To już prawie koniec mojego drugiego roku w Zoo, pora zatem na zrobienie jakiegoś małego podsumowania.
Dziś odbyła się pierwsza tura egzaminów klasyfikacyjnych dla tych leserów, którym je Rada Pedagogiczna przyznała - egzamin klasyfikacyjny tym się różni od poprawkowego, że ma miejsce jeszcze przed zakończeniem roku i ustala ocenę ucznia w ogóle [czyli teoretycznie może być to zarówno jedynka, jak i szóstka]. Z mojej osobistej Muppeciarni pisały dwie osoby - notabene z języka polskiego. Obaj panowie oblali, ale ich sytuacja w wyniku tego faktu jest diametralnie różna.
Pierwszy, Michał, przyszedł z założenia nieprzygotowany - na pisemnym oddał czystą kartkę, a na ustnym odmówił odpowiedzi. Egzamin klasyfikacyjny ustala mu więc ocenę na niedostateczny, którą to gałę chłopak może zdawać na poprawce w sierpniu. Jednakże na ten egzamin również przyjdzie kompletnie nieprzygotowany - co sam otwarcie przyznaje, śmiejąc mi się w oczy - i odstawi identyczny numer, ponieważ zgodnie z idiotyczną ustawą wprowadzoną za kadencji ministra Giertycha ma prawo do warunkowego przejścia z jedną jedynką. I rzecz jasna z tego prawa skorzysta, bo po co ma się wysilać? Dobrze wiedziałam o jego cwaniackich kombinacjach, ale ponieważ Rada Pedagogiczna wspaniałomyślnie przyznała mu egzamin klasyfikacyjny - pomimo mojego apelu, że chłopak zwyczajnie na to nie zasługuje, skoro najpierw olewa szkołę, a potem cynicznie kalkuluje, jak tu się nie nauczyć, a i tak zdać - to nic nie mogę zrobić. Oczywiście poza jednym - w trzeciej klasie będzie musiał się porządnie przyłożyć do języka polskiego, jeśli chce ukończyć gimnazjum. Nie można bowiem zaliczyć ostatniej klasy warunkowo. A już ja od niego będę egzekwowała wiedzę bardzo drobiazgowo, tego może być pewny...
Z drugim Muppetem, Krzysiem, w wyniku niezdanego egzaminu będę musiała się pożegnać. Oprócz języka polskiego - z którego był nieklasyfikowany - zarobił też po jedynce z matematyki i fizyki. Rada Pedagogiczna zgodziła się na dwa egzaminy poprawkowe dla niego w sierpniu, ale warunkiem jego przystąpienia do nich było dzisiejsze zaliczenie polskiego, bo w przeciwnym razie robią mu się w sumie trzy przedmioty w plecy. No właśnie... Widać było, że Krzyś próbował czegoś się nauczyć, walczył, ale najzwyczajniej w świecie za późno się obudził. Szczerze Wam mówię - miałam nadzieję, że jednak mu się uda, ciągnęłam go też uparcie za język na tym egzaminie, aż mi nawet w pewnym momencie druga polonistka siedząca w komisji szepnęła dyskretnie, żebym już przestała chłopaka męczyć. Niestety - usłyszał w sumie 6 pytań [3 na pisemnym, 3 na ustnym], a odpowiedział na półtora... Sam Krzyś przyjął porażkę po męsku na klatę, czego nie można było powiedzieć o jego matce, która podczas rozmowy telefonicznej ze mną na wiadomość o oblaniu przez syna egzaminu zareagowała następującymi słowami: "O k*** mać, ja go chyba zapier***!". Tjaaa...
Z kim jeszcze się żegnamy? Rzecz jasna z Emilką, czyli młodocianą matką [co było niestety do przewidzenia], a także z Fanką Metalu - co mnie akurat specjalnie nie martwi. Nie przeszedł również Alkonek, ale w tym miejscy chciałabym się na moment zatrzymać. Pamiętacie może, jak relacjonowałam Wam moje ostatnie spotkanie z jego matką [jeśli nie, to zerknijcie tutaj]. Zauważyłam wtedy, że ta kobieta jest co najmniej dziwna i snułam w poście domysły, z czego to wynika. No to teraz się wreszcie wyjaśniło, bo sama to powiedziała podczas rozmowy ze mną i Wiceszefową wczoraj. Otóż matka mojego ucznia przeszła niedawno operację mózgu, która była konieczna po tym, jak jej mąż - a ojczym Alberta - zrzucił ją ze schodów. Generalnie w tym domu dzieje się taki hardcore, że normalny człowiek nie jest w stanie sobie tego wyobrazić i szczerze mówiąc nie bardzo wiem, jakich słów mam użyć, by o tym napisać. Co do samej matki Alkonka, to wystarczy kilka minut rozmowy z nią, by zauważyć, że kobieta ledwo kontaktuje - nie bardzo rozumie, co się do niej mówi, gubi wątki, jej wypowiedzi są nielogiczne, niespójne. Nie zdziwiłabym się, gdyby potrzebowała stałej pomocy w zwyczajnych, codziennych czynnościach, takich jak zrobienie zakupów czy ugotowanie obiadu, bo nie umiem sobie wyobrazić, by potrafiła przeprowadzić szereg czynności, które trzeba zaplanować i wykonać we właściwym porządku. Zresztą, tu macie przykład: po jakichś 10 minutach rozmowy z nią w gabinecie dyrektorki do drzwi zastukała historyczka i weszła z uroczą, na oko 3-letnią dziewczynką. "Czyje do dziecko? - zapytała. - Bo lata samo po korytarzu. To jakiejś uczennicy?". Na co matka Alberta tonem takim, jak by się obudziła: "Nie nie, to moje." Najwidoczniej zapomniała, że zabrała ze sobą córkę...
Bardzo ciężko mi to wszystko komentować. Na mój rozum my - jako szkoła - powinniśmy w tym momencie narobić jak najwięcej smrodu koło tej rodziny, nasłać na nich wszelkich możliwych urzędników po to, by jak najszybciej zarówno Albert, jak i jego siostrzyczka znaleźli się w Domach Dziecka. On - żeby miał szansę skończyć szkołę [bo przecież dalej nie będzie do niej chodził, tylko siedział w domu i pilnował, żeby ojczym nie zabił mu matki...], a mała - żeby miała szansę na normalne dzieciństwo i nie musiała patrzeć, jak jej ojciec leje matkę. Co mnie zaskoczyło, Wiceszefowa jest odmiennego zdania, tzn. że właśnie nie powinno się zabierać dzieci ze względu na tę nieszczęsną kobietę... Powiem Wam, że jestem za głupia na to wszystko. Mnie się cały czas pewne rzeczy po prostu nie mieszczą w mózgownicy. Chyba za krótko jeszcze pracuję w Zoo...
I na koniec jeszcze jedna sprawa - czyli Młoda Gniewna. Zdała do następnej klasy [i to nawet całkiem nieźle: ma średnią 3.31, co jest drugim wynikiem w mojej Muppeciarni], ale za to jest już po swojej ostatniej rozprawie sądowej. Panie i panowie, dostała rok w zawiasach na 3 lata, przy czym jeśli odwieszą jej wyrok już po uzyskaniu pełnoletności [a teraz w lipcu skończy 16 lat], to wyląduje w normalnym więzieniu. Z mojej perspektywy jako wychowawcy to dobra wiadomość, bo oznacza, że panna musi być teraz świętsza od papieża - wystarczy głupie wezwanie policji w jej sprawie do szkoły... Inna sprawa, że razem z wyrokiem sąd skierował ją na przymusową terapię dla sprawców przemocy, a Sylwia póki co zarzeka się, że nie ma zamiaru chodzić. "No cóż...- skomentowałam. - Masz do wyboru, czy wolisz siedzieć na terapii, czy w zamkniętym zakładzie poprawczym... Ja tam bym wolała terapię, ale rzecz jasna możesz mieć inne zdanie".
Żeby było zabawnie, to Młoda Gniewna przyniosła mi dziś do wypełnienia kartę kolonijną, bo jedzie na wakacyjny wypoczynek nad morze. I co mam jej napisać? Że jest nożowniczką i w związku z tym właśnie otrzymała wyrok w zawieszeniu?
Spokojnie, coś wymyślę. Od czego jestem polonistką :)
To może "typowo romantyczny charakter ostro projektujący swoje duchowe rozterki na otoczenie"?
OdpowiedzUsuńTak odnośnie Sylwii, bo o reszcie po prostu nie umiem się wypowiedzieć...
Doobre :) Szkoda, że mi wcześniej tego nie napisałaś, bo już zdążyłam jej tę kartę wypełnić... Napisałam coś o energiczności i impulsywności :)
UsuńCo do reszty - właśnie widzę, że nikt nie ma specjalnie ochoty komentować. I wcale się nie dziwię, bo to przechodzi po prostu ludzkie pojęcie.