"No jak to? Kot w mieszkaniu? Przecież dostaniesz toksoplazmozy i urodzisz chore dziecko!"
"Kot jej we śnie przegryzie tętnicę!"
I tak dalej, i tak dalej...
Zacznę od rodzinnej anegdoty, opowiadanej z lubością przez moją nieżyjącą już babcię. Otóż kiedy urodził się mój Tata, to w domu była stara, wielka kocica [zdaje się nota bene, że też czarna]. Miała w zwyczaju kłaść się w nogach niemowlęcia - i go pilnować. Ale to dosłownie. Do tego stopnia, że wyjąć dziecko z łóżeczka mogła tylko matka, czyli moja babcia. Jeśli sięgał po malca ktokolwiek inny - łącznie z ojcem dziecka [czyli moim dziadkiem] - to zaczynało się fuczenie, ostrzegawcze mruczenie i syczenie. Ewidentnie kotka poczuwała się do obowiązku bronienia nowego członka stada :)
Skłamałabym twierdząc, że kompletnie nie miałam obaw w kwestii tego, jak zachowa się Puma po narodzinach Myszy. Jej Wysokość jest specyficzna i zdecydowanie nie jest miłym, przytulskim kiciakiem, z którym można robić wszystko, a on i tak nie piśnie. Obawiałam się, że zrobi się zazdrosna i w związku z tym agresywna. Serce by mi pękło, gdybym musiała pozbyć się Pumy, bo w końcu wychowałam ją od malutkiego, kilkutygodniowego kociaka. Ale gdyby zagrażała Myszy, to nie byłoby wyjścia.
Jeśli natomiast chodzi o toskoplazmozę, to tutaj uspokajała mnie nawet moja pani ginekolog. Oczywiście zrobiłam odpowiednie badania w ciąży [i to dwukrotnie], ale ponieważ Puma jest kotem domowym, niewychodzącym, to ryzyko, że jest nosicielką, było minimalne. O wiele większym zagrożeniem dla kobiety w ciąży jest np. robienie kotletów czy przesadzanie kwiatów - bo bardziej prawdopodobne, że złapie toksoplazmozę przez kontakt z surowym mięsem czy ziemią, niż z domowym, wypielęgnowanym zwierzakiem.
Poczytaliśmy oczywiście z Hipkiem, jak przygotować kota na przybycie noworodka. Po pierwsze trzeba oswoić z zapachem - w tym celu Hipek ze szpitala przyniósł zasikaną pieluchę Myszy... Radzą też, by absolutnie nie izolować kota od dziecka, nie wprowadzać nerwowej czy tajemniczej atmosfery, pozwolić mu obwąchać, popatrzeć, przywitać się. Niech zobaczy, że niemowlę nie stanowi zagrożenia, jest czymś normalnym, zwykłym i że - z kociego punktu widzenia - nie ma się czym ekscytować.
Czy się denerwowałam przed pierwszym spotkaniem Myszy z Pumą? Oczywiście, że tak, jak cholera :) W końcu to tylko kot - co będzie, jeśli jednak nagle machnie łapą, podrapie, ugryzie, zaatakuje...? Na szczęście nic takiego się nie stało. Wskoczyła do łóżeczka, obwąchała i poszła. I w zasadzie do dnia dzisiejszego specjalnie się Myszą nie emocjonuje. Kilka razy polizała ją po włosach, co jest akurat dobrym sygnałem, bo w końcu kotki wylizują swoje młode :) Czasem śpi w nogach łóżeczka, ale generalnie odnoszę wrażenie, że lekko się małej boi. Zwłaszcza, kiedy zaczyna dawać koncert, a płuca ma silne, jak to niemowlę. Wtedy Jej Wysokość z gracją oddala się w bezpieczny, oddalony od źródła hałasu kąt mieszkania.
Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się, kiedy Mysza będzie starsza. Ją naturalnie też trzeba będzie wyedukować, że kotka nie ciągnie się za ogon, tylko delikatnie głaszcze. Mam nadzieję, że się dogadają. Generalnie uważam, że dzieciom dobrze robi wychowywanie się ze zwierzętami, bo od początku uczą się w ten sposób odpowiedzialności i empatii wobec nich. No i zmniejsza to ryzyko alergii na sierść.
Na koniec mam dwa obrazki. Pierwszy - dokumetujący codzienne kontakty Myszy i Pumy [zdjęcie pochodzi mniej więcej z tego okresu, co poprzednie fotografie - czyli Hipciolinka jest tu zupełnie malutka i z tego bodziaka już daaawno wyrosła :)]. A drugi - trochę nie na temat, ale wygrzebałam w czeluściach Internetu i bardzo mi się spodobał :)
![]() |
| Ostrożnie! Zły pies, a kot jeszcze większy świr... |












