Pamiętacie Mateusza, o którym wspomniałam w poście "Podchody czerwcowe"? Otóż będzie on osobą, dla której odstąpię od moich służbistycznych, szkolnych zasad. A że w pracy naginam przepisy tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach, to najwidoczniej muszę mieć i tutaj swoje ważne powody. A jakże :)
Jak wcześniej pisałam, planowałam mu postawić w pełni zasłużonego enkaela, bo delikwentowi do klasyfikacji brakowało ok. 40 godzin [czyli dwa miesiące!]. Oświadczyłam mu to bardzo otwarcie i absolutnie nie pozostawiłam żadnych złudzeń, że może jednak cud się zdarzy, czyli on pozalicza jakieś zaległe sprawdziany, a ja przymknę oko na nieobecności i postawię mu w końcu dopalacz. Mówiłam wprost - nic z tego Mateusz, za dużo ci brakuje, czeka cię egzamin z polskiego, więc jedyne, co możesz zrobić, to się do niego zacząć przygotowywać. Chłopak przez jakiś tydzień miał fazę buntu, potem próbował mnie brać na litość, chodził, prosił, usiłował się targować, dogadywać ze mną - ale wszystko na nic, byłam nieugięta i jak zdarta pływa powtarzałam tylko "zdajesz klasyfikacyjny i koniec". Podałam mu zagadnienia do egzaminu i poradziłam, żeby jak najszybciej zaczął się tego wszystkiego uczyć, to wtedy na pewno zda. Mało tego - już w momencie tzw. klasyfikacji ołówkowej [czyli przymierzania ocen ołówkiem w dzienniku na 2 tygodnie przed ich ostatecznym zatwierdzeniem] bez pardonu wpisałam mu do dziennika długopisem "nieklasyfikowany". Nie mógł mieć zatem żadnych wątpliwości, że może jednak tylko straszę.
Znając uczniów Zoo, to prawie każdy inny na jego miejscu w tym momencie odpuściłby sobie lekcje języka polskiego i albo w ogóle przestałby na nie chodzić, albo by się pojawiał, ale przez całe zajęcia leżał na ławce i słuchał muzyki - bo przecież po co robić cokolwiek, skoro i tak mam enkaela. Nie innej postawy spodziewałam się po Mateuszu. On jednak nie dość, że nie opuścił ANI JEDNEJ LEKCJI, to jeszcze na każdej pracował aż miło, notował, zgłaszał się. Od początku czerwca natomiast - po klasyfikacji ołówkowej - często wręcz zdarzały się takie sytuacje, że na polskim w tej klasie miałam tylko dwóch uczniów, tzn. jego i Dżastina Bibera [zwłaszcza, jeśli były to ich ostatnie zajęcia danego dnia]. Wtedy po prostu powtarzaliśmy zagadnienia pod kątem egzaminu - czyli urządzałam mu powtórki i testy z lektur i innych działów gramatyczno-językowych, które mu wyznaczyłam do opanowania. Mateusz nie skarżył się, notował, pracował i stopniowo przyswoił sobie zadany materiał w stopniu zadowalającym.
Dziś mieli ostatnią lekcję polskiego przed radą klasyfikacyjną - w sali trzech uczniów, tzn. Mateusz, Biber i Bartek [bardzo sympatyczny chłopak, którego swojego czasu skłoniłam do przeczytania pierwszej lektury w jego życiu, czyli "Małego Księcia"]. Rozsiadłam się więc majestatycznie na katedrze za nauczycielskim biurkiem, otworzyłam z namaszczeniem dziennik, po czym powiedziałam bardzo oficjalnym tonem:
- Mateusz, podejdź proszę do mnie do biurka.
Mateusz podszedł zdezorientowany, nie wiedząc, o co mi może chodzić.
- Słucham, proszę pani?
- Czy wiedziałeś, że twoja pani od polskiego jest czarownicą? - zapytałam tym samym oficjalnym tonem, patrząc mu w oczy śmiertelnie poważnie.
- Że... yyy?
- Umiem czarować. Gdybym żyła w średniowieczu, pewnie za to spaliliby mnie na stosie. Pokażę ci teraz czary-mary nad dziennikiem. - to mówiąc wzięłam powoli do ręki linijkę, przekreśliłam czerwonym długopisem "nieklasyfikowany" przy jego nazwisku, u góry napisałam "dopuszczający", a obok swoją parafkę.
Mateusz spojrzał na dziennik, potem na mnie, potem znowu na dziennik, a potem zapytał, dalej nic nie rozumiejąc:
- Ale co to znaczy?!
- To znaczy, że masz dopa z polskiego.
- A co z tym podaniem o egzamin, przecież je już złożyłem do sekretariatu?
- Możesz iść i poprosić panią Basię, żeby je podarła i wyrzuciła do kosza.
I chłopak rzeczywiście wybiegł z klasy jak strzała w wiadomym celu. Wrócił po kilku minutach trochę spokojniejszy, ale dalej mocno zszokowany. Zaczął mi dziękować, a potem rzecz jasna chciał wiedzieć, dlaczego to zrobiłam.
- To bardzo proste. - powiedziałam już wesoło uśmiechając się do niego. - Od kilku tygodni nie robimy na lekcjach nic innego, tylko ładujemy ci do głowy te wszystkie "Zemsty", "Balladyny" i "Antygony". Zdawałbyś je we wtorek, a ja już w tym momencie przecież widzę, że to umiesz. A skoro umiesz, to po cholerę mi twój egzamin? Chodziło mi o to, żebyś się nauczył i żebym mogła ci z czystym sumieniem postawić dopalacz. I właśnie to robię.
Z ręką na sercu mówię Wam - nie zamierzałam robić dla niego wyjątku, nie przy 40 godzinach w plecy. Nie działały na mnie argumenty, że nie chodził do szkoły z powodu trudnej sytuacji rodzinnej. Wiem, że są sami z matką, on jest najstarszy z rodzeństwa, więc żeby się utrzymać, nocami pracował łapiąc kurczaki w ubojni [paskudna robota, ale na co innego może liczyć nastolatek, który nie skończył nawet gimnazjum...?]. Współczułam mu, ale to absolutnie nie wystarczyłoby, abym mu poszła na rękę, gdyby nie jego postawa na lekcjach od połowy maja. Przyznam, że mi zaimponował tym, że nie olał sprawy, tylko wziął się ostro do roboty, przestał mieć pretensje do całego świata i skupił się na tym, żeby z moją pomocą przygotować się do egzaminu.
Niech więc chłopak ma wakacje i nie martwi się, jakie to wredne pytania Dragonka dla niego przygotowała. A jeśli będzie miał pecha - albo farta, w zależności od punktu widzenia - to we wrześniu znów na mnie trafi, bo przecież zamierza kontynuować naukę w zawodówce u nas.
Jak ja lubię zakończenia z happy end`em :) :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Ja też :) Czasem nawet w Zoo się to zdarza.
Usuńhaha;) jak w telenoweli, okazało się że smok też człowiek. a tak serio to gratuluję wychowania sobie chociaż jednego ucznia. widać że twoje metody przynoszą efekty:)
OdpowiedzUsuńTo była widocznie bajka o Dobrym Smoku :)
UsuńDobrze, że czasem taki jeden rodzynek się trafi, ale na każdego takiego przypada niestety co najmniej 10 olewaczy i kombinatorów, dlatego zazwyczaj jestem nieubłagana.
No proszę i czasem małpka dostaje ludzkiego rozumu :)
OdpowiedzUsuńA wtedy Smok urządza czary-mary nad dziennikiem :)
UsuńBuuuuuuu...
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy to "Greatest Love of All" Whitney Houston, które teraz leci (...I believe children are our future..), czy hormony, czy po prostu tak mam, że bardzo poruszają mnie małe zwycięstwa, które ludzie odnoszą nad samymi sobą, ale siedzę i beczę ze wzruszenia, że mu się udało..
buuuuuuu..
:)
fajną masz tą pracę, wiesz?
Dzięki :) Dla takich momentów rzeczywiście chce się tam pracować. Szkoda tylko, że tacy uczniowie to naprawdę jakiś nikły procent, a znakomita reszta... szkoda gadać.
Usuń