerwcowe odliczanie do końca roku szkolnego.
    Podobnie jak rok temu, tak i teraz uaktywniły się małpki, które generalnie sobie bimbają, a teraz mają nadzieję, że może jakoś to będzie. Niestety - nie będzie, a przynajmniej nie u mnie. Jestem święcie przekonana, że w zawodzie nauczyciela podstawowym przykazaniem jest konsekwencja i dotrzymywanie tego, co się obiecało, bo w przeciwnym razie ani się człowiek obejrzy, jak dzieciarnia wejdzie ci na głowę i zacznie skwapliwie wykorzystywać twoje "dobre serce". Zresztą zauważyłam, że taka postawa już powoli zaczyna przynosić efekt, bo uczniowie, którzy mieli ze mną zajęcia w poprzednim roku, teraz za mną nie łażą i nie proszą, bym przymknęła oko na nadmiar jedynek czy nieobecności - wiedzą po prostu, że nie mają na co liczyć. No ale cóż, mam też grupę świeżych małpek, które ze mną końca roku jeszcze nie przerabiały. Te jak najbardziej próbują wszelkich sposobów, by mnie zmiękczyć [Kot w Butach ze "Shreka" mógłby brać u nich lekcje pantomimy...]. Inna sprawa, że w przyszłych latach zapewne i to się unormuje - popracuję w Zoo kilka lat i uczciwie zarobię na opinię "nieprzejednanej mendy", której nijak nie da się wziąć na litość. I o to by mi mniej więcej chodziło...
    Skoro ustanowiono takie a nie inne przepisy w regulaminie naszej placówki, to są one po to, by ich przestrzegać, dopóki nie zostaną zmienione [jeżeli okazałoby się, że są głupie lub nieprzystające do realiów]. Szkoła jest jednym z pierwszych urzędów, z którym ma do czynienia młodzież i w związku z tym powinna tym bardziej pokazać, że prawo należy respektować. Uczniowie znają zasady, wiedzą, jakie warunki trzeba spełnić, żeby przejść do następnej klasy. Jeśli ich świadomie nie spełniają, to jest to tylko ich wybór i trzeba im pozwolić ponieść jego konsekwencje. A prawda jest taka, że z uwagi na niski poziom nauczania w Zoo na tę najniższą, pozytywną ocenę [czyli "dopalacz"] KAŻDY dzieciak jest w stanie wyciągnąć - pod warunkiem, że primo chodzi do szkoły, a secundo uważa na lekcjach zamiast robić wioskę i rozkładać zajęcia. Niestety, praktyka pokazuje, że dla części z nich nawet takie wymagania to za dużo.
    Weźmy takiego Kamila, pierwsza klasa zawodowa. Chłopak w szkole jest gościem, co nie przeszkadza mu być bezczelnym i prezentować roszczeniową postawę. Już na półrocze był nieklasyfikowany i rzecz jasna nie zrobił nic, żeby zaliczyć materiał. W drugim semestrze pojawił mi się na zajęciach dosłownie kilka razy, raz się nawet przypadkiem załapał na jakiś sprawdzian, ale dostał z niego jedynkę [bo jakże by inaczej, skoro nie chodzi na polski...]. A teraz przyszedł do mnie z uśmieszkiem cwaniaka i pyta:
- Psze pani, to co ja mam zrobić, żeby polski pozaliczać?
Na co Dragonka z promiennym uśmiechem oświadczyła:
- Hmm... Zbudować kapsułę czasu, cofnąć się kilka miesięcy i zacząć chodzić na lekcje.
- To znaczy że co? - chłopiec zrobił bardzo niemądrą minę.
- To znaczy, że jesteś nieklasyfikowany i na ten moment możesz jedynie pisać podanie o egzamin.
- Ale jak to?! A jakieś sprawdziany do zaliczenia? Przecież chyba mogę coś pozdawać, nie? - do cwaniackiego tonu domieszały się buńczuczne nutki delikwenta, który nie przywykł do tego, że mu się odmawia.
- Przede wszystkim to nie było cię na większości zajęć, a powinieneś być przynajmniej na połowie. Zdać możesz, owszem, ale cały rok, podczas egzaminu klasyfikacyjnego.
- Ale uczeń ma zawsze prawo poprawić oceny!
- Zgadza się, pod warunkiem, że chodzi do szkoły.
- Przecież jestem no, co się pani czepia!
- Kamil, czy ja mówię niewyraźnie? - muszę przyznać, że tu się już lekko zirytowałam. - Pisz podanie o egzamin albo powtarzasz klasę. Ja ci wystawiam enkaela. Koniec, kropka. Siadaj do ławki i nie stój nade mną jak kat nad skazańcem.

    No i tak do znudzenia...
    Oczywiście, do każdego ucznia należy podejść indywidualnie, bo regulamin jest skonstruowany tak, że daje nauczycielowi pewne pole manewru. Wygląda to dokładnie tak, że warunkiem klasyfikacji jest obecność na 50% godzin plus jednej w ciągu całego roku [czyli jeśli np. odbyło się 100 lekcji języka polskiego, to małpka musi być na co najmniej 51]. Jeśli nie, to nauczyciel ma PRAWO nieklasyfikować ucznia nawet pomimo zebrania przez niego wystarczającej ilości pozytywnych ocen. Ma prawo - czyli może, ale nie musi. On naucza danego przedmiotu i on wobec tego decyduje, czy delikwenta przepuścić, czy jednak powinien powtarzać klasę.
    Jak to u Dragonki wygląda w praktyce? Rzecz jasna nie robię afery o kilka zajęć - ostatecznie w całym roku szkolnym tego polskiego mam ok. 150 godzin [w gimnazjum, w zawodówce około 110], więc jeśli brakuje 4-5, to macham ręką, chyba że mi ktoś wyjątkowo podpadł. Natomiast jeśli jest tego więcej - no to już zależy od tego, z jaką małpką mam do czynienia. Generalnie "lituję się" w takich przypadkach jak ciężka choroba ucznia [ktoś nie chodził, bo naprawdę był uziemiony] lub poważne zdarzenia losowe [a w Zoo to niestety częste przypadki, że uczeń nie chodzi do szkoły, bo np. musiał zajmować się młodszym rodzeństwem czy pracować na utrzymanie]. Zdarza się też, że przymykam oko, jeśli mam do czynienia z "kumatą małpką" - taką, której zwoje mózgowe funkcjonują bez zarzutu i jeśli już jest w szkole, to aż miło popatrzeć, jak pracuje. Wiem w takim przypadku po prostu, że te kilka brakujących godzin nie robi różnicy, bo uczeń będzie w stanie nadrobić materiał w następnej klasie, jeśli zajdzie taka potrzeba.
    Nie lituję się natomiast, jeśli opuszczonych godzin jest za dużo i to bez względu na powód. Szkoła to nie studia, nie da się jej zaliczyć eksternistycznie. Wiem, że moi uczniowie doświadczają różnych dramatycznych sytuacji, często takich, od których włosy się jeżą na głowie, ale gdzieś musi być postawiona granica. Nie mogę klasyfikować kogoś, kto był w szkole gościem, bez względu na powód jego nieobecności. Przypominam, że uczę w placówce dziennej, darmowej, publicznej - a nie zaocznej i płatnej.
    W związku z tym moja muppeciarnia pożegna się na pewno z Emilką. Chodziła trochę na jesieni i przed Bożym Narodzeniem, ale to za mało w stosunku do całego roku. Wiem, że dziecko powinno być dla niej ważniejsze niż cokolwiek innego i nie pojawiała się w Zoo, bo po prostu nie miała z kim zostawić synka. Nie zmienia to jednak faktu, że w ramach "zwyczajnego gimnazjum" - którym wg papierów jest Zoo - nie można jej przepuścić. A tak naprawdę osobą najbardziej winną temu stanowi rzeczy jest matka Emilki, dla której załatwienie córce indywidualnego nauczania było zadaniem ponad siły.
    Żal mi też Sebastiana, Bidy z Nędzą... Wiem, że przestał chodzić do szkoły z obawy o zdrowie [czy wręcz życie]. O ile na terenie szkoły jesteśmy w stanie przypilnować, by nic mu się nie stało, to przecież nie mamy możliwości zapewnić mu ochrony po drodze... Fajny chłopak, niegłupi - tylko podpadł komu nie trzeba.
    Mam też w tej samej klasie innego delikwenta, Mateusza. Przez całą zimę i wczesną wiosnę pracował nocami łapiąc kurczaki i selekcjonując je przed ubojnią. W maju trafił do ośrodka wychowawczego, bo sąd wreszcie interweniował w jego sprawie, że chłopak nie chodzi do szkoły. Zaczął więc chodzić [musi, bo go pilnują], jest na każdych zajęciach, ale w kwestii mojego przedmiotu  nie da rady już nadrobić nieobecności. Brakuje mu na ten moment ok. 40 godzin... [czyli dwa miesiące, bo mają 5 lekcji polskiego w tygodniu]. A że z kilku innych przedmiotów też czekają go jedynki lub enkaele, to oznacza dla niego powtarzanie 3 klasy. W konsekwencji sąd z pewnością zdecyduje, że ma dalej mieszkać w placówce opiekuńczej. Mateusz jest zatem wściekły i rozgoryczony, że "przez nauczycieli" nie wypuszczą go do domu. Tjaaa... Tylko że jak widać w domu nie ma warunków do nauki i rozwoju, skoro zamiast chodzić do szkoły, musi pracować zawodowo nocami.
    I takie to ma Smoczyca dylematy w czerwcu...

czwartek, 31 maja 2012

Ateista naucza o Biblii

    Dla stałych Czytelników niniejszego bloga nie stanowi tajemnicy fakt, że jestem ateistką. Zostałam ochrzczona, prowadzano mnie jako małe smoczątko do kościoła co niedzielę, byłam u komunii, przystąpiłam też do bierzmowania. Otrzymałam więc należną katolicką oprawę, ale moi rodzice - i chwała im za to! - przestali ingerować w kwestie mojej wiary, jak tylko zrobiłam się na tyle duża, by mieć tutaj własne zdanie. Odbywało się to na zasadzie: chcesz - to chodzisz do kościoła, nie chcesz - to nie chodzisz. A trzeba przyznać, że zaliczyłam etap, kiedy w pewnym sensie byłam z tą instytucją związana dość blisko, a to z racji mojego zamiłowania do śpiewu. Otóż kiedy odeszłam ze szkoły muzycznej, to niewiele miałam możliwości w tym małym miasteczku, w którym dorastałam, aby sobie pośpiewać pod okiem fachowca - jedną z nich był chór kościelny, na który swojego czasu ochoczo uczęszczałam. Trzeba przyznać, że miałam też w życiu szczęście do księży, zakonnic i katechetów prowadzących religię w szkole, bo nie natrafiłam na żadnego nawiedzonego popaprańca, który zamiast o Bogu, chrzaniłby na lekcjach o polityce albo przekonywał, że jeśli ktoś słucha metalu, to niezawodnie czci szatana i zjada koty na śniadanie. Uczyli mnie inteligentni ludzie bez klapek na oczach, z którymi dało się porozmawiać na poziomie i którzy przede wszystkim skupiali się na przekazywaniu wiedzy o Biblii i dziedzictwie chrześcijańskim, co mnie - jako początkującej humanistce - bardzo odpowiadało.
    Mimo to - z różnych, osobistych przyczyn, których na blogu nie zamierzam roztrząsać - już w liceum zaczęło się moje odchodzenie najpierw od Kościoła [jako instytucji], a potem od Boga. Zbyt wiele w moim umyśle pojawiało się pytań, na które religia nie potrafiła dać zadowalającej odpowiedzi - za bardzo też moje podejście do świata zaczęło się nie zgadzać z doktrynami głoszonymi przez Kościół. Mój światopogląd zatem zaczął ewoluować: przez jakiś czas jeszcze określałam się mianem agnostyczki, ale chyba był to raczej akt niezdecydowania, niechęci zamknięcia za sobą definitywnie drzwi z napisem "chrześcijanka-katoliczka". Przyszedł jednak czas i na to, że sama przed sobą miałam odwagę przyznać: "Tak, jestem ateistką, nie wierzę w Boga, a po śmierci nie ma już nic, dlatego muszę maksymalnie wykorzystać czas tu i teraz na ziemi - bo innego mieć nie będę".
    W kraju takim jak Polska, gdzie każdy z góry zakłada, że jego rozmówca jest osobą wierzącą, ateistę spotykają czasem niedogodności czy kłopotliwe sytuacje. Zależy to rzecz jasna od środowiska, w którym się żyje, bo pod tym względem mieszkańcy dużych miast mają o niebo lepiej. Nie obnoszę się ze swoim światopoglądem na siłę, nie mam na czole wypisanego słowa "ATEISTKA" - ale też nie widzę powodu, by robić z tego faktu tajemnicę, jeśli rozmowa sama zejdzie na temat związany z religią. I może znów mam szczęście do ludzi, ale jak do tej pory nie zdarzyło się, by źle mnie potraktowano albo próbowano na siłę nawracać. Co i dobrze, bo zwłaszcza na to ostatnie zareagowałabym zapewne ostro :)
 
    No dobrze, a co to wszystko ma wspólnego z tematyką bloga, czyli szkolną codziennością? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że uczę języka polskiego, to oczywiście ma - i to sporo. Kultura śródziemnomorska (co już chyba kilka razy podkreślałam) opiera się na dwóch filarach: Biblii i mitologii greckiej. Owe dwa dzieła wywary tak ogromny wpływ na wszystko, co zostało tutaj napisane/namalowane/wyrzeźbione, że nie sposób właściwie zrozumieć czegokolwiek, jeśli się ich chociażby pobieżnie nie zna. Dragonka zatem jako polonistka może podarować swoim podopiecznym różne dyrdymały, ale Biblię i mitologię tłucze im do głów bez miłosierdzia i to przy każdej możliwej okazji. I rzecz jasna Zoo nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.
    Z tego tytułu jednak często dochodzi do dość zabawnych sytuacji - bo jak to ateistka ma uczyć dzieciaczki o Biblii...? Szybko jednak przekonują się, że jestem w tej kwestii nieubłagana i konsekwentnie wymagam konkretnej wiedzy, bo kwestie ideologiczne szybko ucinam komentarzami w stylu: "Jestem ostatnią osobą, która powinna się na ten temat wypowiadać - jeśli was to nurtuje, zapytajcie księdza na religii". Tłumaczę im, że na moich lekcjach Biblia interesować nas będzie nie jako święta księga, tylko jako zabytek literatury.
    Wiecie jednak, co zaobserwowałam ucząc młodzież o Biblii na lekcjach języka polskiego? W kraju, w którym niemal wszyscy deklarują się jako katolicy, wiedza o najważniejszej świętej księdze tego wyznania jest żenująco niska. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że taki nastolatek ma już za sobą I Komunię Św. oraz zwykle bierzmowanie, chodził od pierwszej klasy podstawówki na religię w wymiarze dwóch godzin tygodniowo, a także - przynajmniej teoretycznie - słucha co niedzielę fragmentów Biblii czytanych podczas mszy. Miał wobec tego mnóstwo czasu i okazji, by poznać na wylot "swoją świętą księgę". Kiedy jednak przychodzi co do czego, to okazuje się, że typowy gimnazjalista z Adamem i Ewą kojarzy jedynie fakt wygnania z raju i że było w to zamieszane jakieś jabłko, nie potrafi opowiedzieć żadnej przypowieści Chrystusa ani wymienić wszystkich ewangelistów, a już na takie imiona, jak Abraham, Izaak, Noe czy Mojżesz reaguje szerokim rozdziawieniem paszczy.
    A Dragonka dalej, z uporem maniaka ładuje im do głów rozmaite wieże Babel, plagi egipskie, rzezie niewiniątek, judaszowe pocałunki czy inne salomonowe wyroki, tłumacząc do znudzenia, skąd pochodzi dany związek frazeologiczny. I nie mogę sobie przy okazji odmówić komentarza w rodzaju: "To co z was za katolicy, skoro ateistka musi wam wyjaśniać takie podstawowe rzeczy?!". Szczytem wszystkiego była już według mnie niedawna lekcja w 3C. Chłopcy uczyli się do sprawdzianu z religii i któryś - tak chyba dla kawału - zapytał mnie, czy umiem dekalog. Na co Smoczyca bez zastanowienia i bez zająknięcia wyrecytowała jak katarynka 10 przykazań w czystym, biblijnym brzmieniu. Uczniowie najpierw zrobili wielkie oczy, a potem poprosili: "Chwila chwila, może pani jeszcze raz i trochę wolniej? To my sobie ściągi zrobimy...".
    Jako pointę zacytuję Wam komentarz jednego z moich podopiecznych z zawodówki, który tak oto podsumował blok lekcji ze mną na temat Biblii, zakończony rzecz jasna dość szczegółowym sprawdzianem: "Wie pani co? U pani to ja się dowiedziałem więcej o Biblii, niż przez trzy lata gimnazjum na religii...".
    Tjaaa... No właśnie...

piątek, 25 maja 2012

Umiejętność bycia rodzicem

    Nie da się ukryć - czego zresztą wcale robić nie zamierzam - że jestem osobą o dość liberalnych poglądach, jeśli chodzi o kwestie społeczne. Ogólnie i w dużym uproszczeniu mówiąc [bo nie będę Wam przecież w tym miejscu strzelała szczegółowego wykładu pt. "Światopogląd Dragonelli"] jestem zdania, że ludzie powinni żyć tak, jak im się podoba w ramach granic wyznaczonych przez podstawowe prawa drugiego człowieka. Wyszłaby z tego mniej więcej maksyma: "Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się Twoja". Wiem oczywiście, że mankamentem takiego podejścia jest ustalenie, czym konkretnie są owe "podstawowe prawa" [bo dla każdego mogą oznaczać inny zestaw wartości], tym niemniej właśnie w ten sposób można by zobrazować moje podejście do życia. Co za tym idzie - uważam, że państwo z zasady nie powinno ingerować w sprawy osobiste swoich obywateli i dać im wolną rękę tak długo, jak długo spełniają swoje obowiązki wobec niego [czyli płacą podatki, nie kradną, nie zabijają etc.].
    Skąd taki wstęp? Ano w mojej pracy jako wychowawcy zdarzają się takie momenty, w których mój uogólniony światopogląd zostaje opatrzony przypisem "SYTUACJA WYJĄTKOWA". To mniej więcej tak, jak z ewolucją stosunku do policji, o której Wam pisałam tutaj - czyli że generalnie nauczono mnie zaufania do tej instytucji, a tymczasem nierzadko widzę, że przynosi ona więcej szkody, niż pożytku.
    Ale przejdźmy do meritum. Mam w swojej muppeciarni wychowanka, 17-latka, nazwijmy go Mariusz. Przeniesiono go do Zoo na początku roku szkolnego na powtarzanie drugiej klasy gimnazjum - jak widać po wieku chłopca, to ma on i tak już spore opóźnienie edukacyjne. Przyznam, że niewiele o nim wiedziałam poza informacjami, które mam w jego dokumentach - rodzina niepełna, matka w trakcie rozwodu, samotnie sprawująca opiekę nad trojgiem dzieci. Mariusz od początku swojej kariery u nas chodził do szkoły mocno w kratkę, w zasadzie to częściej go nie było, niż był. Kontaktu z jego matką nie miałam żadnego - podany numer telefonu milczał jak zaklęty, więc po jakimś czasie wysłałam oficjalne pismo z prośbą o stawienie się rodzicielki w szkole. Zamiast niej przyjechała o dwa lata starsza siostra Mariusza - a zatem już pełnoletnia - tłumacząc, że matka jest obłożnie chora i fizycznie nie jest w stanie przybyć do szkoły [rodzina mieszka pod miastem, dobre kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kilometrów od Zoo]. Rzecz jasna nie bardzo mi się to spodobało, ale co było robić - omówiłam problemy związane z Mariuszem, tym bardziej, że siostra sprawiła na mnie wrażenie sensownej i myślącej osoby. Był to jednak mój pierwszy i ostatni kontakt z kimkolwiek dorosłym, bo na następne zebrania nikt się już nie fatygował, a telefon był tradycyjnie głuchy. Mariusz dalej chodził tak, jak wcześniej, czyli prawie wcale i był nieklasyfikowany na półrocze z większości przedmiotów. Klasyczny przypadek ucznia, którego w Zoo nazywamy "martwą duszą" - jest zapisany do szkoły, bo do uzyskania pełnoletności gdzieś widnieć musi, ale wcale nie jest zainteresowany zaliczeniem chociażby tego gimnazjum, więc jest potencjalnym kandydatem do skreślenia, kiedy tylko skończy 18 lat. Nic nowego u nas - smutne, ale prawdziwe.
    Co zatem wyjątkowego jest w tej historii, że o niej wspominam? Dwa dni temu skontaktowała się ze mną społeczna kuratorka rodziny Mariusza [a do tej pory nie miałam nawet informacji, że chłopak ma kuratora...] i od niej dowiedziałam się, jak się sprawy mają. Otóż generalnie dzieciaki są pozostawione same sobie, bo mamusia jest osobą imprezową i do jej stałego repertuaru należy znikanie na długie miesiące. Każde dziecko ma z innym mężczyzną, przy czym tylko najstarsza córka dostaje jakieś alimenty [dopóki się uczy], bo tylko w jej przypadku znane są dane personalne tatusia... W domu z nimi mieszka jeszcze babcia, która jednak sama potrzebuje opieki, bo jest poważnie chora. Ciężar ten rzecz jasna spada na wnuki, jako że matka Mariusza kompletnie nie poczuwa się do żadnych obowiązków. Aktualnie nie wiadomo nawet, gdzie przebywa - podobno poznała jakiegoś faceta przez Internet, wzięła ze sobą najmłodszego, 6-letniego syna i zniknęła, nie zostawiając pozostałej dwójce dzieci ŻADNYCH środków do życia. Mariusz więc nie chodzi obecnie do szkoły z przyczyn bardzo przyziemnych - po prostu nie ma nawet za co do niej dojechać.
    I tu - wbrew moim liberalnym poglądom - pojawia mi się od razu pytanie: dlaczego PAŃSTWO nie interweniuje i pozwala na coś takiego? Odpowiedzią jest jak zwykle w Polsce biurokracja i ślepota urzędników. Rodzince trafiła się bowiem wyjątkowo pobłażliwa sędzina, która nie może zdobyć się na krok pozbawienia matki praw rodzicielskich [czy chociażby ich ograniczenia] i umieszczenia dzieci w domu dziecka czy rodzinach zastępczych, by miały jakąkolwiek szansę na stabilny rozwój. Interwencja jest też utrudniona ze względu na to, że - według słów kuratorki - biedne dzieciaki rzecz jasna kryją matkę jak tylko mogą, bez wahania kłamią w jej obronie i nie dają powiedzieć na nią złego słowa. Efekcik? Może jedynie z najstarszej coś będzie, bo jest na tyle rozsądna, że jakoś potrafi o siebie zadbać, zdała maturę i uczy się w szkole policealnej. Mariusz ma 17 lat i jest w 2 klasie gimnazjum z brakami sięgającymi szkoły podstawowej. A najmłodszy, 6-letni braciszek JUŻ NA STARCIE jest do tyłu: matka nie posyłała go w ogóle do zerówki, przez co nie pójdzie we wrześniu do pierwszej klasy, bo ma za dużo zaległości i dostał odroczenie z poradni. Jeszcze nawet nie zaczął kariery szkolnej, a już jest spadochroniarzem...

    Czas na konkluzję. Otóż kiedy tak tego wszystkiego słuchałam, to zalecenia zawarte w "Państwie" Platona dotyczące kontroli nad wychowaniem wydały mi się całkiem sensowne. Patrząc na takie rodzinki, jak ta opisana przeze mnie wyżej, to człowiek naprawdę dochodzi do wniosku, że dzieci nie powinny dorastać pod okiem rodziców - czyli osób przypadkowych - tylko być oddawane już w niemowlęctwie specjalnie do tego przygotowanym pedagogom, którzy się na tym znają i nie zrobią małolatom krzywdy. Może to brzmi brutalnie, ale popatrzcie na ten paradoks: żeby prowadzić głupi samochód, trzeba zdać egzamin na prawo jazdy - ale żeby mieć prawo wychowywać dziecko, nie trzeba przechodzić żadnych testów, niczego się uczyć. Wystarczy sobie tylko je zmajstrować... Czy ktoś mi może powie w związku z tym, że wychowanie człowieka jest łatwiejsze, niż kierowanie samochodem? A jeżeli nie jest, to dlaczego tutaj nie wymaga się żadnego szkolenia, pozwalając, by takie kobiety jak mamusia Mariusza beztrosko niszczyły życie swoim dzieciom?
    Nie każdy człowiek z definicji nadaje się do tego, by być rodzicem - tak, jak nikt nie rodzi się ze zdolnością prowadzenia samochodu. A skoro tak, to umiejętność wychowania człowieka powinna być po pierwsze KSZTAŁCONA, a po drugie WERYFIKOWANA. I w razie oblania testu skutkować odebraniem praw rodzicielskich.