Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 23 lutego 2014

Mam 18 lat i wszystko mi wolno


    Pamiętacie post [a ściślej mówiąc - posty] o najbardziej ciapowatym i wygodnickim tatusiu, z jakim Smoczyca miała wątpliwą przyjemność w trakcie swojej pracy jako wychowawca? Mam na myśli ojca Patrycji, mojej wychowanki jeszcze z poprzedniej, gimnazjalnej muppeciarni, która dosłownie sterroryzowała rodziców. Mama spuściła uszy po sobie, we wszystkim ustępując córce i kryjąc jej numery, a tatuś patrzył na to przez palce dla świętego spokoju, bo przecież jest taki zarobiony, że do domu wraca tylko spać.
    Na początku drugiego półrocza 3 klasy narobiłam wokół Patrycji trochę szumu, bo szkoda mi było, żeby przez swoją głupotę i wagarowanie w sumie dość sympatyczna i do rzeczy dziewczyna nie skończyła gimnazjum. Na matkę nie miałam co liczyć, bo córka ją po prostu centralnie olewała, ale jakoś zmobilizował się ojciec. Umówiłam się z nim, że będę mu mailem każdorazowo dawała znać, kiedy Patrycja ucieknie z lekcji, a on najwidoczniej jednak potrafił na tyle na nią huknąć, że po kilku takich akcjach częstotliwość wagarów wyraźnie zmalała. Nie było oczywiście idealnie, ale na tyle dobrze, by dziewczyna otrzymała świadecwto promocyjne i mogła kontynuować naukę w zawodówce - zresztą u nas i dalej pod moimi skrzydłami. W międzyczasie nota bene skończyła już oficjalnie [a nie tylko rocznikowo] 18 lat i odebrała dowód osobisty.
    Od września niestety znów zaczęło się opuszczanie zajęć, a zwłaszcza tych porannych, bo Patrycji wyjątkowo ciężko jest dotrzeć na 8 rano do szkoły. Nie od razu było tragicznie, ale w połowie semestru wezwałam sobie rodziców na rozmowę. Przyjechała niestety mamusia [bo przecież tatuś jest wiecznie w pracy...]. Wystosowałam do niej płomienną przemowę próbując jej uświadomić, że w szkole zawodowej o wiele łatwiej jest złapać enkaela, bo uczniowie są na lekcjach jedynie trzy dni [dwa pozostałe zajmują praktyki u pracodawcy], więc większość przedmiotów mają raz w tygodniu. Wynika z tego, że jeśli delikwentowi wejdzie w nawyk "zasypiać sobie" np. na pierwsze lekcje we wtorki - tak, jak w przypadku Patrycji, a mają wtedy matematykę z Wicedyrą - to de facto na tym konkretnym przedmiocie w ogóle nie ma obecności. A akurat tutaj znam podejście mojej Wiceszefowej, która jest [jak już wielokrotnie pisałam] świetnym pedagogiem, ma doskonały kontakt z uczniami i generalnie na różne rzeczy jest w stanie przymknąć oko - ale nie na frekwencję. Liczy obecności bardzo skrupulatnie - ma być 50% plus jedna lekcja, tak, jak przewiduje statut. Nie ma tyle - nie ma gadania, jest enkael.
    Mamusia - co było do przewidzenia - smutno pokiwała głową, obiecała interwencję, ale na deklaracjach się skończyło. Patrycja ma na I półrocze dwa nieklasyfikowania: z matematyki właśnie oraz z wychowania fizycznego. I o ile z w-fem pewnie jakoś to będzie, o tyle Wicedyra nie odpuści, nie ma co do tego wątpliwości. Postanowiłam więc, że przy pierwszych matematycznych wagarach w tym półroczu spróbuję znów potrząsnąć rodzicami. Długo nie musiałam czekać, bo tylko do ubiegłego wtorku, czyli pierwszej lekcji z tego przedmiotu w II semestrze, na którą dziewczę nie dotarło. Złapałam za telefon, wydzwaniam do ojca, do matki - nic, cisza, nie odpowiada. Wzięłam się więc na stary sposób i wysmarowałam maila do tatusia...
    Od razu mówię - cudów się nie spodziewałam, ale mimo wszystko myślałam, że ojciec stanie jakoś na wysokości zadania, jak to poprzednio było. O święta naiwności... Ale - cytując Wołoszańskiego - nie uprzedzajmy faktów. A najlepiej będzie, jak przytoczę Drogiemu Czytelnikowi treść maili, które wymieniłam z szanownym tatusiem mojej podopiecznej.

Od Dragonelli-Smoczycy: 
Dzień dobry.
Chciałam niestety poinformować, że Patrycja nie była dziś w szkole - tzn. na pewno rano, kiedy mają matematykę. Proszę przypilnować córkę - ma z matematyki nieklasyfikowanie na półrocze i jeśli nie zacznie sumiennie chodzić na wszystkie lekcje, to nie zda do drugiej klasy.
Informuję też, że zgodziłam się, by Patrycja odebrała kartkę z półrocznymi ocenami [jest pełnoletnia] (Przed feriami było oczywiście zebranie, na którym te karteczki rozdawałam, ale żadne z rodziców się nie pojawiło - przyp. Smoczycy). Jest tam wypisane szczegółowo, jakie miała oceny na półrocze oraz ile miała godzin nieusprawiedliwionych.
Pozdrawiam.

Od ojca Patrycji:
Dzień dobry!
W odpowiedzi na  mail chciałbym zaznaczyć to, o czym Pani wspomniała, tj. Patrycja jest pełnoletnia i w tym momencie moja rola jako rodzica uległa znacznemu uszczupleniu. Nie wynika to oczywiście z mojej woli, gdyż ja dla niej chciałbym jak najlepiej, lecz wynika to z rozumowania mojej córki i wpływu jaki wywiera na nią otoczenie. (...) W obecnej chwili nie mam możliwości ciągłej kontroli tego co robi i jakich dokonuje wyborów, do pracy wychodzę bardzo wcześnie rano, kiedy Patrycja jeszcze śpi, a jeżeli już wyjdzie z domu "do szkoły", to niestety nie mam możliwości sprawdzenia jej dalszych intencji. Myślę, że w tym momencie jest ciężko cokolwiek zrobić, gdyż przez Patrycji zachowanie w domu niejednokrotnie mają miejsce spory dotyczące jej osoby oraz wyborów jakich dokonuje, tego o której wraca do domu i ile czasu spędza poza nim.
Serdecznie dziękuję za informację i postaram się zrobić coś w kierunku poprawy jej sytuacji, natomiast nie będę chyba mógł nic zrobić w sprawie poprawy jej nastawienia (SIC!!!), nie tylko do szkoły, ale i do otoczenia.

    No cóż moi drodzy, na takie dictum skrzydła mi opadły. Facet z rozbrajającą szczerością przyznaje, że córka ma go centralnie w dupie, a on nic z tym nie może zrobić, skoro jest pełnoletnia. I już, sprawa załatwiona - nie da się, sorry Winetou. Przecież to oczywiste, że skoro skończyła 18 lat, to jako ojciec nic jej nie mogę nakazać, jeśli sama nie zechce. Mogę tylko podkulić ogon albo wyjść rano do pracy, a wrócić wieczorem...
    Hamując swoje pedagogiczne zapędy - nie jestem wszak od wychowywania rodziców moich podopiecznych - wystosowałam do tatusia tak dyplomatyczną, ale jednocześnie szczerą odpowiedź, jaką umiałam:

Od Dragonelli-Smoczycy:
Dziękuję bardzo za szczerą odpowiedź. Muszę niestety stwierdzić, że w takim przypadku - jeśli Pan jako ojciec sam przyznaje, że nie ma możliwości wpłynięcia na podejście córki do obowiązków szkolnych - to tym bardziej my, jako szkoła, mamy związane ręce. W świetle prawa Patrycja jest pełnoletnia, nie ma więc obowiązku chodzić do szkoły. Co za tym idzie, jeśli jej absencja będzie zbyt duża, zostanie po prostu skreślona z listy uczniów.
Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, tym niemniej zagrożenie powtarzania klasy z powodu nieklasyfikowania z matematyki jest już jak najbardziej realne. Znam tutaj konsekwencję pani wicedyrektor, ich nauczycielki matematyki - potrafi przymknąć oko na różne rzeczy, ale do frekwencji podchodzi niezmiernie poważnie.
Nie będę więc zatem Pana niepokoić mailami w przypadku każdorazowego opuszczania zajęć przez Patrycję w drugim półroczu. Jeśli będą Państwo mieli potrzebę skontaktowania się ze mną, zapraszam na wtorkowe dyżury [można też wtedy dzwonić do pokoju nauczycielskiego]. Jednocześnie informuję, że najbliższe zebranie jest 15 kwietnia o godzinie 18.
Pozdrawiam.

    Przyznam, że ten mail jest z mojej strony rodzajem "dupochronu". Kiedy Patrycja nie zda [a na to się póki co zanosi], to gdyby tak przyszło komuś do głowy rozliczanie mnie z paragrafu "co jako wychowawca zrobiłam, by pomóc uczennicy" - to mam czarno na białym, że alarmowałam rodziców dostatecznie wcześnie, byli poza tym poinformowani o możliwości kontaktu ze mną. Nie mam zamiaru natomiast robić z siebie idiotki i marnować czas na interwencję w przypadku, kiedy rodzice Patrycji postawili na niej krzyżyk. Mam prawie 30 osób w klasie, z czego regularnie wagaruje tak ok. 2/3 - naprawdę mam do kogo wydzwaniać...
    "Patrycja jest pełnoletnia i w tym momencie moja rola jako rodzica uległa znacznemu uszczupleniu". No nie, darujcie, ale takie podejście kompletnie nie mieści mi się w głowie. To znaczy że co - do dwunastej w nocy w dniu urodzin mogę dziecku coś kazać, a po dwunastej już nie? Co za głupota [bo inaczej się tego zwyczajnie nie da nazwać...]. Dla mnie sprawa jest banalnie prosta. Słuchaj panna - w świetle prawa jesteś dorosła, ale dalej mieszkasz z nami i cię utrzymujemy, bo chodzisz do szkoły. To jest twój obowiązek, twoja praca. Jeśli nie chcesz się uczyć, to masz iść do pracy i dokładać się do domowego budżetu. Na tym polega dorosłe życie, że ludzie płacą za siebie. Szkoła albo praca, twój wybór.
    Oczywiście w przypadku, gdy gówniara odpysknie, że ani to, ani to - trzeba być przygotowanym na ewentualność pokazania jej drzwi. Ale jeśli się tego nie zrobi, to hoduje się darmozjada, który i w wieku 30 lat będzie na garnuszku mamusi zajmował swój dawny, dziecinny pokój i ani myślał o samodzielnym ułożeniu sobie życia. Bo i po co, skoro mu tak dobrze...

12 komentarzy:

  1. Konsekwencja to podstawa i sami wiemy o tym. I co tu duzo gadac, ''jak sobie poscielesz tak sie wyspisz'', mysle, ze Patrycja jest na tyle ''dorosla'' zeby wreszcie dostac w dupe od zycia. Inaczej niczego sie nie nauczy. Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak szybko po dupie nie dostanie, bo rodzice są na tyle "wyrozumiali", że będą ją głasać po głowie i utrzymywać nawet jeśli wyleci ze szkoły.

      Usuń
    2. zawsze mowilem, ze przed testem ciazowym powinno sie w aptekach dawac test na rodzicielstwo. Niektorym powinno sie zabronic rodzicielstwa.

      Usuń
    3. Zgadzam się w całej rozciągłości i już nawet o tym pisałam na blogu.

      Usuń
    4. A w ogóle to obecnie w Bcn bawi mój brat z familią.

      Usuń
  2. Nasuwa mi się pytanie stale i nieodmiennie ...
    Skąd się biorą takie dzieci ??
    Przecię nie pojawiają się nagle i niespodziewanie, są małe, rosną...
    I co u licha się dzieje ,że są takie jakie są w Twojej szkole ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie jest tak, jak piszesz - nie pojawiają się nagle, tylko rosną powoli. Lata zaniedbań, błędów wychowawczych, braku konsekwencji w działaniu rodzicach. Albo - jak w tym przypadku - wygodnictwo, puszczenie dziecka samopas i ustępowanie mu we wszystkim dla świętego spokoju.

      Usuń
  3. Znam wiele takich osob, ktore wyrosly na ludzi, ktorzy uznaja zasade wiecznego mamtowdupizmu. Niestety ich los w wiekszosci pozniej jest przykry. Ale znajda sie i tacy, ktorzy cwaniakowaniem cale zycie beda sobie grzali tylek kosztem innych najczesciej najblizszych osob. Jak sie ich za morde nie trzymalo w mlodosci tylko pozwalalo na wszystko to tego sa wlasnie efekty. Pamietam historie jednej dziewczyny, ktora sobie dorabiala w jednym ze sklepow. Dziewczyna byla tylko po gimnazjum, matka wyjechala za granice ale chciala ja zabrac i jeszcze jej szkole eksternistycznie zalatwila. Panienka miala to w dalekim powazaniu, zaczela krasc, cpac i pic na potege. Po czym zaszla w ciaze z pierwsza lepsza recydywa (facet ja kopnal w tylek, po tym jak spolodzil jej kolezance nastepne dziecko). Nie wiem co sie z nia teraz dzieje i szczerze powiedziawszy, nie chce wiedziec. Z tego co kiedys ktos mi mowil, to ma jeszcze jedno dziecko z kolejnym recydywista. Takze niektorzy maja ciekawe wybory w zyciu. Ale jak ktos za zycia nie ma rozumu to go nigdy nie bedzie mial.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zgadza się, że takie osoby jak Patrycja potrafią się czasem idealnie ustawić na całe życie i znaleźć frajerów, którzy na nie robią... Najpierw rodzice, a potem - w przypadku kobiet - mąż na przykład.

      Usuń
  4. Jakbyś jednak miała własne dziecko to byś się przekonała, że czasem te piękne teorie wychowawcze zupełnie nie działają. Z dużym prawdopodobieństwem byś się przekonała, bo z tego co widzę dzieci nauczycielek (nawet bardzo dobrych) są bardzo często wychowane wręcz fatalnie. Zbyt miękko właśnie.

    zaz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodzę się, że "piękne teorie wychowawcze" nie działają - jeśli zostają teoriami. Jak by było u mnie, to nie wiem, bo nie mam skąd. W sposobie podejścia do uczniów potrafię być konsekwentna. Mam nadzieję, że tak samo byłoby z moimi własnymi dziećmi. Może się kiedyś dowiem, może nie.

      Jeśli Cię dobrze zrozumiałam, to jedynym powodem tego, że byłabym kiepską matką jest fakt, że jestem nauczycielką...? Czyli co - nauczycielki z automatu fatalnie wychowują dzieci? Ciekawa teoria :) To może należałoby je na mocy ustawy sterylizować? :):):)
      Popatrz, a zawsze mi się wydawało, że to dobrze, jeśli ludzie wykształceni - a takimi niewątpliwie są nauczyciele - decydują się na dzieci. Że społecznie to lepiej, jeśli więcej dzieci "rodzi" inteligencja, niż zapijaczony margines społeczny. Czyżbym była w błędzie?

      Usuń