Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 23 lutego 2014

Mam 18 lat i wszystko mi wolno


    Pamiętacie post [a ściślej mówiąc - posty] o najbardziej ciapowatym i wygodnickim tatusiu, z jakim Smoczyca miała wątpliwą przyjemność w trakcie swojej pracy jako wychowawca? Mam na myśli ojca Patrycji, mojej wychowanki jeszcze z poprzedniej, gimnazjalnej muppeciarni, która dosłownie sterroryzowała rodziców. Mama spuściła uszy po sobie, we wszystkim ustępując córce i kryjąc jej numery, a tatuś patrzył na to przez palce dla świętego spokoju, bo przecież jest taki zarobiony, że do domu wraca tylko spać.
    Na początku drugiego półrocza 3 klasy narobiłam wokół Patrycji trochę szumu, bo szkoda mi było, żeby przez swoją głupotę i wagarowanie w sumie dość sympatyczna i do rzeczy dziewczyna nie skończyła gimnazjum. Na matkę nie miałam co liczyć, bo córka ją po prostu centralnie olewała, ale jakoś zmobilizował się ojciec. Umówiłam się z nim, że będę mu mailem każdorazowo dawała znać, kiedy Patrycja ucieknie z lekcji, a on najwidoczniej jednak potrafił na tyle na nią huknąć, że po kilku takich akcjach częstotliwość wagarów wyraźnie zmalała. Nie było oczywiście idealnie, ale na tyle dobrze, by dziewczyna otrzymała świadecwto promocyjne i mogła kontynuować naukę w zawodówce - zresztą u nas i dalej pod moimi skrzydłami. W międzyczasie nota bene skończyła już oficjalnie [a nie tylko rocznikowo] 18 lat i odebrała dowód osobisty.
    Od września niestety znów zaczęło się opuszczanie zajęć, a zwłaszcza tych porannych, bo Patrycji wyjątkowo ciężko jest dotrzeć na 8 rano do szkoły. Nie od razu było tragicznie, ale w połowie semestru wezwałam sobie rodziców na rozmowę. Przyjechała niestety mamusia [bo przecież tatuś jest wiecznie w pracy...]. Wystosowałam do niej płomienną przemowę próbując jej uświadomić, że w szkole zawodowej o wiele łatwiej jest złapać enkaela, bo uczniowie są na lekcjach jedynie trzy dni [dwa pozostałe zajmują praktyki u pracodawcy], więc większość przedmiotów mają raz w tygodniu. Wynika z tego, że jeśli delikwentowi wejdzie w nawyk "zasypiać sobie" np. na pierwsze lekcje we wtorki - tak, jak w przypadku Patrycji, a mają wtedy matematykę z Wicedyrą - to de facto na tym konkretnym przedmiocie w ogóle nie ma obecności. A akurat tutaj znam podejście mojej Wiceszefowej, która jest [jak już wielokrotnie pisałam] świetnym pedagogiem, ma doskonały kontakt z uczniami i generalnie na różne rzeczy jest w stanie przymknąć oko - ale nie na frekwencję. Liczy obecności bardzo skrupulatnie - ma być 50% plus jedna lekcja, tak, jak przewiduje statut. Nie ma tyle - nie ma gadania, jest enkael.
    Mamusia - co było do przewidzenia - smutno pokiwała głową, obiecała interwencję, ale na deklaracjach się skończyło. Patrycja ma na I półrocze dwa nieklasyfikowania: z matematyki właśnie oraz z wychowania fizycznego. I o ile z w-fem pewnie jakoś to będzie, o tyle Wicedyra nie odpuści, nie ma co do tego wątpliwości. Postanowiłam więc, że przy pierwszych matematycznych wagarach w tym półroczu spróbuję znów potrząsnąć rodzicami. Długo nie musiałam czekać, bo tylko do ubiegłego wtorku, czyli pierwszej lekcji z tego przedmiotu w II semestrze, na którą dziewczę nie dotarło. Złapałam za telefon, wydzwaniam do ojca, do matki - nic, cisza, nie odpowiada. Wzięłam się więc na stary sposób i wysmarowałam maila do tatusia...
    Od razu mówię - cudów się nie spodziewałam, ale mimo wszystko myślałam, że ojciec stanie jakoś na wysokości zadania, jak to poprzednio było. O święta naiwności... Ale - cytując Wołoszańskiego - nie uprzedzajmy faktów. A najlepiej będzie, jak przytoczę Drogiemu Czytelnikowi treść maili, które wymieniłam z szanownym tatusiem mojej podopiecznej.

Od Dragonelli-Smoczycy: 
Dzień dobry.
Chciałam niestety poinformować, że Patrycja nie była dziś w szkole - tzn. na pewno rano, kiedy mają matematykę. Proszę przypilnować córkę - ma z matematyki nieklasyfikowanie na półrocze i jeśli nie zacznie sumiennie chodzić na wszystkie lekcje, to nie zda do drugiej klasy.
Informuję też, że zgodziłam się, by Patrycja odebrała kartkę z półrocznymi ocenami [jest pełnoletnia] (Przed feriami było oczywiście zebranie, na którym te karteczki rozdawałam, ale żadne z rodziców się nie pojawiło - przyp. Smoczycy). Jest tam wypisane szczegółowo, jakie miała oceny na półrocze oraz ile miała godzin nieusprawiedliwionych.
Pozdrawiam.

Od ojca Patrycji:
Dzień dobry!
W odpowiedzi na  mail chciałbym zaznaczyć to, o czym Pani wspomniała, tj. Patrycja jest pełnoletnia i w tym momencie moja rola jako rodzica uległa znacznemu uszczupleniu. Nie wynika to oczywiście z mojej woli, gdyż ja dla niej chciałbym jak najlepiej, lecz wynika to z rozumowania mojej córki i wpływu jaki wywiera na nią otoczenie. (...) W obecnej chwili nie mam możliwości ciągłej kontroli tego co robi i jakich dokonuje wyborów, do pracy wychodzę bardzo wcześnie rano, kiedy Patrycja jeszcze śpi, a jeżeli już wyjdzie z domu "do szkoły", to niestety nie mam możliwości sprawdzenia jej dalszych intencji. Myślę, że w tym momencie jest ciężko cokolwiek zrobić, gdyż przez Patrycji zachowanie w domu niejednokrotnie mają miejsce spory dotyczące jej osoby oraz wyborów jakich dokonuje, tego o której wraca do domu i ile czasu spędza poza nim.
Serdecznie dziękuję za informację i postaram się zrobić coś w kierunku poprawy jej sytuacji, natomiast nie będę chyba mógł nic zrobić w sprawie poprawy jej nastawienia (SIC!!!), nie tylko do szkoły, ale i do otoczenia.

    No cóż moi drodzy, na takie dictum skrzydła mi opadły. Facet z rozbrajającą szczerością przyznaje, że córka ma go centralnie w dupie, a on nic z tym nie może zrobić, skoro jest pełnoletnia. I już, sprawa załatwiona - nie da się, sorry Winetou. Przecież to oczywiste, że skoro skończyła 18 lat, to jako ojciec nic jej nie mogę nakazać, jeśli sama nie zechce. Mogę tylko podkulić ogon albo wyjść rano do pracy, a wrócić wieczorem...
    Hamując swoje pedagogiczne zapędy - nie jestem wszak od wychowywania rodziców moich podopiecznych - wystosowałam do tatusia tak dyplomatyczną, ale jednocześnie szczerą odpowiedź, jaką umiałam:

Od Dragonelli-Smoczycy:
Dziękuję bardzo za szczerą odpowiedź. Muszę niestety stwierdzić, że w takim przypadku - jeśli Pan jako ojciec sam przyznaje, że nie ma możliwości wpłynięcia na podejście córki do obowiązków szkolnych - to tym bardziej my, jako szkoła, mamy związane ręce. W świetle prawa Patrycja jest pełnoletnia, nie ma więc obowiązku chodzić do szkoły. Co za tym idzie, jeśli jej absencja będzie zbyt duża, zostanie po prostu skreślona z listy uczniów.
Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, tym niemniej zagrożenie powtarzania klasy z powodu nieklasyfikowania z matematyki jest już jak najbardziej realne. Znam tutaj konsekwencję pani wicedyrektor, ich nauczycielki matematyki - potrafi przymknąć oko na różne rzeczy, ale do frekwencji podchodzi niezmiernie poważnie.
Nie będę więc zatem Pana niepokoić mailami w przypadku każdorazowego opuszczania zajęć przez Patrycję w drugim półroczu. Jeśli będą Państwo mieli potrzebę skontaktowania się ze mną, zapraszam na wtorkowe dyżury [można też wtedy dzwonić do pokoju nauczycielskiego]. Jednocześnie informuję, że najbliższe zebranie jest 15 kwietnia o godzinie 18.
Pozdrawiam.

    Przyznam, że ten mail jest z mojej strony rodzajem "dupochronu". Kiedy Patrycja nie zda [a na to się póki co zanosi], to gdyby tak przyszło komuś do głowy rozliczanie mnie z paragrafu "co jako wychowawca zrobiłam, by pomóc uczennicy" - to mam czarno na białym, że alarmowałam rodziców dostatecznie wcześnie, byli poza tym poinformowani o możliwości kontaktu ze mną. Nie mam zamiaru natomiast robić z siebie idiotki i marnować czas na interwencję w przypadku, kiedy rodzice Patrycji postawili na niej krzyżyk. Mam prawie 30 osób w klasie, z czego regularnie wagaruje tak ok. 2/3 - naprawdę mam do kogo wydzwaniać...
    "Patrycja jest pełnoletnia i w tym momencie moja rola jako rodzica uległa znacznemu uszczupleniu". No nie, darujcie, ale takie podejście kompletnie nie mieści mi się w głowie. To znaczy że co - do dwunastej w nocy w dniu urodzin mogę dziecku coś kazać, a po dwunastej już nie? Co za głupota [bo inaczej się tego zwyczajnie nie da nazwać...]. Dla mnie sprawa jest banalnie prosta. Słuchaj panna - w świetle prawa jesteś dorosła, ale dalej mieszkasz z nami i cię utrzymujemy, bo chodzisz do szkoły. To jest twój obowiązek, twoja praca. Jeśli nie chcesz się uczyć, to masz iść do pracy i dokładać się do domowego budżetu. Na tym polega dorosłe życie, że ludzie płacą za siebie. Szkoła albo praca, twój wybór.
    Oczywiście w przypadku, gdy gówniara odpysknie, że ani to, ani to - trzeba być przygotowanym na ewentualność pokazania jej drzwi. Ale jeśli się tego nie zrobi, to hoduje się darmozjada, który i w wieku 30 lat będzie na garnuszku mamusi zajmował swój dawny, dziecinny pokój i ani myślał o samodzielnym ułożeniu sobie życia. Bo i po co, skoro mu tak dobrze...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Z życzeniami

Moi drodzy Czytelnicy, oto dzisiejsza:

Szanowna Solenizantka 
Władczyni Pomarańczowej Jaskini
Miss Futra
Jej Wysokość Puma  



    Spieszę przypomnieć, że dziś obchodzimy międzynarodowy Dzień Kota. Kto ma kota, ten wie, że te zwierzęta "swój dzień" mają zawsze, ale skoro kalnedarz ogłasza takie święto, to rzecz jasna spieszę z najlepszymi życzeniami dla mojej domowej, futrzastej wredoty - oraz dla wszystkich miaukaczy, małych i dużych.
    W ramach prezentu Jej Wysokość dostała soczysty kawałek karkówki. Prezent łaskawie raczyła przyjąć :)




niedziela, 16 lutego 2014

Zupa z czerwonej soczewicy

    No i po moich feriach... Połowę chorował Smok, połowę Hipek. Ergo - dwa tygodnie urlopu zmarnowane. Nigdzie nie byłam, nic nie zrobiłam, czas przeleciał mi przez palce. I w sumie to nawet chętnie wrócę do pracy w związku z tym, przynajmniej coś się będzie działo. 

    Na poprawę humoru poeksperymentowałam trochę w kuchni, bo - jak wiadomo - gotować to ja lubię, dopóki mam czas i nikt nie traktuje tego jako mój smoczy obowiązek. Miałam ogromną ochotę uskutecznić coś, czego jeszcze nigdy nie przyrządzałam, a w szafce od dawien dawna zalegał mi kilogram czerwonej soczewicy, podrzuconej nam kiedyś przez Seniorkę. Gdyby to była zielona, to przerobiłoby się ją na pasztet lub pierogi, ale z czerwonej najlepsza wychodzi zupa. Genialną robi Seniorka właśnie, ale ponieważ jest ona ostatnio osobą zapracowaną ponad wszelką przyzwoitość [serio serio, aż się serce kraje, tak biedna zaiwania...], to nie miałam sumienia męczyć jej o przepis. Od czego jest jednak jak zwykle wujek Google? Tradycyjnie już - poszperałam, poczytałam i z trzech najlepszych według Smoczego osądu przepisów zmajstrowałam jeden. Wychodzi uczciwa, rozgrzewająca i bardzo treściwa zupa, w sam raz na obiad w zimowe popołudnie. Receptura jest w dodatku całkowicie bezmięsna, a zatem uniwersalna - choć jak by się ktoś bardzo uparł, to może sobie tam jakieś zwierzęce zwłoki wkroić... :) Zapewniam jednak, że i bez tego daje radę, czego najlepszym dowodem jest fakt, że smakowała Hipopotamowi, Naczelnemu Mięsożercy III RP...

ZUPA Z CZERWONEJ SOCZEWICY 

SKŁADNIKI:
2 kostki bulionu warzywnego
200g czerwonej soczewicy 
400-500ml przecieru pomodorowego [taki w kartonie albo w puszce] 
2 papryki
puszka zielonego groszku
puszka czerwonej fasoli [opcjonalnie]
2-3 ziemniaki
średnia cebula 
2 ząbki czosnku 
oliwa z oliwek
pół łyżeczki papryczki chilli w proszku
łyżeczka słodkiej papryki w proszku
sól, pieprz [według uznania]

Kroimy drobno cebulę, siekamy czosnek i wrzucamy do garnka na rozgrzaną oliwę, żeby się toto zeszkliło. W tym czasie płuczemy soczewicę - nie trzeba jej namaczać, wystarczy umyć i zostawić na durszlaku, żeby odciekła. Po kilku minutach do garnka wrzucamy pokrojoną w grubą kostę paprykę, mieszamy i smażymy ok. 5 minut. 
Rozpuszczamy kostki bulionowe w gorącej wodzie [trochę więcej, niż pół litra]. Do warzyw wlewamy przecier pomidorowy, wsypujemy soczewicę i zalewamy wszystko bulionem. Mieszamy - jeśli jest za gęste, można dolać jeszcze trochę wrzątku. Całość przykrywamy i gotujemy, aż soczewica będzie miękka [co nie potrwa długo, góra 10 minut].
Do naszej mocno już rozgotowanej brei dodajemy pokrojone w kostę ziemniaki, wsypujemy chilli i paprykę w proszku, mieszamy i gotujemy ok. 10 minut pod przykryciem. Potem wrzucamy groszek [i ewentualnie fasolę] i gotujemy jeszcze trochę, aż ziemniaki będą miękkie. Próbujemy "na ostrość" - jeśli coś jest nie tak, wykańczamy dzieło solą i pieprzem.

    I to by było na tyle :) Zupa - jak każda tego typu potrawa - najlepiej smakuje na drugi dzień, kiedy się porządnie przegryzie. U nas zdaje się na trwałe zagości w jadłospisie, ale jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.
    Smocznego :) 



wtorek, 11 lutego 2014

Liczebnik, czyli koszmar Brytyjczyka

    Uprzejmie donoszę, że żyję i mam się już względnie dobrze.
    "Względnie" oznacza, że jeszcze zdarza mi się od czasu do czasu zakaszleć, ale to doprawdy mała niedogodność. Poszłam grzecznie do przychodni i oddałam się w ręce rodzinnej Pani Doktor, skądinąd super kobitki, mądrej, rzeczowej, a do tego bardzo sympatycznej [i miłośniczki kotów - hie, hie, hie...]. Tym razem wyrok brzmiał "zapalenie gardła" - co i dobrze, bo to znaczy, że nie zdążyło zleźć na krtań czy nie daj Boh na tchawicę. Zaaplikowano mi trzydniowy antybiotyk-petardę, który rzeczywiście rozprawił się z cholerstwem w tempie błyskawicznym. Strach jednak pomyśleć, co oni teraz ładują do tych lekarstw, bo podczas jego stosowania chodziłam jak zombie, nieprzytomna, senna i słaba jak niemowlę. No ale już zdaje się po wszystkim, tym niemniej jednak pierwszy tydzień wolnego miałam stracony. Teraz zobaczymy, jak się sprawy dalej potoczą [bo - ODPUKAĆ! - dla odmiany coś zaczyna łazić po Hipopotamie...], ale jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to na weekend planujemy zwalić się mojemu Tacie na głowę.

    Mam oczywiście ferie od małpek, ale nie od Drybka. I powiem Wam, że dobra forma właśnie mi się bardzo przyda, bo podręcznik przewiduje w najbliższym czasie dla nieszczęśnika wyjątkowe atrakcje w postaci składni liczebników. Jako native speakerzy - czyli rodzimi użytkownicy języka, którzy na szczęście gramatykę stosujecie instynktownie [mniej lub bardziej poprawnie :)] - nie zdajecie sobie pewnie z tego sprawy, ale liczebniki w języku polskim są PORĄBANE. Nie żartuję, to zagadnienie należy do najtrudniejszych kwestii, które musi opanować obcokrajowiec, więc wprowadza się je bardzo oszczędnie, pilnując skrupulatnie, by biedakowi nie sprzedać za dużo "wiedzy" na raz, bo się totalnie pogubi. Zacząć trzeba niestety na samym początku, bo jakim sposobem cudzoziemiec ma kupić coś w sklepie albo dowiedzieć się, która jest godzina? Wprowadza się więc niezbędne liczebniki główne [bo coś kosztuje dwa złote pięćdziesiąt pięć groszy] i porządkowe [bo niestety jest godzina za dziesięć trzecia, a nie trzy...], ale potem bardzo długo się milczy o pozostałych zagadnieniach. Dlaczego? Nim wytłumaczę [oczywiście tak łopatologicznie, jak tylko będę umiała :)], zerknijcie proszę na poniższy demotywator. Sporo wyjaśnia nawet laikowi...




    To jeszcze jednak nic, że polskie liczebniki podlegają deklinacji [a więc odmieniają się przez przypadki, liczby i rodzaje]. Zachowują się zupełnie inaczej opisując rzeczowniki żywotne, a inaczej martwe. Jak by tego było mało, to liczebniki od 2 do 4 wymagają innej składni, niż te od 5 wzwyż - w dodatku przy rodzaju męskim osobowym można mówić na dwa sposoby, oba są dobre i oba z grubsza znaczą to samo... Do tego jeszcze kwestia mówienia o "osobnikach niedorosłych" [czyli np. dzieciach, uczniach, małych zwierzątkach] albo o grupie zróżnicowanej względem płci - bo tutaj też są osobne reguły. Tych zasad jest od cholery i gwarantuję Wam, że przeciętny Kowalski wcale nie liczy superpoprawnie - więc co tu dużo wymagać od biednych innastrańców? 
    "Najfajniejszy" jest rodzaj męski dla liczebników 2-4, bo tutaj mamy aż trzy sposoby mówienia - jeden dla rzeczy i zwierząt, a dwa równorzędne dla osób. Wszystko to jeden i ten sam rodzaj męski, ale wychodzą trzy liczebniki do zapamiętania. Do tego każde rozwiązanie pociąga za sobą użycie innego przypadka rzeczownika i innej formy czasownika. Sami popatrzcie:


   



(2, ptak, siedzieć na gałęzi)





Na gałęzi siedzą / siedziały / będą siedziały dwa ptaki.

tu akurat wszystko jest proste: 
dwa - liczebnik główny (ten najprostszy, znany już cudzoziemcowi)
ptaki - rzeczownik w mianowniku liczby mnogiej
siedzą / siedziały / będą siedziały - normalny, z logiki wynikający czasownik, czyli w 3 os. l. mnogiej rodzaju niemęskoosobowego [bo ptak to nie człowiek]

ALE POPATRZCIE TERAZ NA TO...

(2, pan, siedzieć na kanapie)

Opcja 1: 
Dwaj panowie siedzą / siedzieli / będą siedzieli na kanapie.

i już się zaczyna jazda:
dwaj - czemu ten liczebnik taki dziwny? Skoro mogą być normalnie "dwa ptaki", to dlaczego muszą być "dwaj panowie"? Na szczęście jednak potem jest logicznie, czyli:
panowie - rzeczownik w mianowniku liczby mnogiej  
siedzą / siedzieli / będą siedzieli - też jak Bozia przykazała, czyli 3 os. l.mn. rodzaju męskoosobowego 

Opcja 2:
Dwóch panów siedzi / siadziało / będzie siedziało na kanapie.

i w tym momencie mamy totalny bałagan...
dwóch panów - "Po cholerę ładujecie tu dopełniacz???" - pytają innastrańcy. - "Przecież dopełniacza używacie w przeczeniach, zdaniach negatywnych, jak coś NIE. A oni przecież siedzą na tej kanapie...".
siedzi / siedziało / będzie siedziało - to już jest kompletnie bez sensu: 3 osoba LICZBY POJEDYNCZEJ [a przecież ich jest DWÓCH], w dodatku RODZAJ NIJAKI [a przecież to faceci!].    

    Tjaaa... A jeszcze gdyby to były dzieci? "Dwoje dzieci siedzi na ławce - dwie dziewczynki i dwaj chłopcy / dwóch chłopców"... Może zresztą było ich więcej? "Pięcioro dzieci siedzi na ławce - pięć dziewczynek i pięciu chłopców"... A wszyscy patrzą na "dwa ptaki".  
     I weź tu cokolwiek wytłumacz takiemu Brytyjczykowi, dla którego to zdanie po prostu brzmi:
    Two childreen is sitting on the bench - two girls and two boys. And they are looking at two birds... 

wtorek, 4 lutego 2014

Co robi porządny nauczyciel w ferie?

    Panie i Panowie, słucham, jakie są Wasze propozycje odnośnie pytania zawartego w temacie posta? Dla ułatwienia dodam, że bynajmniej nie chodzi tu o żaden rekreacyjny wyjazd w góry czy w jakiekolwiek inne miejsce, w którym można odpocząć i zregenerować siły. Nota bene o ile mnie pamięć nie byli, to ostatnim razem na wyjazdowych feriach byłam ze 3 lata temu - z Seniorką na wczasach pomagających zgubić zimowe oponki.
    Wracając do pytania - co wobec tego robi Dragonka, kiedy już ma wreszcie te 2 tygodnie zasłużonego wolnego?
    CHORUJE.
    Tjaaa... W sumie to nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w ostatnim tygodniu pracy nadeszła wreszcie zima z bardzo minusowymi temperaturami. A jak być może pamiętacie - w takich okolicznościach przyrody ogrzewanie w Zoo nie wyrabia i zaczyna się lokalna Syberia. Ile konkretnie mieliśmy stopni? W poniedziałek w pokoju nauczycielskim było 5 [tak, słownie: PIĘĆ] - ile w następnych dniach to nie wiem, bo... termometr zniknął :) Na korytarzach i w łazienkach mniej więcej tyle samo. W klasach za to prawdziwe tropiki - od 8 stopni w sali komputerowej do 14 w środkowej, najcieplejszej na parterze. 
    Zgodnie z zaleceniami ministerstwa - jeśli temperatura w klasach spada poniżej 18 kresek, to dyrektor powiniem zawiesić zajęcia. Tyle tylko, że odwołane lekcje trzeba odrabiać [np. w soboty lub - o zgrozo! - w wakacje], co w Zoo byłoby fikcją. Skoro nawet normalnie jest problem z frekwencją wśród małpek, to jak myślicie, jak duża ich liczba stawiłaby się np. lipcu? Pytanie jest oczywiście czysto retoryczne. W każdym razie - lekcji nie odwołano [ani nawet, kurza dupa, nie skrócono...], tylko postanowiono, że ten ostatni tydzień przed feriami jakoś się przemęczymy. Uczniowie oczywiście byli na wygranej pozycji, bowiem zawsze mogli sobie po prostu nie przyjść [zwłaszcza, że to było już po konferencji klasyfikacyjnej] albo ulotnić się po 2-3 godzinach stwierdziwszy, że - cytuję - "tu jest kurewsko zimno i chuj". Gorzej z nauczycielami, którzy przecież nie mogą samowolnie opuścić stanowiska pracy. I tak to Smoczyca przez okrągły tydzień dzwoniła w Zoo zębami, a do Pomarańczowej Jaskini przychodziła skostniała od środka i to pomimo chroniącej ją naturalnej warstwy tłuszczu [hie, hie, hie...]. 
    Na efekty nie trzeba było długo czekać. Od soboty "coś po mnie łazi" i o ile przez kilka pierwszych dni miałam nadzieję, że sobie z tym sama poradzę, to jednak muszę przyznać, że jest coraz gorzej. A to gorzej tradycyjnie oznacza siadanie wszelkiego paskudztwa na krtani i tchawicy, czyli na najbardziej podrażnionych nauczycielskich organach. Coś mi się zdaje, że bez lekarza się jutro nie obejdzie, choć spieszno mi do niego, jak Żółkiewskiemu pod Cecorę. Bo co to i za korzyść z choroby, kiedy nawet nie dostaniesz L4 na otarcie łez? Nie wspominając o tym, że zajęć z Drybkiem oczywiście odwołać mi nie wolno. Muszę wymyślić mu takie ćwiczenia, żeby to on się nagadał, a nie ja... 

wtorek, 28 stycznia 2014

Klasowy kujon

    Średnia ocen mojej klasy [przypominam - pierwsza zawodówka] w tym semestrze to 1,75. Dużo to, czy mało? Zależy jak zwykle od skali porównania. Jeśli za normę przyjmiemy wyniki w przeciętnych szkołach, to poziom moich Muppetów wynosi "mniej niż zero". Nieśmiało jednak przypomnę, że kiedy rok temu robiłam podsumowanie semestralne poprzedniej klasy, czyli trzeciej gimnazjalnej, to urocze orły-sokoły osiągnęły ledwo 1,36...
    Dla porządku - pełna statystyka:

Średnia klasy: 1,75
Najniższa średnia: 0,00 [jak zwykle "martwe dusze", robiące sztuczny tłok]
Najwyższa średnia: 3,75 [tak, to nie pomyłka - aż tyle! Kto jest takim geniuszem? Może się domyślacie? Jeśli nie, to odpowiedź będzie niżej :)]
Frekwencja klasy: 43,3% [czyli całkiem nieźle jak na Zoo...]
Nieklasyfikowanych: 23 uczniów [na 27...]
Najniższa średnia ocen z przedmiotu: 1,0 [język polski - czyli nikt ci tak nie dowali, jak twój własny smoczy wychowawca :)]
Najwyższa średnia ocen z przedmiotu: 3,7 [praktyki zawodowe, co akurat dobrze wróży - rozumiem, że ktoś może nie umieć czytać, ale można mu to wybaczyć, dopóki jest dobrym lakiernikiem albo świetnie ścina włosy]

    Kto mi zatem zawyża średnią klasy? Hiszpan rzecz jasna, bo któż by inny... Jest nota bene JEDYNYM uczniem w tej klasie, który ma całe półrocze "na czysto", czyli ani jednej jedynki czy enkaela. W związku z tym wygrzebałam dla niego nagrodę książkową [kryminał Agaty Christie] i uroczyście wręczyłam mu na forum klasy - mimo że takie akcje zazwyczaj praktykuje się dopiero na zakończenie roku. Ale co tam, dobre przykłady powinny być eksponowane.
    Z Hiszpanem w ogóle jest sporo zabawy, bo mimo wszystko mam skłonność do zapominania, że to jest normalne, porządne dziecko pochodzące z takiejż normalnej, porządnej rodziny. I na tym tle dochodzi czasem do zabawnych sytuacji - jak ta, którą się właśnie z Wami podzielę.
    Otóż zgodnie z procedurami na 2 tygodnie przed końcem semestru obdzwaniam rodziców moich wychowanków, aby poinformować o przewidywanych ocenach. Tak mniej więcej przebiegła rozmowa z ojcem Hiszpana:


JA: Dzień dobry, z tej strony Dragonella Smoczyca, wychowawczyni Marcina ze szkoły zawodowej. Dzwonię, żeby poinformować pana o proponowanych ocenach semestralnych syna [i tu zaczynam wyliczankę]. Religia - dobry, język polski - na razie dwa, ale Marcin oddał mi dziś zeszyt do sprawdzenia i jeśli wszystko będzie w porządku, to postawię mu dostateczny. Angielski - cztery, historia, WOS, geografia - dostateczne, biologia, chemia, fizyka - dobry, matematyka - bardzo dobry, w-f oraz praktyki - cztery.
OJCIEC: A jak z frekwencją?
JA: Bardzo dobrze, od września ma tylko 6 godzin nieusprawiedliwionych [sic!], to są pojedyncze, poranne lekcje, pewnie kwestia zaspania albo problemów z dojazdem do szkoły.
OJCIEC: Jak to dobrze, to jest aż 6 godzin! Ma być na czas i kropka.
JA [lekko zaskoczona]: Autobus się czasem każdemu spóźni... Tak więc, jak pan widzi, Marcin ma bardzo dobre wyniki w nauce w tym półroczu.
OJCIEC: Pani chyba żartuje, to są dobre wyniki?! Cztery tróje?!
JA: Wie pan, nie można być orłem ze wszystkiego, najważniejsze, że semestr zaliczony pozytywnie...
OJCIEC: Ale dostateczne?! Stać go na czwórki, przecież nie jest głupi. Już ja sobie z nim porozmawiam, jak wróci do domu. Skończy się to przesiadywanie wieczorami u dziewczyny!
JA [dalej próbuję załagodzić sprawę - dusząc się ze śmiechu]: Ostatecznie to tylko klasyfikacja semestralna, ma jeszcze pół roku, żeby poprawić oceny na świadectwo. Jak pan sam zauważył, Marcin to inteligentny chłopak, jeśli się postara, to na pewno da radę.
OJCIEC: Taaa... Lepiej, żeby się postarał, już ja mu to powiem!


    Mam nadzieję, że Hiszpan Senior trochę złagodniał, kiedy zobaczył tę Agatę Christie z wykaligrafowaną dedykacją - "za bardzo dobre zachowanie, wysoką frekwencję oraz dobre wyniki w nauce"...

sobota, 25 stycznia 2014

The Sims w służbie leksyki

    Pisałam Wam już kiedyś o walorach wykorzystania scrabbli w nauce języka polskiego jako obcego. Grałam w to z Drybkiem do tej pory na zajęciach dwukrotnie z dużym powodzeniem: tzn. i ja miałam poczucie, że gra pomaga mojemu uczniowi rozwijać zdolności fleksyjno-słowotwórcze [tak, wiem, zabrzmiało naukowo - i o to chodziło :)], i jemu sprawiło to przyjemność. W przypadku Johna niezmiernie ważne jest wyszukiwanie takich ćwiczeń, które umożliwiałyby mu naukę przez zabawę i pozwalały na przyswajanie materiału mimochodem. Nie jest on bowiem niestety - co tu ukrywać - szczególnie uzdolniony językowo, ale też muszę brać pod uwagę okoliczności, w których odbywają się zajęcia. Nieszczęsny Szkot naprawdę bardzo ciężko pracuje, a kiedy spotykamy się wieczorami, to jest najczęściej nieludzko zmęczony i niejednokrotnie z perspektywą, że po powrocie z lekcji znów siądzie do komputera. A tu go wredna Smoczyca katuje gramatyką języka polskiego... No oszaleć można.
    Staram się zatem - na ile jest to możliwe - urozmaicać mu zajęcia i wymyślać ćwiczenia, które będą wybiegały poza sztampowe lekcje z podręcznika. Najlepsze efekty w przypadku Drybka dają poza tym takie zadania, w których musi coś manulanie zrobić, ponieważ jest kinestetykiem. Nigdy nie lekceważę indywidualnych predyspozycji uczniów, oczywiście jeśli tylko mam możliwość - bo raczej ciężko dopasować typ ćwiczeń do osobistych potrzeb każdego dwelikwenta w kilkunastoosobowej grupie... Wiem z własnego doświadczenia, że możliwość wykorzystania najbardziej rozwiniętego zmysłu - w zależności od tego, jakim typem sensorycznym jesteśmy [wzrokowcem, słuchowcem czy kinestetykiem] - zdecydowanie przyspiesza naukę i pozwala przyswoić o wiele większą ilość informacji, niż kiedy uczymy się "na oślep". Jestem typowym słuchowcem cierpiącym poza tym na wyraźne deficyty w percepcji wzrokowej i świadomość tego faktu bardzo ułatwia mi sprawę, bo wiem, dzięki jakim metodom najszybciej się czegoś nauczę, a jakie będą dla mnie stratą czasu. Wracając do Drybka, to na niego najlepiej działają takie ćwiczenia, w trakcie których musi wykonać jakąś czynność rękami. Nie tak łatwo niestety wymyślić coś takiego na zajęciach językowych [szczególnie w opcji "jeden na jeden"], ale zawsze można próbować. Scrabble nadają się całkiem dobrze - losowanie literek, przekładanie płytek, układanie słów na planszy. Ale co poza tym?
    Olśniło mnie ostatnio, kiedy przy jakiejś okazji odkryłam, że Drybek ma poważne braki w słownictwie dotyczącym opisu wyglądu zewnętrznego osób. Że też wcześniej na to nie wpadłam - istnieje przecież idealna gra nadająca się do powtórzenia tego typu leksyki. Jest nią "The Sims" oczywiście :) Dla niezorientowanych [choć przypuszczam, że mało jest osób, które całkowicie nie miałyby pojęcia, o co tam chodzi] - jest to symulacja codziennego życia człowieka. Trzeba takiemu Simowi kupić i urządzić mieszkanie, znaleźć pracę, dbać o zaspokajanie jego potrzeb, założyć mu rodzinę etc. A każdą grę zaczyna się od zaprojektowania naszej postaci - i na tym właśnie polegało zadanie Johna. Dostał opis wyglądu rodziny Kowalskich [składających się z żony, męża i teściowej :)], a potem polecenie ich stworzenia za pomocą dostępnego w grze interfejsu. Wyglądało to mniej więcej tak (choć zdjęcie jest przykładowe, wyszperane w czeluściach Internetu - bo my rzecz jasna używaliśmy polskiej wersji językowej):




    Pomysł wypalił. Siedzieliśmy nad grą dobre pół godziny. Szkot poradził sobie z postawionym przed nim zadaniem, a pod koniec był już w stanie opisywać wygląd losowo wygenerowanych Simów. No i co nie mniej ważne - chyba mu się to ćwiczenie podobało. A skoro tak, to do gry na pewno jeszcze wrócimy. Przyjdzie czas na powtarzanie słownictwa związanego z wyglądem i wyposażeniem domu, bo nasz Sim musi przecież gdzieś mieszkać :)

sobota, 18 stycznia 2014

Młoda Gniewna Mamusia


    Odwiedziła mnie ostatnio w szkole Młoda Gniewna. Stali Czytelnicy bloga na pewno kojarzą tę postać, pozostałym przypominam w telegraficznym skrócie. Sylwia trafiła do mojej poprzedniej gimnazjalnej muppeciarni w połowie drugiej klasy, wywalona z poprzedniej szkoły za różne agresywne numery, których kulminacją było zastraszanie koleżanki z użyciem noża przystawionego do szyi [za co ostatecznie panna dostała wyrok więzienia w zawiasach]. W ciągu 1,5 roku nauki w Zoo Młoda Gniewna wykonała kawał porządnek roboty w kontekście pracy nad swoimi emocjami, które nauczyła się jako tako kontrolować. Oczywiście nie jest idealnie, ale w porównaniu ze stanem wyjściowym to Sylwia zdecydowanie nie jest już tą samą osobą, która do nas przyszła. Dodać też należy, że jest całkiem sympatyczna, inteligentna, nie ma przewrócone w głowie, a jej zdemoralizowanie wydaje się być coraz bardziej odwracalne. Miała zostać w naszej zawodówce, ale na wiosnę zaszła w ciążę [nota bene, kurza twarz, z facetem w MOIM wieku...], więc musiała zmodyfikować plany na przyszłość i w rezultacie wylądowała w zaocznym liceum dla dorosłych.
    Odwiedza stare mury Zoo dość regularnie i rzecz jasna za każdym razem przychodzi pogadać ze Smoczycą, swoją dawną wychowawczynią. Tym razem zajrzała w środę, ale niestety nie mogłyśmy zbyt długo porozmawiać, bo trafiła na zajęcia z 3B [tam, gdzie chodzi m.in. Rambo] - czyli do klasy, która absolutnie nie potrafi posiedzieć kilka minut w spokoju bez zajęcia. Po 10 minutach z żalem więc niestety musiałam Młodą Gniewną pożegnać, bo 3B dostawała małpiego rozumu. Zresztą nawet moja uczennica dziwiła się ich zachowaniu:
   - Jessso, a co to za bydło? Oni tak zawsze? To współczuję pani. To pani klasa?
    - Sylwia, gdyby to była MOJA klasa, to by się tak nie zachowywali...
    Co racja, to racja :)

    A zatem - co u Młodej Gniewnej? Urodziła w połowie grudnia zdrową córeczkę. Poród przebiegł bez większych komplikacji, tyle tylko, że trwał długo:
    - Ma pani pojęcie? Rodziłam od 7 rano do 9 wieczorem, już się zastanawiali, czy nie zrobić mi cesarki, ale nie chciałam. Dali mi chyba wszystkie możliwe znieczulenia, a i tak bolało jak kurwa mać. Myślałam, że tam zejdę normalnie. Wie pani co, nie polecam rodzenia dzieci. A ochota do seksu to mi chyba przeszła na najbliższe 10 lat.
    Tjaaa... Tak jak by mi się do dzieci spieszyło... :)
    Pytałam też rzecz jasna, jak w szkole. Mają tam system zaliczeń i egzaminów pod koniec każdego semestru - na szczęście udało jej się wszystko pozdawać. 
    - Niech mnie pani nie zabije, ale z polskiego mam tylko trójeczkę... No nie miałam głowy się uczyć, sama pani rozumie, więc poszłam na bezczelniaka, nic nie powtarzałam. I pytania mi zupełnie nie siadły. A tak się modliłam, żeby trafić na coś z mitologii - tak nas pani z tego męczyła, że o tych Ikarach, Prometeuszach i Edypach mogę napierdalać przez sen. Ale na szczęście ze średniowiecza trafiłam na Rolanda, to pamiętałam, jak pani to z nami robiła. No ta morda w stronę Hiszpanii twarzą do ziemi, miecz, róg i ta rękawica w stronę nieba... Na trzy się jakoś wybroniłam.
    No cóż, dobrze, że się jej na coś przydałam :) Przykazałam jej, że jeśli będzie miała jakiekolwiek problemy z polskim, to ma się nie krępować i przychodzić, bo jej zawsze pomogę. Potem się uściskałyśmy, a ja musiałam chcąc nie chcąc zająć się 3B, by nie zrobili czegoś głupiego.
    Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jakoś się Sylwii uda. I że jej córka w przyszłości do nas nie trafi. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Na kawie z treserem studentów

    Pamiętacie Witalija, którego uczyłam w lipcu? Nie mogłam odżałować, że kurs językowy się skończył - wymieniliśmy się mailami i miałam cichą nadzieję, że będziemy utrzymywać jakoś kontakt, choćby sporadyczny. Napisałam do niego wiadomość na adres, który widniał na wizytówce, wysyłając mu namiary na polecane przeze mne książki do nauki języka polskiego, ale nie doczekałam się odpowiedzi. No cóż, mówi się trudno i po jakimś czasie spisałam znajomość z przesympatycznym Ukraińcem na straty.
    Możecie sobie zatem wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy w miniony czwartek dostałam od Witalija maila - napisanego nota bene prawie nienaganną polszczyzną :) Okazało się, że przebywa aktualnie służbowo w moim uroczym mieście, a ponieważ zgubił gdzieś kartkę z adresem do mnie, to poczłapał do szkoły językowej i uprosił sekretarkę o Smocze namiary [hehehe - zawsze twierdziłam, że w dzisiejszych czasach jeśli ktoś naprawdę chce się z kimś skontaktować, to znajdzie sposób]. Z dalszej wymiany maili wynikło, że nie dostał ode mnie żadnej wiadomości, ale przypuszcza, że mogła wylądować w spamie, bo jego służbowa, uczelniana skrzynka często mu robi takie numery. W każdym razie nieśmiało pytał, czy znalazłabym czas na kawę z nim w sobotę po południu. A ponieważ czasem dysponowałam, a Hipek zgodził się spuścić Smoka ze smyczy, to ochoczo pofrunęłam.
    Co tu dużo mówić - porozumienie mózgów trwa :) Dwie i pół godziny minęły nie wiadomo kiedy, a jeden temat naturalnie przechodził w drugi. Było rzecz jasna o literaturze i gramatyce, ale też o perypetiach związanych z byciem nauczycielem [Witalij ma ciężką przeprawę ze studentem cierpiącym na Zespół Aspergera, więc wymieniliśmy doświadczenia] oraz o sytuacji poliycznej w Polsce i na Ukrainie. Skończyło się nawet na tym, że tłumaczyłam mu - na jego prośbę :) - co to jest "Radio Maryja" oraz "moherowe berety". Poza tym kiedy wypaliłam, że wzięłam się za naukę rosyjskiego, to chciał mnie na różne sposoby zmusić, byśmy sobie w tym języku pogadali, ale cały czas się za bardzo wstydzę... Musiałam mu obiecać, że do sierpnia, kiedy to będzie następnym razem w Polsce, podszkolę się na tylę, by móc mu już coś o sobie w języku Puszkina opowiedzieć. Na ten moment w ramach ćwiczeń przez kilkanaście minut "katował mnie" poezją rosyjską, a ja musiałam mówić po polsku, co zrozumiałam. Poszło mi nawet nieźle :)
    Co Witalij w ogóle robi w Polsce? Jest opiekunem grupy studentów swojego uniwersytetu, którzy mają tutaj wykłady dotyczące historii i kultury współczesnej połączone z wycieczkami krajoznawczymi. Brzmi może i fajnie, ale Witalij zapewnia, że w praktyce niczym się to nie różni od stanowienia opieki na wycieczce klasowej dla nastolatków. Najmłodszy student ma 19 lat, najstarszy 26, ale i tak większość z nich zachowuje się jak banda dzkusów [małpek :) :) :)] wypuszczonych z klatek. Rola biednego Ukraińca sprowadza się więc w dużej mierze do pilnowania, by nie narobili sobie kłopotów i wrócili do Stanów w jednym kawałku. A studenci rzecz jasna zadania mu nie ułatwiają - najgorzej było z oczywistych względów podczas wycieczki do Pragi [bo co niektórzy chyba po raz pierwszy w życiu widzieli takie ilości dobrego piwa w jednym miejscu...], a także podczas imprezy w miejscowym klubie nocnym, do którego z nimi co prawda nie poszedł, ale i tak był wzywany przez obsługę po tym, jak jeden z delikwentów po pijaku połamał kilka krzesełek. Po takich relacjach obiektywnie nie ma się co dziwić radości Witalija z powodu kawy ze mną, bo przynajmniej miał facet możliwość porozmawiania z kimś dorosłym i poukładanym :)
    Pytał mnie, czy mam doświadczenie w uczeniu online - bo ma u siebie dwie studentki slawistyki, które chciałyby przez skype'a podszkolić się w mówieniu w języku polskim. Chciał też się dowiedzieć, kiedy wybieram się do Stanów lub do Kanady [tjaaa...]. Oprócz tego w sierpniu przyjedzie tu z kolejną grupą studentów, ale tym razem będzie to już narybek innego rodzaju, tzn. zdecydowanie bardziej filologiczny i nastawiony na naukę. Będzie rozmawiał z szefem mojej szkoły językowej nad skrojeniem odpowiedniego kursu dostosowanego do ich zapotrzebowań - i że będzie chciał, bym poprowadziła dla nich zajęcia z historii literatury. 
    No i przy okazji rozmowy o sytuacji politycznej w Polsce wyraził nadzieję, że po następnych wyborach PiS dojdzie do władzy - bo zgodnie z moimi poglądami wtedy byłaby szansa, bym wyemigrowała do USA :) 

wtorek, 7 stycznia 2014

Zupa Bratowej

    Nim się małpki rozkręcą, a ja w związku z tym będę miała nowy materiał na posty, przygotowałam dla Was kolejny przepis kulinarny. Podpatrzyłam go, kiedy byliśmy z wizytą świąteczną u mojej Bratowej słynącej z tego, że - co tu dużo mówić - cholernie dobrze gotuje. Z ręką na sercu stwierdzam, że nie zostałam u niej jak do tej pory uraczona niczym, co nie rozpływałoby się w ustach, ale zwykle są to dania wymagające trochę wprawy w kuchni. Tym razem jednak było zdecydowanie inaczej, ale prostota wykonania to tylko jedna z zalet potrawy, którą dziś zaprezentuję.
    Drogi Czytelniku - jeśli wpadasz w ostatniej chwili do domu, jesteś głodny jak Hipek przed snem [bo trzeba zaznaczyć, że Błotny Ssak uwielbia wrzucić coś na ruszt przed udaniem się na spoczynek, mimo zgorszonych Smoczych oczu wznoszących się do sufitu], na dodatek masz prawie pustą lodówkę i jakieś nędzne resztki miedziaków w portfelu, czas biegnie nieubłaganie, a domownicy walą łyżkami o blat stołu krzycząc: "Jeść! Jeść!" - to "Zupa Bratowej" jest w sam raz dla Ciebie. Jest prosta i szybka w przygotowaniu, śmiesznie tania, a w smaku naprawdę genialna. A mówią, że ideałów nie ma... :)


ZUPA BRATOWEJ 

SKŁADNIKI:
2 serki topione po 100g 
3 kostki rosołowe/warzywne
mąka
makaron  

Wlewamy do garnka ok. 1,5 litra wody, wrzucamy do niej dwie kostki rosołowe i doprowadzamy całość do wrzenia. W międzyczasie gotujemy makaron do zupy - jaki kto lubi [świderki, muszelki, łazanki, kokardki...]. 
Odlewamy ok. 1/3 gorącego bulionu do wysokiego naczynia. Wrzucamy do niego serki topione [smak zależy od naszych upodobań, nadaje się każdy], dosypujemy kilka łyżek mąki i całość miksujemy blenderem. Po otrzymaniu jednolitej "zawiesiny" [gęstość mniej więcej taka, jak na ciasto naleśnikowe] wlewamy ją powoli do reszty bulionu. Teraz tylko zagotować na małym ogniu cały czas mieszając, doprawić do smaku solą/pieprzem/ulubionymi ziołami, dodać makaron - i gotowe.

Zupę robi się dosłownie 15 minut. Może przepis wydaje się banalny i mało efektowny, ale zapewniam, że danie jest PYSZNE. Kto raz spróbuje, ten się w tej zupie zakocha. A zatem SMOCZNEGO :)