Pamiętacie post [a ściślej mówiąc
- posty] o najbardziej ciapowatym i wygodnickim tatusiu, z jakim Smoczyca miała
wątpliwą przyjemność w trakcie swojej pracy jako wychowawca? Mam na myśli ojca
Patrycji, mojej wychowanki jeszcze z poprzedniej, gimnazjalnej muppeciarni,
która dosłownie sterroryzowała rodziców. Mama spuściła uszy po sobie, we
wszystkim ustępując córce i kryjąc jej numery, a tatuś patrzył na to przez
palce dla świętego spokoju, bo przecież jest taki zarobiony, że do domu wraca
tylko spać.
Na początku drugiego półrocza 3 klasy
narobiłam wokół Patrycji trochę szumu, bo szkoda mi było, żeby przez swoją
głupotę i wagarowanie w sumie dość sympatyczna i do rzeczy dziewczyna nie
skończyła gimnazjum. Na matkę nie miałam co liczyć, bo córka ją po prostu
centralnie olewała, ale jakoś zmobilizował się ojciec. Umówiłam się z nim, że
będę mu mailem każdorazowo dawała znać, kiedy Patrycja ucieknie z lekcji, a on
najwidoczniej jednak potrafił na tyle na nią huknąć, że po kilku takich akcjach
częstotliwość wagarów wyraźnie zmalała. Nie było oczywiście idealnie, ale na
tyle dobrze, by dziewczyna otrzymała świadecwto promocyjne i mogła kontynuować
naukę w zawodówce - zresztą u nas i dalej pod moimi skrzydłami. W międzyczasie
nota bene skończyła już oficjalnie [a nie tylko rocznikowo] 18 lat i odebrała dowód osobisty.
Od września niestety znów zaczęło się
opuszczanie zajęć, a zwłaszcza tych porannych, bo Patrycji wyjątkowo ciężko
jest dotrzeć na 8 rano do szkoły. Nie od razu było tragicznie, ale w połowie
semestru wezwałam sobie rodziców na rozmowę. Przyjechała niestety mamusia [bo
przecież tatuś jest wiecznie w pracy...]. Wystosowałam do niej płomienną
przemowę próbując jej uświadomić, że w szkole zawodowej o wiele łatwiej jest
złapać enkaela, bo uczniowie są na lekcjach jedynie trzy dni [dwa pozostałe
zajmują praktyki u pracodawcy], więc większość przedmiotów mają raz w tygodniu.
Wynika z tego, że jeśli delikwentowi wejdzie w nawyk "zasypiać sobie"
np. na pierwsze lekcje we wtorki - tak, jak w przypadku Patrycji, a mają wtedy
matematykę z Wicedyrą - to de facto na tym konkretnym przedmiocie w ogóle nie
ma obecności. A akurat tutaj znam podejście mojej Wiceszefowej, która jest [jak
już wielokrotnie pisałam] świetnym pedagogiem, ma doskonały kontakt z uczniami
i generalnie na różne rzeczy jest w stanie przymknąć oko - ale nie na
frekwencję. Liczy obecności bardzo skrupulatnie - ma być 50% plus jedna lekcja,
tak, jak przewiduje statut. Nie ma tyle - nie ma gadania, jest enkael.
Mamusia - co było do przewidzenia - smutno
pokiwała głową, obiecała interwencję, ale na deklaracjach się skończyło.
Patrycja ma na I półrocze dwa nieklasyfikowania: z matematyki właśnie oraz z
wychowania fizycznego. I o ile z w-fem pewnie jakoś to będzie, o tyle Wicedyra
nie odpuści, nie ma co do tego wątpliwości. Postanowiłam więc, że przy
pierwszych matematycznych wagarach w tym półroczu spróbuję znów potrząsnąć
rodzicami. Długo nie musiałam czekać, bo tylko do ubiegłego wtorku, czyli
pierwszej lekcji z tego przedmiotu w II semestrze, na którą dziewczę nie
dotarło. Złapałam za telefon, wydzwaniam do ojca, do matki - nic, cisza, nie
odpowiada. Wzięłam się więc na stary sposób i wysmarowałam maila do tatusia...
Od razu mówię - cudów się nie spodziewałam,
ale mimo wszystko myślałam, że ojciec stanie jakoś na wysokości zadania, jak to
poprzednio było. O święta naiwności... Ale - cytując Wołoszańskiego - nie
uprzedzajmy faktów. A najlepiej będzie, jak przytoczę Drogiemu Czytelnikowi
treść maili, które wymieniłam z szanownym tatusiem mojej podopiecznej.
Od Dragonelli-Smoczycy:
Dzień dobry.
Chciałam niestety poinformować,
że Patrycja nie była dziś w szkole - tzn. na pewno rano, kiedy mają matematykę.
Proszę przypilnować córkę - ma z matematyki nieklasyfikowanie na półrocze i
jeśli nie zacznie sumiennie chodzić na wszystkie lekcje, to nie zda do drugiej
klasy.
Informuję też, że zgodziłam się,
by Patrycja odebrała kartkę z półrocznymi ocenami [jest pełnoletnia] (Przed
feriami było oczywiście zebranie, na którym te karteczki rozdawałam, ale żadne
z rodziców się nie pojawiło - przyp. Smoczycy). Jest tam wypisane szczegółowo,
jakie miała oceny na półrocze oraz ile miała godzin nieusprawiedliwionych.
Pozdrawiam.
Od ojca Patrycji:
Dzień dobry!
W odpowiedzi na mail chciałbym zaznaczyć to, o czym Pani
wspomniała, tj. Patrycja jest pełnoletnia i w
tym momencie moja rola jako rodzica uległa znacznemu uszczupleniu. Nie wynika to oczywiście z mojej
woli, gdyż ja dla niej chciałbym jak najlepiej, lecz wynika to z
rozumowania mojej córki i wpływu jaki wywiera na nią otoczenie. (...) W
obecnej chwili nie mam możliwości ciągłej kontroli tego co robi i
jakich dokonuje wyborów, do pracy wychodzę bardzo wcześnie rano,
kiedy Patrycja jeszcze śpi, a jeżeli już wyjdzie z domu "do
szkoły", to niestety nie mam możliwości sprawdzenia jej dalszych intencji. Myślę, że
w tym momencie jest ciężko cokolwiek zrobić, gdyż przez Patrycji
zachowanie w domu niejednokrotnie mają miejsce spory dotyczące jej osoby
oraz wyborów jakich dokonuje, tego o której wraca do domu i ile czasu
spędza poza nim.
Serdecznie dziękuję za informację
i postaram się zrobić coś w kierunku poprawy jej sytuacji, natomiast
nie będę chyba mógł nic zrobić w sprawie poprawy jej nastawienia
(SIC!!!), nie tylko do szkoły, ale i do otoczenia.
No cóż moi drodzy, na takie dictum skrzydła
mi opadły. Facet z rozbrajającą szczerością przyznaje, że córka ma go
centralnie w dupie, a on nic z tym nie może zrobić, skoro jest pełnoletnia. I
już, sprawa załatwiona - nie da się, sorry Winetou. Przecież to oczywiste, że
skoro skończyła 18 lat, to jako ojciec nic jej nie mogę nakazać, jeśli sama nie
zechce. Mogę tylko podkulić ogon albo wyjść rano do pracy, a wrócić
wieczorem...
Hamując swoje pedagogiczne zapędy - nie
jestem wszak od wychowywania rodziców moich podopiecznych - wystosowałam do
tatusia tak dyplomatyczną, ale jednocześnie szczerą odpowiedź, jaką umiałam:
Od Dragonelli-Smoczycy:
Dziękuję bardzo za szczerą
odpowiedź. Muszę niestety stwierdzić, że w takim przypadku - jeśli Pan jako
ojciec sam przyznaje, że nie ma możliwości wpłynięcia na podejście córki do
obowiązków szkolnych - to tym bardziej my, jako szkoła, mamy związane ręce. W
świetle prawa Patrycja jest pełnoletnia, nie ma więc obowiązku chodzić do
szkoły. Co za tym idzie, jeśli jej absencja będzie zbyt duża, zostanie po
prostu skreślona z listy uczniów.
Mam nadzieję, że do tego nie
dojdzie, tym niemniej zagrożenie powtarzania klasy z powodu nieklasyfikowania z
matematyki jest już jak najbardziej realne. Znam tutaj konsekwencję pani
wicedyrektor, ich nauczycielki matematyki - potrafi przymknąć oko na różne
rzeczy, ale do frekwencji podchodzi niezmiernie poważnie.
Nie będę więc zatem Pana
niepokoić mailami w przypadku każdorazowego opuszczania zajęć przez Patrycję w
drugim półroczu. Jeśli będą Państwo mieli potrzebę skontaktowania się ze mną,
zapraszam na wtorkowe dyżury [można też wtedy dzwonić do pokoju
nauczycielskiego]. Jednocześnie informuję, że najbliższe zebranie jest 15
kwietnia o godzinie 18.
Pozdrawiam.
Przyznam, że ten mail jest z mojej strony
rodzajem "dupochronu". Kiedy Patrycja nie zda [a na to się póki co
zanosi], to gdyby tak przyszło komuś do głowy rozliczanie mnie z paragrafu
"co jako wychowawca zrobiłam, by pomóc uczennicy" - to mam czarno na
białym, że alarmowałam rodziców dostatecznie wcześnie, byli poza tym
poinformowani o możliwości kontaktu ze mną. Nie mam zamiaru natomiast robić z
siebie idiotki i marnować czas na interwencję w przypadku, kiedy rodzice
Patrycji postawili na niej krzyżyk. Mam prawie 30 osób w klasie, z czego
regularnie wagaruje tak ok. 2/3 - naprawdę mam do kogo wydzwaniać...
"Patrycja jest pełnoletnia i w tym
momencie moja rola jako rodzica uległa znacznemu uszczupleniu". No nie, darujcie, ale takie podejście kompletnie nie mieści
mi się w głowie. To znaczy że co - do dwunastej w nocy w dniu urodzin mogę
dziecku coś kazać, a po dwunastej już nie? Co za głupota [bo inaczej się tego
zwyczajnie nie da nazwać...]. Dla mnie sprawa jest banalnie prosta. Słuchaj
panna - w świetle prawa jesteś dorosła, ale dalej mieszkasz z nami i cię
utrzymujemy, bo chodzisz do szkoły. To jest twój obowiązek, twoja praca. Jeśli
nie chcesz się uczyć, to masz iść do pracy i dokładać się do domowego budżetu.
Na tym polega dorosłe życie, że ludzie płacą za siebie. Szkoła albo praca, twój
wybór.
Oczywiście w przypadku, gdy gówniara
odpysknie, że ani to, ani to - trzeba być przygotowanym na ewentualność
pokazania jej drzwi. Ale jeśli się tego nie zrobi, to hoduje się darmozjada, który
i w wieku 30 lat będzie na garnuszku mamusi zajmował swój dawny, dziecinny
pokój i ani myślał o samodzielnym ułożeniu sobie życia. Bo i po co, skoro mu
tak dobrze...
Konsekwencja to podstawa i sami wiemy o tym. I co tu duzo gadac, ''jak sobie poscielesz tak sie wyspisz'', mysle, ze Patrycja jest na tyle ''dorosla'' zeby wreszcie dostac w dupe od zycia. Inaczej niczego sie nie nauczy. Powodzenia.
OdpowiedzUsuńAż tak szybko po dupie nie dostanie, bo rodzice są na tyle "wyrozumiali", że będą ją głasać po głowie i utrzymywać nawet jeśli wyleci ze szkoły.
Usuńzawsze mowilem, ze przed testem ciazowym powinno sie w aptekach dawac test na rodzicielstwo. Niektorym powinno sie zabronic rodzicielstwa.
UsuńZgadzam się w całej rozciągłości i już nawet o tym pisałam na blogu.
UsuńA w ogóle to obecnie w Bcn bawi mój brat z familią.
UsuńNasuwa mi się pytanie stale i nieodmiennie ...
OdpowiedzUsuńSkąd się biorą takie dzieci ??
Przecię nie pojawiają się nagle i niespodziewanie, są małe, rosną...
I co u licha się dzieje ,że są takie jakie są w Twojej szkole ?
Dokładnie jest tak, jak piszesz - nie pojawiają się nagle, tylko rosną powoli. Lata zaniedbań, błędów wychowawczych, braku konsekwencji w działaniu rodzicach. Albo - jak w tym przypadku - wygodnictwo, puszczenie dziecka samopas i ustępowanie mu we wszystkim dla świętego spokoju.
Usuń*działaniu rodziców
UsuńZnam wiele takich osob, ktore wyrosly na ludzi, ktorzy uznaja zasade wiecznego mamtowdupizmu. Niestety ich los w wiekszosci pozniej jest przykry. Ale znajda sie i tacy, ktorzy cwaniakowaniem cale zycie beda sobie grzali tylek kosztem innych najczesciej najblizszych osob. Jak sie ich za morde nie trzymalo w mlodosci tylko pozwalalo na wszystko to tego sa wlasnie efekty. Pamietam historie jednej dziewczyny, ktora sobie dorabiala w jednym ze sklepow. Dziewczyna byla tylko po gimnazjum, matka wyjechala za granice ale chciala ja zabrac i jeszcze jej szkole eksternistycznie zalatwila. Panienka miala to w dalekim powazaniu, zaczela krasc, cpac i pic na potege. Po czym zaszla w ciaze z pierwsza lepsza recydywa (facet ja kopnal w tylek, po tym jak spolodzil jej kolezance nastepne dziecko). Nie wiem co sie z nia teraz dzieje i szczerze powiedziawszy, nie chce wiedziec. Z tego co kiedys ktos mi mowil, to ma jeszcze jedno dziecko z kolejnym recydywista. Takze niektorzy maja ciekawe wybory w zyciu. Ale jak ktos za zycia nie ma rozumu to go nigdy nie bedzie mial.
OdpowiedzUsuńA zgadza się, że takie osoby jak Patrycja potrafią się czasem idealnie ustawić na całe życie i znaleźć frajerów, którzy na nie robią... Najpierw rodzice, a potem - w przypadku kobiet - mąż na przykład.
UsuńJakbyś jednak miała własne dziecko to byś się przekonała, że czasem te piękne teorie wychowawcze zupełnie nie działają. Z dużym prawdopodobieństwem byś się przekonała, bo z tego co widzę dzieci nauczycielek (nawet bardzo dobrych) są bardzo często wychowane wręcz fatalnie. Zbyt miękko właśnie.
OdpowiedzUsuńzaz
Zgodzę się, że "piękne teorie wychowawcze" nie działają - jeśli zostają teoriami. Jak by było u mnie, to nie wiem, bo nie mam skąd. W sposobie podejścia do uczniów potrafię być konsekwentna. Mam nadzieję, że tak samo byłoby z moimi własnymi dziećmi. Może się kiedyś dowiem, może nie.
UsuńJeśli Cię dobrze zrozumiałam, to jedynym powodem tego, że byłabym kiepską matką jest fakt, że jestem nauczycielką...? Czyli co - nauczycielki z automatu fatalnie wychowują dzieci? Ciekawa teoria :) To może należałoby je na mocy ustawy sterylizować? :):):)
Popatrz, a zawsze mi się wydawało, że to dobrze, jeśli ludzie wykształceni - a takimi niewątpliwie są nauczyciele - decydują się na dzieci. Że społecznie to lepiej, jeśli więcej dzieci "rodzi" inteligencja, niż zapijaczony margines społeczny. Czyżbym była w błędzie?