Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 10 września 2015

Co z Pumiskiem?

    "Jesteś w ciąży? To co teraz zrobisz z kotem?"
    "No jak to? Kot w mieszkaniu? Przecież dostaniesz toksoplazmozy i urodzisz chore dziecko!"
    "Kot jej we śnie przegryzie tętnicę!"
    I tak dalej, i tak dalej...

    Zacznę od rodzinnej anegdoty, opowiadanej z lubością przez moją nieżyjącą już babcię. Otóż kiedy urodził się mój Tata, to w domu była stara, wielka kocica [zdaje się nota bene, że też czarna]. Miała w zwyczaju kłaść się w nogach niemowlęcia - i go pilnować. Ale to dosłownie. Do tego stopnia, że wyjąć dziecko z łóżeczka mogła tylko matka, czyli moja babcia. Jeśli sięgał po malca ktokolwiek inny - łącznie z ojcem dziecka [czyli moim dziadkiem] - to zaczynało się fuczenie, ostrzegawcze mruczenie i syczenie. Ewidentnie kotka poczuwała się do obowiązku bronienia nowego członka stada :)
    Skłamałabym twierdząc, że kompletnie nie miałam obaw w kwestii tego, jak zachowa się Puma po narodzinach Myszy. Jej Wysokość jest specyficzna i zdecydowanie nie jest miłym, przytulskim kiciakiem, z którym można robić wszystko, a on i tak nie piśnie. Obawiałam się, że zrobi się zazdrosna i w związku z tym agresywna. Serce by mi pękło, gdybym musiała pozbyć się Pumy, bo w końcu wychowałam ją od malutkiego, kilkutygodniowego kociaka. Ale gdyby zagrażała Myszy, to nie byłoby wyjścia. 
    Jeśli natomiast chodzi o toskoplazmozę, to tutaj uspokajała mnie nawet moja pani ginekolog. Oczywiście zrobiłam odpowiednie badania w ciąży [i to dwukrotnie], ale ponieważ Puma jest kotem domowym, niewychodzącym, to ryzyko, że jest nosicielką, było minimalne. O wiele większym zagrożeniem dla kobiety w ciąży jest np. robienie kotletów czy przesadzanie kwiatów - bo bardziej prawdopodobne, że złapie toksoplazmozę przez kontakt z surowym mięsem czy ziemią, niż z domowym, wypielęgnowanym zwierzakiem.

    Poczytaliśmy oczywiście z Hipkiem, jak przygotować kota na przybycie noworodka. Po pierwsze trzeba oswoić z zapachem - w tym celu Hipek ze szpitala przyniósł zasikaną pieluchę Myszy... Radzą też, by absolutnie nie izolować kota od dziecka, nie wprowadzać nerwowej czy tajemniczej atmosfery, pozwolić mu obwąchać, popatrzeć, przywitać się. Niech zobaczy, że niemowlę nie stanowi zagrożenia, jest czymś normalnym, zwykłym i że - z kociego punktu widzenia - nie ma się czym ekscytować. 
    Czy się denerwowałam przed pierwszym spotkaniem Myszy z Pumą? Oczywiście, że tak, jak cholera :) W końcu to tylko kot - co będzie, jeśli jednak nagle machnie łapą, podrapie, ugryzie, zaatakuje...? Na szczęście nic takiego się nie stało. Wskoczyła do łóżeczka, obwąchała i poszła. I w zasadzie do dnia dzisiejszego specjalnie się Myszą nie emocjonuje. Kilka razy polizała ją po włosach, co jest akurat dobrym sygnałem, bo w końcu kotki wylizują swoje młode :) Czasem śpi w nogach łóżeczka, ale generalnie odnoszę wrażenie, że lekko się małej boi. Zwłaszcza, kiedy zaczyna dawać koncert, a płuca ma silne, jak to niemowlę. Wtedy Jej Wysokość z gracją oddala się w bezpieczny, oddalony od źródła hałasu kąt mieszkania.
    Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się, kiedy Mysza będzie starsza. Ją naturalnie też trzeba będzie wyedukować, że kotka nie ciągnie się za ogon, tylko delikatnie głaszcze. Mam nadzieję, że się dogadają. Generalnie uważam, że dzieciom dobrze robi wychowywanie się ze zwierzętami, bo od początku uczą się w ten sposób odpowiedzialności i empatii wobec nich. No i zmniejsza to ryzyko alergii na sierść.
    Na koniec mam dwa obrazki. Pierwszy - dokumetujący codzienne kontakty Myszy i Pumy [zdjęcie pochodzi mniej więcej z tego okresu, co poprzednie fotografie - czyli Hipciolinka jest tu zupełnie malutka i z tego bodziaka już daaawno wyrosła :)]. A drugi - trochę nie na temat, ale wygrzebałam w czeluściach Internetu i bardzo mi się spodobał :)



Ostrożnie! Zły pies, a kot jeszcze większy świr...

sobota, 5 września 2015

Idą zmiany

    Drodzy Czytelnicy!
   Jak wspominałam, w związku z obsadzeniem Smoczycy w nowej roli - czyli prywatnego wychowawcy Myszy - przez najbliższy rok będę w stanie spoczynku jako nauczyciel. Siłą rzeczy więc "coś" z tym blogiem trzeba zrobić. Zgodnie z założeniami jest to witryna, w której opisuję głównie moje zmagania się z sytuacjami, które spotykają mnie w zetknięciu z tzw. trudną młodzieżą, a rzecz jasna nie będę teraz mogła tego robić, skoro próg szkoły w celach metodyczno-dydaktycznych przekroczę dopiero we wrześniu 2016r. 
    Pierwotnie planowałam roczne zawieszenie "Smoczych opowieści", a wystartowanie z nowym blogiem, w których miałam pisać o moim debiutowaniu w roli matki-Polki. Część z Was mogła się nawet załapać na pierwszy post o stereotypach w kwestii ubierania niemowląt. Niestety, projekt nie dojdzie do skutku, ponieważ tej formule zdecydowanie sprzeciwił się Hipopotam, który nie chce, bym czyniła Myszę główną bohaterką bloga. Witryna zatem została skasowana.
    Wobec tego - co dalej? Nie chcę zupełnie rezygnować z pisania, bo od 2010 roku [tak tak, to już TYLE czasu minęło... :)] polubiłam ten rodzaj interaktywnej twórczości literackiej [przez duże TFU :)]. Byłoby mi tak jakoś no... łyso. A skoro jednak nie założę nowego bloga, to pozostaje mi zmodyfikować formułę starego. Otóż siłą rzeczy nie będą się tu pojawiały wpisy dotyczące Zoo czy maltretowania innastrańców, a za to więcej postów traktujących o sprawach społecznych, politycznych [już widzę te kłótnie w komentarzach, hie hie hie...] czy światopoglądowych. Zrobi się więc z tego miejsca przez rok taki trochę bardziej typowy blog [że tak pozwolę sobie zrymować :)], czyli po prostu miejsce, w którym autorka będzie uzewnętrzniać, co jej akurat socjologicznie na wątrobie siedzi, a Czytelnicy będą komentować [mam taką szczerą nadzieję] i jej albo cukrować w ramach aprobaty - albo wieszać na niej psy ["Bo przecież nie koty..." - oburzyła się Jej Wysokość] w przypadku prezentowania innego punktu widzenia. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A za rok, kiedy w chwale i glorii wrócę do Zoo, znów będę mogła częstować Was opowieściami o wybrykach Małpek.

    To co, zostajecie ze mną?

piątek, 28 sierpnia 2015

Edukacja Myszy

    Nie chcę zapeszać ani popadać w samouwielbienie, ale - odpukać! - Panie i Panowie, póki co jako matka radzę sobie całkiem nieźle :)
    Mysza rośnie, nabiera wagi oraz fałdek we wszelkich możliwych zagięciach ciała - waży już prawie 5 kg. Położna orzekła, że tak ma być i wszystko jest pod kontrolą, bo musi nabrać ciała przed nauką chodzenia, kiedy to wszystko spali. Generalnie jest z niej kawał silnej baby [rzecz jasna z Myszy, a nie z położnej :)]. Absolutnie nie jest bezwładnym niemowlaczkiem, potrafi silnie zaoponować, kiedy jej się coś nie podoba, a położona na brzuszku robi pompki, usiłując się podnosić na rączkach i nóżkach. Jak na niespełna miesięczne dziecko to chyba niezły wynik. A ja tylko co i rusz odkładam na półkę w szafie za małe bodziaki i pajacyki, a niektóre zdążyła założyć tylko raz albo i wcale. 
    Dbamy z Hipkiem o jej wszechstronną edukację muzyczną. Błotny Ssak katuje ją trąbką w wykonaniu Stańki, a ja mieszanką hitów z lat '80 i '90 - a to dlatego, że znam słowa i mogę jej jednocześnie coś pośpiewać. Oprócz tego przerabiamy klasykę bajkowej literatury dziecięcej, bo Smoczyca ze swoją pamięcią słuchową sporo umie na pamięć. Na tapecie obecnie "Paweł i Gaweł", bajki Krasickiego oraz "Pchła Szachrajka" i "Lis Witalis" w odcinkach. Poza tym - zgodnie z zaleceniami położnej - zaczęłam Myszy podtykać specjalne czarno-białe obrazkowe książeczki dla niemowląt, które odziedziczyła po starszych bratankach. I wiecie co, ona naprawdę wygląda na zainteresowaną. 
    Reasumując - dziecko żyje, rozwija się i wygląda na zadowolone. Jest też póki co dość pogodna i nie daje zbytnio popalić. Ale w razie jak by co... Natrafiłam na demotywatorach taki oto obrazek, który wydaje mi się tu doskonałą pointą :)



piątek, 21 sierpnia 2015

O "instynkcie macierzyńskim"

    Do napisania dzisiejszego posta zainspirował mnie wpis Królowej Matki [tej od Bandy Czworga]. Zaglądam na jej bloga dość regularnie, bo ma styl pisania, który dobrze mi się czyta: kpiąco-ironiczno-dowcipny, a przy tym jej przemyślenia są inteligentne, oryginalne i na ogół ciekawe [inna sprawa, że jako matka czterech chłopaków to Królowa ma o czym pisać, oj ma... :)]. Rzecz jasna zdarza mi się kompletnie z nią nie zgadzać - raz nawet się lekko ścięłyśmy w komentarzach pod jednym z postów - ale przecież nie o to chodzi, by czytać tylko przemyślenia ludzi o poglądach identycznych, jak moje. No i właśnie całkiem niedawno Królowa Matka opublikowała wpis o sporo mówiącym tytule Anty-doradczo. Zachęcam oczywiście do przeczytania, natomiast w telegraficznym skrócie naświetlę, jaki jest jego główny temat, ponieważ moja polemika ze stanowiskiem autorki jest punktem wyjścia dzisiejszego wpisu.
    Otóż upraszczając Królowa Matka jest zdania, że w kwestii opieki nad dzieckiem oraz jego wychowania kobieta najlepiej zrobi, jeśli zda się na swój własny instynkt. Przywołuje tutaj radę położnej z Oddziału Neonatologicznego, która w ten sposób odparła świeżoupieczonym matkom na pytania o pielęgnację noworodka: "Niech panie robią, co czują. Matka nigdy nie zrobi swojemu dziecku krzywdy. Jeśli nie chce, oczywiście." Dalej autorka dowodzi na przykładzie swojej własnej rodziny, że wszelkie doradzanie w tej materii jest o kant d*** rozbić, bo i tak każde dziecko jest inne, więc fakt, że coś zadziałało - albo i nie :) - to czysta loteria, a nie prawidłowość. Dostaje się więc tutaj ostro wszelkim "doradzaczom", spieszącym pouczać młode mamy, jak mają zadbać o swoje dzieci. A wszystko to w zwyczajowym dla Królowej Matki ironiczno-kpiącym stylu.

    Czytając wspomniany wpis Dragonka przypomniała sobie, jak wstała ze szpitalnego łóżka 2 sierpnia, czyli niespełna pół doby po przyjściu na świat Myszy. Jak podniosła się chwiejnych nogach po znieczuleniu w rdzeń kręgowy, z rwącą od bólu raną na podbrzuszu i z mięśniami kręgosłupa dającymi czadu tak, jak by ktoś w nie przyładował z całej mocy z glana na koncercie metalowym. Z jakim trudem przesuwała stopy trzymając się parapetu, a potem ścian, by zrobić jeszcze jeden krok, a potem następny i następny... Robiła to wszystko w głowie mając jedną myśl: MUSZĘ jak najszybciej dojść do siebie, żeby NAUCZYĆ SIĘ, jak mam się zająć Myszą. No właśnie... Trzeba Ci bowiem wiedzieć, Drogi Czytelniku, że do momentu urodzenia się małej moje doświadczenie w kontaktach z niemowlętami było dokładnie zerowe. No tak się jakoś złożyło i już. Małe dziecko do tej pory miałam na rękach dosłownie dwa razy - raz, kiedy trzymałam do chrztu [jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w moim kontekście, ale to osobna historia :)] mojego starszego bratanka, a dwa, kiedy z tymże samym dzieckiem pozowałam do rodzinnej fotografii. W obu przypadkach niemowlę po prostu włożono mi na ręce, bacznie sprawdzając, czy nie mam go aby przypadkiem jak upuścić, a potem zaraz zabrano. Tyle, koniec, finito. Aż tu nagle sama zostałam matką, od której oczekuje się, że będzie wiedziała, jak ma dziecku zmienić pieluchę, jak nakarmić, jak ponosić do beknięcia, jak uspokoić, gdy płacze, jak położyć na brzuszku [dobre na stawy biodrowe!], jak przebrać, jak wykąpać... A skąd niby matka ma to wszystko wiedzieć i umieć zrobić? No jak to skąd, przecież istnieje coś takiego, jak magiczny instynkt macierzyński. Innymi słowy, kobieta po urodzeniu dziecka tych umiejętności nabiera w jakiś przedziwny czarodziejski sposób i już.
    No cóż... Może i są takie kobiety - nie wiem, nie jestem przecież każdą istotą żeńską na świecie. W moim przypadku to się nic a nic nie sprawdziło. Żadna tajemna matczyna mądrość na mnie nie spłynęła, więc stałam bezradna koło "mydelniczki" Myszy zachodząc w głowę, jak jej dotknąć, by jej nie uszkodzić. I wcale nie pocieszyłaby mnie rada tamtej położnej, że powinnam robić, co czuję, bo jako matka nie zrobię małej krzywdy. A guzik prawda. Pielęgnacja niemowlęcia to CZYNNOŚCI MANUALNE jak każde inne, a zatem nie są darem nie wiadomo skąd, tylko muszą być jakoś przekazane, zademonstrowane. W przeciwnym razie będą wykonane źle i będzie to miało swoje konsekwencje.
    Jeśli nie podtrzymam noworodkowi bezwładnej głowy, to ryzykuję uszkodzeniem szyi.
    Jeśli nie chwycę pewnie drugą ręką za zadek, to mogę dziecko upuścić.
    Jeśli przy przewijaniu źle podniosę tyłek i będę łączyła nogi, to uszkodzę stawy biodrowe.
    Jeśli ktoś nie pokaże mi, jak prawidłowo wyczyścić zadek, nasmarować kremem i założyć pampersa, to dziecko będzie miało odparzoną, czerwoną pupę i będzie płakało.
    Jeśli nie zobaczę, jak szybko i sprawnie ubrać bezwładne niemowlę [pamiętając o nieszczęsnej głowie!], to zmiana głupiego bodziaka zajmie z 15 minut i skończy się rykiem dziecka na cały oddział, a także moją frustracją. 
    Jeśli ktoś nie doradzi mi, jak odpowiednio ubrać dziecko, to je albo przegrzeję, albo wychłodzę.
    Jeśli nie dowiem się, w jaki sposób przemywać solą fizjologiczną zaropiałe oczko, to ryzykuję, że infekcja przeniesie się i na drugie zdrowe. 
    I tak dalej, i tak dalej...

    Tzw. instynkt nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli jestem w jakimś temacie kompletnie zielona, to oczekiwanie, że nagle mnie cudownie olśni, jest nieporozumieniem. KAŻDA czynność wykonywana przy Myszy i KAŻDA jej reakcja była dla mnie nowością. Pamiętam, jak drugiego czy trzeciego dnia w szpitalu przywieźli mi ją po podaniu antybiotyku leżącą na brzuszku. A mnie ręce opadły z bezradności... bo do tej pory nauczyłam się ją podnosić TYLKO z pozycji leżącej na plecach! Jak mam zatem ułożyć ręce? Za co trzymać? Jak przewrócić? Skończyło się oczywiście zawołaniem położnej, która na całe szczęście nie kazała zdać się na to, co czuję, tylko sprawnie POKAZAŁA mi, co i jak. I przez pierwsze dni życia mojej córki tak było za każdym razem, kiedy chciałam coś przy niej zrobić, bo każdą czynność wykonywałam po raz pierwszy w życiu. Na szczęście położne w ogromnej większości [poza jednym, jedynym wyjątkiem przez 8 dni] były cierpliwe, spokojne, rzeczowe i wcale nie dawały odczuć młodej, ekstremalnie niedoświadczonej matce, że przecież to wszystko łatwizna, więc skąd ta panika, nie przychodź babo z byle pierdołą, tylko sobie radź, jak czujesz. Tłumaczyły, pokazywały, nie okazywały irytacji - a ja dzięki temu wiedziałam, że jesteśmy bezpieczne i pod dobrą opieką. A łatwo i tak mi nie było, bo pierwsze dni po porodzie to taka huśtawka nastrojów spowodowana hormonami, że nie da się tego opisać. Kto nie przeżył, ten nie zrozumie. Człowiek płacze o byle co i sam ze sobą nie może wytrzymać. Gdyby mi do tego zafundowano jeszcze podejście "a radź sobie sama", to chyba wyskoczyłabym oknem z oddziału. 

    Myślę, że na podejście pod tytułem "rób, co czujesz" rzeczywiście może sobie pozwolić doświadczona matka czworga dzieci, ale na pewno nie kobieta, która urodziła po raz pierwszy, a niemowlęta do tej pory oglądała głównie na ekranie telewizora. Ogromnie się cieszę, że w szpitalu miałam się do kogo zwrócić po pomoc, a oprócz tego w ciągu dnia była ze mną Seniorka, która co prawda zarzekała się, że przez 30 lat zdążyła wszystko zapomnieć, jeśli chodzi o obsługę noworodka, ale oczywiście tak nie było :) To wspaniale, kiedy można skorzystać z czyjegoś doświadczenia, a nie dochodzić do wszystkiego samemu ryzykując, że popełni się błąd. Nie mam zamiaru eksperymentować na własnym dziecku, które jest słabe, bezbronne i w 100% zależne ode mnie. 
    I powiem więcej: w przyszłości też będę chętnie zasięgała rad bardziej doświadczonych ode mnie osób. Jest moja mama, moja bratowa, inne mamy z bliższej i dalszej rodziny, są położne, są wreszcie różne poradniki, książki. Nie znaczy to, że z każdej rady muszę niewolniczo skorzystać, ale zawsze mogę ją wziąć pod uwagę, przemyśleć, zmodyfikować. Jasne, że dzieci są różne i to, co zadziałało u jednego, może się okazać nieskuteczne przy innym. Tyle to ja wiem chociażby po pracy w Zoo :) To jednak nie powód, by całkowicie odrzucać doświadczenie osób, które "już to przerabiały". Gdyby człowiek nie uczył się na cudzych błędach i nie przekazywał innym swojej wiedzy, to świat w ogóle nie ruszyłby z miejsca. 
    Nie mam instynktu macierzyńskiego. Mam za to uczucia i jestem niegłupia. To musi wystarczyć :)
      

niedziela, 16 sierpnia 2015

Miss Wszechświata i Okolic


    Wahałam się, Drogi Czytelniku, długo, czy zamieszczać tu jakikolwiek materiał wizualny dotyczący Hipcioliny. Z jednej strony - na tym blogu nie ma ani pół zdjęcia mojego czy Hipa, więc niby dlaczego miałyby być nasza córka? Z drugiej jednak - wizerunkiem Pumiska katuję Was ile wlezie, bo przecież na świecie jest "milijon" czarnych kotów, więc same fotki bez nazwiska właściciela nie umożliwiają jej identyfikacji. Podobnie z Hipcioliną - to noworodek, skończyła ledwo dwa tygodnie i nie ma jeszcze ustalonych rysów twarzy. Jej pyszczek zmieni się jeszcze wiele razy, zresztą, już teraz wygląda inaczej, niż bezpośrednio po urodzeniu. To wszystko - mimo niezaprzeczalnej urody :) - czyni ją podobną do "statystycznego niemowlęcia", więc znów bez podania imienia czy danych rodziców nie pozwoli na jej namierzenie.
    Zdecydowałam więc, że pochwalę się, jakie to piękne dziecko udało nam się z Hipem wyprodukować [co dalej pozostaje dla nas zagadką :)]. Będzie to pierwszy i ostatni post z jej wizerunkiem. Przemawia tu oczywiście przeze mnie próżność matki :) Mówcie co chcecie - naprawdę nie mogę się na nią napatrzeć i wyjść z podziwu, że jest taka ładna, foremna i zgrabna. Nota bene fizycznie rozwija się błyskawicznie i nawet położna środowiskowa mówi, że mała wygląda na dwumiesięczne dziecko, a nie na noworodka. Opanowała już też pierwszą ważną umiejętność - zaczęła swobodnie kręcić głową gdzieś tak około 7 doby życia.
    Aha, jeszcze jedna sprawa. Na potrzeby bloga będę ją od teraz nazywała Myszą. Nazwałam ją tak od ubranka z myszką, w które chętnie ją ubieram - i to mimo (o zgrozo!) barwy różowej - bo się bardzo wygodnie zapina po bokach i nie trzeba dziecka stresować wciąganiem bodziaka przez głowę.
    No dobrze, dość gadania. Patrzcie i podziwiajcie :)


Tu nie ma jeszcze nawet doby. Ta brzydka skarpetka na ręce zakrywa wenflon, bo Mysza musiała przez 5 dni brać antybiotyki dożylnie w szpitalu. Nota bene mała natychmiast opanowała sztukę zdejmowania tej skarpetki, więc trzeba było non stop to sprawdzać i jej znowu zakładać :)
Dodaj napis

Jej pierwsze w życiu solarium... Na szczęście lampa jest przenośna, więc nie musieli jej zabierać do osobnej sali z inkubatorami i cały czas była na ze mną. Nie mogła mnie widzieć, ale przynajmniej słyszała.

Zieeef... To kiedy będzie mleko?
Ulubione zdjęcie Hipka wykonane przez Seniorkę.


A tu akuraty nie śpię i obmyślam plan zagłady świata :)

Spanie synchroniczne.
UPDATE



No i oczywiście - w firmowym, myszym ubranku :)

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Ogarniamy temat

   Panie i Panowie!
Ladies and Gentlemen!
Damen und Herren!
Damas y Caballeros!
Signore e Signori!


    Pragnę obwieścić przy wtórze werbli wszem i wobec, że 1 sierpnia o godzinie 21:08 przyszła na świat Hipciolina, zwana na potrzeby tego bloga również Godzillą. Nota bene całkiem trafnie - USG przy przjęciu do szpitala oszacowało jej wagę na 3500 g, a okazało się, że ważyła 4010 g...
   Nie będę Wam, drodzy Czytelnicy, zdawała szczegółowej relacji z przebiegu porodu, bo zdaję sobie sprawę, że niektórzy umilają sobie czytaniem moich postów posiłki... Dość będzie powiedzieć, że wszystko trwało potwornie długo, bo od rozpoczęcia akcji "Narodziny Hipcioliny" [czyli odejścia wód płodowych] do pierwszego krzyku protestu samej zainteresowanej - aż 41 godzin. A i tak skończyło się cesarką [zresztą po interwencji mojej pani doktor nieobecnej tego dnia w szpitalu, do której zadzwonił Hipo] - gdyby nie to, to pewnie męczyłabm się jeszcze kolejne pół doby. Praktycznie bez jedzenia, karmiona dożylnie glukozą, no i rzecz jasna bez snu. To ja dziękuję, postoję...
    Spędziłam w szpitalu 8 dni - 2 sama, resztę z Hipcioliną. Ja doszłam do siebie w tempie błyskawicznym, bo wstałam jakieś 7 godzin po cięciu i tego samego dnia śmigałam już po korytarzu. Gorzej było z małą, bo nie dość, że załapała się na antybiotyk na dzień dobry, to jeszcze przyplątała się tradcyjna żółtaczka. Z perspektywy czasu myślę, że jej stan musiał być niepokojący, bo tak to wręcz na siłę wypychali wszystkie matki do domu z noworodkami najszybciej, jak się dało. Wbrew alarmom o dramatycznie niskim przyroście naturalnym wszystkie porodówki w mieście są przepełnione, kobiety są upychane w salach "na dostawki" i żadne łóżko nie jest wolne dłużej, niż pół godziny [wiem co mówię, w końcu przez ponad tydzień naobserwowałam się życia szpitalnego]. 

    A jaka jest Hipciolina? Przede wszystkim - piękna :) Ja wiem, że wszystkie matki tak mówią o swoich dzieciach, ale trochę się tych noworodków teraz naoglądałam i z ręką na sercu Wam mówię, że ona naprawdę była najładniejsza na całym oddziale. Nie czarujmy się, noworodki przez pierwszy tydzień życia nie wyglądają szczególnie zachęcająco - a to chude, głowy i kończyny jakieś nieproporcjonalne, skóra pomarszczona, jakieś plamki na twarzy... Tymczasem Hipciolina po pierwsze przyszła na świat nie umęczona porodem naturalnym, co jednak samo nie czyniło z niej Miss Oddziału, bo cesarek było akurat wyjątkowo dużo [pewnie z powodu upałów]. Po drugie waga zrobiła swoje - czterokilogramowe dziecko jest rozkosznie pyzate, rączki i nóżki ma pulchniutkie, a z klatki piersiowej nie przebijają się żebra... W porównaniu do tych wszystkich dzieciaków, to ona zupełnie nie wyglądała na noworodka, tylko na kilkutygodniowe dziecko. No i ostatni element - włosy. No szopa tak bujna, że tylko jechać na metalowy koncert i machać piórami :) Zgodnie z Hipem nie możemy wyjść z podziwu, jakim cudem udało nam się powołać do życia tak śliczne dziecko :)
    A charakter? Póki co - odpukać, tfu tfu - to anioł, nie niemowlę. Jeśli tylko jest najedzona [a wtrąbić to ona potrafi...] i ma czystą pieluchę, to w ogóle nie płacze i nie marudzi. Przez większą część dnia śpi, a jeśli nie, to leży z otwartymi oczami i się rozgląda [choć wiem, że na tym etapie życia Godzilla jeszcze niewiele widzi]. Dziecko bezproblemowe. Inna sprawa, że staramy się z Hipem nie przyzwyczajać jej do ciągłego noszenia, żeby potem nie okazało się, że można ją będzie uspokoić tylko przez branie na ręce. Choć słuch ma znakomity [co potwierdziły badania], to dźwięki otoczenia kompletnie jej nie ruszają. Śpi twardo i przy drących się całą noc niemowlętach, i przy włączonym laptopie - a najchętniej słucha buczenia mojego laktatora. Tjaa, to ją uspokaja w kilka sekund :) Na pierwszym spacerze po wyjściu ze szpitala mnie i Hipa minął jadący na sygnale wóz strażacki. Hałas taki, że obudziłby umarłego, ale Hipciolina tylko ziewnęła i dalej smacznie spała. Bardzo wrażliwa jest tylko na zmiany temperatur, bo błyskawicznie dostaje od tego czkawki.

    "Muszę pani powiedzieć, że pani mąż znalazł sobie młodszą..." - tymi słowami powitała mnie położna, która wcześniej nadzorowała moją akcję porodową, kiedy wywieźli mnie po cesarce z sali operacyjnej. Nic dodać, nic ująć. Hipo kompletnie odleciał na punkcie córki, jest w niej tak zakochany, że sobie nawet nie wyobrażacie. W szpitalu trzeba było go niemal siłą odganiać od "mydelniczki" [czyli szklanego łóżeczka na jeżdżącym stelażu], żeby mała mogła spać, bo tak to by cały czas ją nosił na rękach. Podczas tego weekendu, kiedy byliśmy tylko we troje, niewlele mogłam przy dziecku zrobić, bo każde przewijanie, przebieranie i karmienie [Hipciolina je z butelki] obstawiał tatuś, ja co najwyżej mogłam asystować. Kąpiemy wspólnie - tzn. Hipo trzyma małą [ma większe, pewniejsze dłonie], a ja myję. 

    Reazumując mój wywód - jak na razie wszystko gra. Powoli ogarniamy temat. Tylko niewyspana chronicznie jestem, ale wiem, że tak to już teraz będzie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Zestresować Godzillę

    Godzilla jest "na wylocie", co w praktyce oznacza tyle, że już tylko czekamy. Może się urodzić dziś, może za dwa tygodnie. Pani doktor powiedziała, że panna będzie siedzieć w środku, dopóki będzie miała komforcik i full wypas. Kiedy jej się zrobi niewygodnie, to zacznie się stresować i denerwować, a wtedy wytworzy hormony, które wywołają poród. Trzeba więc Hipciolinę wkurzyć. Może pojadę na jakiś koncert metalowy? Albo chociaż włączę album "Fear of the Dark" Iron Maiden i przyłożę słuchawki do brzucha?
    Co do mnie, to oczywiście chciałabym, żeby Godzilla była już na zewnątrz, bo połowa dziewiątego miesiąca ciąży to już nie jest fajny okres w życiu kobiety - nawet, jeśli to Smoczyca :) Nie jestem w stanie przyjąć takiej pozycji, by choć na chwilę było mi wygodnie. Wszystko jedno, czy leżę, siedzę, stoję - i tak mnie coś zawsze uwiera, gniecie albo boli. Nogi mam sztywne i opuchnięte, kolana napierdzielają od dźwiganego ciężaru, kręgosłup pęka, a po przejściu kilkuset metrów jestem mokra i dyszę jak po maratonie. Oczywiście upały wcale nie poprawiają sytuacji. Mam też duże problemy z koncentracją - co, jak czytałam, jest stanem zupełnie naturalnym, bo w końcówce ciąży mózg matki jest gorzej ukrwiony i po prostu z tego tytułu wolniej pracuje. Mam w związku z tym dziury w pamięci na kształt niektórych moich zjaranych marychą małpek...
    Z drugiej strony to rzecz jasna - wybaczcie dosłowność - jestem posrana, kiedy pomyślę o porodzie. Dobra dobra, darujcie sobie komentarze w stylu: "Kobiety od tysięcy lat rodzą dzieci, to i ty dasz radę". Chyba byłabym nienormalna, gdybym się w ogóle nie bała - przecież nigdy tego nie robiłam, a wiem, że cała akcja będzie bolała, jak jeszcze nigdy nic w życiu [może z wyjątkiem kolki nerkowej :)]. No i że mimo postępu medycyny co jakiś czas któraś kobieta "ma pecha" i zamiast happy endu i przytulania noworodka czekają na nią mniejsze lub większe komplikacje zdrowotne - albo ciasne M1... W ogóle przez całą ciążę staram się o tym myśleć jak najmniej - bo przecież jeśli coś ma pójść źle, to i tak pójdzie bez względu na to, czy będę o tym myślała - ale im bliżej terminu, tym trudniej. 

   No i tak to w ramach raportu dla Czytelników zainteresowanych moim stanem. Sama Hipciolina waży obecnie 3,5 kg, ma pulchniutki brzuszek, pucułowate policzki i generalnie pewnie wygląda jak ludzik Michelin. Jest raczej grzeczna i mało ruchliwa, więc jest nadzieja na to, że po porodzie też będzie dawała się nam wyspać :)

poniedziałek, 13 lipca 2015

Dalej czekamy

    W piątek byłam na wizycie kontrolnej - co prawda nie u mojej pani doktor [bo jest na urlopie, ale na poród wróci :)], ale w zastępstwie u innej lekarki, która też pracuje w "zaklepanym" szpitalu. Skończyło się to wycieczką na izbę przyjęć, bo mi brzydkie wyszło KTG zrobione w gabinecie [dla niewtajemniczonych - zapis bicia serca dziecka], a lekarka stwierdziła, że to nie musi oznaczać nic bardzo złego, ale że woli sprawdzić raz za dużo, niż raz za mało. No cóż, trudno nie przyznać jej racji. W szpitalu zrobiono mi po raz drugi pomiar, a że tym razem wyszedł w normie, więc odesłano mnie do domu. Niemniej mam obserwować zachowanie Godzilli i gdybym zauważyła coś odbiegającego od jej zwyczajnego zachowania, to mam się nie certolić i przyjeżdżać. Ta obserwacja może być nota bene dość trudna, bo Hipciolina jest dzieckiem bardzo spokojnym i raczej mało ruchliwym [bidulka pewnie nie ma zbyt dużo miejsca na gimnastykę ze względu na gabaryty...] i musiałaby chyba przez cały dzień nie dać znaku życia, żebym uznała, że to niepokojące. Mamy tylko ubaw ostatnio z Hipkiem, bo mała jest na etapie wystawiania przez brzuch rączek i nóżek. Dosłownie :) Odciski stóp widać niekiedy na powłoce mojej skóry bardzo wyraźnie.

    Do minimalnego bezpiecznego terminu zostały dwa tygodnie, więc nadszedł czas na złożenie łóżeczka. Dzielnemu tatusiowi zajęło to może z 15 minut. Teraz sobie stoi [łóżeczko, nie tatuś :)] grzecznie w niebieskim pokoju i czeka na lokatorkę:



    Zasłaliśmy póki co łóżeczko kocem, żeby się pościel nie kurzyła - ku wyraźnemu niezadowoleniu Jej Wysokości, przekonanej na pewno, że to legowisko jest specjalnie dla niej. Ale Puma też nie może narzekać, bo dostała wreszcie swoje profesjonalne półeczki, żeby miała gdzie wskakiwać. Każdy kot dla higieny psychicznej potrzebuje dobrego punktu obserwacyjnego nad głowami domowników - oraz azylu, w którym się może schować, jeśli coś przeskrobie lub zwyczajnie ma dość towarzystwa. I to nie są żadne fanaberie, bo po co mieć znerwicowane i agresywne zwierzę, jeśli można problem rozwiązać montując półeczkę pod sufitem?


poniedziałek, 6 lipca 2015

Ostatnie (?) zakupy

    Jeszcze nie urodziłam, ale niewiele brakuje :) Brzuch mam monstrualmych rozmiarów i naprawdę jestem pełna podziwu, że jeszcze nie pękł od środka [patrz seria "Obcy" :)]. Jak się można domyślić, skutkiem tego naprawdę już ledwo chodzę kołysząc się z boku na bok. 
    Poza tym - to czuję się dobrze :)
    Remont zakończył się o czasie, zostało kilka drobiazgów, które będą wykonane w najbliższą sobotę. Pomarańczowa Jaskinia zamieniła się w Morelowo-Piaskową [w zależności od tego, jakie pada światło]. Trochę mi tego szkoda, bo bardzo lubiłam ten poprzedni - przepraszam za wyrażenie - oczoEBny kolorek, ale rozumiem, że mógłby mieć zły wpływ na Hipciolinę. Za to naprawdę podoba mi się podłoga [nowe panele] oraz niebieskie ściany w pokoju dziecinnym. Ostatnia zmiana to wielka przesuwna szafa na całą ścianę. Owszem, jest piękna i bardzo porządnie wykonana, tyle tylko, że jej pojawienie się skutkowało wyfrunięciem praktycznie wszystkich innych mebli poza stołem, łóżkami i komodą kąpielową dla Hipcioliny. Moje ukochane komody, szafy i witrynki zostały zaadoptowane z radością przez Seniorkę do jej wiejskiej posiadłości. Hipo z uporem maniaka twierdzi, że cały nasz ubraniowo-książkowo-naczyniowy dobytek zmieści się do nowej szafy przesuwnej, ale ja śmiem w to wątpić... Na razie rozpakowujemy pudła, a Smok nie pamięta, gdzie co ma.
    Co poza tym? Wydaję coraz większe kwoty na ostatnie zakupy przed powiększeniem się stada. Lista zdaje się nie mieć końca: materacyk, pościele do łóżeczka i do wózka, komplety poszewek, prześcieradła... Poza tym niekończące się wątpliwości - a czy mam wystarczającą ilość śpioszków, pajacyków, kaftaników, pieluch tetrowych [bo zapasu codziennych pampersów nawet jeszcze nie zaczęłam kompletować]? Przemysł konfekcji niemowlęcej to ogromny biznes, a ja, jako niedoświadczona przyszła matka, przy całej mojej racjonalności i tak dostaję kręćka, bo skąd mam wiedzieć, co tak naprawdę i w jakich ilościach będzie potrzebne?
    I to by było na tyle w kwestii przedporodowego meldunku. W piątek mam wizytę kontrolną. Zobaczymy, czy Godzilla osiągnęła już 3kg wagi. Obstawiam, że tak :)

środa, 1 lipca 2015

Przymusowy odpoczynek u Seniorki

    W Pomarańczowej Jaskini trwa remontowy Armagedon, a ja i Jej Wysokość jesteśmy na wygnaniu na wsi u Seniorki. Rozpirdziu ma się skończyć planowo w niedzielę i tej wersji się trzymamy, bo ja nie mam zamiaru rodzić w jakimś miejscowym szpitalu. Choć oczywiście na wszelki wypadek mam ze sobą torbę szpitalną i wszystkie wyniki ciążowych badań.
    Co robię? Generalnie nudzę się jak mops, bo nic mi robić nie wolno. Czasem łaskawie pozwolą mi wykonać jakieś prace kuchenne, przy których mogę siedzieć. Czeka mnie tylko uprasowanie wyprawki dla Hipcioliny. Babcia Seniorka już prawie wszystko skompletowała, brakuje kilku drobiazgów, na które będę polowała na Allegro. Patrząc na to wszystko czuję się trochę tak, jak bym się cofnęła do czasów przedszkola i znów bawiła się lalkami :) A ubranek Godzilla ma chyba tyle, ile i ja i Hipek razem wzięci. Zresztą, sami zobaczcie:





    Ze strategicznych wakacji u Seniorki najbardziej cieszy się Jej Wysokość. No po prostu nie poznaję koteczka. Polata, wybiega się, skubnie soczystej trawki, potem przyjdzie "na głaska" - i dalej do ogrodu. Jest milutka i kochana, zero agresji i fochów. Nabiera także umiejętności społecznych. Do Seniorki, jak już wielokrotnie pisałam, przychodzą odetchnąć rozmaite kociaki z okolicy. W tym roku wpada tutaj sympatyczny i kontaktowy mały, biało-rudy kocurek. Jest tak z dwa razy mniejszy od Pumy, więc pierwszego dnia po naszym przyjeździe, kiedy się pojawił, to tak go pogoniła, że mało łapek nie połamał. Ale okazuje się, że się jakoś dogadali. Obwąchali sobie pyski i jakoś podzielili ogrodem - jak jedno przebywa po prawej stronie, to drugie po lewej. Nie dażą się na razie jakąś wybitną sympatią, ale Jej Wysokość łaskawie pozwala mu przebywać na posesji pod warunkiem, że rudziak nie wchodzi jej w paradę. Mam nawet krótki filmik dokumentujący ten stan:





    Oprócz tego Puma poczuła się w obowiązku zabrać się za moją edukację. Otóż wczoraj idealnie podczas obiadu weszła majestatycznie do salonu z wielką tłustą żabą zwisającą jej smętnie z pyska. Myśleliśmy, że przyniosła sobie na obiad, ale tymczasem położyła płaza z dumą koło mnie na dywanie, miauknęła i sobie poszła. Wzruszyłam się i rzecz jasna pochwaliłam koteczka, że zadała sobie trud, by przygotować mi francuskie danie. Ale w czasie, kiedy poszłam do kuchni po ręcznik papierowy, by żabę sprzątnąć, okazało się... że stworzonko ożyło i kicnęło pod kanapę [przesiedziała tam do wieczora - ostatecznie udało mi się ją złapać i zwrócić jej wolność]. Najwidoczniej więc Pumisko postanowiło nauczyć mnie, jak się poluje - na biednej, śmiertelnie wystraszonej żabie :)

UPDATE - 4 LIPCA, SOBOTA

   Rudziak staje na uszach i przytupuje rzęsami, żeby się tylko wkraść w nasze łaski. Został nakarmiony resztkami i zaczął się zachowywać zupełnie jak kot domowy. Chodzi za ludźmi krok w krok, rozmawia, daje się głaskać, gdyby mu pozwolić, to wpakowałby się na kolana. A ostatnią noc spędził na ganku śpiąc na wycieraczce i tęsknie patrząc przez szybę do domu. 
    Puma natomiast wyraźnie jest tym wszystkim zdezorientowana. Czai się na niego, syczy i fuka, ale nie atakuje. Czasem pozwoli się małemu zbliżyć i obwąchać, bo on jest jej bardzo ciekawy i generalnie to chyba chce się z Jej Wysokością zaprzyjaźnić, jak zresztą ze wszystkimi. Gdybyśmy pobyły tu dłużej, to pewnie oba koty by się zakumplowały. No ale jutro wracamy, bo remont jest na finiszu.
   (Wstawiłam inny filmik na miejsce starego, bo udało mi się nakręcić lepszy).