Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 16 maja 2013

Jajecznica ze szczy-czy-porkiem

    Nie mogę się powstrzymać... Widzieliście już może filmik, na którym amerykańscy dyplomaci zmagają się z polskimi lingwołamkami? Jeśli nie, to zapraszam :) To taki przedsmak tego, co mam na zajęciach z moimi uczniami-obcokrajowcami...



sobota, 11 maja 2013

Mam Chusteczkę haftowaną

    Blog Dragonelli nie ma - i mieć nie będzie - charakteru recenzenckiego. Nie takie jest jego główne przesłanie, a poza tym fachową ocenę szeroko rozumianych tekstów kultury pozostawmy profesjonalistom, takim jak np. Mag. Dzisiejszy post zatem będzie absolutnie nietypowy, bo dotyczący książki, którą właśnie wchłonęłam w tempie ekspresowym.


Joanna Sałyga, Chustka, wyd. ZNAK, Kraków 2013

    Książka jest papierową wersją bloga autorki, który prowadziła w czasie walki z chorobą nowotworową w okresie od 10 kwietnia 2010r. do 29 października 2012. Link do tej witryny cały czas znajduje się u mnie po prawej stronie w kolumnie "Blogi, które czytam". Pomimo że ostatni wpis pochodzi z 5 marca br. i że ponad wszelką wątpliwość więcej postów tam nie będzie, na razie nie mam zamiaru usuwać adresu tego bloga.
    Książkę zamówiłam tak szybko, jak tylko pojawiła się na stronie internetowej wydawnictwa. Przyszła w czwartek wieczorem. Czytanie rozpoczęłam w piątek w szkole na okienku [przy okazji obiecując już jej pożyczenie Wiceszefowej oraz Krysi od Praktyk Zawodowych], kontynuowałam w tramwaju wracając do Pomarańczowej Jaskini [świadoma tego, że ryzykuję puszczenie pawia, jako że Smokowi absolutnie nie wolno czytać w pojazdach mechanicznych], potem wieczorem przed snem, dopóki nie padłam, a resztę skończyłam dziś rano - w międzyczasie pilnując gulaszu [który mimo to wyszedł całkiem dobry]. 400 stron wchłoniętych nie wiadomo kiedy. 

    Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na bloga Joanny. Przypuszczalnie odesłała mnie tam któraś ze stron internetowych traktujących o leczeniu raka. Jak to bywa z dobrymi, wartościowymi witrynami - wpadłam, poczytałam, zostałam. I śledziłam wpisy aż do śmierci Chustki, a potem jeszcze dłużej, bo przez jakiś czas bloga aktualizował jeszcze jej mąż, zwany tutaj Niemężem. Dołączyłam do "czytaczy" w momencie, kiedy nasze prywatne racze cholerstwo było już w odwrocie i coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazywało na to, że Hipkowi jednak się uda. I tak się rzeczywiście stało. Niestety, dla Joanny medycyna nie mogła zrobić tyle, co dla nas.
    Nie mogę opędzić się od myśli, że historia związku Chustki i Niemęża jest krzywym, zdeformowanym odbiciem mojej relacji z Hipopotamem. Początek był niemal identyczny: mężczyzna i kobieta z pokaźnym bagażem rozmaitych doświadczeń życiowych poznają się w Internecie za pośrednictwem portali towarzyskich. Następuje wymiana korespondencji, potem spotkanie, na którym iskrzy jak spod kół hamującego pociągu, a potem podejmują szybką decyzję o byciu razem. I nagle jeebuuduu - sielanka zostaje brutalnie przerwana, a związek wystawiony na próbę, choć jeszcze na dobrą sprawę nie zdążył się nawet rozkręcić. W obu historiach chodzi o potencjalnie śmiertelną chorobę: u Chustki diagnoza nastąpiła w 3 miesiące po tym, jak poznała Niemęża, u nas ten czas był jeszcze krótszy, bo z tego, co pamiętam, maksymalnie 6-7 tygodni. I w obu przypadkach "zdrowe połówki" podjęły decyzję, że nie wycofują się, tylko zostają bez względu na to, co się wydarzy. I zarówno ja, jak i Niemąż nie pożałowaliśmy swoich decyzji.
    Tu jednak podobieństwa się kończą. Rak Hipopotama był w pierwotnym, początkowym stadium - Chustki już w momencie diagnozy bardzo zaawansowany. U niego leczenie miało na celu rzeczywiście LECZENIE - u niej jedynie maksymalne odsunięcie śmierci. On z każdym dniem wracał do zdrowia i nabierał sił - ona słabła i znikała. On żyje - ona nie...
   To tak, jak by ktoś kuźwa napisał początek, a potem rzucił monetą. Hipkowi i Smoczycy wypadł orzeł, niech więc zwierzaki mają się dobrze i są szczęśliwe. Chustce i Niemężowi wypadła reszka - no cóż, pech, bardzo mi przykro...

    Książkę naprawdę polecam. Nie znajdziecie tam biadolenia, użalania się nad losem ani strugania świętej bohaterki. Znajdziecie super kobitkę z krwi i kości, która doskonale wie, że jest na straconej pozycji - ale mimo to potwornie chce żyć normalnie. I robi to w doskonałym, pozbawionym patosu stylu. Myślę, że polubicie Joannę, Niemęża, Giancarla, Babcię B., a nawet Viledę. A kupując książkę, przyczynicie się do wsparcia Fundacji "Chustka", która walczy o nowoczesne standardy w leczeniu bólu towarzyszącego chorobom nowotworowym.


środa, 8 maja 2013

Co brał Mickiewicz?

    Próbuję omawiać z pierwszą zawodówką fragmenty III części "Dziadów" Mickiewicza. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudny w interpretacji tekst nawet dla zwykłej, licealnej młodzieży - a co dopiero dla małpiątek - ale w sumie co mi szkodzi spróbować... Nie łudziłam się oczywiście, że ktokolwiek zmęczy całość, więc zadałam im do przeczytania wybrane sceny. No i od trzech lekcji pastwimy się nad "Wielką Improwizacją".
    Generalnie - ubaw po pachy. Wyobraźcie sobie, że znalazły się jednostki, które nawet przebrnęły przez tekst, po czym zgodnie stwierdziły, że: "To jest pojebane, przecież tego się nie da czytać!" oraz "Ciekawe, co ten Mickiewicz brał - bo ja też chcę taki towar...". Nie próbuję nawet komentować podobnych stwierdzeń, bo doskonale rozumiem, że dla kompletnie nieprzyzwyczajonych do kontaktu z literaturą piękną uczniów Zoo romantyzm jest generalnie niezjadliwy. Po prostu brak punktów wspólnych między światem natchnionych wieszczów-przewodników narodu a szarą rzeczywistością zaniedbanej młodzieży, której jedyną rozrywką jest obalenie browara lub taniego wina na ławce przed blokiem. Co można zrobić w tej sytuacji z wielopłaszczyznowym dramatem romantycznym? Ano pomijam - poza kilkoma niezbędnymi komentarzami na wstępie - kontekst historyczny i biograficzny, a skupiam się na buncie wobec Boga i niezgodzie Konrada na to, jak świat jest urządzony. To jakoś małpki są w stanie łyknąć.
    Jak zapewne pamiętacie, o utworach literackich zwykłam opowiadać bez polonistycznego zadęcia, bo wychodzę z założenia, że jeśli małpki mają cokolwiek z tego zrozumieć, to muszę owe wielkie dzieła przełożyć na zrozumiały dla nich język. Zresztą, często inaczej się po prostu nie da, bo uczniowie i tak komentują moje słowa po swojemu. I tak w kontekście postaci Konrada przypomniałam mit o Prometeuszu:

DRAGONKA: Ten numer z ofiarą to już było dla Zeusa przegięcie, więc się wkurzył i kazał przykuć Prometeusza do skał Kaukazu. Tam codziennie przylatywał orzeł - lub sęp, w zależności od wersji mitu - i wyjadał mu wątrobę, która odrastała, bo gość miał pecha i był nieśmiertelny.
ŁUKASZ [z westchnieniem]: Codziennie nowa wątroba? Ale zajebiście, też bym tak chciał... Można pić bez końca...

    Na użytek małpek natomiast opracowałam następującą definicję prometeizmu:

prometeizm - postawa, w której jeden człowiek występuje przeciwko władzy w obronie swoich ziomali.

    Kolejną sceną, którą się zajmiemy, będzie "Widzenie ks. Piotra". Myślę, że będzie równie zabawnie :)


piątek, 3 maja 2013

Młoda Gniewna musi dorosnąć

    - Psze Pani, jak będzie Pani potem miała chwilę, to chciałabym z Panią porozmawiać. - zagadnęła mnie Młoda Gniewna podczas ostatniej przed majowym weekendem lekcji polskiego.
    - W sumie możemy teraz, o co chodzi? - zachęciłam. Teoretycznie omawiałam z nimi właśnie wiersze Herberta [Magulec wie, które i dlaczego :)], ale i tak szło to bardzo opornie zważywszy na fakt, że nieliczne obecne tego dnia Muppety myślami i tak były już przy majowym grillowaniu.
    - A nie, chciałabym na osobności.
    - No dobra, jak wolisz. - zgodziłam się. I pod koniec dwugodzinnych zajęć, kiedy zmęczyliśmy już nieszczęsnego Herberta, a i tak zostało jeszcze z 15 minut do dzwonka, które pozwoliłam Muppetom po prostu przewałkonić - zaproponowałam Sylwii, żebyśmy wyszły na korytarz i spokojnie porozmawiały. Zostawiłam na wszelki wypadek drzwi do klasy uchylone [co prawda w sali miałam spokojny zestaw małpiątek zajętych graniem na komórkach - ale nigdy nic nie wiadomo...], po czym odeszłam z nią w ustronne miejsce i zapytałam, w czym rzecz.
    - No bo... tego... eee... - dziewczyna wyraźnie nie mogła się wysłowić, choć zwykle nie jest osobą zapominającą języka w gębie.
    - Wyduś z siebie, co się stało? W ciąży jesteś czy jak? - wypaliłam, nie bardzo nawet zastanawiając się nad tym, co mówię.
    - No właśnie proszę pani, jestem... - tu głos mojej podopiecznej się załamał, a ja sięgnęłam do kieszeni po chusteczki, które rzecz jasna za moment okazały się bardzo przydatne.

    I tak to właśnie, Drodzy Czytelnicy - moja ulubiona wychowanka zaliczyła wpadkę. Sprawa jest bardzo świeża, to kwestia 2-3 tygodni, Sylwia zdążyła zrobić test ciążowy, a po majowym weekendzie ma wizytę u ginekologa. Jest przerażona i załamana, ale na szczęście na tyle rozsądna, by w pierwszej kolejności powiedzieć o tym swojej matce, a w drugiej przyjść do mnie. Mało to głupich bździągw na jej miejscu ukrywałoby ciążę pod szerokimi swetrami tak długo, jak by się tylko dało, zamiast zwrócić się o pomoc?
    Nie muszę Wam chyba mówić, że nie usłyszała z mojej strony żadnego kazania czy wymówek w stylu, że mogła się idiotka zabezpieczyć. Jasne, że mogła - tylko co by to dało, gdybym w tym momencie walnęła jej podobną mówkę umoralniającą? Mam zasadę, że nie kopie się leżącego. Co by dało, że bym ją teraz zmieszała z błotem? Wymądrzanie się nic jej nie pomoże - poza tym fakt, że byłam trzecią osobą [po matce i ojcu dziecka], której o tym powiedziała, świadczy niewątpliwie o tym, że mi ufa i wie, że może do mnie przyjść z problemem bez obawy, że oberwie za to po głowie.
    A zwróciła się do mnie, jako do wychowawcy, z bardzo rozsądnym pytaniem - co dalej ze szkołą? Tu akurat mogłam ją od razu uspokoić, że z naszej strony zrobimy co będziemy mogli, żeby jej pomóc w dokończeniu edukacji. Znam pod tym względem politykę Zoo, u nas naprawdę ciąże nie są niczym niezwykłym i mówiąc brutalnie, nie ona pierwsza i nie ostatnia jest w takiej sytuacji. Pogadałyśmy zatem jeszcze do przerwy, wypytałam ją o ojca dziecka [o tej kwestii jeszcze będzie niżej...], potem starałam się ją jakoś rozluźnić, odrobinę rozśmieszyć. Na przerwie natomiast podreptałam do Wiceszefowej, naświetliłam krótko sprawę, a że moment był sprzyjający - bo ja akurat miałam okienko, a Wice też była wolna - to po dzwonku sprowadziłam Młodą Gniewną, zgarniając jeszcze po drodze Pedagożycę. Śmiałyśmy się, że urządziłyśmy sobie Sabat Czarownic nad biedną Sylwią :)
    Co uradziłyśmy? Rzecz jasna pochwaliłyśmy dziewczynę, że po pierwsze powiedziała w domu, a po drugie nam, w szkole, bo im wcześniej wiemy, tym więcej mamy czasu na działanie. Ze skończeniem gimnazjum oczywiście nie ma najmniejszego problemu, bo w końcu do wakacji zostały raptem 2 miesiące, więc w ogóle nie ma o czym mówić. Trzeba natomiast wymyślić coś, by Sylwia mogła mimo ciąży i dziecka skończyć też zawodówkę. Już wcześniej wymarzyła sobie, że pójdzie do nas na lakiernika i z jednej strony szkoda, by z tego rezygnowała, skoro jej się takie zajęcie podoba - ale z drugiej strony w ciąży nauka w tym zawodzie może być kłopotliwa... No nic, na przemyślenie kwestii wyboru kierunku ma jeszcze trochę czasu, ale plan jest taki, że zdecyduje do końca roku szkolnego, aby pani Krystyna, szkolna opiekunka praktyk, mogła ją ulokować już w wakacje u jakiegoś zaprzyjaźnionego, sprawdzonego pracodawcy. Chodzi o to, by Młoda Gniewna rozpoczęła praktyki jak najszybciej i wyrobiła sobie normę godzin jeszcze teraz, by potem w drugim semestrze mogła spokojnie urodzić i zająć się noworodkiem. Termin będzie miała na luty - jeśli zatem będzie się dobrze czuła, to pierwszy semestr zaliczy w normalnie, a drugi zda w trybie egzaminów klasyfikacyjnych, które będą jej zgodnie z prawem przysługiwały dzięki zwolnieniom lekarskim. W ten sposób skończy pierwszą klasę zawodową, a potem dziecko będzie już na tyle podrośnięte, by mogła je komuś zostawić pod opieką na te kilka godzin dziennie i uczyć się dalej. A że nie jest głupia, to powinna dać radę.

    To w kwestiach szkolno-technicznych, ale rzecz jasna nie po to została wezwana przez trzy baby "na dywanik", by gadać wyłącznie o suchych szczegółach... Tym razem nie byłabym sobą, gdybym nie uczuliła Młodej Gniewnej na kwestię picia i palenia w ciąży - tu zatem usłyszała ode mnie drobne kazanie przy wtórze potakiwań ze strony Wiceszefowej i Pedagożycy.
    - Ale teraz to zapominamy o sobotnim piwku, a i fajki będziesz musiała rzucić. No powaga - a jak ci się chore urodzi? Pomyśl, to dopiero będziesz miała kanał.
    - Ale co mu się od piwa może stać? - dopytywała się Sylwia.
    - Jest takie schorzenie, to się nazywa FAS, uszkodzenie płodu alkoholem w czasie ciąży. To może się różnie objawiać, ale jest nieuleczalne. Nic z tym nie zrobisz. Kojarzysz Daniela z trzeciej zawodowej? No to mu się przypatrz albo sobie z nim pogadaj...
    - Pani Smoczyca ma rację, pomyśl, będziesz potem patrzyła na swoje dziecko i pluła sobie w brodę, że przez durne 9 miesięcy nie umiałaś zrezygnować z piwa, a ono przygłupie będzie całe życie... - potwierdziła Pedagożyca. - I fajki też rzuć jak najszybciej.
    - A po fajkach co?
    - Będzie ci chorować bez przerwy na płuca, na astmę, różne alergie... Albo mu się wadliwie wykształcą połączenia w mózgu i mu wyskoczy w okresie szkolnym ADHD. A z tym to już tylko do naszej szkoły będziesz mogła je posłać :)

    Wypytałyśmy ją także o plany, o sytuację finansową, o relacje w domu, o kwestię ewentualnego wsparcia ze strony ojca dziecka... No właśnie... Wpadkę zaliczyła ze swoim chłopakiem, z którym - jak twierdzi - jest od pół roku. Żeby jednak było ciekawiej, to gość jest w MOIM WIEKU! Przyznam, że kiedy usłyszałam tę nowinę, to pięści mi się same zacisnęły. Nie chodzi mi o samą kwestię różnicy wieku, bo w końcu między mną a Hipkiem też jest 9 lat i fajnie. Przyznacie jednak, że jest subtelna różnica między związkiem 30-letniej kobiety z 39-latkiem... a 17-letniej uczennicy gimnazjum z facetem dobiegającym trzydziestki! Pomijając "drobny szczegół", że nie najlepiej świadczy o jego dojrzałości fakt, że nie wiedział, do czego służy prezerwatywa, skoro już zdecydował się na stały związek z nastolatką... Mam nadzieję, że się mylę, ale nie wróżę trwałości tej relacji, choć Sylwia stwierdziła, że mają w planach wspólnie to dziecko wychowywać.
    Tjaaa... Jakoś nie wierzę w garbate aniołki. Jedyny plus jaki dostrzegam to taki, że skoro facet jest dorosły i pracuje, to będzie jak z niego ściągnąć alimenty, kiedy już mu się znudzi zabawa w tatusia.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Polska język - straszna język

    Jak Włochowi idzie nauka? Niestety bardzo powoli. Na moje Smocze oko generalnie nie jest za bardzo uzdolniony lingwistycznie - cóż, zdarza się, nie każdy ma dryg do języków. Zresztą, angielski zdaje się też zna tylko na poziomie komunikatywnym, czyli akurat takim, by nam pomagał na zajęciach, ale bez rewelacji.
    Na szczęście jak do tej pory motywacja mu nie osłabła, czyli chce się uczyć, zadaje pytania i do swoich pomyłek podchodzi z humorem. Wiem jednak, że jeśli w najbliższym czasie nie będzie miał poczucia, że jednak robi postępy, to szybko się zniechęci i stwierdzi, że ten pieprznięty język nie jest jednak dla normalnych ludzi :) Zwolniliśmy więc na razie tempo: na zajęciach co najmniej połowa czasu poświęcona jest utrwalaniu tego, co już było, a nowe elementy wprowadzam bardzo ostrożnie i powolutku.
    Lekcje zaczynamy zatem zawsze od "gimnastyki języka" - czyli ćwiczeń związanych z wymową. Darowałam mu na razie lingwołamki [Nie życz bicia ani bicza? Były tam barwne, wielokolorowe, brudne i wredne bobry? Bzyk, miś i Myszka Miki fika, bo ma bzika?], bo powtarzanie par minimalnych i tak sprawia mu wystarczająco dużo kłopotów. Wymowę - trzeba to przyznać - ma niestety koszmarną i tutaj też muszę bardzo dyplomatycznie decydować, co na razie puścić mimo uszu, a co bezwzględnie poprawiać. Z jednej strony bowiem nikt nie oczekuje, że nowicjusz będzie wszystko wymawiał perfekcyjnie jak rodowity Polak, więc pewien margines błędów jest dopuszczalny. Poza tym jeśli biedny Carlo będzie dostawał po łapach za każdy niepoprawny wyraz, to się zatnie i przestanie mówić w ogóle. Z drugiej jednak strony musi mieć sygnał, że coś jest nie tak [zwłaszcza, że może najzwyczajniej w świecie tego nie słyszeć!], więc powinien się starać dalej. Bezapelacyjnie natomiast punktuję te pomyłki, które zakłócają komunikację, a zatem uniemożliwiają zrozumienie, o jaki wyraz mu chodziło. Poza typowo włoskim "Ko to jest?" [zamiast "Co?"], o którym już wspomniałam, zaczyna mu się nakładać wymowa jedynego języka obcego, który jak do tej pory opanował, czyli angielskiego. Zaimek "my" w jego wykonaniu brzmi zatem "maj"...
    Co do tej pory zdążyliśmy już omówić?
    - Podstawowe zwroty codziennego użytku potrzebne obcokrajowcom na początku nauki, czyli różnego typu: "Proszę powtórzyć", "Proszę mówić wolniej", "Nie rozumiem", "Ko..." - przepraszam - "Co to jest?" :).
    - Zwroty grzecznościowe, powitania, pożegnania, jak się przedstawić, zapytać o samopoczucie.
    - Liczebniki główne od 1-10 ["trzy" jak na razie jest dla niego nie do przejścia, a co do "dziewięć" i "dziesięć" twierdzi, że nie słyszy właściwie żadnej różnicy...].
    - Odmianę czasownika "być", a także koniugację "-m/-sz", czyli czasowniki typu: "czyta-m/ czyta-sz", "pyta-m/ pyta-sz". Fajna, regularna sprawa, prosty schemacik... gdyby nie to, że Carlo upiera się przy "maj czytamy" oraz "oni czytadżą..."

    A co u Drybka? Wiecie co, wydaje mi się, że chyba mnie polubił... Po czym wnoszę? Nie chcę zapeszać, ale:
    - uśmiecha się, kiedy się ze mną wita
    - odrabia grzecznie prace domowe [a sam uprzedzał, że przy poprzedniej lektorce zwykle ich "zapominał"...]
    - ponieważ ostatnio znów miałam nawrót erozji rogówki [nawet Wam nie wspominałam - bo i po co, to już się robi Smoczy standard...] i na zajęciach siedziałam z okiem spuchniętym i cały czas łzawiącym, to kolejne spotkanie zaczął od wypytania, jak się czuję i czy już aby na pewno mnie nie boli.

    Ogólnie jest dość miły, jak na niego oczywiście. A że ma w zwyczaju robienie dymów, jeśli tylko mu coś nie pasuje, to sama miałam okazję się przekonać. Otóż zmiana lektora wiązała się też ze zmianą terminów zajęć i wynikł na tym tle problem z wolną salą. Przez kilka lekcji błąkaliśmy się po różnych klasach, aż w końcu wpakowali nas do stałej, docelowej - w której jednak nie było wygodnego stołu, na którym Drybek mógłby się rozłożyć ze swoją baterią podręczników i słowników. Zgłosił po zajęciach w sekretariacie, że mu się to nie podoba. Sekretarka jednak nie zareagowała i kiedy następnym razem również przywitałam go przy tym samym małym, niewygodnym biureczku, mruknął w drzwiach "Tak nie będzie" - po czym poleciał z miejsca do dyrektora szkoły. W efekcie przydzielili nam jego starą klasę, do której jest przyzwyczajony, ale wiem od biednej sekretarki, że aby to było możliwe, musiała poprzesuwać i porobić jakieś dzikie kombinacje z trzema innymi grupami...

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kombinatorzy

    Jakiś czas temu odbyła się w Zoo kolejna wywiadówka, na której miałam wyjątkowo dużą frekwencję [oczywiście - jak na tę szanowną placówkę wychowawczą...], bo przybyło aż dziewięcioro rodziców. Tłumaczę to faktem, że jest to ostatnie przewidziane w tym roku zebranie, a w końcu jest to trzecia i ostatnia klasa mojej Muppeciarni. Pojawiły się mamusie Sławka i Doroty, z czego zwłaszcza obecność tej drugiej była dla mnie niespodzianką. Zwykle do szkoły przychodziła tylko rodzicielka Sławka, znana nota bene z robienia potwornego teatrum, brania na litość i umiejętności rozpłakania się na zawołanie. Tym razem jednak obie zaszczyciły szkołę swoją obecnością w jednym solidarnym celu - czyli zrobienia czegokolwiek, byle by tylko ich olewające wszystko pociechy nie straciły roku. Zatem zaczęła się litania złożona z użalania się nad ich niedobrym losem przeplatana z tekstami obliczonymi wybitnie na to, by poruszyć moje nauczycielskie sumienie...

"Ja już do nich nie mam siły, no jak ich upilnować? Budzę codziennie rano do szkoły, ale co, mam na siłę z łóżka wyciągać?!"
"Przecież to już stare konie, czas wreszcie skończyć to gimnazjum..."
"Ja już nie mam do niej siły - jak teraz nie zda, to już palcem nie kiwnę, by jej więcej pomóc."
"Jak Dorotka teraz nie ukończy tej trzeciej klasy, to przecież już gimnazjum nie skończy, bo jak, z dwójką dzieci?"
"Mają teraz sprawę o ograniczenie praw rodzicielskich, są kompletnie załamani..."
"No niechże pani coś zrobi... Niech pani z dyrektorką pogada... Musi się coś dać zrobić...".

    No szlag mnie trafia. A co to ja jestem, cudotwórca? Rozmnożę im cudownie obecności, niczym Chrystus żarcie?! Pierwszy semestr mają całkowicie zawalony, pojawiali się w nim sporadycznie na zajęciach - a teraz też obudzili się na 2 miesiące przed końcem roku. Nie ma takiej opcji, by zaliczyli rok - a zresztą, byłoby to wtedy potwornie niesprawiedliwe w stosunku do innych uczniów. Usprawiedliwienia lekarskie ze względu na pobicie mają do listopada, ale potem byli już w dość dobrej formie, by chodzić do szkoły [zwłaszcza Sławek] - a że mieli inne, ciekawsze zajęcia, to już ich wybór.
    Powiedziałam wprost obu matkom, że muszą się przygotować jednak na to, że Dorota i Sławek będą musieli powtarzać trzecią klasę, ale chyba mi nie uwierzyły. Wynika to pewnie z faktu, że - jak może pamiętacie - ich poprzednią wychowawczynią była osławiona Jadzia, czyli kwintesencja pobłażliwości, niezorganizowania i braku stanowczości. Ale ja nie jestem Jadzia i u mnie pewne numery po prostu nie przejdą i już. Nie mam zamiaru świecić oczami za gówniarzy, którzy najpierw mają wszystko pod małpimi ogonkami, a potem oczekują, że cały świat się będzie nad nimi litował.

    Skoro jesteśmy w temacie nieodpowiedzialności nastolatków... Dowiedziałam się, że Emilka jest w drugiej ciąży. Tyle chociaż, że też z Karolem, czyli ojcem jej pierwszego dziecka - jakiś czas temu się pogodzili i na efekt nie trzeba było długo czekać. Skrzydła mi opadły. Siedemnastoletnia przygłupia dziewczyna i druga ciąża. No super, ekstra, bomba. Nadmieniam, że synka jej do tej pory nie oddali - umieszczony został póki co w rodzinie zastępczej i Emilka może go widywać raz na dwa tygodnie. Sądzę, że przy takich układach to raczej jej dziecka nie oddadzą, a nie zdziwię się, jeśli zabiorą też drugie.
    Szczerze mówiąc to nie wiem, jaką w tym miejscu dać pointę. Przypadki chodzące po małpkach w dalszym ciągu są nie na głowę Dragonki.


UPDATE

    Podliczyłam z ciekawości jak na obecny moment przedstawia się sprawa obecności Sławka i Doroty na języku polskim. Przypominam, że aby być klasyfikowanym z danego przedmiotu, trzeba się było pojawić na minimum 50% zajęć [dokładnie 50% plus jedna godzina]. Dodatkowo zgodnie z rozporządzeniem Głównej Szefowej prawo do egzaminu klasyfikacyjnego uzyskają tylko te małpki, które będą miały te nieobecności usprawiedliwione [tu też pewnie przyjmiemy kryterium połowy].
    Jak zatem to wygląda u naszej rozrywkowej parki?
    Wszystkich lekcji języka polskiego do dnia 26.IV odbyło się 181.

DOROTA: nieobecna na 149 godzinach, w tym 80 wagarów. Daje to 82% nieobecności - co równa się enkaelowi, z czego 53% bez usprawiedliwienia - co równa się brakowi prawa do egzaminu klasyfikacyjnego.

SŁAWEK: nieobecny na 153 godzinach, w tym 84 wagarów. Daje to 84% nieobecności - co równa się enkaelowi, z czego 54% bez usprawiedliwienia - co równa się brakowi prawa do egzaminu klasyfikacyjnego.

Mówiąc jasno - mają pozamiatane... A to przecież tylko mój przedmiot, a inne?


sobota, 20 kwietnia 2013

Kolejna Smocza ofiara

    Pragnę Wam donieść, drodzy Czytelnicy, o kolejnej niewinnej ofierze, nieświadomej faktu, że oto została wydana na pastwę pedagogicznej uczty Smoka.
    Czyli - mówiąc po ludzku - mam kolejnego ucznia z zagranicy. Tym razem jest to Włoch, Carlo z Mediolanu, lat ok. 30. Szykuje się z nim ubaw po pachy, jako że delikwent jest na poziomie zerowym i mówiąc to mam na myśli zero absolutne, czyli niente :) Nic kompletnie nie umie po polsku, poza kilkoma bardzo przypadkowymi słowami. Przyznam, że jestem tym faktem dość podekscytowana. Miałam jak do tej pory rzecz jasna zajęcia z uczniami początkującymi, ale nigdy jeszcze nie zajmowałam się aż takim nowicjuszem. Zdaję sobie sprawę, że w takim razie spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność. Skoro jestem pierwszą osobą, która będzie pokazywać biednemu Carlo zawiłości polszczyzny, to zapewne w dużej mierze od tego, w jaki sposób to zrobię, zależy jego nastawienie do późniejszej nauki. Muszę zatem zrobić wszystko, by polski mu się spodobał i nie wydawał mu się za trudny do opanowania.
    A zaczęliśmy naprawdę od samiutkiego początku, czyli od ćwiczenia wymowy polskich głosek. Z tego co widzę, to jak na razie najwięcej ma problemów ze zróżnicowaniem "ś" oraz "sz" - był więc maltretowany tradycyjnym ćwiczeniem na powtarzanie tzw. par minimalnych, czyli takich wyrazów, które różnią się jedynie tą konkretną, sprawiającą trudność głoską.
    - Carlo, proszę powtórzyć za mną:
                                  proszę                                               prosię
                                  kasza                                                 Kasia
                                  szata                                                  siata
                                  wiesz                                                 wieś
                                  szał                                                    siał...

... i tak dalej :) Potem uczyłam go rozmaitych przydatnych na początku nauki zwrotów, które umożliwią mu poinformowanie mnie, że coś jest nie halo. Żałujcie, że nie widzieliście paniki w jego oczach, kiedy padło zdanie "Proszę powtórzyć"... Zdecydowanie głoski "sz" i "rz" są jak na razie dla niego nie do przejścia, ale też - jak przystało na Włocha - musi nauczyć się, że "c" w języku polskim to prawie zawsze jest tylko "c" i nic więcej. Ma z tym problem zwłaszcza na początku wyrazów i dlatego wychodzą mu kwiatki w stylu: "Ko to jest?" albo "Ko to znaczy?".
    Podsumowując jednak całe dzisiejsze zajęcia, to Carlo zrobił na mnie bardzo miłe wrażenie. Mentalność ma chyba typowego południowca, ale w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Podchodził z dystansem do swoich pomyłek, dużo się śmiał, żartował i zdawał się nie przejmować za bardzo faktem, że te wszystkie polskie dźwięki mało nie zawiązały mu języka na supeł :) Z mojej strony to była bardzo przyjemna lekcja - mam tylko nadzieję, że Carlo ocenił ją tak samo, mimo że się nad nim trochę poznęcałam fonetycznie.
    Oczywiście, ćwiczyć trzeba dalej, w końcu ćwiczenie czyni mistrza. Na następne zajęcia przygotowałam dla niego zestaw perfidnych "lingwołamków", czyli zdań zbudowanych specjalnie w ten sposób, by przyzwyczajać narządy mowy do charakterystycznych polskich głosek. Facet się chyba załamie... :) Dlaczego? A proszę bardzo...
    - Carlo, proszę powtórzyć za mną:
Szczyt szczęścia usiąść na ścieżce i ściągnąć szczudła.
Szczery szczur wrzeszczał w ścieku na szczupaka.
Zmarszczony morszczuk wyszczerzył mściwie szczękę.


UPDATE
(na specjalne życzenie Seniorki)

    No dobrze, ale w przypadku takich bardzo początkujących uczniów jak Carlo pojawia się pytanie: w jakim języku im tłumaczyć? Nowoczesna metodyka odradza posługiwanie się jakimś innym, wspomagającym językiem [zwykle jest to angielski]. Argumenty są takie, że jeśli lektor uparcie mówi tylko po polsku - nawet do zupełnie nierozumiejących go studentów - to tym bardziej motywuje ich [czytaj: po prostu zmusza :)] do szybszej nauki, a poza tym mieszkając w Polsce i tak są bez przerwy bombardowani językiem ze wszystkich stron, więc po co to przerywać? Z drugiej strony jednak dość ciężko wyjaśnić "nieznane przez nieznane", a już zwłaszcza zagadnienia gramatyczne. Bez pomocy dodatkowego, zrozumiałego dla obu stron języka zajmuje to bardzo dużo czasu, a poza tym powoduje u ucznia frustrację - no bo cholera lektorka napieprza coś w tym śmiesznym narzeczu, a ja nic nie rozumiem! A frustracja to groźne uczucie zwłaszcza na początku, bo może skutecznie zniechęcić do nauki w ogóle. Jak sobie w tej sytuacji radzi Smok? Ano stara się mimo wszystko jak najwięcej używać języka polskiego, ale czasem wytłumaczy coś po angielsku - najczęściej są to polecenia do zadań. Nie wyjaśniam jednak z założenia w ten sposób słówek, bo to w ogromnej większości przypadków można jakoś pokazać czy narysować.
    Przy okazji rzecz jasna bywa zabawnie. Uczyłam Carlo zwrotów grzecznościowych. Standard na pierwszych zajęciach. Wiecie, pytamy: "Jak się masz?" - a odpowiedź pada: "Mam się świetnie/bardzo dobrze/dobrze/tak sobie..." itp.No i na obrazku w książce było napisane "Mam się fatalnie", a obok narysowane trzy zmartwione buźki na znak, że już gorzej być nie może. Carlo jednak chciał się upewnić, czy dobrze zrozumiał, więc zapytał przytomnie:
    - Mam się fatalnie? Yyy... MASAKRA?
     Oczywiście potwierdziłam z uśmiechem :)

środa, 17 kwietnia 2013

Szkot się uczy

    Jak do tej pory miałam już cztery lekcje z Drybkiem, mogę więc już chyba bardzo ostrożnie i cichutko podzielić się z Wami wrażeniami. A te póki co [ODPUKAĆ!] są pozytywne...
    Kiedy sekretarka szkoły językowej ostrzegała mnie przed tym uczniem, to nie pomyliła się z pewnością co do jednej kwestii - facet rzeczywiście pracuje koszmarnie wolno. Minie pewnie jeszcze trochę czasu, nim się do tego przyzwyczaję, bo jak do tej pory to przerabiamy na zajęciach tak z 1/3 tego materiału, który zaplanuję. Kiedy w domu przygotowuję dla niego ćwiczenia, to zawsze mi się wydaje: "Eee, to zadanko jest proste, machnie je w kilka minut, to trzeba by jeszcze jedno z tego samego zagadnienia..." - po czym okazuje się, że owo "proste zadanko" Drybek wałkował na wszystkie strony przez niemal kwadrans :). Takie tempo pracy spowodowane jest zarówno tym, że - tak jak mnie uprzedzano - wielu rzeczy nie pamięta, ale również jego skłonnością do drobiazgowego analizowania każdego przykładu tak, aby był pewny, że rozumie na 100%, dlaczego trzeba powiedzieć [czy napisać] właśnie tak, a nie inaczej. Wszystko pięknie, dopóki nie trafi się na jakiś wyjątek od reguły, których przecież w nauce języka [i to nie tylko polskiego] jest całe mnóstwo. Język rządzi się innymi prawami, niż matematyka - nie zawsze jest logiczny i przewidywalny, ponieważ ma to do siebie, że "żyje" razem z ludźmi, którzy się nim posługują. Bardzo często jest więc tak, że reguły regułami, ale jeśli z jakiegoś powodu duża część społeczeństwa zacznie używać danego słowa - nawet niepoprawnego! - to wkrótce ten wyraz łamiący zasadę stanie się dopuszczalny. I tak oto powstają wyjątki, z którymi biedne Drybki muszą sobie radzić :)
    A Drybek kiepsko radzi sobie z sytuacją, kiedy czegoś nie ogarnia. Jeśli nie rozumie, to domaga się wyjaśnienia - ale gorzej, jeśli pomimo to dalej sprawa nie jest jasna. Wtedy zaczyna się irytacja, pretensje i złość. A uwierzcie, w gramatyce nie zawsze da się wszystko przejrzyście wytłumaczyć, a już zwłaszcza biorąc pod uwagę barierę językową. Tym niemniej zadowolenie klienta rzecz święta, więc muszę próbować i mieć nadzieję, że moje wyjaśnienia uspokoją zdezorientowanego ucznia. Miałam taką sytuację na poprzednich zajęciach, na których powtarzaliśmy aspekt czasownika, czyli kiedy używać form niedokonanych [np. robić, spać, uczyć się], a kiedy dokonanych [np. zrobić, wyspać, nauczyć się]. Dobre 15 minut spędziliśmy nad jednym przykładem, bo Drybek nie łapał, czemu akurat tam trzeba wstawić dokonany - twierdził, że uczono go inaczej. Nie wdając się w szczegóły chodziło o to, że poprzednia lektorka wytłumaczyła mu to trochę od innej strony [choć wychodziło w rezultacie na to samo], ale nim zorientowałam się w czym rzecz, to Szkot zdążył już się zdenerwować i lekko obrazić. No nic, mam nadzieję, że w końcu dałam radę przekazać mu to w na tyle jasny sposób, by go uspokoić. Zresztą, jeśli nie, to przed kolejnymi zajęciami na pewno się tego dowiem. Sekretarka zapewniła mnie, że jeśli cokolwiek wkurzy go na tyle, by miał ochotę się poskarżyć, to poleci z tym niezwłocznie i to prawdopodobnie do dyrektora całej szkoły językowej...
    Nawiasem mówiąc Drybek rzeczywiście musi mieć tam opinię "trudnego przypadku", bo odkąd z nim pracuję, to nie ma dnia, by mnie ktoś o niego nie zagadnął w kontekście: "No i jak wam idzie? Czy wszystko w porządku?". Nawet szef po trzeciej lekcji pofatygował się osobiście do pokoju lektorów, żeby mnie zagadnąć na okoliczność, jak sobie radzę z nowym uczniem.
    Ano jak dotąd radzę sobie, radzę :) Owszem, jest trochę nietypowy, ale wydaje mi się mimo to sympatyczny. Nie jest sztywniakiem, ma swoje zainteresowania i życie prywatne poza pracą, jest przy tym niezaprzeczalnie inteligentny. Jak na razie mam wrażenie, że komunikacja między nami nie szwankuje.
    Na koniec w ramach anegdotki mam coś, co ostrożnie poczytuję sobie za plus. Jak może pamiętacie uprzedzano mnie, że Drybek ma awersję do prac domowych. Mimo to po drugich zajęciach ostrożnie zadałam mu kilka ćwiczeń, a ponieważ je odrobił, to i na kolejnym spotkaniu dostał zadanie. Tutaj jednak spotkała mnie niespodzianka. Otóż na kserówce było dużo zadań z tego samego zagadnienia, a ja poleciłam mu zrobienie dwóch, żeby nie poczuł się przytłoczony. Wiecie co? Nie tylko je odrobił [i to bezbłędnie!], ale też... machnął jeszcze trzy dodatkowe! Na szczęście również prawie dobrze [nie licząc kilku drobnych pomyłek], mogłam więc go całkiem szczerze pochwalić za pilność, zaangażowanie, ambicję - i co tam mi jeszcze przyszło do głowy :) Aby jednak nie zapeszać, "w nagrodę" tym razem oszczędziłam mu pracy domowej. Na weekend jednak już coś chyba wymyślę...

sobota, 13 kwietnia 2013

19 lat i druga ciąża

    Mam dla Was ciąg dalszy historii o Dorocie i Sławku, bo ostatnio znów zaczęli pojawiać się w szkole. Nie myślcie jednak, że ten fakt spowodowany jest jakimś głodem wiedzy czy głębszą refleksją nad ich położeniem życiowym. Po prostu: przed Wielkanocą niejako hurtem wlepiałam Nagany Wychowawcy tym spośród moich podopiecznych, którzy mają bardzo duże ilości godzin nieusprawiedliwionych, a do nich wspomniana dwójka jak najbardziej się zalicza. Pisemne zawiadomienia o przyznaniu kar rzecz jasna dałam sekretarce szkolnej do wysłania listem poleconym. Skoro więc tylko je odebrali, to widocznie Dorota i Sławek przestraszyli się, że powiadomię również sąd, opiekę społeczną czy co tam jeszcze - i po świętach zaczęli przychodzić na lekcje. Jak na razie zjawiają się dość regularnie, czyli obecni są zwykle na środkowych godzinach.
    Co my, czyli nauczyciele, na to wszystko? Ano wyrzucić ich przecież nie wyrzucimy ani nie powiemy wprost, że tracą tylko czas - choć de facto tak jest w rzeczywistości. Oboje mają zawalony pierwszy semestr, a teraz mamy już połowę drugiego. Gdyby nawet od teraz chodzili sumiennie co do jednej godzinki do szkoły, to i tak obecności będzie zbyt mało, by umożliwić im klasyfikację. A ponieważ ich absencja w większej części jest nieusprawiedliwiona, więc nie będą mieli prawa do egzaminów klasyfikacyjnych. Skończy się to zatem powtarzaniem trzeciej klasy po raz kolejny - oczywiście pod warunkiem, że Główna Szefowa wyrazi na to zgodę. Jak by nie było, mamy do czynienia ze starymi końmi, którzy dawno już nie podlegają obowiązkowi szkolnemu.
    No dobrze, dlaczego zatem Sławek i Dorota aż tak bardzo przestraszyli się pisma informującego o naganie? Jak być może pamiętacie, cała rodzinka utrzymuje się [czytaj: chleje] z pomocy socjalnej przysługującej tym młodym ludziom ze względu na primo fakt uczęszczania do szkoły, a secundo - sprawowania opieki rodzicielskiej nad malutką Marysią. Poprzedni, krótkotrwały "zryw szkolny" spowodowany był skierowaniem do sądu wniosku o ograniczenie im praw do córeczki oraz groźbą cofnięcia socjalu z powodu wagarowania. Straszak był jednak krótkotrwały. Teraz jednak sytuacja się jeszcze bardziej skomplikowała... bo Dorotka znów jest w ciąży! Nie chcą więc zapewne stracić hurtowo praw rodzicielskich do obojga dzieci, tym bardziej, że kalkulacja jest w ich przypadku prosta: więcej dzieci, więcej kasy z opieki społecznej, którą mogą spokojnie przepić. Aha, i nie zapominajmy o "bełcikowym"...
 
    Wiecie co? Kiedy pomyślę o sytuacji Doroty, to opada mi wszystko, co może, a drobne w kieszeni przestają się zgadzać. Dziewczyna ma 19 lat, roczną córeczkę, a teraz jest w drugiej ciąży. Jak by tego było mało, jej partner i zarazem ojciec obu dzieci nie pracuje, kasę przepija, a oprócz tego robi z Dorotki worek treningowy. Mimo to ona kurczowo się go trzyma i nie pozwala sobie pomóc.
    Cholernie trudno jest też nam, nauczycielom - jako że znamy ich sytuację - prowadzić w ich obecności normalne zajęcia powstrzymując się od komentarzy, tak, jak gdyby wszystko było w porządku. Podam Wam przykład pierwszy z brzegu, choć ta sytuacja nie miała akurat miejsca na mojej lekcji, tylko na matematyce, u Irenki. Jak pewnie pamiętacie z własnych lat szkolnych, w każdym tygodniu wyznaczeni są w dzienniku dwaj dyżurni, których obowiązkiem jest przynoszenie kredy, ścieranie tablicy i generalnie dbanie o utrzymanie porządku w klasie. Tak się złożyło, że w tym tygodniu dyżurnymi byli Leszek oraz Dorota. Na matematyce tablicę ściera się dosyć często, bo rozwiązywanie zadań zajmuje dużo miejsca. Na polecenie Irenki: "Proszę dyżurnego o starcie tablicy" dwa razy podniósł się Lechu, za trzecim razem jednak chłopak się zbuntował i mruknął, że przecież jest drugi dyżurny. Nastąpiła chwila krępującej ciszy, po czym Dorota zaczęła powoli wstawać i gramolić się z ławki celem wypełnienia swojego obowiązku. W tym momencie zerwała się Młoda Gniewna [która nota bene siedzi na końcu sali, więc miała do tej tablicy dość daleko] z komentarzem: "Siedź siedź, Dorota, ja wytrę". Wszystko to działo się szybko, nauczycielka więc nie zdążyła zareagować w żaden sposób - choć też rzecz jasna nie mogła zrobić tego, na co miała ochotę, czyli opierdzielić Sławka od góry do dołu. Jak można przewidzieć, jemu nawet przez myśl nie przeszło, żeby ruszyć dupę, tylko siedział sobie uśmiechnięty, jak gdyby nigdy nic.
    Szlag może trafić. Kiedy partnerka każdego zwykłego, normalnego faceta jest w ciąży, to naturalnym jego odruchem jest chronienie jej i pomaganie w codziennych czynnościach. Jasne, że ciąża to nie choroba - ale OBIEKTYWNIE obciążenie dla organizmu i z tym nie ma co polemizować. A tutaj mało tego, że mamy dziewczynę z pokaźnym brzuchem, to jeszcze kulejącą, która w normalnych warunkach ma problemy z poruszaniem się, a co dopiero jeszcze teraz... Co ten Sławek musi mieć w głowie, że w takiej sytuacji nie ma odruchu dbania o Dorotę? Mało tego - że nawet widząc, jak pomagają jej inni, dalej się uśmiecha, zupełnie bez refleksji, że właśnie zachował się jak sukinsyn?

sobota, 6 kwietnia 2013

Drybek

    Jestem po pierwszej lekcji z nowym zagranicznym uczniem - ok. 40-letnim Johnem z Glasgow, który od brzmienia swojego wybitnie szkockiego nazwiska zwany jest po cichu przez pracowników szkoły językowej Drybkiem. Tremę przed tymi zajęciami miałam jak jasna cholera, a dlaczego, to już mówię.
    Przed Johnem lojalnie mnie ostrzeżono, że ma opinię dziwaka z domieszką lekkiego świra. Uczy się u nas polskiego od dwóch lat i początkowo z żadnym lektorem nie mógł się dogadać, aż wreszcie trafiło na Ewę - która jednak właśnie poszła na urlop macierzyński, więc trzeba znaleźć innego nauczyciela, który sprostałby wymaganiom. A te Drybek ma, a jakże... Po pierwsze czas przeprowadzania zajęć - muszą one się odbywać pod wieczór, dwa razy w tygodniu, w odstępach co najmniej 3-4 dniowych, żeby uczeń miał możliwość odetchnąć i nabrać siły między jednym spotkaniem a drugim. Po drugie - Drybek absolutnie nie może czuć żadnej presji czy stresu związanego z nauką, bo wtedy się blokuje, odmawia współpracy, a często najzwyczajniej w świecie po prostu reaguje gniewem [zupełnie jak małe dziecko...]. Wszystko trzeba mu serwować bardzo wolno, spokojnie, tak, żeby nie miał poczucia, że czegokolwiek się od niego wymaga. Jeśli chodzi o przerobiony dotychczas materiał, to teoretycznie jest w połowie drugiego podręcznika [czyli mniej więcej poziom A2/B1, coś na granicy średniozaawansowanego], ale może się równie dobrze podczas zajęć okazać, że nie pamięta nie tylko tego, co zostało omówione na poprzedniej lekcji, ale także jakichś podstawowych rzeczy, które powinien był opanować na samym początku. Wtedy rzecz jasna nie wolno lektorowi okazać nawet cienia irytacji czy chociażby zdziwienia, tylko uśmiechnąć się promienne i wytłumaczyć daną rzecz jeeeszczeee raaaz... Uczulono mnie w sekretariacie wobec tego, że muszę być oazą spokoju i aniołem dobroci, a i tak powinnam się przygotować na to, że Drybek danego dnia może mieć po prostu zły humor - i wtedy będzie mamrotał naburmuszony przez całe 90 minut [tyle trwają zajęcia], obrażony na cały świat bez wyraźniej przyczyny.
    Wobec powyższego nie ma się chyba co dziwić, że szłam na lekcję z duszą na ramieniu - tym bardziej po ostatnim numerze z Ianem. W końcu całkiem niedawno zostałam sklasyfikowana jako osoba zbyt surowa, szorstka i mało wrażliwa... Jak zatem poszło? Na moje oko całkiem nieźle, choć wolę tu zachować ostrożność, bo w końcu po lekcjach z Ianem nie miałam poczucia, że coś poszło nie tak i do tej pory nie mam pojęcia, o co facetowi chodziło. Poleciłam, żeby Drybek poopowiadał mi o sobie i na szczęście tak się rozkręcił, że zajęło to większość zajęć, bez potrzeby sięgania do podręcznika. Ostrożnie ryzykuję stwierdzenie, że skoro miał ochotę rozmawiać ze mną przez 90 minut na tematy związane z jego życiem codziennym, to chyba udało mi się choć trochę wzbudzić jego zaufanie. Choć już na wstępie musiałam się wykazać dużą dozą dyplomacji, bo pierwsze pytanie, jakie mi zadał John po wejściu do sali, brzmiało: "Co pani o mnie opowiadali?" [pewnie więc facet zdaje sobie mimo wszystko sprawę, że ma opinię nienormalnego...]. A ponieważ prawdy absolutnie powiedzieć nie mogłam, to odparłam mniej więcej coś w stylu: "Mówiono mi, że lubi pan pracować powoli, w swoim własnym tempie, nie za szybko, bez stresu... I żebym panu nie zadawała prac domowych." Wydaje mi się, że dobrze wybrnęłam...
    Oczywiście - wszystko wyjdzie w praniu. Z Ianiem nic nie zapowiadało katastrofy, a jednak się obraził. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie lepiej. Zajęcia z Drybkiem oznaczają stałe zlecenie [facet będzie w Polsce na kontrakcie przynajmniej do końca 2014 roku], a zatem comiesięczny dodatkowy dochód. Trzymajcie kciuki - czy co tam macie :)