Dla stałych Czytelników niniejszego bloga nie stanowi tajemnicy fakt, że jestem ateistką. Zostałam ochrzczona, prowadzano mnie jako małe smoczątko do kościoła co niedzielę, byłam u komunii, przystąpiłam też do bierzmowania. Otrzymałam więc należną katolicką oprawę, ale moi rodzice - i chwała im za to! - przestali ingerować w kwestie mojej wiary, jak tylko zrobiłam się na tyle duża, by mieć tutaj własne zdanie. Odbywało się to na zasadzie: chcesz - to chodzisz do kościoła, nie chcesz - to nie chodzisz. A trzeba przyznać, że zaliczyłam etap, kiedy w pewnym sensie byłam z tą instytucją związana dość blisko, a to z racji mojego zamiłowania do śpiewu. Otóż kiedy odeszłam ze szkoły muzycznej, to niewiele miałam możliwości w tym małym miasteczku, w którym dorastałam, aby sobie pośpiewać pod okiem fachowca - jedną z nich był chór kościelny, na który swojego czasu ochoczo uczęszczałam. Trzeba przyznać, że miałam też w życiu szczęście do księży, zakonnic i katechetów prowadzących religię w szkole, bo nie natrafiłam na żadnego nawiedzonego popaprańca, który zamiast o Bogu, chrzaniłby na lekcjach o polityce albo przekonywał, że jeśli ktoś słucha metalu, to niezawodnie czci szatana i zjada koty na śniadanie. Uczyli mnie inteligentni ludzie bez klapek na oczach, z którymi dało się porozmawiać na poziomie i którzy przede wszystkim skupiali się na przekazywaniu wiedzy o Biblii i dziedzictwie chrześcijańskim, co mnie - jako początkującej humanistce - bardzo odpowiadało.
Mimo to - z różnych, osobistych przyczyn, których na blogu nie zamierzam roztrząsać - już w liceum zaczęło się moje odchodzenie najpierw od Kościoła [jako instytucji], a potem od Boga. Zbyt wiele w moim umyśle pojawiało się pytań, na które religia nie potrafiła dać zadowalającej odpowiedzi - za bardzo też moje podejście do świata zaczęło się nie zgadzać z doktrynami głoszonymi przez Kościół. Mój światopogląd zatem zaczął ewoluować: przez jakiś czas jeszcze określałam się mianem agnostyczki, ale chyba był to raczej akt niezdecydowania, niechęci zamknięcia za sobą definitywnie drzwi z napisem "chrześcijanka-katoliczka". Przyszedł jednak czas i na to, że sama przed sobą miałam odwagę przyznać: "Tak, jestem ateistką, nie wierzę w Boga, a po śmierci nie ma już nic, dlatego muszę maksymalnie wykorzystać czas tu i teraz na ziemi - bo innego mieć nie będę".
W kraju takim jak Polska, gdzie każdy z góry zakłada, że jego rozmówca jest osobą wierzącą, ateistę spotykają czasem niedogodności czy kłopotliwe sytuacje. Zależy to rzecz jasna od środowiska, w którym się żyje, bo pod tym względem mieszkańcy dużych miast mają o niebo lepiej. Nie obnoszę się ze swoim światopoglądem na siłę, nie mam na czole wypisanego słowa "ATEISTKA" - ale też nie widzę powodu, by robić z tego faktu tajemnicę, jeśli rozmowa sama zejdzie na temat związany z religią. I może znów mam szczęście do ludzi, ale jak do tej pory nie zdarzyło się, by źle mnie potraktowano albo próbowano na siłę nawracać. Co i dobrze, bo zwłaszcza na to ostatnie zareagowałabym zapewne ostro :)
No dobrze, a co to wszystko ma wspólnego z tematyką bloga, czyli szkolną codziennością? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że uczę języka polskiego, to oczywiście ma - i to sporo. Kultura śródziemnomorska (co już chyba kilka razy podkreślałam) opiera się na dwóch filarach: Biblii i mitologii greckiej. Owe dwa dzieła wywary tak ogromny wpływ na wszystko, co zostało tutaj napisane/namalowane/wyrzeźbione, że nie sposób właściwie zrozumieć czegokolwiek, jeśli się ich chociażby pobieżnie nie zna. Dragonka zatem jako polonistka może podarować swoim podopiecznym różne dyrdymały, ale Biblię i mitologię tłucze im do głów bez miłosierdzia i to przy każdej możliwej okazji. I rzecz jasna Zoo nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.
Z tego tytułu jednak często dochodzi do dość zabawnych sytuacji - bo jak to ateistka ma uczyć dzieciaczki o Biblii...? Szybko jednak przekonują się, że jestem w tej kwestii nieubłagana i konsekwentnie wymagam konkretnej wiedzy, bo kwestie ideologiczne szybko ucinam komentarzami w stylu: "Jestem ostatnią osobą, która powinna się na ten temat wypowiadać - jeśli was to nurtuje, zapytajcie księdza na religii". Tłumaczę im, że na moich lekcjach Biblia interesować nas będzie nie jako święta księga, tylko jako zabytek literatury.
Wiecie jednak, co zaobserwowałam ucząc młodzież o Biblii na lekcjach języka polskiego? W kraju, w którym niemal wszyscy deklarują się jako katolicy, wiedza o najważniejszej świętej księdze tego wyznania jest żenująco niska. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że taki nastolatek ma już za sobą I Komunię Św. oraz zwykle bierzmowanie, chodził od pierwszej klasy podstawówki na religię w wymiarze dwóch godzin tygodniowo, a także - przynajmniej teoretycznie - słucha co niedzielę fragmentów Biblii czytanych podczas mszy. Miał wobec tego mnóstwo czasu i okazji, by poznać na wylot "swoją świętą księgę". Kiedy jednak przychodzi co do czego, to okazuje się, że typowy gimnazjalista z Adamem i Ewą kojarzy jedynie fakt wygnania z raju i że było w to zamieszane jakieś jabłko, nie potrafi opowiedzieć żadnej przypowieści Chrystusa ani wymienić wszystkich ewangelistów, a już na takie imiona, jak Abraham, Izaak, Noe czy Mojżesz reaguje szerokim rozdziawieniem paszczy.
A Dragonka dalej, z uporem maniaka ładuje im do głów rozmaite wieże Babel, plagi egipskie, rzezie niewiniątek, judaszowe pocałunki czy inne salomonowe wyroki, tłumacząc do znudzenia, skąd pochodzi dany związek frazeologiczny. I nie mogę sobie przy okazji odmówić komentarza w rodzaju: "To co z was za katolicy, skoro ateistka musi wam wyjaśniać takie podstawowe rzeczy?!". Szczytem wszystkiego była już według mnie niedawna lekcja w 3C. Chłopcy uczyli się do sprawdzianu z religii i któryś - tak chyba dla kawału - zapytał mnie, czy umiem dekalog. Na co Smoczyca bez zastanowienia i bez zająknięcia wyrecytowała jak katarynka 10 przykazań w czystym, biblijnym brzmieniu. Uczniowie najpierw zrobili wielkie oczy, a potem poprosili: "Chwila chwila, może pani jeszcze raz i trochę wolniej? To my sobie ściągi zrobimy...".
Jako pointę zacytuję Wam komentarz jednego z moich podopiecznych z zawodówki, który tak oto podsumował blok lekcji ze mną na temat Biblii, zakończony rzecz jasna dość szczegółowym sprawdzianem: "Wie pani co? U pani to ja się dowiedziałem więcej o Biblii, niż przez trzy lata gimnazjum na religii...".
Tjaaa... No właśnie...
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
czwartek, 31 maja 2012
piątek, 25 maja 2012
Umiejętność bycia rodzicem
Nie da się ukryć - czego zresztą wcale robić nie zamierzam - że jestem osobą o dość liberalnych poglądach, jeśli chodzi o kwestie społeczne. Ogólnie i w dużym uproszczeniu mówiąc [bo nie będę Wam przecież w tym miejscu strzelała szczegółowego wykładu pt. "Światopogląd Dragonelli"] jestem zdania, że ludzie powinni żyć tak, jak im się podoba w ramach granic wyznaczonych przez podstawowe prawa drugiego człowieka. Wyszłaby z tego mniej więcej maksyma: "Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się Twoja". Wiem oczywiście, że mankamentem takiego podejścia jest ustalenie, czym konkretnie są owe "podstawowe prawa" [bo dla każdego mogą oznaczać inny zestaw wartości], tym niemniej właśnie w ten sposób można by zobrazować moje podejście do życia. Co za tym idzie - uważam, że państwo z zasady nie powinno ingerować w sprawy osobiste swoich obywateli i dać im wolną rękę tak długo, jak długo spełniają swoje obowiązki wobec niego [czyli płacą podatki, nie kradną, nie zabijają etc.].
Skąd taki wstęp? Ano w mojej pracy jako wychowawcy zdarzają się takie momenty, w których mój uogólniony światopogląd zostaje opatrzony przypisem "SYTUACJA WYJĄTKOWA". To mniej więcej tak, jak z ewolucją stosunku do policji, o której Wam pisałam tutaj - czyli że generalnie nauczono mnie zaufania do tej instytucji, a tymczasem nierzadko widzę, że przynosi ona więcej szkody, niż pożytku.
Ale przejdźmy do meritum. Mam w swojej muppeciarni wychowanka, 17-latka, nazwijmy go Mariusz. Przeniesiono go do Zoo na początku roku szkolnego na powtarzanie drugiej klasy gimnazjum - jak widać po wieku chłopca, to ma on i tak już spore opóźnienie edukacyjne. Przyznam, że niewiele o nim wiedziałam poza informacjami, które mam w jego dokumentach - rodzina niepełna, matka w trakcie rozwodu, samotnie sprawująca opiekę nad trojgiem dzieci. Mariusz od początku swojej kariery u nas chodził do szkoły mocno w kratkę, w zasadzie to częściej go nie było, niż był. Kontaktu z jego matką nie miałam żadnego - podany numer telefonu milczał jak zaklęty, więc po jakimś czasie wysłałam oficjalne pismo z prośbą o stawienie się rodzicielki w szkole. Zamiast niej przyjechała o dwa lata starsza siostra Mariusza - a zatem już pełnoletnia - tłumacząc, że matka jest obłożnie chora i fizycznie nie jest w stanie przybyć do szkoły [rodzina mieszka pod miastem, dobre kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kilometrów od Zoo]. Rzecz jasna nie bardzo mi się to spodobało, ale co było robić - omówiłam problemy związane z Mariuszem, tym bardziej, że siostra sprawiła na mnie wrażenie sensownej i myślącej osoby. Był to jednak mój pierwszy i ostatni kontakt z kimkolwiek dorosłym, bo na następne zebrania nikt się już nie fatygował, a telefon był tradycyjnie głuchy. Mariusz dalej chodził tak, jak wcześniej, czyli prawie wcale i był nieklasyfikowany na półrocze z większości przedmiotów. Klasyczny przypadek ucznia, którego w Zoo nazywamy "martwą duszą" - jest zapisany do szkoły, bo do uzyskania pełnoletności gdzieś widnieć musi, ale wcale nie jest zainteresowany zaliczeniem chociażby tego gimnazjum, więc jest potencjalnym kandydatem do skreślenia, kiedy tylko skończy 18 lat. Nic nowego u nas - smutne, ale prawdziwe.
Co zatem wyjątkowego jest w tej historii, że o niej wspominam? Dwa dni temu skontaktowała się ze mną społeczna kuratorka rodziny Mariusza [a do tej pory nie miałam nawet informacji, że chłopak ma kuratora...] i od niej dowiedziałam się, jak się sprawy mają. Otóż generalnie dzieciaki są pozostawione same sobie, bo mamusia jest osobą imprezową i do jej stałego repertuaru należy znikanie na długie miesiące. Każde dziecko ma z innym mężczyzną, przy czym tylko najstarsza córka dostaje jakieś alimenty [dopóki się uczy], bo tylko w jej przypadku znane są dane personalne tatusia... W domu z nimi mieszka jeszcze babcia, która jednak sama potrzebuje opieki, bo jest poważnie chora. Ciężar ten rzecz jasna spada na wnuki, jako że matka Mariusza kompletnie nie poczuwa się do żadnych obowiązków. Aktualnie nie wiadomo nawet, gdzie przebywa - podobno poznała jakiegoś faceta przez Internet, wzięła ze sobą najmłodszego, 6-letniego syna i zniknęła, nie zostawiając pozostałej dwójce dzieci ŻADNYCH środków do życia. Mariusz więc nie chodzi obecnie do szkoły z przyczyn bardzo przyziemnych - po prostu nie ma nawet za co do niej dojechać.
I tu - wbrew moim liberalnym poglądom - pojawia mi się od razu pytanie: dlaczego PAŃSTWO nie interweniuje i pozwala na coś takiego? Odpowiedzią jest jak zwykle w Polsce biurokracja i ślepota urzędników. Rodzince trafiła się bowiem wyjątkowo pobłażliwa sędzina, która nie może zdobyć się na krok pozbawienia matki praw rodzicielskich [czy chociażby ich ograniczenia] i umieszczenia dzieci w domu dziecka czy rodzinach zastępczych, by miały jakąkolwiek szansę na stabilny rozwój. Interwencja jest też utrudniona ze względu na to, że - według słów kuratorki - biedne dzieciaki rzecz jasna kryją matkę jak tylko mogą, bez wahania kłamią w jej obronie i nie dają powiedzieć na nią złego słowa. Efekcik? Może jedynie z najstarszej coś będzie, bo jest na tyle rozsądna, że jakoś potrafi o siebie zadbać, zdała maturę i uczy się w szkole policealnej. Mariusz ma 17 lat i jest w 2 klasie gimnazjum z brakami sięgającymi szkoły podstawowej. A najmłodszy, 6-letni braciszek JUŻ NA STARCIE jest do tyłu: matka nie posyłała go w ogóle do zerówki, przez co nie pójdzie we wrześniu do pierwszej klasy, bo ma za dużo zaległości i dostał odroczenie z poradni. Jeszcze nawet nie zaczął kariery szkolnej, a już jest spadochroniarzem...
Czas na konkluzję. Otóż kiedy tak tego wszystkiego słuchałam, to zalecenia zawarte w "Państwie" Platona dotyczące kontroli nad wychowaniem wydały mi się całkiem sensowne. Patrząc na takie rodzinki, jak ta opisana przeze mnie wyżej, to człowiek naprawdę dochodzi do wniosku, że dzieci nie powinny dorastać pod okiem rodziców - czyli osób przypadkowych - tylko być oddawane już w niemowlęctwie specjalnie do tego przygotowanym pedagogom, którzy się na tym znają i nie zrobią małolatom krzywdy. Może to brzmi brutalnie, ale popatrzcie na ten paradoks: żeby prowadzić głupi samochód, trzeba zdać egzamin na prawo jazdy - ale żeby mieć prawo wychowywać dziecko, nie trzeba przechodzić żadnych testów, niczego się uczyć. Wystarczy sobie tylko je zmajstrować... Czy ktoś mi może powie w związku z tym, że wychowanie człowieka jest łatwiejsze, niż kierowanie samochodem? A jeżeli nie jest, to dlaczego tutaj nie wymaga się żadnego szkolenia, pozwalając, by takie kobiety jak mamusia Mariusza beztrosko niszczyły życie swoim dzieciom?
Nie każdy człowiek z definicji nadaje się do tego, by być rodzicem - tak, jak nikt nie rodzi się ze zdolnością prowadzenia samochodu. A skoro tak, to umiejętność wychowania człowieka powinna być po pierwsze KSZTAŁCONA, a po drugie WERYFIKOWANA. I w razie oblania testu skutkować odebraniem praw rodzicielskich.
Skąd taki wstęp? Ano w mojej pracy jako wychowawcy zdarzają się takie momenty, w których mój uogólniony światopogląd zostaje opatrzony przypisem "SYTUACJA WYJĄTKOWA". To mniej więcej tak, jak z ewolucją stosunku do policji, o której Wam pisałam tutaj - czyli że generalnie nauczono mnie zaufania do tej instytucji, a tymczasem nierzadko widzę, że przynosi ona więcej szkody, niż pożytku.
Ale przejdźmy do meritum. Mam w swojej muppeciarni wychowanka, 17-latka, nazwijmy go Mariusz. Przeniesiono go do Zoo na początku roku szkolnego na powtarzanie drugiej klasy gimnazjum - jak widać po wieku chłopca, to ma on i tak już spore opóźnienie edukacyjne. Przyznam, że niewiele o nim wiedziałam poza informacjami, które mam w jego dokumentach - rodzina niepełna, matka w trakcie rozwodu, samotnie sprawująca opiekę nad trojgiem dzieci. Mariusz od początku swojej kariery u nas chodził do szkoły mocno w kratkę, w zasadzie to częściej go nie było, niż był. Kontaktu z jego matką nie miałam żadnego - podany numer telefonu milczał jak zaklęty, więc po jakimś czasie wysłałam oficjalne pismo z prośbą o stawienie się rodzicielki w szkole. Zamiast niej przyjechała o dwa lata starsza siostra Mariusza - a zatem już pełnoletnia - tłumacząc, że matka jest obłożnie chora i fizycznie nie jest w stanie przybyć do szkoły [rodzina mieszka pod miastem, dobre kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kilometrów od Zoo]. Rzecz jasna nie bardzo mi się to spodobało, ale co było robić - omówiłam problemy związane z Mariuszem, tym bardziej, że siostra sprawiła na mnie wrażenie sensownej i myślącej osoby. Był to jednak mój pierwszy i ostatni kontakt z kimkolwiek dorosłym, bo na następne zebrania nikt się już nie fatygował, a telefon był tradycyjnie głuchy. Mariusz dalej chodził tak, jak wcześniej, czyli prawie wcale i był nieklasyfikowany na półrocze z większości przedmiotów. Klasyczny przypadek ucznia, którego w Zoo nazywamy "martwą duszą" - jest zapisany do szkoły, bo do uzyskania pełnoletności gdzieś widnieć musi, ale wcale nie jest zainteresowany zaliczeniem chociażby tego gimnazjum, więc jest potencjalnym kandydatem do skreślenia, kiedy tylko skończy 18 lat. Nic nowego u nas - smutne, ale prawdziwe.
Co zatem wyjątkowego jest w tej historii, że o niej wspominam? Dwa dni temu skontaktowała się ze mną społeczna kuratorka rodziny Mariusza [a do tej pory nie miałam nawet informacji, że chłopak ma kuratora...] i od niej dowiedziałam się, jak się sprawy mają. Otóż generalnie dzieciaki są pozostawione same sobie, bo mamusia jest osobą imprezową i do jej stałego repertuaru należy znikanie na długie miesiące. Każde dziecko ma z innym mężczyzną, przy czym tylko najstarsza córka dostaje jakieś alimenty [dopóki się uczy], bo tylko w jej przypadku znane są dane personalne tatusia... W domu z nimi mieszka jeszcze babcia, która jednak sama potrzebuje opieki, bo jest poważnie chora. Ciężar ten rzecz jasna spada na wnuki, jako że matka Mariusza kompletnie nie poczuwa się do żadnych obowiązków. Aktualnie nie wiadomo nawet, gdzie przebywa - podobno poznała jakiegoś faceta przez Internet, wzięła ze sobą najmłodszego, 6-letniego syna i zniknęła, nie zostawiając pozostałej dwójce dzieci ŻADNYCH środków do życia. Mariusz więc nie chodzi obecnie do szkoły z przyczyn bardzo przyziemnych - po prostu nie ma nawet za co do niej dojechać.
I tu - wbrew moim liberalnym poglądom - pojawia mi się od razu pytanie: dlaczego PAŃSTWO nie interweniuje i pozwala na coś takiego? Odpowiedzią jest jak zwykle w Polsce biurokracja i ślepota urzędników. Rodzince trafiła się bowiem wyjątkowo pobłażliwa sędzina, która nie może zdobyć się na krok pozbawienia matki praw rodzicielskich [czy chociażby ich ograniczenia] i umieszczenia dzieci w domu dziecka czy rodzinach zastępczych, by miały jakąkolwiek szansę na stabilny rozwój. Interwencja jest też utrudniona ze względu na to, że - według słów kuratorki - biedne dzieciaki rzecz jasna kryją matkę jak tylko mogą, bez wahania kłamią w jej obronie i nie dają powiedzieć na nią złego słowa. Efekcik? Może jedynie z najstarszej coś będzie, bo jest na tyle rozsądna, że jakoś potrafi o siebie zadbać, zdała maturę i uczy się w szkole policealnej. Mariusz ma 17 lat i jest w 2 klasie gimnazjum z brakami sięgającymi szkoły podstawowej. A najmłodszy, 6-letni braciszek JUŻ NA STARCIE jest do tyłu: matka nie posyłała go w ogóle do zerówki, przez co nie pójdzie we wrześniu do pierwszej klasy, bo ma za dużo zaległości i dostał odroczenie z poradni. Jeszcze nawet nie zaczął kariery szkolnej, a już jest spadochroniarzem...
Czas na konkluzję. Otóż kiedy tak tego wszystkiego słuchałam, to zalecenia zawarte w "Państwie" Platona dotyczące kontroli nad wychowaniem wydały mi się całkiem sensowne. Patrząc na takie rodzinki, jak ta opisana przeze mnie wyżej, to człowiek naprawdę dochodzi do wniosku, że dzieci nie powinny dorastać pod okiem rodziców - czyli osób przypadkowych - tylko być oddawane już w niemowlęctwie specjalnie do tego przygotowanym pedagogom, którzy się na tym znają i nie zrobią małolatom krzywdy. Może to brzmi brutalnie, ale popatrzcie na ten paradoks: żeby prowadzić głupi samochód, trzeba zdać egzamin na prawo jazdy - ale żeby mieć prawo wychowywać dziecko, nie trzeba przechodzić żadnych testów, niczego się uczyć. Wystarczy sobie tylko je zmajstrować... Czy ktoś mi może powie w związku z tym, że wychowanie człowieka jest łatwiejsze, niż kierowanie samochodem? A jeżeli nie jest, to dlaczego tutaj nie wymaga się żadnego szkolenia, pozwalając, by takie kobiety jak mamusia Mariusza beztrosko niszczyły życie swoim dzieciom?
Nie każdy człowiek z definicji nadaje się do tego, by być rodzicem - tak, jak nikt nie rodzi się ze zdolnością prowadzenia samochodu. A skoro tak, to umiejętność wychowania człowieka powinna być po pierwsze KSZTAŁCONA, a po drugie WERYFIKOWANA. I w razie oblania testu skutkować odebraniem praw rodzicielskich.
poniedziałek, 21 maja 2012
Małpi ustny polski
Miejsce akcji: ławka obok głównego wejścia do Zoo (czyli miejsce, gdzie zwykle małpiątka wychodzą "na szlugensa").
Czas akcji: już dobrze po ósmej rano.
Dramatis personae:
Dragonella - tu w roli egzaminatora maturalnego, udaje się właśnie do sekretariatu po protokoły
Damian - uczeń wyżej wymienionej nauczycielki z klasy zawodowej [rzecz jasna nie zdaje matury ani tego dnia, ani prawdopodobnie w przyszłości]
DAMIAN (z niekłamanym zaskoczeniem)
O jaaaa... Ależ pani dziś odpierdolona!
DRAGONELLA (marszcząc czoło i udając oburzenie)
Że co proszę?!
DAMIAN (udając ogromnie speszonego)
Znaczy się ładnie pani dziś wygląda!
DRAGONELLA (uśmiechając się szeroko)
A dziękuję, dziękuję.
Nadszedł dzień, w którym jedyna klasa maturalna, jaką mieliśmy w naszej przeszanownej placówce oświatowej, podchodziła do matury ustnej z języka polskiego. Wiadomo, że ten egzamin w obecnym kształcie to jedna wielka farsa, pic na wodę i fotomontaż, którego praktycznie nie da się oblać i który nawiasem mówiąc nie liczy się przy rekrutacji na żaden kierunek studiów (poza polonistyką i tego typu wynalazkami). Tym niemniej trzeba go zaliczyć, aby matura była zdana.
Jak być może pamiętacie, rok temu zdawałam Wam relację z odpytywania abiturientów w Centrum Kształcenia dla Dorosłych. W tym roku również miałam tam posiadówkę, nie wydarzyło się jednak nic na tyle godnego uwagi, by stać się materiałem na osobnego posta. Obiecałam sobie jednak, że po ustnej z polskiego w Zoo zmajstruję kilkanaście zdań relacji, bo pewnie jesteście ciekawi, jak nasi - bądź co bądź - specyficzni uczniowie radzą sobie z tego typu doświadczeniem.
Przyznam, że sama jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ ich prezentacje nie odbiegały wcale poziomem od tego, co słyszałam już w trakcie innych egzaminów i to nawet z czasów, kiedy odpytywałam w "normalnym" liceum. Tematy mieli uczciwie przeryte, znali lektury, na jakie się powoływali, nie robili błędów rzeczowych. Były rzecz jasna wystąpienia lepsze i gorsze, wszyscy jednak odpowiadali co najmniej przyzwoicie. Najbardziej obawiałam się o Dominikę. Jest to dziewczę objęte indywidualnym nauczaniem z racji problemów psychicznych będących następstwem uszkodzenia mózgu przez różnego typu środki odurzające, w tym LSD. Większość ostatniego roku liceum Dominika przebywała na oddziale psychiatrycznym w szpitalu, do którego dojeżdżali nauczyciele z naszej szkoły. W takich okolicznościach w ogóle nie było pewne, czy zdoła przystąpić do matury i czy poradzi sobie emocjonalnie z jej zaliczeniem, ale jakoś dała radę. Widać było wyraźnie, że odpowiadała na silnych lekach - mówiła "w zwolnionym tempie", była rozkojarzona, gubiła wątki, a jej zdania miejscami nie bardzo do siebie pasowały, ale w sumie wypowiedź okazała się na tyle składna, że z czystym sumieniem przyznaliśmy jej 10 punktów na 20 możliwych [maturę zdaje się od 6 punktów].
Oczywiście - niemożliwością byłoby, aby w takiej szkole jak nasza wszystko przebiegło bez zakłóceń. Nie zgłosiły się mianowicie trzy ostatnie osoby - pani sekretarka zadzwoniła do nich, przy czym od dwóch pierwszych abiturientów uzyskała informację, że jednak nie przyjdą [jak by nie mogli sami nas o tym poinformować nawiasem mówiąc...], z trzecią zdającą jednak nie zdołała się skontaktować, bo włączała się tylko sekretarka w telefonie komórkowym. Jej egzamin miał się rozpocząć w samo południe, poczekaliśmy więc 10 minut, a ponieważ dziewczęcia nie było, to podziękowałam mojemu koledze z komisji za współpracę, a sama poszłam do sekretariatu zdać protokoły dyrekcji. Pięć minut później zguba się znalazła - maturzystka wparowała do pokoju nauczycielskiego ze zdumieniem, bo przecież ona myślała, że egzamin zaczyna się o 12:30... Nadmienić należy w tym miejscu, że ta sama panna wycięła podobny numer w zeszłym tygodniu na ustnym z języka angielskiego, na który też się nie stawiła, bo pomyliły jej się dni tygodnia. Próbowała się jeszcze wykłócać z Główną Szefową, że niby źle ją poinformowano i wprowadzono w błąd, ale zważywszy na to, że listy z harmonogramem matur wisiały na korytarzu w szkole od co najmniej połowy kwietnia, był to argument delikatnie mówiąc nietrafiony, co jej Szefowa nie przebierając w słowach uświadomiła.
No cóż, maturę w dawnych, pięknych czasach nazywano przecież "egzaminem dojrzałości". Nasza uczennica dobitnie pokazała, ze dojrzała to ona na pewno nie jest, skoro nie zdaje sobie sprawy, że jej psim obowiązkiem jest dokładnie sprawdzić datę i godzinę egzaminu - i to najlepiej kilka razy. Na szczęście akurat tutaj poniesie konsekwencje swojego - sama nie wiem: roztrzepania? niefrasobliwości? braku odpowiedzialności? arogancji? Wszystko jedno, jak to nazwać - dla niej w każdym razie na 100% już za rok matura...
Czas akcji: już dobrze po ósmej rano.
Dramatis personae:
Dragonella - tu w roli egzaminatora maturalnego, udaje się właśnie do sekretariatu po protokoły
Damian - uczeń wyżej wymienionej nauczycielki z klasy zawodowej [rzecz jasna nie zdaje matury ani tego dnia, ani prawdopodobnie w przyszłości]
DAMIAN (z niekłamanym zaskoczeniem)
O jaaaa... Ależ pani dziś odpierdolona!
DRAGONELLA (marszcząc czoło i udając oburzenie)
Że co proszę?!
DAMIAN (udając ogromnie speszonego)
Znaczy się ładnie pani dziś wygląda!
DRAGONELLA (uśmiechając się szeroko)
A dziękuję, dziękuję.
Nadszedł dzień, w którym jedyna klasa maturalna, jaką mieliśmy w naszej przeszanownej placówce oświatowej, podchodziła do matury ustnej z języka polskiego. Wiadomo, że ten egzamin w obecnym kształcie to jedna wielka farsa, pic na wodę i fotomontaż, którego praktycznie nie da się oblać i który nawiasem mówiąc nie liczy się przy rekrutacji na żaden kierunek studiów (poza polonistyką i tego typu wynalazkami). Tym niemniej trzeba go zaliczyć, aby matura była zdana.
Jak być może pamiętacie, rok temu zdawałam Wam relację z odpytywania abiturientów w Centrum Kształcenia dla Dorosłych. W tym roku również miałam tam posiadówkę, nie wydarzyło się jednak nic na tyle godnego uwagi, by stać się materiałem na osobnego posta. Obiecałam sobie jednak, że po ustnej z polskiego w Zoo zmajstruję kilkanaście zdań relacji, bo pewnie jesteście ciekawi, jak nasi - bądź co bądź - specyficzni uczniowie radzą sobie z tego typu doświadczeniem.
Przyznam, że sama jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ ich prezentacje nie odbiegały wcale poziomem od tego, co słyszałam już w trakcie innych egzaminów i to nawet z czasów, kiedy odpytywałam w "normalnym" liceum. Tematy mieli uczciwie przeryte, znali lektury, na jakie się powoływali, nie robili błędów rzeczowych. Były rzecz jasna wystąpienia lepsze i gorsze, wszyscy jednak odpowiadali co najmniej przyzwoicie. Najbardziej obawiałam się o Dominikę. Jest to dziewczę objęte indywidualnym nauczaniem z racji problemów psychicznych będących następstwem uszkodzenia mózgu przez różnego typu środki odurzające, w tym LSD. Większość ostatniego roku liceum Dominika przebywała na oddziale psychiatrycznym w szpitalu, do którego dojeżdżali nauczyciele z naszej szkoły. W takich okolicznościach w ogóle nie było pewne, czy zdoła przystąpić do matury i czy poradzi sobie emocjonalnie z jej zaliczeniem, ale jakoś dała radę. Widać było wyraźnie, że odpowiadała na silnych lekach - mówiła "w zwolnionym tempie", była rozkojarzona, gubiła wątki, a jej zdania miejscami nie bardzo do siebie pasowały, ale w sumie wypowiedź okazała się na tyle składna, że z czystym sumieniem przyznaliśmy jej 10 punktów na 20 możliwych [maturę zdaje się od 6 punktów].
Oczywiście - niemożliwością byłoby, aby w takiej szkole jak nasza wszystko przebiegło bez zakłóceń. Nie zgłosiły się mianowicie trzy ostatnie osoby - pani sekretarka zadzwoniła do nich, przy czym od dwóch pierwszych abiturientów uzyskała informację, że jednak nie przyjdą [jak by nie mogli sami nas o tym poinformować nawiasem mówiąc...], z trzecią zdającą jednak nie zdołała się skontaktować, bo włączała się tylko sekretarka w telefonie komórkowym. Jej egzamin miał się rozpocząć w samo południe, poczekaliśmy więc 10 minut, a ponieważ dziewczęcia nie było, to podziękowałam mojemu koledze z komisji za współpracę, a sama poszłam do sekretariatu zdać protokoły dyrekcji. Pięć minut później zguba się znalazła - maturzystka wparowała do pokoju nauczycielskiego ze zdumieniem, bo przecież ona myślała, że egzamin zaczyna się o 12:30... Nadmienić należy w tym miejscu, że ta sama panna wycięła podobny numer w zeszłym tygodniu na ustnym z języka angielskiego, na który też się nie stawiła, bo pomyliły jej się dni tygodnia. Próbowała się jeszcze wykłócać z Główną Szefową, że niby źle ją poinformowano i wprowadzono w błąd, ale zważywszy na to, że listy z harmonogramem matur wisiały na korytarzu w szkole od co najmniej połowy kwietnia, był to argument delikatnie mówiąc nietrafiony, co jej Szefowa nie przebierając w słowach uświadomiła.
No cóż, maturę w dawnych, pięknych czasach nazywano przecież "egzaminem dojrzałości". Nasza uczennica dobitnie pokazała, ze dojrzała to ona na pewno nie jest, skoro nie zdaje sobie sprawy, że jej psim obowiązkiem jest dokładnie sprawdzić datę i godzinę egzaminu - i to najlepiej kilka razy. Na szczęście akurat tutaj poniesie konsekwencje swojego - sama nie wiem: roztrzepania? niefrasobliwości? braku odpowiedzialności? arogancji? Wszystko jedno, jak to nazwać - dla niej w każdym razie na 100% już za rok matura...
wtorek, 15 maja 2012
Dżastin Biber
Co tu dużo ukrywać - ok. 80% uczniów Zoo stanowią dzieciaki "bardzo słabe intelektualnie" [jeśli wolno mi użyć w tym miejscu owego pojemnego eufemizmu...], których dotychczasowe doświadczenia edukacyjne to jeden wielki niewypał. Przyczyny oczywiście mogą być rozmaite, a najczęściej w przypadku jednego ucznia występuje ich kilka na raz. Wymienię niektóre z nich, takie pierwsze z brzegu:
- tzw. pogranicze normy intelektualnej - mówiąc bez naukowego zadęcia oznacza to, że delikwent jest za głupi, by nadążyć w zwykłej szkole za przeciętnymi rówieśnikami, ale jednak za mądry, by można go było z czystym sumieniem wykopać do szkoły specjalnej
- poważne zaburzenia emocjonalne - nie wnikając tutaj w przyczyny tego zjawiska, mamy do czynienia z uczniem, którego mózg funkcjonuje całkiem sprawnie, ale dziecko na tyle nie radzi sobie z emocjami [szczególnie tymi negatywnymi], że przeszkadza mu to w podporządkowaniu się zasadom obowiązującym w normalnej placówce edukacyjnej. Co z tego więc, że intelektualnie jest w porządku, skoro nie potrafi nauczyć się czegokolwiek z powodu napadów szału czy histerii?
- ADHD - część z Was się zapewne obruszy, że nie ma czegoś takiego i że to XX-wieczny wymysł rodziców, którzy nie radzą sobie z niegrzecznymi dziećmi. Ja niestety po prawie dwuletniej pracy w Zoo nie mam najmniejszych wątpliwości, że to zaburzenie natury neurologicznej jak najbardziej istnieje, bo zbyt wielu już widziałam uczniów, którzy naprawdę nie są w stanie usiedzieć spokojnie kilku minut ani tym bardziej skupić uwagi na jednym zadaniu od początku do końca
- "dysy" - czyli dysleksja, dysgrafia, dysortografia... Podobnie jak w przypadku ADHD nierzadko pojawiają się głosy, że nie ma "dysów", są tylko leniwi uczniowie. I podobnie mogę Wam zaręczyć, że te dysfunkcje naprawdę istnieją w postaci delikwentów, którzy w skrajnych przypadkach nie są nawet w stanie nauczyć się czytać.
- uszkodzenia mózgu - będące wynikiem eksperymentowania lub wręcz nałogowego przyjmowania różnego rodzaju substancji, od alkoholu począwszy, a na "kwasie" skończywszy. Mamy tu np. małpki z łepetynami tak dziurawymi od długoletniego palenia trawki, że wszelki racjonalny kontakt z nimi jest nad wyraz utrudniony [a co dopiero mówić o nauczeniu ich czegokolwiek...].
Uczniowie słabi intelektualnie stanowią większość populacji Zoo, nic więc zatem dziwnego, że poziom nauczania w naszej wesołej placówce musi być na tyle niski, na ile to możliwe w ramach podstawy programowej, bo w końcu nie jesteśmy szkołą specjalną. Uczęszcza tu jednak grupka i takich dzieciaków, których mózgi są ostre jak brzytwy, ale które z innych powodów życiowych "wypadły z systemu" - czyli ich papiery wyglądają tak, że żadna zwyczajna szkoła ich nie przyjmie. Jakie to mogą być powody? Ano też rozmaite i tutaj ciężko jest tworzyć jakieś ogólne kategorie, bo zazwyczaj co małpka, to inna tragedia życiowa. Dla przykładu - przypominacie sobie zapewne Miszę, czyli przemiłego chłopca z Ukrainy, którego jedyną zbrodnią była za słaba znajomość języka polskiego. Najsmutniejsze jest, jeśli kłopoty danego ucznia są przez niego zupełnie niezawinione, bo miał po prostu pecha urodzić się w kiepskiej rodzinie, w której nie zapewniono mu odpowiednich warunków rozwoju.
Jeszcze osobna kategoria to - mówiąc ogólnie - kryminaliści, czyli delikwenci z mniej lub bardziej bogatą dokumentacją policyjną. Na tę grupę trzeba uważać w szczególności, skoro mamy do czynienia z niegłupim [a nierzadko nawet - bardzo inteligentnym], ale zdemoralizowanym młodym człowiekiem. I do tej właśnie przegródki należałoby zaliczyć tytułowego Dżastina Bibera, który przed tygodniem wylądował w 3A, czyli klasie Jadzi.
Czemu ochrzciłam go Dżastinem Biberem, rzecz jasna wtedy, kiedy zainteresowany nie może tego słyszeć? Odpowiedź jest banalna - z powodu fizycznego podobieństwa do tego bożyszcza amerykańskich nastolatek. No daję Wam słowo, z twarzy istny "Biberek", ale też i fryzurka, i styl ubioru dopełniają wizerunku. Chłopak trafił do nas za alkohol i kradzieże wprost z pogotowia opiekuńczego, gdzie oczekuje na rozprawę sądową. I im dłużej mam możliwość go obserwować, tym bardziej jasne jest dla mnie, że na całe szczęście dla niego do końca roku zostało raptem 1,5 miesiąca. A to dlatego, że na dłuższą metę nie miałby w Zoo życia.
Powód pierwszy: wygląd. Jest zbyt śliczniutki, czyściutki i zadbany, by inne małpki mu to odpuściły. Inna sprawa, że zważywszy na fakt przebywania chłopaka w pogotowiu opiekuńczym, to ten stan i tak nie potrwa zbyt długo, bo - mówiąc brutalnie językiem naszych uczniów - zwyczajnie go tam przecwelą...
Powód drugi, o wiele ważniejszy: Dżastin bije każdego ucznia Zoo na głowę pod względem zarówno intelektualnym, jak i zgromadzonych wiadomości. Zresztą, sam chłopak jeszcze do końca nie zdaje sobie sprawę, jak niski poziom nauczania utrzymujemy z naszej placówce, dlatego bez przerwy wychyla się z czymś, co jest dla niego oczywiste, a potem wybałusza oczy, kiedy inni uczniowie patrzą na niego jak na kosmitę. Myślę też, że powoli rodzi się w nim frustracja wynikająca ze świadomości, że tutaj nie tylko niczego się nie nauczy, ale jeszcze może się uwstecznić.
Chcecie kilka przykładów? Oto lekcja historii. Marzenka opowiadała im na lekcji o powstaniu listopadowym i na wstępie zapytała, czy ktoś kojarzy datę utraty przez Polskę niepodległości. Biberek bez chwili zastanowienia wyrecytował jej daty WSZYSTKICH TRZECH rozbiorów, a potem z niepokojem rozejrzał się po klasie odkrywszy, że reszta małpek patrzy na niego z ukosa. Na następnej lekcji kilka dni potem dostali Karty Pracy - chłopak rozwalił swoją w 15 minut, a ponieważ mu się nudziło, to spytał, czy mogłaby go pani przepytać z powstania, bo się nauczył. Marzenka rzecz jasna wzięła go do odpowiedzi, a potem postawiła piątkę, bo faktycznie umiał wszystko bez zająknięcia. Jakie było jej zdziwienie, kiedy Dżastin podszedł do niej na przerwie, aby upewnić się, czy ona nie żartowała i czy odpowiedź ustna w tej szkole zawsze tak wygląda. "Bo wie pani - tłumaczył - zawsze to nauczyciele pytają z trzech ostatnich lekcji, a nie z jednej i za coś takiego to mógłbym co najwyżej dostać plusa, jeśli pani była w dobrym humorze...".
A jak jest na polskim? Na pierwszych zajęciach - a był to jednocześnie jego pierwszy dzień w szkole - był wyraźnie zdegustowany, że tekst, który im przyniosłam, jest za prosty. "Przecież to jest poziom piątej klasy podstawówki..." - zawyrokował krzywiąc się. Jak zwykle w takich wypadkach nawet nie drgnęła mi powieka [tym bardziej, że skubany miał przecież rację...], tylko spokojnie, lekko żartobliwym tonem oświadczyłam mniej więcej w tym stylu:
- Cieszę się, że ćwiczenia nie sprawiają ci trudności, ale tak to jest, że proste jest tylko to, co nie sprawia nam kłopotu... Dla jednego coś jest oczywiste, a dla drugiego trudne, prawda? A gdybyśmy wszyscy wszystko umieli, to szkoły nie byłyby potrzebne, a ja nie miałabym pracy :)
Na kolejnej lekcji Dżastin przeżył szok, kiedy zrobiłam im ćwiczenie z głośnego czytania - myślał, że żartuję, ale kiedy usłyszał, jak zacinają się jego koledzy, to przestał wygłaszać jakiekolwiek komentarze, tylko patrzył oczami coraz szerszymi ze zdziwienia. Na trzecich zajęciach początkowo w ogóle nie wykazywał chęci współpracy [był wyraźnie znudzony i zniechęcony, czemu trudno się dziwić], ale na szczęście przewidziałam dla nich ćwiczenia indywidualne. Mówimy akurat o manipulacji i perswazji w reklamach i po wykładzie teoretycznym każda z małpek dostała swoją własną reklamę z poleceniem opowiedzenia o niej - jakie chwyty językowe i wizualne w niej zastosowano, żeby nakłonić konsumenta do kupna towaru. Tu przynajmniej Biberek mógł rozwinąć skrzydła, a i ja zadbałam, by trafił mu się interesujący przykład, o którym można sporo powiedzieć. I rzeczywiście wygłosił bardzo dojrzałą analizę, za którą mogłam go pochwalić, a także z czystym sumieniem postawić mu piątkę. Notabene była to jedyna tak wysoka ocena w klasie, ale pozostałe małpki nie protestowały, bo przyzwyczaiłam je do tego, że mimo wszystko nie rozdaję piątek za frajer, nawet w takiej szkole, jak nasza. Dżastin też chyba czuł, że nie postawiłam mu oceny na wyrost, bo usiadł wyraźnie zadowolony.
Połowa maja i cały czerwiec... No cóż, może chłopaka nie rozniosą, ale niech u nas w liceum czy w zawodówce raczej nie zostaje. Swoją drogą, co za idiota, żeby przy takim poziomie intelektualnym na własne życzenie narobić sobie kłopotów z prawem?
- tzw. pogranicze normy intelektualnej - mówiąc bez naukowego zadęcia oznacza to, że delikwent jest za głupi, by nadążyć w zwykłej szkole za przeciętnymi rówieśnikami, ale jednak za mądry, by można go było z czystym sumieniem wykopać do szkoły specjalnej
- poważne zaburzenia emocjonalne - nie wnikając tutaj w przyczyny tego zjawiska, mamy do czynienia z uczniem, którego mózg funkcjonuje całkiem sprawnie, ale dziecko na tyle nie radzi sobie z emocjami [szczególnie tymi negatywnymi], że przeszkadza mu to w podporządkowaniu się zasadom obowiązującym w normalnej placówce edukacyjnej. Co z tego więc, że intelektualnie jest w porządku, skoro nie potrafi nauczyć się czegokolwiek z powodu napadów szału czy histerii?
- ADHD - część z Was się zapewne obruszy, że nie ma czegoś takiego i że to XX-wieczny wymysł rodziców, którzy nie radzą sobie z niegrzecznymi dziećmi. Ja niestety po prawie dwuletniej pracy w Zoo nie mam najmniejszych wątpliwości, że to zaburzenie natury neurologicznej jak najbardziej istnieje, bo zbyt wielu już widziałam uczniów, którzy naprawdę nie są w stanie usiedzieć spokojnie kilku minut ani tym bardziej skupić uwagi na jednym zadaniu od początku do końca
- "dysy" - czyli dysleksja, dysgrafia, dysortografia... Podobnie jak w przypadku ADHD nierzadko pojawiają się głosy, że nie ma "dysów", są tylko leniwi uczniowie. I podobnie mogę Wam zaręczyć, że te dysfunkcje naprawdę istnieją w postaci delikwentów, którzy w skrajnych przypadkach nie są nawet w stanie nauczyć się czytać.
- uszkodzenia mózgu - będące wynikiem eksperymentowania lub wręcz nałogowego przyjmowania różnego rodzaju substancji, od alkoholu począwszy, a na "kwasie" skończywszy. Mamy tu np. małpki z łepetynami tak dziurawymi od długoletniego palenia trawki, że wszelki racjonalny kontakt z nimi jest nad wyraz utrudniony [a co dopiero mówić o nauczeniu ich czegokolwiek...].
Uczniowie słabi intelektualnie stanowią większość populacji Zoo, nic więc zatem dziwnego, że poziom nauczania w naszej wesołej placówce musi być na tyle niski, na ile to możliwe w ramach podstawy programowej, bo w końcu nie jesteśmy szkołą specjalną. Uczęszcza tu jednak grupka i takich dzieciaków, których mózgi są ostre jak brzytwy, ale które z innych powodów życiowych "wypadły z systemu" - czyli ich papiery wyglądają tak, że żadna zwyczajna szkoła ich nie przyjmie. Jakie to mogą być powody? Ano też rozmaite i tutaj ciężko jest tworzyć jakieś ogólne kategorie, bo zazwyczaj co małpka, to inna tragedia życiowa. Dla przykładu - przypominacie sobie zapewne Miszę, czyli przemiłego chłopca z Ukrainy, którego jedyną zbrodnią była za słaba znajomość języka polskiego. Najsmutniejsze jest, jeśli kłopoty danego ucznia są przez niego zupełnie niezawinione, bo miał po prostu pecha urodzić się w kiepskiej rodzinie, w której nie zapewniono mu odpowiednich warunków rozwoju.
Jeszcze osobna kategoria to - mówiąc ogólnie - kryminaliści, czyli delikwenci z mniej lub bardziej bogatą dokumentacją policyjną. Na tę grupę trzeba uważać w szczególności, skoro mamy do czynienia z niegłupim [a nierzadko nawet - bardzo inteligentnym], ale zdemoralizowanym młodym człowiekiem. I do tej właśnie przegródki należałoby zaliczyć tytułowego Dżastina Bibera, który przed tygodniem wylądował w 3A, czyli klasie Jadzi.
Czemu ochrzciłam go Dżastinem Biberem, rzecz jasna wtedy, kiedy zainteresowany nie może tego słyszeć? Odpowiedź jest banalna - z powodu fizycznego podobieństwa do tego bożyszcza amerykańskich nastolatek. No daję Wam słowo, z twarzy istny "Biberek", ale też i fryzurka, i styl ubioru dopełniają wizerunku. Chłopak trafił do nas za alkohol i kradzieże wprost z pogotowia opiekuńczego, gdzie oczekuje na rozprawę sądową. I im dłużej mam możliwość go obserwować, tym bardziej jasne jest dla mnie, że na całe szczęście dla niego do końca roku zostało raptem 1,5 miesiąca. A to dlatego, że na dłuższą metę nie miałby w Zoo życia.
Powód pierwszy: wygląd. Jest zbyt śliczniutki, czyściutki i zadbany, by inne małpki mu to odpuściły. Inna sprawa, że zważywszy na fakt przebywania chłopaka w pogotowiu opiekuńczym, to ten stan i tak nie potrwa zbyt długo, bo - mówiąc brutalnie językiem naszych uczniów - zwyczajnie go tam przecwelą...
Powód drugi, o wiele ważniejszy: Dżastin bije każdego ucznia Zoo na głowę pod względem zarówno intelektualnym, jak i zgromadzonych wiadomości. Zresztą, sam chłopak jeszcze do końca nie zdaje sobie sprawę, jak niski poziom nauczania utrzymujemy z naszej placówce, dlatego bez przerwy wychyla się z czymś, co jest dla niego oczywiste, a potem wybałusza oczy, kiedy inni uczniowie patrzą na niego jak na kosmitę. Myślę też, że powoli rodzi się w nim frustracja wynikająca ze świadomości, że tutaj nie tylko niczego się nie nauczy, ale jeszcze może się uwstecznić.
Chcecie kilka przykładów? Oto lekcja historii. Marzenka opowiadała im na lekcji o powstaniu listopadowym i na wstępie zapytała, czy ktoś kojarzy datę utraty przez Polskę niepodległości. Biberek bez chwili zastanowienia wyrecytował jej daty WSZYSTKICH TRZECH rozbiorów, a potem z niepokojem rozejrzał się po klasie odkrywszy, że reszta małpek patrzy na niego z ukosa. Na następnej lekcji kilka dni potem dostali Karty Pracy - chłopak rozwalił swoją w 15 minut, a ponieważ mu się nudziło, to spytał, czy mogłaby go pani przepytać z powstania, bo się nauczył. Marzenka rzecz jasna wzięła go do odpowiedzi, a potem postawiła piątkę, bo faktycznie umiał wszystko bez zająknięcia. Jakie było jej zdziwienie, kiedy Dżastin podszedł do niej na przerwie, aby upewnić się, czy ona nie żartowała i czy odpowiedź ustna w tej szkole zawsze tak wygląda. "Bo wie pani - tłumaczył - zawsze to nauczyciele pytają z trzech ostatnich lekcji, a nie z jednej i za coś takiego to mógłbym co najwyżej dostać plusa, jeśli pani była w dobrym humorze...".
A jak jest na polskim? Na pierwszych zajęciach - a był to jednocześnie jego pierwszy dzień w szkole - był wyraźnie zdegustowany, że tekst, który im przyniosłam, jest za prosty. "Przecież to jest poziom piątej klasy podstawówki..." - zawyrokował krzywiąc się. Jak zwykle w takich wypadkach nawet nie drgnęła mi powieka [tym bardziej, że skubany miał przecież rację...], tylko spokojnie, lekko żartobliwym tonem oświadczyłam mniej więcej w tym stylu:
- Cieszę się, że ćwiczenia nie sprawiają ci trudności, ale tak to jest, że proste jest tylko to, co nie sprawia nam kłopotu... Dla jednego coś jest oczywiste, a dla drugiego trudne, prawda? A gdybyśmy wszyscy wszystko umieli, to szkoły nie byłyby potrzebne, a ja nie miałabym pracy :)
Na kolejnej lekcji Dżastin przeżył szok, kiedy zrobiłam im ćwiczenie z głośnego czytania - myślał, że żartuję, ale kiedy usłyszał, jak zacinają się jego koledzy, to przestał wygłaszać jakiekolwiek komentarze, tylko patrzył oczami coraz szerszymi ze zdziwienia. Na trzecich zajęciach początkowo w ogóle nie wykazywał chęci współpracy [był wyraźnie znudzony i zniechęcony, czemu trudno się dziwić], ale na szczęście przewidziałam dla nich ćwiczenia indywidualne. Mówimy akurat o manipulacji i perswazji w reklamach i po wykładzie teoretycznym każda z małpek dostała swoją własną reklamę z poleceniem opowiedzenia o niej - jakie chwyty językowe i wizualne w niej zastosowano, żeby nakłonić konsumenta do kupna towaru. Tu przynajmniej Biberek mógł rozwinąć skrzydła, a i ja zadbałam, by trafił mu się interesujący przykład, o którym można sporo powiedzieć. I rzeczywiście wygłosił bardzo dojrzałą analizę, za którą mogłam go pochwalić, a także z czystym sumieniem postawić mu piątkę. Notabene była to jedyna tak wysoka ocena w klasie, ale pozostałe małpki nie protestowały, bo przyzwyczaiłam je do tego, że mimo wszystko nie rozdaję piątek za frajer, nawet w takiej szkole, jak nasza. Dżastin też chyba czuł, że nie postawiłam mu oceny na wyrost, bo usiadł wyraźnie zadowolony.
Połowa maja i cały czerwiec... No cóż, może chłopaka nie rozniosą, ale niech u nas w liceum czy w zawodówce raczej nie zostaje. Swoją drogą, co za idiota, żeby przy takim poziomie intelektualnym na własne życzenie narobić sobie kłopotów z prawem?
niedziela, 6 maja 2012
Matury i inne bzdury
Jakie mam zdanie odnośnie poziomu polskiego szkolnictwa, to moi Czytelnicy z grubsza wiedzą - przynajmniej ci, którzy śledzą tę witrynę regularnie od dłuższego czasu. Wyraźną cezurą, od której rozpoczęło się systemowe ogłupianie młodzieży, jest zlikwidowanie 8-letniej podstawówki, a wprowadzenie gimnazjum. Co za tym idzie, obywatel naszego słodkiego kraju urodzony po 1986 roku kończy edukację jako niedouczony ignorant, jeśli zadowala się wyłącznie tym, co mu oferuje masowe, powszechne kształcenie.
Zgadzam się, że stary system szkolnictwa był archaiczny w odniesieniu do nowej rzeczywistości. To prawda, że w dobie łatwego dostępu do wszelkich informacji nie ma potrzeby rycia aż tylu rzeczy na pamięć, co nasi rodzice [o przedwojennych pokoleniach nie wspominając]. Racją jest również, że przed reformą serwowano uczniom zbyt wiele wiedzy teoretycznej kosztem praktyki [mam tu na myśli edukację ogólną, a więc licea i studia, bo stare zawodówki czy kierunki techniczne były chlubnym wyjątkiem od reguły]. W rezultacie wypuszczano absolwentów z mózgami pełnymi wszelakich możliwych informacji, których jednak nie umieli zastosować w rzeczywistości. System jednak należało NAPRAWIĆ, a nie go doszczętnie rozwalać. Zniszczono stare, nie wprowadzając na to miejsce niczego lepszego. Co z tego, że od uczniów nie wymaga się już pamięciowego opanowania rozmaitych szczególików, które faktycznie w każdej chwili mogą sobie sprawdzić - jeśli nie uczy się ich SELEKCJI DANYCH. Nie potrafią rozróżnić, co z tego śmietnika informacji [którym de facto jest np. Internet] jest wartościowe, a co nie. Co gorsza, nie potrafią też zdobyć się na jakąkolwiek osobistą refleksję, brak im też często zwyczajnie słownictwa, którym mogliby opisać otaczający ich świat. W rezultacie wyrosło nam pokolenie "kopiuj-wklej", czyli ludzi bezrefleksyjnie przetwarzających informacyjną papkę, którą się im serwuje.
Dlaczego o tym akurat teraz mówię? Za nami seria egzaminów gimnazjalnych, a maturalne właśnie są w toku. Po raz kolejny przychodzi mi załamywać ręce, kiedy przeglądam arkusze egzaminacyjne i ponuro zadawać sobie jakże retoryczne pytanie: do czego to, kurna, wszystko ma prowadzić? Nie wymaga się od tych dzieciaków jakiejkolwiek wiedzy, a jedyne, co jest sprawdzane, to nawyk schematycznego myślenia. Wiecie jednak, co w tym wszystkim jest "najzabawniejsze"? Otóż - może będziecie zaskoczeni - ale zadania gimnazjalne są trudniejsze i bardziej ambitne, niż matura! Być może osoby układające testy zdają sobie sprawę, że 14-15 latkowie są jeszcze w takim wieku, w którym po prostu nie da się ich włożyć do sztywnych szuflad i nakazać jednolitego sposobu myślenia. Wiedzą, że gdyby na tym etapie rozwoju zaserwować im sztywny, jednoznaczny klucz do dłuższej wypowiedzi pisemnej, to 3/4 dzieciaków oblałaby egzamin. Zostawia się im więc jeszcze jako-taką swobodę wyrażania myśli, by trzy lata potem - podczas matury - sprawdzić, czy zamienili się już w grzeczniutkie, półmózgie robociki, które napiszą dokładnie to, co trzeba i ani mniej, ani więcej.
Konkrety? A proszę bardzo. Nie będę skupiała się na analizie części testowej obu egzaminów [to temat na osobnego posta - dość zaznaczyć, że w ogóle rozwiązywanie testów wyboru z języka polskiego uważam za uwłaczające inteligencji], ale przyjrzyjmy się tematom dłuższych wypowiedzi pisemnych. Wypracowanie powinno sprawdzać umiejętność budowania toku myślowego w sposób logiczny, zaplanowany i rzecz jasna zgodny z normami językowymi, ale także dawać możliwość wykazania się abstrakcyjnym myśleniem, analizy danych, kojarzenia faktów, samodzielnego wyciągania wniosków i krytycznej oceny. Tjaaa... Tylko jak to zrobić, jeśli do wypracowania maturalnego dołączony jest schematyczny klucz, w który trzeba się wstrzelić pod groźbą oblania egzaminu?
Napisałam wyżej, że wypracowanie na egzaminie gimnazjalnym jest trudniejsze, niż maturalne. Trudniejsze - czyli wymagające samodzielnego myślenia. Nie wierzycie? No to popatrzcie na tegoroczne tematy:
GIMNAZJUM: „Literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki”. Rozważ słuszność tego stwierdzenia w rozprawce. Zilustruj swoje argumenty przykładami literackimi.
MATURA:
Temat 1: Wyjaśnij symbolikę lewej i prawej strony oraz jej znaczenie dla wymowy utworu, analizując przytoczony fragment III części "Dziadów" Adama Mickiewicza. Zwróć uwagę na postać Nowosilcowa i postawy innych bohaterów wobec niego.
Temat 2: Porównaj postawy życiowe Izabeli Łęckiej i Joanny Podborskiej ukazane w podanych fragmentach "Lalki" Bolesława Prusa i "Ludzi bezdomnych" Stefana Żeromskiego. Odwołując się do znajomości utworów, zwróć uwagę na okoliczności, które miały wpływ na ukształtowanie osobowości bohaterek.
Czego oczekujemy zatem od gimnazjalisty? Ma co prawda za zadanie udowodnić z góry narzucone twierdzenie - a ideałem byłoby, gdyby rozprawkę oparto na hipotezie i POZWOLONO się uczniowi nie zgodzić z podanym założeniem - np. "Czy uważasz, że literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki?". Delikwent mógłby być zdania, że wcale nie, bo - dajmy na to - literatura to subiektywny punkt widzenia autora, bujda na resorach, a poznać minione wieki to można co najwyżej ze źródeł historycznych. Poza tym jednak młody człowiek ma możliwość odwołania się w przykładach do dowolnie wybranych przez siebie książek, a więc nie tylko lektur. Może wykazać się wiedzą [jeśli ją posiada...], popisać się erudycją, oryginalnością, bo nikt mu tu nie nakłada żadnego kagańca. W rezultacie sprawdzający dostanie bardzo różne prace, a wszystkie potencjalnie mogą być dobre - pod warunkiem, że są logiczne, na temat i trzymają się konwencji rozprawki.
Czego tymczasem wymagamy od maturzysty?
W przypadku pierwszego tematu zauważcie, że nie musi on na dobrą sprawę znać nawet całej lektury, bo wymagają od niego WYŁĄCZNIE analizy przytoczonego fragmentu. Pytanie o znaczenie "symboliki lewej i prawej strony" jest tak jednoznaczne i sztampowe, że wyjaśnia je każdy bryk czy notatka w podręczniku. Uczeń nie ma tu żadnego pola manewru - aby zrealizować temat, musi napisać dokładnie to, co trzeba, czyli to, co prawdopodobnie znajduje się w kluczu. Aby jednak młody człowiek nie miał już żadnych wątpliwości, jaki dokładnie tok myślenia ma zaprezentować, to dołożono drugą część pytania, wskazano bezczelnie paluchem, aby broń Boże nie zapomniał o Nowosilcowie!
Drugi temat wydaje się trudniejszy, mamy bowiem zestawione dwie lektury. Porównanie bohaterek ma się dokonać na podstawie fragmentów, ale łaskawie każą nam się też odwołać do treści lektury by zawyrokować, co ukształtowało obie panie. Tutaj owszem, bez - przynajmniej pobieżnej - znajomości książek się nie obejdzie. Ale na tym cała trudność się kończy. Tak bowiem dobrano oba fragmenty, by można z nich było wyciągnąć "jedyny słuszny wniosek", że Podborska jest cacy, a Łęcka be. A jak ma być inaczej, skoro refleksja na temat Izabeli pochodzi od nieprzychylnego jej narratora, a Joasię widzimy oczami niej samej, bo zaserwowano nam fragment pamiętnika? Na podstawie tego, co nam podano, po prostu NIE DA SIĘ wyciągnąć innego wniosku, niż ten, który założyła osoba układająca test.
Rezultatem egzaminu ma być powstanie tysięcy bliźniaczych prac, w których abiturienci prezentują identyczny, jedyny słuszny sposób myślenia. Pomijam fakt, że sam poziom tych pytań jest żenujący - "za moich czasów" nadawałyby się co najwyżej przy odpowiedzi ustnej, aby na bieżąco sprawdzić, czy delikwent zna lekturę. Nikomu by nie przyszło do głowy dawać czegoś takiego na maturę.
Czasami cieszę się, że przy obecnym drastycznym spadku poziomu nauczania pracuję w Zoo. Nie przygotowuję dzieciaki "pod egzaminy", nie muszę brać udziału w ich ogłupianiu. One testy i tak mają pod małpimi ogonkami. Mogę sobie pozwolić na luksus swobodnej interpretacji, nakłaniania ich do samodzielnego myślenia - bez obawy, że im zaszkodzę i że przeze mnie nie wstrzelą się w klucz. One i tak mają braki sięgające pierwszych lat podstawówek, a ich wiedza o świecie jest bardzo mała. Czegokolwiek więc ich nie nauczę, to i tak będzie dobrze. Ważne, by ćwiczyły mózg [bo organ nieużywany zanika... :)] i by udało mi się ich czymkolwiek zainteresować.
Z tego punktu widzenia owszem - mam bardzo wdzięczne zadanie :)
Zgadzam się, że stary system szkolnictwa był archaiczny w odniesieniu do nowej rzeczywistości. To prawda, że w dobie łatwego dostępu do wszelkich informacji nie ma potrzeby rycia aż tylu rzeczy na pamięć, co nasi rodzice [o przedwojennych pokoleniach nie wspominając]. Racją jest również, że przed reformą serwowano uczniom zbyt wiele wiedzy teoretycznej kosztem praktyki [mam tu na myśli edukację ogólną, a więc licea i studia, bo stare zawodówki czy kierunki techniczne były chlubnym wyjątkiem od reguły]. W rezultacie wypuszczano absolwentów z mózgami pełnymi wszelakich możliwych informacji, których jednak nie umieli zastosować w rzeczywistości. System jednak należało NAPRAWIĆ, a nie go doszczętnie rozwalać. Zniszczono stare, nie wprowadzając na to miejsce niczego lepszego. Co z tego, że od uczniów nie wymaga się już pamięciowego opanowania rozmaitych szczególików, które faktycznie w każdej chwili mogą sobie sprawdzić - jeśli nie uczy się ich SELEKCJI DANYCH. Nie potrafią rozróżnić, co z tego śmietnika informacji [którym de facto jest np. Internet] jest wartościowe, a co nie. Co gorsza, nie potrafią też zdobyć się na jakąkolwiek osobistą refleksję, brak im też często zwyczajnie słownictwa, którym mogliby opisać otaczający ich świat. W rezultacie wyrosło nam pokolenie "kopiuj-wklej", czyli ludzi bezrefleksyjnie przetwarzających informacyjną papkę, którą się im serwuje.
Dlaczego o tym akurat teraz mówię? Za nami seria egzaminów gimnazjalnych, a maturalne właśnie są w toku. Po raz kolejny przychodzi mi załamywać ręce, kiedy przeglądam arkusze egzaminacyjne i ponuro zadawać sobie jakże retoryczne pytanie: do czego to, kurna, wszystko ma prowadzić? Nie wymaga się od tych dzieciaków jakiejkolwiek wiedzy, a jedyne, co jest sprawdzane, to nawyk schematycznego myślenia. Wiecie jednak, co w tym wszystkim jest "najzabawniejsze"? Otóż - może będziecie zaskoczeni - ale zadania gimnazjalne są trudniejsze i bardziej ambitne, niż matura! Być może osoby układające testy zdają sobie sprawę, że 14-15 latkowie są jeszcze w takim wieku, w którym po prostu nie da się ich włożyć do sztywnych szuflad i nakazać jednolitego sposobu myślenia. Wiedzą, że gdyby na tym etapie rozwoju zaserwować im sztywny, jednoznaczny klucz do dłuższej wypowiedzi pisemnej, to 3/4 dzieciaków oblałaby egzamin. Zostawia się im więc jeszcze jako-taką swobodę wyrażania myśli, by trzy lata potem - podczas matury - sprawdzić, czy zamienili się już w grzeczniutkie, półmózgie robociki, które napiszą dokładnie to, co trzeba i ani mniej, ani więcej.
Konkrety? A proszę bardzo. Nie będę skupiała się na analizie części testowej obu egzaminów [to temat na osobnego posta - dość zaznaczyć, że w ogóle rozwiązywanie testów wyboru z języka polskiego uważam za uwłaczające inteligencji], ale przyjrzyjmy się tematom dłuższych wypowiedzi pisemnych. Wypracowanie powinno sprawdzać umiejętność budowania toku myślowego w sposób logiczny, zaplanowany i rzecz jasna zgodny z normami językowymi, ale także dawać możliwość wykazania się abstrakcyjnym myśleniem, analizy danych, kojarzenia faktów, samodzielnego wyciągania wniosków i krytycznej oceny. Tjaaa... Tylko jak to zrobić, jeśli do wypracowania maturalnego dołączony jest schematyczny klucz, w który trzeba się wstrzelić pod groźbą oblania egzaminu?
Napisałam wyżej, że wypracowanie na egzaminie gimnazjalnym jest trudniejsze, niż maturalne. Trudniejsze - czyli wymagające samodzielnego myślenia. Nie wierzycie? No to popatrzcie na tegoroczne tematy:
GIMNAZJUM: „Literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki”. Rozważ słuszność tego stwierdzenia w rozprawce. Zilustruj swoje argumenty przykładami literackimi.
MATURA:
Temat 1: Wyjaśnij symbolikę lewej i prawej strony oraz jej znaczenie dla wymowy utworu, analizując przytoczony fragment III części "Dziadów" Adama Mickiewicza. Zwróć uwagę na postać Nowosilcowa i postawy innych bohaterów wobec niego.
Temat 2: Porównaj postawy życiowe Izabeli Łęckiej i Joanny Podborskiej ukazane w podanych fragmentach "Lalki" Bolesława Prusa i "Ludzi bezdomnych" Stefana Żeromskiego. Odwołując się do znajomości utworów, zwróć uwagę na okoliczności, które miały wpływ na ukształtowanie osobowości bohaterek.
Czego oczekujemy zatem od gimnazjalisty? Ma co prawda za zadanie udowodnić z góry narzucone twierdzenie - a ideałem byłoby, gdyby rozprawkę oparto na hipotezie i POZWOLONO się uczniowi nie zgodzić z podanym założeniem - np. "Czy uważasz, że literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki?". Delikwent mógłby być zdania, że wcale nie, bo - dajmy na to - literatura to subiektywny punkt widzenia autora, bujda na resorach, a poznać minione wieki to można co najwyżej ze źródeł historycznych. Poza tym jednak młody człowiek ma możliwość odwołania się w przykładach do dowolnie wybranych przez siebie książek, a więc nie tylko lektur. Może wykazać się wiedzą [jeśli ją posiada...], popisać się erudycją, oryginalnością, bo nikt mu tu nie nakłada żadnego kagańca. W rezultacie sprawdzający dostanie bardzo różne prace, a wszystkie potencjalnie mogą być dobre - pod warunkiem, że są logiczne, na temat i trzymają się konwencji rozprawki.
Czego tymczasem wymagamy od maturzysty?
W przypadku pierwszego tematu zauważcie, że nie musi on na dobrą sprawę znać nawet całej lektury, bo wymagają od niego WYŁĄCZNIE analizy przytoczonego fragmentu. Pytanie o znaczenie "symboliki lewej i prawej strony" jest tak jednoznaczne i sztampowe, że wyjaśnia je każdy bryk czy notatka w podręczniku. Uczeń nie ma tu żadnego pola manewru - aby zrealizować temat, musi napisać dokładnie to, co trzeba, czyli to, co prawdopodobnie znajduje się w kluczu. Aby jednak młody człowiek nie miał już żadnych wątpliwości, jaki dokładnie tok myślenia ma zaprezentować, to dołożono drugą część pytania, wskazano bezczelnie paluchem, aby broń Boże nie zapomniał o Nowosilcowie!
Drugi temat wydaje się trudniejszy, mamy bowiem zestawione dwie lektury. Porównanie bohaterek ma się dokonać na podstawie fragmentów, ale łaskawie każą nam się też odwołać do treści lektury by zawyrokować, co ukształtowało obie panie. Tutaj owszem, bez - przynajmniej pobieżnej - znajomości książek się nie obejdzie. Ale na tym cała trudność się kończy. Tak bowiem dobrano oba fragmenty, by można z nich było wyciągnąć "jedyny słuszny wniosek", że Podborska jest cacy, a Łęcka be. A jak ma być inaczej, skoro refleksja na temat Izabeli pochodzi od nieprzychylnego jej narratora, a Joasię widzimy oczami niej samej, bo zaserwowano nam fragment pamiętnika? Na podstawie tego, co nam podano, po prostu NIE DA SIĘ wyciągnąć innego wniosku, niż ten, który założyła osoba układająca test.
Rezultatem egzaminu ma być powstanie tysięcy bliźniaczych prac, w których abiturienci prezentują identyczny, jedyny słuszny sposób myślenia. Pomijam fakt, że sam poziom tych pytań jest żenujący - "za moich czasów" nadawałyby się co najwyżej przy odpowiedzi ustnej, aby na bieżąco sprawdzić, czy delikwent zna lekturę. Nikomu by nie przyszło do głowy dawać czegoś takiego na maturę.
Czasami cieszę się, że przy obecnym drastycznym spadku poziomu nauczania pracuję w Zoo. Nie przygotowuję dzieciaki "pod egzaminy", nie muszę brać udziału w ich ogłupianiu. One testy i tak mają pod małpimi ogonkami. Mogę sobie pozwolić na luksus swobodnej interpretacji, nakłaniania ich do samodzielnego myślenia - bez obawy, że im zaszkodzę i że przeze mnie nie wstrzelą się w klucz. One i tak mają braki sięgające pierwszych lat podstawówek, a ich wiedza o świecie jest bardzo mała. Czegokolwiek więc ich nie nauczę, to i tak będzie dobrze. Ważne, by ćwiczyły mózg [bo organ nieużywany zanika... :)] i by udało mi się ich czymkolwiek zainteresować.
Z tego punktu widzenia owszem - mam bardzo wdzięczne zadanie :)
niedziela, 29 kwietnia 2012
Wrobiona przez Magulca
Znacie "łańcuszki blogowe"? Dla niezorientowanych: są to zabawy polegające na odpowiadaniu na szereg pytań na łamach swojego bloga. Pytania ogniskują wokół jakiegoś przewodniego tematu, a żeby zabawa nie miała końca, to - jak bywa w przypadku łańcuszków - typuje się jednocześnie wśród swoich znajomych blogerów inne ofiary, które mają na swoich własnych witrynach zrobić dokładnie to samo.
Otóż, Panie i Panowie, niniejszym zostałam ustrzelona przez moją ulubioną literacką blogerkę, czyli Mag, do wzięcia udziału w zabawie, której motywem przewodnim są książki. Jest to tematyka jak najbardziej odpowiadająca profilowi mojej witryny, więc chętnie poddam się łańcuszkowemu terrorowi i odpowiem na wskazane pytania. A żeby nie było na mnie, że przerywam krąg, niniejszym wyznaczam kolejnych "skazańców" [mam nadzieję, że się nie obrażą]:
Hipopotam (Makro Hipopotama)
Synafia (Palpitacje mózgu, czyli wdycham pranę)
Ken. G. (Rozmaitości, które cieszą oko)
Almare (Blog Almare)
Oszczędzam Królową Matkę, choć mam wielką ochotę wciągnąć ją na listę, ale jestem świadoma tego, że brała ostatnio udział w kilku łańcuszkach blogowych pod rząd...
A teraz przechodzimy do pytań:
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Wieczorem, po prysznicu, wyłożona w łóżeczku. Nic mnie nie goni, wszystko mam już zrobione i przygotowane, mogę więc spokojnie oddać się lekturze.
2. Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Nie ma jednego, określonego rodzaju. To zależy od wielu czynników: od nastroju, od dnia, który właśnie minął, od etapu życiowego, na którym jestem, albo po prostu od tego, co akurat wartościowego mam pod ręką do czytania.
3.Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś?
Magdalena Samozwaniec, "Tylko dla dziewcząt". Prezent na Dzień Kobiet :)
4. Co czytałaś ostatnio?
Nie powalę Was na kolana - "Kamienie na szaniec" [jak się jest nauczycielem, to trzeba od czasu do czasu odkurzyć warsztat lekturowy].
5. Co czytasz obecnie?
No tę Samozwaniec... Wstyd może i hańba, ale w roku szkolnym czytam skandalicznie mało. Nadrobię w wakacje.
6. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Zakładki, zakładki i jeszcze raz zakładki! W życiu nie zagięłam rogu w książce celowo. Apagae satanas!
7. E-book czy audiobook?
Audiobook i to w ilościach hurtowych. Mam daleko do pracy i podróż komunikacją miejską zajmuje mi ponad 2 godziny dziennie, szkoda więc rzecz jasna czasu na bezproduktywne wpatrywanie się w okno. Niestety tak się składa, że Dragonka od lat najmłodszych cierpi na chorobę lokomocyjną [która wcale jej nie przeszła w okresie dojrzewania, jak zawsze ją pocieszano...], więc próby śledzenia liter podczas jazdy niezawodnie skończyłyby się ozdobnym haftowaniem krzyżykami. Audiobooki są tu dla mnie wybawieniem.
A e-booki? Odpadają. Nie lubię czytania dłuższych tekstów na ekranie. Oczy bolą.
8. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Astrid Lindgren, "Fizia Pończoszanka" oraz Rene Goscinny "Mikołajek".
9. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Osz kurna, trudne pytanie tak bez przygotowania... Pierwsza postać, która przyszła mi do głowy, to Valancy Stirling, bohaterka "Błękitnego zamku" Lucy Mound Montgomery. 29-letnia stara panna [według ówczesnej obyczajowości], stłamszona przez matkę, która w dniu swoich urodzin dowiaduje się, że ma ciężką wadę serca i został jej najwyżej rok życia. Co więc robi? Totalne rozpirdziu...
Hmm... Czemu tych pytań jest 9, a nie 10? Tak do równego rachunku...?
Otóż, Panie i Panowie, niniejszym zostałam ustrzelona przez moją ulubioną literacką blogerkę, czyli Mag, do wzięcia udziału w zabawie, której motywem przewodnim są książki. Jest to tematyka jak najbardziej odpowiadająca profilowi mojej witryny, więc chętnie poddam się łańcuszkowemu terrorowi i odpowiem na wskazane pytania. A żeby nie było na mnie, że przerywam krąg, niniejszym wyznaczam kolejnych "skazańców" [mam nadzieję, że się nie obrażą]:
Hipopotam (Makro Hipopotama)
Synafia (Palpitacje mózgu, czyli wdycham pranę)
Ken. G. (Rozmaitości, które cieszą oko)
Almare (Blog Almare)
Oszczędzam Królową Matkę, choć mam wielką ochotę wciągnąć ją na listę, ale jestem świadoma tego, że brała ostatnio udział w kilku łańcuszkach blogowych pod rząd...
A teraz przechodzimy do pytań:
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Wieczorem, po prysznicu, wyłożona w łóżeczku. Nic mnie nie goni, wszystko mam już zrobione i przygotowane, mogę więc spokojnie oddać się lekturze.
2. Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Nie ma jednego, określonego rodzaju. To zależy od wielu czynników: od nastroju, od dnia, który właśnie minął, od etapu życiowego, na którym jestem, albo po prostu od tego, co akurat wartościowego mam pod ręką do czytania.
3.Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś?
Magdalena Samozwaniec, "Tylko dla dziewcząt". Prezent na Dzień Kobiet :)
4. Co czytałaś ostatnio?
Nie powalę Was na kolana - "Kamienie na szaniec" [jak się jest nauczycielem, to trzeba od czasu do czasu odkurzyć warsztat lekturowy].
5. Co czytasz obecnie?
No tę Samozwaniec... Wstyd może i hańba, ale w roku szkolnym czytam skandalicznie mało. Nadrobię w wakacje.
6. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Zakładki, zakładki i jeszcze raz zakładki! W życiu nie zagięłam rogu w książce celowo. Apagae satanas!
7. E-book czy audiobook?
Audiobook i to w ilościach hurtowych. Mam daleko do pracy i podróż komunikacją miejską zajmuje mi ponad 2 godziny dziennie, szkoda więc rzecz jasna czasu na bezproduktywne wpatrywanie się w okno. Niestety tak się składa, że Dragonka od lat najmłodszych cierpi na chorobę lokomocyjną [która wcale jej nie przeszła w okresie dojrzewania, jak zawsze ją pocieszano...], więc próby śledzenia liter podczas jazdy niezawodnie skończyłyby się ozdobnym haftowaniem krzyżykami. Audiobooki są tu dla mnie wybawieniem.
A e-booki? Odpadają. Nie lubię czytania dłuższych tekstów na ekranie. Oczy bolą.
8. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Astrid Lindgren, "Fizia Pończoszanka" oraz Rene Goscinny "Mikołajek".
9. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Osz kurna, trudne pytanie tak bez przygotowania... Pierwsza postać, która przyszła mi do głowy, to Valancy Stirling, bohaterka "Błękitnego zamku" Lucy Mound Montgomery. 29-letnia stara panna [według ówczesnej obyczajowości], stłamszona przez matkę, która w dniu swoich urodzin dowiaduje się, że ma ciężką wadę serca i został jej najwyżej rok życia. Co więc robi? Totalne rozpirdziu...
Hmm... Czemu tych pytań jest 9, a nie 10? Tak do równego rachunku...?
niedziela, 22 kwietnia 2012
Po wywiadówce
W piątek miałam zebranie z rodzicami - wszak to już połowa drugiego semestru i wypadałoby poinformować, jak się sprawy mają. Jeśli któreś Muppeciątko nałapało jedynek od góry do dołu, to istnieje jeszcze szansa, by się z tego wykaraskało, jeśli w tym momencie weźmie się ostro do roboty. Warto też uświadomić rodziców o przypadkach notorycznych wagarów, żeby pociecha nie wylądowała z serią enkaeli, bo wtedy to już naprawdę pozamiatane.
O zebraniach pisałam już kilka razy i schemat tejże imprezy rzecz jasna się nie zmienił. Najpierw na kilka dni przed obdzwaniam wszystkie domy z przypomnieniem daty i godziny spotkania [choć oczywiście wszyscy dostali szczegółowy harmonogram roku szkolnego we wrześniu...]. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że fakt dodzwonienia się do rodziców - a nie zawsze się to udaje, bo często telefony milczą jak zaklęte - jest jednoznaczny z ich pojawieniem się na zebraniu. Przychodzą najczęściej ci, z którymi tak czy siak mam stały kontakt, a reszta ma w głębokim poważaniu. Tym niemniej powiadamiam dla własnego bezpieczeństwa w razie upierdliwości kuratorium i sakramentalnego pytania w stylu: "A co wychowawca zrobił, by przeciwdziałać wagarom i/lub jedynkom ucznia?".
Muppeciarnia liczy 16 sztuk, a na zebraniu pojawiły się cztery mamusie. Czy to dużo, czy mało? No cóż, dobrze, że w ogóle ktokolwiek się pokazał - przy czym dwójka rodziców zapowiedziała mi się w późniejszym terminie [zobaczymy, czy dotrzymają słowa]. Chciałabym zrelacjonować rozmowy z dwiema z nich - matką Alberta, czyli Alkonka, oraz matką Joasi Fanki Metalu, bo wreszcie raczyła się do mnie pofatygować.
Problem z rodzicielką Alberta polega na tym, że nie mogę jej rozgryźć - czy ona jest aż tak niedojrzała i infantylna, czy jest to efekt jakiejś choroby albo lekkiego upośledzenia umysłowego. Rozmawiając z nią mam wrażenie, że nie mówię do czterdziestokilkuletniej kobiety z dwójką dzieci, tylko do najwyżej 10-latki, bo taki ma ona mniej więcej poziom reakcji oraz kojarzenia faktów. Bez przerwy chichocze, tłumaczy nieobecności syna tak naiwnie, że aż ręce opadają, a przy tym NAPRAWDĘ nie rozumie, co się do niej mówi i po kilka razy każe sobie tłumaczyć te same rzeczy. Dla zilustrowania problemu zacytuję Wam fragment rozmowy telefonicznej z nią, podczas której właśnie zawiadamiałam o zebraniu:
Mama Alberta: To jak już pani dzwoni, to chcę usprawiedliwić jego nieobecności.
Ja: Proponuję, byśmy porozmawiały o tym w piątek na zebraniu, bo syn nie pojawił się w szkole od ferii.
Mama Alberta: No wiem, bo Albercik wyjechał teraz do sanatorium. Nie mówił nic pani o tym?
Ja (bardzo spokojnie i powoli): Proszę pani, skoro go nie ma w szkole, to jak mógł cokolwiek mi powiedzieć?
Mama Alberta (chichot): A no tak, faktycznie, prawda. No to jest w sanatorium.
Sprawy mają się tak, że najwyraźniej mama Alberta chce uskutecznić drugi raz ten sam numer, co w zeszłym roku. Otóż Alkonek zawalił pierwszy semestr w poprzednim gimnazjum, więc potem władowała go do "sanatorium" [które, jak się okazało, było ośrodkiem leczenia uzależnień...]. Tam owszem, udało mu się złapać trochę pozytywnych ocen, więc mamusia zabrała jego papiery z macierzystej szkoły [gdzie był spalony] i przeniosła go do Zoo w połowie maja. Dużo się do nas co prawda nie nachodził, bo zrobił sobie coś z ręką [choć teraz nie jestem taka pewna, czy nie była to po prostu ściema jego rodzicielki], ale jakoś go sklasyfikowaliśmy i tak znalazł się w drugiej klasie. Pochodził trochę we wrześniu i październiku, a potem słuch po nim zaginął i w rezultacie był na półrocze nieklasyfikowany z siedmiu przedmiotów, a z ósmego miał jedynkę. Przed feriami kilka razy się pojawił, ale nie zadał sobie trudu, by cokolwiek poprawić. Potem słuch po nim zaginął, a teraz od mamusi dowiaduję się, że Albercik przebywa w sanatorium i wróci do szkoły... pod koniec maja. Moja reakcja mogła być tylko jedna:
Ja: Zdaje sobie pani sprawę z tego, że jest to równoznaczne z powtarzaniem klasy przez Alberta?
Mama Alberta (szczerze zdumiona): Ooo, naprawdę?
Ja: Był na półrocze nieklasyfikowany z większości przedmiotów, a potem też nie chodził do szkoły. Nie widzę innej możliwości.
Mama Alberta (chichot i lekceważące machnięcie ręka): Aha... Cóż, no to trudno...
Dodam, że w kilka minut później zaczęła jednak wypytywać, czy nie ma żadnej możliwości, by Albercik jednak zdał to trzeciej klasy "bo przecież teraz jest w sanatorium i będzie tam miał jakieś oceny". No ręce opadają...
Druga kwestia to rozmowa z mamą Joasi. Sytuację w skrócie można przedstawić tak: dziewczyna zdążyła sterroryzować cały dom. Rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą, pozwalają, by córka się na nich wydzierała i to nie przebierając w słowach - a kilka razy zdarzyło jej się też uderzyć matkę [!]. Mój pamiętny telefon na policję kobieta przyjęła z pełnym zrozumieniem i dodała nawet, że bardzo żałuje, iż córki "nie zatrzymano na 48h", bo wtedy by może do niej wreszcie coś dotarło. Nie była zaskoczona niczym, co opisywałam w związku z zachowaniem Fanki Metalu, bo to jej stały repertuar zarówno w domu, jak i w poprzedniej szkole, z której wyleciała do nas.
Ta rozmowa była dla mnie trudna z uwagi na to, że musiałam się bardzo pilnować, by nie walnąć w którymś momencie matce Joasi mowy umoralniającej w stylu: "W głowie mi się nie mieści, jak pani mogła pozwolić na to, by córka panią terroryzowała i biła?!". Takie uwagi nie poprawią przecież sytuacji, a poza tym ja tu nie jestem od oceniania postępowania rodzica, tylko dziecka. Prawda jest taka, że nic więcej poza zasugerowaniem porządnej terapii psychologicznej dla Fanki Metalu nie jestem w stanie doradzić - a jak można się domyślić, na to rozwiązanie już dawno w domu wpadli, ale co z tego, skoro dziewczyna kategorycznie "nie będzie rozmawiać z żadnymi psycholami". Poradziłam więc matce, by w takim razie sama zgłosiła się do poradni, na co usłyszałam, że już była, ale "że to nie takie proste stosować się do tych wszystkich rad, że to się nie da, jak człowiek jest w emocjach". No ba, Ameryki kobita nie odkryła, ale w takim razie efekt widzimy... Rozmowę zakończyłam więc tylko uświadomieniem rodzicielce, że na jesieni Joasia skończy 18 lat i jeśli wówczas będzie wycinała takie numery, to najzwyczajniej w świecie wyrzucimy ją ze szkoły. Moja rozmówczyni tylko bezradnie rozłożyła ręce.
Tjaaa... Pogadam sama z Fanką Metalu i spróbuję ją przekonać do pójścia do psychologa, choć szczerze wątpię, by mnie posłuchała. Dziewczyna co prawda zdaje się rozumie, że ma problem w relacjach z ludźmi, ale póki co nie poniosła z tego tytułu wystarczających konsekwencji, by chciała coś z tym na poważnie zrobić. Jak na razie najwidoczniej więcej ma korzyści ze swojego wojowniczego nastawienia, niż strat. To się oczywiście kiedyś zmieni - pytanie tylko, co musi się stać. Wylotka ze szkoły? Niemożność utrzymania pracy? Sprawa na policji o pobicie? A może w końcu rodzice się wkurzą i wywalą ją z domu?
Pożyjemy, zobaczymy...
O zebraniach pisałam już kilka razy i schemat tejże imprezy rzecz jasna się nie zmienił. Najpierw na kilka dni przed obdzwaniam wszystkie domy z przypomnieniem daty i godziny spotkania [choć oczywiście wszyscy dostali szczegółowy harmonogram roku szkolnego we wrześniu...]. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że fakt dodzwonienia się do rodziców - a nie zawsze się to udaje, bo często telefony milczą jak zaklęte - jest jednoznaczny z ich pojawieniem się na zebraniu. Przychodzą najczęściej ci, z którymi tak czy siak mam stały kontakt, a reszta ma w głębokim poważaniu. Tym niemniej powiadamiam dla własnego bezpieczeństwa w razie upierdliwości kuratorium i sakramentalnego pytania w stylu: "A co wychowawca zrobił, by przeciwdziałać wagarom i/lub jedynkom ucznia?".
Muppeciarnia liczy 16 sztuk, a na zebraniu pojawiły się cztery mamusie. Czy to dużo, czy mało? No cóż, dobrze, że w ogóle ktokolwiek się pokazał - przy czym dwójka rodziców zapowiedziała mi się w późniejszym terminie [zobaczymy, czy dotrzymają słowa]. Chciałabym zrelacjonować rozmowy z dwiema z nich - matką Alberta, czyli Alkonka, oraz matką Joasi Fanki Metalu, bo wreszcie raczyła się do mnie pofatygować.
Problem z rodzicielką Alberta polega na tym, że nie mogę jej rozgryźć - czy ona jest aż tak niedojrzała i infantylna, czy jest to efekt jakiejś choroby albo lekkiego upośledzenia umysłowego. Rozmawiając z nią mam wrażenie, że nie mówię do czterdziestokilkuletniej kobiety z dwójką dzieci, tylko do najwyżej 10-latki, bo taki ma ona mniej więcej poziom reakcji oraz kojarzenia faktów. Bez przerwy chichocze, tłumaczy nieobecności syna tak naiwnie, że aż ręce opadają, a przy tym NAPRAWDĘ nie rozumie, co się do niej mówi i po kilka razy każe sobie tłumaczyć te same rzeczy. Dla zilustrowania problemu zacytuję Wam fragment rozmowy telefonicznej z nią, podczas której właśnie zawiadamiałam o zebraniu:
Mama Alberta: To jak już pani dzwoni, to chcę usprawiedliwić jego nieobecności.
Ja: Proponuję, byśmy porozmawiały o tym w piątek na zebraniu, bo syn nie pojawił się w szkole od ferii.
Mama Alberta: No wiem, bo Albercik wyjechał teraz do sanatorium. Nie mówił nic pani o tym?
Ja (bardzo spokojnie i powoli): Proszę pani, skoro go nie ma w szkole, to jak mógł cokolwiek mi powiedzieć?
Mama Alberta (chichot): A no tak, faktycznie, prawda. No to jest w sanatorium.
Sprawy mają się tak, że najwyraźniej mama Alberta chce uskutecznić drugi raz ten sam numer, co w zeszłym roku. Otóż Alkonek zawalił pierwszy semestr w poprzednim gimnazjum, więc potem władowała go do "sanatorium" [które, jak się okazało, było ośrodkiem leczenia uzależnień...]. Tam owszem, udało mu się złapać trochę pozytywnych ocen, więc mamusia zabrała jego papiery z macierzystej szkoły [gdzie był spalony] i przeniosła go do Zoo w połowie maja. Dużo się do nas co prawda nie nachodził, bo zrobił sobie coś z ręką [choć teraz nie jestem taka pewna, czy nie była to po prostu ściema jego rodzicielki], ale jakoś go sklasyfikowaliśmy i tak znalazł się w drugiej klasie. Pochodził trochę we wrześniu i październiku, a potem słuch po nim zaginął i w rezultacie był na półrocze nieklasyfikowany z siedmiu przedmiotów, a z ósmego miał jedynkę. Przed feriami kilka razy się pojawił, ale nie zadał sobie trudu, by cokolwiek poprawić. Potem słuch po nim zaginął, a teraz od mamusi dowiaduję się, że Albercik przebywa w sanatorium i wróci do szkoły... pod koniec maja. Moja reakcja mogła być tylko jedna:
Ja: Zdaje sobie pani sprawę z tego, że jest to równoznaczne z powtarzaniem klasy przez Alberta?
Mama Alberta (szczerze zdumiona): Ooo, naprawdę?
Ja: Był na półrocze nieklasyfikowany z większości przedmiotów, a potem też nie chodził do szkoły. Nie widzę innej możliwości.
Mama Alberta (chichot i lekceważące machnięcie ręka): Aha... Cóż, no to trudno...
Dodam, że w kilka minut później zaczęła jednak wypytywać, czy nie ma żadnej możliwości, by Albercik jednak zdał to trzeciej klasy "bo przecież teraz jest w sanatorium i będzie tam miał jakieś oceny". No ręce opadają...
Druga kwestia to rozmowa z mamą Joasi. Sytuację w skrócie można przedstawić tak: dziewczyna zdążyła sterroryzować cały dom. Rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą, pozwalają, by córka się na nich wydzierała i to nie przebierając w słowach - a kilka razy zdarzyło jej się też uderzyć matkę [!]. Mój pamiętny telefon na policję kobieta przyjęła z pełnym zrozumieniem i dodała nawet, że bardzo żałuje, iż córki "nie zatrzymano na 48h", bo wtedy by może do niej wreszcie coś dotarło. Nie była zaskoczona niczym, co opisywałam w związku z zachowaniem Fanki Metalu, bo to jej stały repertuar zarówno w domu, jak i w poprzedniej szkole, z której wyleciała do nas.
Ta rozmowa była dla mnie trudna z uwagi na to, że musiałam się bardzo pilnować, by nie walnąć w którymś momencie matce Joasi mowy umoralniającej w stylu: "W głowie mi się nie mieści, jak pani mogła pozwolić na to, by córka panią terroryzowała i biła?!". Takie uwagi nie poprawią przecież sytuacji, a poza tym ja tu nie jestem od oceniania postępowania rodzica, tylko dziecka. Prawda jest taka, że nic więcej poza zasugerowaniem porządnej terapii psychologicznej dla Fanki Metalu nie jestem w stanie doradzić - a jak można się domyślić, na to rozwiązanie już dawno w domu wpadli, ale co z tego, skoro dziewczyna kategorycznie "nie będzie rozmawiać z żadnymi psycholami". Poradziłam więc matce, by w takim razie sama zgłosiła się do poradni, na co usłyszałam, że już była, ale "że to nie takie proste stosować się do tych wszystkich rad, że to się nie da, jak człowiek jest w emocjach". No ba, Ameryki kobita nie odkryła, ale w takim razie efekt widzimy... Rozmowę zakończyłam więc tylko uświadomieniem rodzicielce, że na jesieni Joasia skończy 18 lat i jeśli wówczas będzie wycinała takie numery, to najzwyczajniej w świecie wyrzucimy ją ze szkoły. Moja rozmówczyni tylko bezradnie rozłożyła ręce.
Tjaaa... Pogadam sama z Fanką Metalu i spróbuję ją przekonać do pójścia do psychologa, choć szczerze wątpię, by mnie posłuchała. Dziewczyna co prawda zdaje się rozumie, że ma problem w relacjach z ludźmi, ale póki co nie poniosła z tego tytułu wystarczających konsekwencji, by chciała coś z tym na poważnie zrobić. Jak na razie najwidoczniej więcej ma korzyści ze swojego wojowniczego nastawienia, niż strat. To się oczywiście kiedyś zmieni - pytanie tylko, co musi się stać. Wylotka ze szkoły? Niemożność utrzymania pracy? Sprawa na policji o pobicie? A może w końcu rodzice się wkurzą i wywalą ją z domu?
Pożyjemy, zobaczymy...
wtorek, 17 kwietnia 2012
Świętujemy
Panie i panowie, dzisiejszy post ma charakter tylko i wyłącznie osobisty.
[tu nastąpiły WERBLE]
Niniejszym pragnę donieść, że dziś mija rok, od kiedy
Hipopotamzamieszkał w Pomarańczowej Pieczarze razem ze
Smokiem, a także z
wrednym Pumiskiem.
W ten sposób cała trójka utworzyła najdziwniejsze stado w całej Polsce, a może i nie tylko :)
Oczywiście, że różne rzeczy w życiu mogą się zdarzyć, ale nie należę do osób, które uwielbiają martwić się na zapas i szukać dziury w całym, aby tylko nie zapeszyć.
- Mam własną, pomarańczową norkę, do której nikt obcy mi się nie wtrąca.
- Mam pracę, która pozwala mi się utrzymać na przyzwoitym poziomie, a która daje mi mnóstwo satysfakcji i którą naprawdę lubię.
- Budzę się codziennie koło człowieka [ups, przepraszam - błotnego ssaka :)], który mnie dobrze rozumie, potrafi mnie rozśmieszyć, traktuje mnie jak Smoka Świata i do tej pory ani razu mnie nie zawiódł.
Dlaczego miałabym więc nie mówić, że jestem szczęśliwa, skoro JESTEM?
- Mam własną, pomarańczową norkę, do której nikt obcy mi się nie wtrąca.
- Mam pracę, która pozwala mi się utrzymać na przyzwoitym poziomie, a która daje mi mnóstwo satysfakcji i którą naprawdę lubię.
- Budzę się codziennie koło człowieka [ups, przepraszam - błotnego ssaka :)], który mnie dobrze rozumie, potrafi mnie rozśmieszyć, traktuje mnie jak Smoka Świata i do tej pory ani razu mnie nie zawiódł.
Dlaczego miałabym więc nie mówić, że jestem szczęśliwa, skoro JESTEM?
Wiecie co? Czasem warto zaryzykować, nawet jeśli wszyscy ludzie dookoła pukają się w główki. Nie mówię, że zawsze, ale są takie momenty, kiedy należy posłuchać intuicji - czy jak to cholerstwo nazwiemy - która mówi głośno i wyraźnie, że masz zrobić tak i koniec. Skąd wiadomo, czy to akurat ta chwila? Dobre pytanie i ja Wam na nie nie odpowiem, nie będzie tak łatwo :)
Sama miałam w życiu dwa takie momenty. Pierwszy, kiedy jako potrzaskana wewnętrznie 21-latka nie miałam najmniejszych wątpliwości, że muszę jechać na drugi koniec Polski pożegnać się z człowiekiem, którego nigdy nie poznałam osobiście, a który - sam o tym nie wiedząc - uratował mi życie. Ten wyjazd zapoczątkował moją przemianę wewnętrzną [że tak się niezwykle mądrze wyrażę...] i w rezultacie stałam się zupełnie inną osobą: spokojniejszą, mniej krytyczną i nie robiącą sobie więcej krzywdy.
A drugi moment? To właśnie mniej więcej rok temu. Jak to się wydarzyło, opisywałam już w poście Bajka. Czyste szaleństwo, wiem. Ale niech się ono ciągnie jak najdłużej. I tego mi proszę życzyć z okazji dzisiejszej rocznicy :)
Sama miałam w życiu dwa takie momenty. Pierwszy, kiedy jako potrzaskana wewnętrznie 21-latka nie miałam najmniejszych wątpliwości, że muszę jechać na drugi koniec Polski pożegnać się z człowiekiem, którego nigdy nie poznałam osobiście, a który - sam o tym nie wiedząc - uratował mi życie. Ten wyjazd zapoczątkował moją przemianę wewnętrzną [że tak się niezwykle mądrze wyrażę...] i w rezultacie stałam się zupełnie inną osobą: spokojniejszą, mniej krytyczną i nie robiącą sobie więcej krzywdy.
A drugi moment? To właśnie mniej więcej rok temu. Jak to się wydarzyło, opisywałam już w poście Bajka. Czyste szaleństwo, wiem. Ale niech się ono ciągnie jak najdłużej. I tego mi proszę życzyć z okazji dzisiejszej rocznicy :)
sobota, 14 kwietnia 2012
Aktualności
Nie dzieje się ostatnio nic aż tak spektakularnego w Zoo, żeby można temu było poświęcić osobny wpis. Tym niemniej zdaję sobie sprawę, że moi wierni Czytelnicy przestępują z nogi na nogę, bo od ostatnich doniesień minęło już sporo czasu [widzę te Wasze codzienne logowania, będące dla autora niniejszego bloga jak wyrzut sumienia]. Póki co jednak jedyne, co mogę zrobić, by zaspokoić Waszą ciekawość, to przedstawić garść mniejszych spraw bieżących.
Gotowi? No to jedziemy :)
1) Przybyło mi nowe Muppeciątko - i to nie byle jakie. Otóż po rocznym zamknięciu w ośrodku wychowawczym wypuścili brata Sylwii [czyli Młodej Gniewnej], Filipa. Jest rok starszy, ale z powodu zakrętów życiowych zatrzymał się na etapie drugiej klasy gimnazjum. A kto inny, poza naszą przeszanowną placówką, przyjmie w swoje mury chłopaka z takimi kwiatkami w papierach? Wszak Zoo wszystkie dzieci kocha :) I tak to rodzeństwo wylądowało pod smoczymi skrzydłami. Póki co Filip jest spokojny, grzecznie nosi zeszyty, uważa, nawet się zgłasza na lekcjach - no ale przypuszczam, że z nim będzie spokój, bo w końcu wie już, czym grożą szczeniackie numery i niepoważne podchodzenie do obowiązków szkolnych. Poza tym, skoro u Sylwii mam posłuch, to i pewnie z jej bratem nie będę mieć problemów.
2) Co do samej Młodej Gniewnej natomiast, to sprawa nie wygląda zbyt różowo. Miała jeszcze przed feriami rozprawę sądową, w wyniku której wylądowała na badaniach psychologicznych, a potem psychiatrycznych. Co więcej, przebadano też resztę jej rodziny - jak przypuszczam chcą zdiagnozować, czy są tam warunki do właściwego wychowania dzieci. Kolejna rozprawa będzie jakoś pod koniec maja, ale sądząc po tym, jak rozmawiano z matką Sylwii oraz z nią samą na badaniach, prawdopodobne jest jednak, że sąd podejmie decyzję o odizolowaniu jej od rodziny.
Mam w tej kwestii mieszane uczucia. Z jednej strony tam się wyraźnie nie dzieje za dobrze, skoro po kolei wszystkie dzieciaki staczają się mniej lub bardziej. Najwyraźniej rodzice nie umieją nimi właściwie pokierować i przekazać im odpowiednich wzorców, co w połączeniu z "wychowaniem osiedlowym" daje negatywne skutki, kiedy tylko pociecha wchodzi w okres nastoletniego buntu. Z tej perspektywy dobrze, jeśli Sylwię by stamtąd zabrali. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że dziewczyna robi postępy, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Przypominam, że z poprzedniej szkoły wyleciała do nas za zastraszanie koleżanki z użyciem noża w finale. A u nas jest spokój. Uczy się na trójkach i czwórkach, wybuchów złości ma coraz mniej, widzę wyraźnie, że stara się panować nad emocjami. No i sama mówi, że jej się w Zoo podoba. Szkoda więc może, by to przerywać i umieszczać ją na siłę w zamkniętym ośrodku wychowawczym.
No ale cóż, nie ja tu jestem od podejmowania decyzji...
3) Fance Metalu robię za przewodnik po świecie literatury [czyli jak by nie patrzeć zajmuję się tym, czym polonista powinien :)]. Zaczęło się od tego, że kazałam im czytać "Romea i Julię" i rozmowa zeszła na inne sztuki Shakespeare'a. Gorąco reklamowałam jej "Otella", a ponieważ wyraziła zainteresowanie, więc wepchnęłam jej egzemplarz do poczytania przy wielkanocnym stole. Zwróciła mi go po świętach z komentarzem, że jednak to nie na jej poziom umysłowy [bariera językowa jak sądzę niestety], a potem spytała, czy w bibliotece szkolnej mają "Lot nad kukułczym gniazdem", bo obejrzała ostatnio ekranizację i jest zachwycona. Wiedząc, że na 99% nie będą tego mieli, zaproponowałam, że pożyczę jej swoją książkę - tak się ucieszyła, że mało mi nie zawisła na szyi. "W promocji" dorzuciłam jej jeszcze "Władcę much" Goldinga. Jeśli połknie haczyk, to zarzucę ją Orwellem, a potem Stephenem Kingiem - tylko może bez "Carrie", bo chyba jednak Joasia nie powinna czytać historii o prześladowanej w szkole panience, która doprowadzona do granic wytrzymałości psychicznej urządziła w swoim miasteczku Armagedon...
4) Pocztą pantoflową doszły mnie niepokojące wieści na temat mojego ulubieńca Sebastianka. Przestał w drugim półroczu chodzić do szkoły, więc zaczęłam podpytywać jego kolegów z klasy, co się stało. Otóż chłopak podpadł komu nie trzeba i ma teraz taką sytuację, że boi się wychodzić z domu. Z tego, co mi powiedziano [z oczywistych względów nie znam szczegółów, a wywiad musiałam przeprowadzać bardzo taktownie], to nie jest to z jego strony martwienie się na zapas, tylko rzeczywiście zadarł z kimś, kto w środkach nie przebiera i obawa o zdrowie czy wręcz życie jest tu jak najbardziej uzasadniona. Małpki zapewniły mnie niestety, że Sebastian tak szybko do szkoły nie wróci.
Co to oznacza w praktyce? Enkaele i powtarzanie trzeciej klasy. Notabene w takim razie wyląduje w mojej muppeciarni.
Kurza twarz no... Szkoda chłopaka.
Gotowi? No to jedziemy :)
1) Przybyło mi nowe Muppeciątko - i to nie byle jakie. Otóż po rocznym zamknięciu w ośrodku wychowawczym wypuścili brata Sylwii [czyli Młodej Gniewnej], Filipa. Jest rok starszy, ale z powodu zakrętów życiowych zatrzymał się na etapie drugiej klasy gimnazjum. A kto inny, poza naszą przeszanowną placówką, przyjmie w swoje mury chłopaka z takimi kwiatkami w papierach? Wszak Zoo wszystkie dzieci kocha :) I tak to rodzeństwo wylądowało pod smoczymi skrzydłami. Póki co Filip jest spokojny, grzecznie nosi zeszyty, uważa, nawet się zgłasza na lekcjach - no ale przypuszczam, że z nim będzie spokój, bo w końcu wie już, czym grożą szczeniackie numery i niepoważne podchodzenie do obowiązków szkolnych. Poza tym, skoro u Sylwii mam posłuch, to i pewnie z jej bratem nie będę mieć problemów.
2) Co do samej Młodej Gniewnej natomiast, to sprawa nie wygląda zbyt różowo. Miała jeszcze przed feriami rozprawę sądową, w wyniku której wylądowała na badaniach psychologicznych, a potem psychiatrycznych. Co więcej, przebadano też resztę jej rodziny - jak przypuszczam chcą zdiagnozować, czy są tam warunki do właściwego wychowania dzieci. Kolejna rozprawa będzie jakoś pod koniec maja, ale sądząc po tym, jak rozmawiano z matką Sylwii oraz z nią samą na badaniach, prawdopodobne jest jednak, że sąd podejmie decyzję o odizolowaniu jej od rodziny.
Mam w tej kwestii mieszane uczucia. Z jednej strony tam się wyraźnie nie dzieje za dobrze, skoro po kolei wszystkie dzieciaki staczają się mniej lub bardziej. Najwyraźniej rodzice nie umieją nimi właściwie pokierować i przekazać im odpowiednich wzorców, co w połączeniu z "wychowaniem osiedlowym" daje negatywne skutki, kiedy tylko pociecha wchodzi w okres nastoletniego buntu. Z tej perspektywy dobrze, jeśli Sylwię by stamtąd zabrali. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że dziewczyna robi postępy, jeśli chodzi o pracę nad sobą. Przypominam, że z poprzedniej szkoły wyleciała do nas za zastraszanie koleżanki z użyciem noża w finale. A u nas jest spokój. Uczy się na trójkach i czwórkach, wybuchów złości ma coraz mniej, widzę wyraźnie, że stara się panować nad emocjami. No i sama mówi, że jej się w Zoo podoba. Szkoda więc może, by to przerywać i umieszczać ją na siłę w zamkniętym ośrodku wychowawczym.
No ale cóż, nie ja tu jestem od podejmowania decyzji...
3) Fance Metalu robię za przewodnik po świecie literatury [czyli jak by nie patrzeć zajmuję się tym, czym polonista powinien :)]. Zaczęło się od tego, że kazałam im czytać "Romea i Julię" i rozmowa zeszła na inne sztuki Shakespeare'a. Gorąco reklamowałam jej "Otella", a ponieważ wyraziła zainteresowanie, więc wepchnęłam jej egzemplarz do poczytania przy wielkanocnym stole. Zwróciła mi go po świętach z komentarzem, że jednak to nie na jej poziom umysłowy [bariera językowa jak sądzę niestety], a potem spytała, czy w bibliotece szkolnej mają "Lot nad kukułczym gniazdem", bo obejrzała ostatnio ekranizację i jest zachwycona. Wiedząc, że na 99% nie będą tego mieli, zaproponowałam, że pożyczę jej swoją książkę - tak się ucieszyła, że mało mi nie zawisła na szyi. "W promocji" dorzuciłam jej jeszcze "Władcę much" Goldinga. Jeśli połknie haczyk, to zarzucę ją Orwellem, a potem Stephenem Kingiem - tylko może bez "Carrie", bo chyba jednak Joasia nie powinna czytać historii o prześladowanej w szkole panience, która doprowadzona do granic wytrzymałości psychicznej urządziła w swoim miasteczku Armagedon...
4) Pocztą pantoflową doszły mnie niepokojące wieści na temat mojego ulubieńca Sebastianka. Przestał w drugim półroczu chodzić do szkoły, więc zaczęłam podpytywać jego kolegów z klasy, co się stało. Otóż chłopak podpadł komu nie trzeba i ma teraz taką sytuację, że boi się wychodzić z domu. Z tego, co mi powiedziano [z oczywistych względów nie znam szczegółów, a wywiad musiałam przeprowadzać bardzo taktownie], to nie jest to z jego strony martwienie się na zapas, tylko rzeczywiście zadarł z kimś, kto w środkach nie przebiera i obawa o zdrowie czy wręcz życie jest tu jak najbardziej uzasadniona. Małpki zapewniły mnie niestety, że Sebastian tak szybko do szkoły nie wróci.
Co to oznacza w praktyce? Enkaele i powtarzanie trzeciej klasy. Notabene w takim razie wyląduje w mojej muppeciarni.
Kurza twarz no... Szkoda chłopaka.
środa, 4 kwietnia 2012
Jestem czadowa
Dobrze przeczytaliście. Tak, właśnie CZADOWA :) Skąd to samouwielbienie u Smoka? Hehehe, te słowa są cytatem, a w jakim kontekście padły, to zaraz opowiem.
Nie milkną w szkole echa ataku furii Fanki Metalu oraz wezwania policji. Wspólnie zastanawiamy się - my, czyli szacowne Grono Pedagogiczne w postaci Wiceszefowej, Pedagożycy, nauczycieli przedmiotowych uczących w Muppeciarni oraz mojej skromnej osoby - co zrobić w sprawie konfliktu, bo jeśli nic nie zrobimy, to prędzej czy później dojdzie do tragedii.
Następnego dnia po całym zdarzeniu Joasia ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się w szkole. Trzeba notabene przyznać, że dziewczę ma jaja, bo ja pewnie na jej miejscu byłabym zbyt wystraszona tym całym bigosem, żeby przyjść. Spóźniła się jednak na pierwszą lekcję dobre 15 minut, co się akurat dobrze złożyło - pierwszy mieli język polski ze mną, miałam więc okazję wygłosić płomienną przemowę do reszty Muppeciątek. Można ją streścić mniej więcej tak: "W konflikcie nigdy nie jest tak, że jedna strona jest dobra, a druga zła. Wiem, że Joasia nie jest łatwa w kontakcie, ale wiem też, że i wy byliście dla niej nieprzyjemni. Póki co macie ode mnie polecenie służbowe zostawić ją w spokoju, wszystko jedno, jak by się zachowywała. Jeśli będzie nieprzyjemna, macie albo ją ignorować i odejść na bok, albo zgłosić sprawę nauczycielowi. Nie wolno wam jej oddawać, nawet, jeśli zacznie pierwsza. Jeśli dacie się sprowokować, będziecie ponosili taką samą odpowiedzialność, jak ona". Nie muszę chyba mówić, że to się moim wychowankom nie spodobało i usiłowali protestować, ale zostali przeze mnie ostro spacyfikowani. Potem pojawiła się Fanka Metalu, więc na przerwie kazałam jej zostać ze mną sam na sam w klasie i powtórzyłam jej dokładnie to samo, tyle, że w drugą stronę - jeśli klasa będzie ją prześladować, to ma zgłosić sprawę nauczycielowi, ale nie wolno jej się odgryzać, chyba że chce być tak samo winna. Porozmawiałyśmy też chwilkę na temat jej wybuchu. Nie miała do mnie na całe szczęście żalu, że podjęłam decyzję o wezwaniu policji. Powiedziałam jej, że rozumiem źródło jej gniewu w tamtym momencie [biedna Marzenka pechowo kazała jej się dosiąść akurat do Daniela, z którym dziewczyna miała świeżutki konflikt], ale że to nie może w żadnym wypadku usprawiedliwić takiego zachowania, a już zwłaszcza zbluzgania Bogu ducha winnej nauczycielki. Zdaję sobie sprawę, że musi być jej cholernie trudno na co dzień, ale mnie - jako wychowawcy - zależy przede wszystkim na tym, by w tej klasie każdy mógł czuć się bezpiecznie, że nie jestem po niczyjej "stronie", tylko chcę, by wszyscy mogli na co dzień dobrze funkcjonować jako grupa. Odparła, że mi wierzy i chyba rzeczywiście tak jest.
Co dalej? Wiceszefowa, po wysłuchaniu relacji z tamtego zdarzenia, pochwaliła mnie za decyzję zadzwonienia po niebieskich. W sytuacji, gdy miałam do czynienia z agresywną, bluzgającą uczennicą, której reakcji nie da się przewidzieć, a z jej rodzicami nie można się skontaktować, to było to jedyne rozsądne rozwiązanie. Muszę przyznać, że mi ulżyło... Powstał też pomysł, by na lekcje do mojej klasy przychodziła pani psycholog z pobliskiej poradni, która ma u nas dyżury co dwa tygodnie. Nie będą to zdaje się mediacje w pełnym słowa tego znaczeniu, ale w każdym razie możliwość, by obie strony konfliktu mogły spuścić trochę pary w obecności neutralnego katalizatora, który będzie pilnował, by nie przegięli i nie zaczęli się nawzajem obrzucać błotem. Poza tym z praktycznego punktu widzenia dzieciaki dostaną sygnał, że ich nie lekceważymy i traktujemy sprawę śmiertelnie poważnie, więc istnieje szansa, że przestaną sobie skakać do oczu [przynajmniej na jakiś czas]. Czy to coś da? No gorzej w każdym razie nie będzie...
Pierwsze takie spotkanie odbyło się już dwa dni temu, we wtorek, bo akurat wypadał dyżur pani psycholog. Zostawiliśmy dzieciaki w klasie z nią i pedagożycą, przebieg rozmowy znam więc tylko z relacji. Póki co obie strony się wygadały i nie doszły do żadnego porozumienia, ale tego nikt nie oczekiwał od razu. Ciąg dalszy wszak nastąpi.
Na zakończenie zdradzę, skąd tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż w pewnym momencie pani psycholog zapytała Muppety o relacje ze mną. I tutaj uczniowie wyjątkowo zgodnie stwierdzili z pełnym przekonaniem i bez cienia ironii, że... "No wychowawczynię to my mamy czadową!".
Rogala na gębie miałam przez resztę dnia, aż z radości wysłałam smsa do Hipka i Seniorki :) Usłyszeć taki komentarz z ust dzieciaków, które z założenia mają szkołę głęboko tam, gdzie słoneczko nie dochodzi i są przekonane, że nauczyciele to wredne kanalie, które powinno się zrzucić z mostu z wielkim kamieniem u szyi - to doprawdy BEZCENNE.
Nie milkną w szkole echa ataku furii Fanki Metalu oraz wezwania policji. Wspólnie zastanawiamy się - my, czyli szacowne Grono Pedagogiczne w postaci Wiceszefowej, Pedagożycy, nauczycieli przedmiotowych uczących w Muppeciarni oraz mojej skromnej osoby - co zrobić w sprawie konfliktu, bo jeśli nic nie zrobimy, to prędzej czy później dojdzie do tragedii.
Następnego dnia po całym zdarzeniu Joasia ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się w szkole. Trzeba notabene przyznać, że dziewczę ma jaja, bo ja pewnie na jej miejscu byłabym zbyt wystraszona tym całym bigosem, żeby przyjść. Spóźniła się jednak na pierwszą lekcję dobre 15 minut, co się akurat dobrze złożyło - pierwszy mieli język polski ze mną, miałam więc okazję wygłosić płomienną przemowę do reszty Muppeciątek. Można ją streścić mniej więcej tak: "W konflikcie nigdy nie jest tak, że jedna strona jest dobra, a druga zła. Wiem, że Joasia nie jest łatwa w kontakcie, ale wiem też, że i wy byliście dla niej nieprzyjemni. Póki co macie ode mnie polecenie służbowe zostawić ją w spokoju, wszystko jedno, jak by się zachowywała. Jeśli będzie nieprzyjemna, macie albo ją ignorować i odejść na bok, albo zgłosić sprawę nauczycielowi. Nie wolno wam jej oddawać, nawet, jeśli zacznie pierwsza. Jeśli dacie się sprowokować, będziecie ponosili taką samą odpowiedzialność, jak ona". Nie muszę chyba mówić, że to się moim wychowankom nie spodobało i usiłowali protestować, ale zostali przeze mnie ostro spacyfikowani. Potem pojawiła się Fanka Metalu, więc na przerwie kazałam jej zostać ze mną sam na sam w klasie i powtórzyłam jej dokładnie to samo, tyle, że w drugą stronę - jeśli klasa będzie ją prześladować, to ma zgłosić sprawę nauczycielowi, ale nie wolno jej się odgryzać, chyba że chce być tak samo winna. Porozmawiałyśmy też chwilkę na temat jej wybuchu. Nie miała do mnie na całe szczęście żalu, że podjęłam decyzję o wezwaniu policji. Powiedziałam jej, że rozumiem źródło jej gniewu w tamtym momencie [biedna Marzenka pechowo kazała jej się dosiąść akurat do Daniela, z którym dziewczyna miała świeżutki konflikt], ale że to nie może w żadnym wypadku usprawiedliwić takiego zachowania, a już zwłaszcza zbluzgania Bogu ducha winnej nauczycielki. Zdaję sobie sprawę, że musi być jej cholernie trudno na co dzień, ale mnie - jako wychowawcy - zależy przede wszystkim na tym, by w tej klasie każdy mógł czuć się bezpiecznie, że nie jestem po niczyjej "stronie", tylko chcę, by wszyscy mogli na co dzień dobrze funkcjonować jako grupa. Odparła, że mi wierzy i chyba rzeczywiście tak jest.
Co dalej? Wiceszefowa, po wysłuchaniu relacji z tamtego zdarzenia, pochwaliła mnie za decyzję zadzwonienia po niebieskich. W sytuacji, gdy miałam do czynienia z agresywną, bluzgającą uczennicą, której reakcji nie da się przewidzieć, a z jej rodzicami nie można się skontaktować, to było to jedyne rozsądne rozwiązanie. Muszę przyznać, że mi ulżyło... Powstał też pomysł, by na lekcje do mojej klasy przychodziła pani psycholog z pobliskiej poradni, która ma u nas dyżury co dwa tygodnie. Nie będą to zdaje się mediacje w pełnym słowa tego znaczeniu, ale w każdym razie możliwość, by obie strony konfliktu mogły spuścić trochę pary w obecności neutralnego katalizatora, który będzie pilnował, by nie przegięli i nie zaczęli się nawzajem obrzucać błotem. Poza tym z praktycznego punktu widzenia dzieciaki dostaną sygnał, że ich nie lekceważymy i traktujemy sprawę śmiertelnie poważnie, więc istnieje szansa, że przestaną sobie skakać do oczu [przynajmniej na jakiś czas]. Czy to coś da? No gorzej w każdym razie nie będzie...
Pierwsze takie spotkanie odbyło się już dwa dni temu, we wtorek, bo akurat wypadał dyżur pani psycholog. Zostawiliśmy dzieciaki w klasie z nią i pedagożycą, przebieg rozmowy znam więc tylko z relacji. Póki co obie strony się wygadały i nie doszły do żadnego porozumienia, ale tego nikt nie oczekiwał od razu. Ciąg dalszy wszak nastąpi.
Na zakończenie zdradzę, skąd tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż w pewnym momencie pani psycholog zapytała Muppety o relacje ze mną. I tutaj uczniowie wyjątkowo zgodnie stwierdzili z pełnym przekonaniem i bez cienia ironii, że... "No wychowawczynię to my mamy czadową!".
Rogala na gębie miałam przez resztę dnia, aż z radości wysłałam smsa do Hipka i Seniorki :) Usłyszeć taki komentarz z ust dzieciaków, które z założenia mają szkołę głęboko tam, gdzie słoneczko nie dochodzi i są przekonane, że nauczyciele to wredne kanalie, które powinno się zrzucić z mostu z wielkim kamieniem u szyi - to doprawdy BEZCENNE.
Subskrybuj:
Posty (Atom)