Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 11 grudnia 2012

Konkurs: Kot w oknie

    Klub Kota Jasna 8 co miesiąc organizuje rozmaite konkursy dotyczące fotografii futrzastych miaukaczy. Wraz z Pumą doszłyśmy do wniosku, że tym razem nie może zabraknąć udziału Jej Wysokości.
    Grudniowy temat to Kot w oknie. Zabawa polega na głosowaniu na wybrane przez siebie zdjęcie kota, który bierze udział w konkursie. Puma prezentuje się następująco:



    Jest to oczywiście jej ulubione letnie miejsce do wygrzewania się - szeroki parapet zabezpieczony siatką, żeby miaukacz nie wypadł.
    Obie z Jej Wysokością uniżenie prosimy wszystkich życzliwych nam Czytelników o oddanie głosu - zabawa trwa od 17 do 20 grudnia do godziny 20:00. Głosować na Pumisko można pod tym adresem:




poniedziałek, 10 grudnia 2012

Zoo News

    Wystarczyło kilka dni z mrozami poniżej 10 stopni, by ogrzewanie w Zoo przestało spełniać swoją funkcję. Panie i panowie, dziś w pokoju nauczycielskim było tylko 12 na plusie - a zgodnie z przepisami BHP, jeśli temperatura w szkolnych pomieszczeniach spada poniżej 18, to należy zawiesić zajęcia. Tjaaa... Gdyby jednak nasza dyrekcja chciała się do tego stosować, to Zoo nie nadawałoby się do użytku od połowy listopada do marca. W każdym razie od jutra nie rozstaję się w pracy z moim ukochanym, grubiutkim, bordowym polarem.

    Z nowości - tydzień temu przybyło mi kolejne Muppeciątko. Z poprzedniej szkoły wyrzucili go za kiepskie oceny i wagary, zresztą, chłopak ma 17 lat, znakiem czego dwa lata opóźnienia [skoro jest w trzeciej gimnazjum]. Co natomiast warte podkreślenia, Mikołaj jak do tej pory nie dorobił się ani kuratora, ani bogatej kartoteki, a to oznacza, że mogą być jeszcze z niego ludzie. Jego aktualny adres zamieszkania to pogotowie opiekuńcze, gdzie przebywa... na wniosek rodziców! Prosili, ostrzegali, ale ponieważ syn nie potrafił podporządkować się zasadom po dobroci, to załatwili mu miejsce w placówce i osobiście odwieźli. Nota bene starszy brat Mikołaja jest policjantem :) [mam nadzieję, że ta informacja nie trafi do innych małpek, bo chłopak nie miałby u nas życia]. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że mojemu nowemu wychowankowi taka lekcja wystarczy do opamiętania się - i że rodzicom za kilka lat za to podziękuje.

    Mam za to problem z innym Muppetem, Krzysiem, który wyrasta na godnego następcę osławionego Dawidka. Trafił do nas na wiosnę z jedynkami od góry do dołu, ale jakoś go przepchnęliśmy do trzeciej klasy, bo sprawiał wrażenie nierozgarniętej intelektualnie sieroty, ale w sumie niegroźnej. Nie wiem, czy tak skutecznie grał, czy naprawdę był wówczas aż tak pogubiony jako świeżo upieczony podopieczny pogotowia opiekuńczego [zresztą, tego samego, w którym teraz przebywa Mikołaj]. Rodzice Krzyśka mają ograniczone prawa rodzicielskie [alkohol, bieda, przemoc - czyli standard...], trafił więc tam w oczekiwaniu na miejsce w Domu Dziecka. Problemy z chłopakiem zaczęły się w tym roku szkolnym na jesieni, kiedy wreszcie trafił do docelowej placówki wychowawczej. Mówiąc wprost bardzo mu się tam nie podoba, więc postanowił dać popalić wszystkim dookoła - i w Domu Dziecka, i u nas. Repertuar klasyczny - niepowstrzymane potoki wulgaryzmów, olewanie poleceń, reagowanie agresją na każdą zwracaną uwagę, pyskowanie do nauczycieli, słuchanie muzyki na lekcjach [i to wcale niekoniecznie przez słuchawki]. Wszystko wskazuje poza tym na to, że Krzyś do tego ma lepkie ręce: z naszej sali zginęła skórzana damska spacerowa torebka, która wisiała tam jako dekoracja od dobrych dziesięciu lat i nikt się nią nawet nie interesował.Nie ma mu niestety jak tego udowodnić [brak monitoringu w salach, a szkoda...], ale różne poszlaki właśnie na niego wskazują. Najbardziej jednak mnie - jako wychowawcę - wkurza oczywiście, że zachowanie Krzysztofa ma demoralizujący wpływ na resztę moich Muppetów. Mając takiego smroda w klasie i oni siłą rzeczy pozwalają sobie na więcej, a w wymiarze doraźnym korzystają na tym, że ktoś rozwala lekcje. A ja nie po to przecież męczyłam się wprowadzając krok po kroku w tej klasie jako takie normy, by teraz mi to wszystko rozpierniczył jakiś gnojek.
    Z Krzysiem rzecz jasna próbowaliśmy rozmawiać - najpierw ja, potem Pedagożyca, a ostatnio wylądował na dywaniku u Wiceszefowej. Nic to jednak nie daje, bo po 2-3 dniach spokoju Krzyś znowu się rozkręca. Nie umie - albo nie chce - podporządkować się elementarnym zasadom społecznym. Byłam dziś w tej sprawie u Wice i doszłyśmy do wniosku, że pół roku [czyli do końca trzeciej klasy gimnazjum] to zbyt dużo czasu, by tolerować takie zachowanie i że przez te miesiące chłopak narobi nam zbyt dużo syfu. Uruchamiamy więc "procedurę eksterminacyjną", która ma na celu załatwienie Krzyśkowi biletu do MOW-u w jedną stronę. A ponieważ wiem, że jego Dom Dziecka też sobie z nim nie radzi i że też o niczym innym nie marzą, jak tylko o pozbyciu się go, to sprawa powinna się udać. Wiceszefowa stwierdziła, że osobiście przejdzie się na najbliższą rozprawę chłopaka i jako dyrektor odpowiednio wyłuszczy sądowi, co to za jeden. A wierzcie mi, ona potrafi być bardzo przekonująca i sugestywna...
    No oby oby - i to jak najszybciej. 24 uwagi negatywne od września, ukradziona torebka i znerwicowana Marzenka-historyczka, ilekroć ma z moją klasą zajęcia [bo ją sobie Krzysiu szczególnie "upodobał"] to zdecydowanie za dużo jak na Smoczą cierpliwość.

czwartek, 29 listopada 2012

Znów wrobiona

    Jedna z moich Stałych Czytelniczek nominowała mnie do zabawy Liebster Blog, która jest kolejnym wydaniem łańcuszka blogowego, polegającego na odpowiedzi na poszczególne pytania. Raczej nie przepadam za tego typu rzeczami i jak dotąd wyjątek zrobiłam dla Mag [bo mam do niej słabość i już :)], czego efekty dostępne są tutaj. Wygląda na to, że złamię się po raz drugi, a to z tego powodu, że podobają mi się pytania skierowane do mojej skromnej Smoczej osoby i po prostu mam ochotę na nie odpowiedzieć. Natomiast wybaczcie, że sama okażę się ostatnim ogniwem tego łańcucha i nie pociągnę zabawy dalej poprzez wyznaczenie kolejnych "skazańców" :)
    A zatem...

1. W której z postaci literackich widzisz siebie?
Kolejny raz wskażę na bohaterkę, o której już rozpisywałam się w pytaniu postawionym przez Mag.

Pierwsza postać, która przychodzi mi do głowy, to Valancy Stirling, bohaterka powieści Lucy Mound Montgomery pt. "Błękitny Zamek". W skrócie: jest to historia zabiedzonej, zahukanej i stłamszonej przez rodzinę starej panny, która w dniu 29. urodzin [bez skojarzeń ze mną proszę, hie hie hie...] dowiaduje się, że ma nieuleczalną chorobę serca i że został jej najwyżej rok życia - a i to pod warunkiem, że będzie bardzo na siebie uważała. Valancy postanawia więc, że spędzi ten czas jaki jej pozostał robiąc to, na co nie miała odwagi przez całe życie. W rezultacie dokonuje totalnej rozpirduchy: wyprowadza się z domu, opiekuje się śmiertelnie chorą przyjaciółką z dzieciństwa, a po jej odejściu wychodzi za mąż za tajemniczego typa, o którym krążą pogłoski, że jest seryjnym mordercą. Cała historia kończy się rzecz jasna szczęśliwie, ale szczegółów nie zdradzam na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę tę książkę przeczytać [a zdecydowanie polecam].
Czemu czuję więź z Valancy Stirling? Nie będę Wam tu robić wiwisekcji, bo uważam, że blog to nie miejsce na osobistą spowiedź. Dość jednak, jeśli powiem, że w pewnym sensie jesteśmy do siebie podobne. Również do pewnego momentu moje życie było jednym wielkim udawaniem i zdecydowanie nie przynosiło mi satysfakcji - ale nadszedł taki moment, że wzięłam się za siebie i to ja zaczęłam dyktować warunki. I jest mi z tym cholernie dobrze :)

2. Gdybyś przez jeden dzień rządziła światem i mogła wprowadzić jedną ustawę, co by to było?
Biorąc pod uwagę te obrazki, których naoglądałam się odkąd pracuję w Zoo, to wprowadziłabym dość radykalne prawo dotyczące rodzicielstwa: obowiązkowe testy psychologiczne dla osób, które mają zostać rodzicami. W przypadku wykazania, że dana osoba nie nadaje się na matkę czy ojca - odbieranie praw rodzicielskich.

3. Gdybyś mogła zagwarantować przetrwanie trzech gatunków zwierząt, jakie byś wybrała?
Kot - bo bez kota to nie robota.
Krowa - z powodów utylitarnych [mięso, mleko... no ja i kot musimy coś jeść :)]
Hipopotam - zgadnijcie, dlaczego :)

4. Kto wg Ciebie ma lepiej: kobiety, czy mężczyźni?
Zdecydowanie mężczyźni. Ich organizmy mają o wiele mniej obciążeń naturalnych [mam na myśli wszystkie sprawy związane z rozmnażaniem się], a do tego społecznie wciąż mniej się od nich wymaga i to niezależnie od szerokości geograficznej. Nie znam kultury, która nie dyskryminowałaby kobiet w mniejszym lub większym stopniu. Gdybym miała możliwość wyboru, to bez wahania wolałabym urodzić się mężczyzną - co nie znaczy, że jestem osobą transseksualną.

5. Z jaką osobą publiczną umówiłabyś się najchętniej na niezobowiązującą kawę?
Ze Stephenem Kingiem. Myślę, że z tym facetem nie sposób się nudzić.

6. Sytuacja, w której chciałaś zapaść się pod ziemię, a teraz się z tego śmiejesz?
Nie wskażę takiej. Tzn. były oczywiście w moim życiu momenty, w których było mi bardzo wstyd - ale z żadnego z nich dziś się nie śmieję z szacunku dla swoich własnych emocji, których wtedy doświadczyłam. Co z tego, że z DZISIEJSZEJ perspektywy to była głupota, skoro dla TAMTEJ Smoczycy to był koszmar? Ja mogę jej współczuć, ale na pewno nie śmiać się z niej.

7. Talent, który zawsze chciałaś posiadać?
Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy potrafią pięknie rysować. Ja niestety zatrzymałam się na etapie przedszkolnych głowonogów.

8. W jakiej epoce chciałabyś żyć?
W Atenach czasów Peryklesa - ale TYLKO jako mężczyzna i TYLKO jako człowiek wolny, mający pełnię praw obywatelskich.

9,10,11. Trzy rzeczy, które zabrałbyś ze sobą do bunkra w razie globalnej katastrofy?
Nóż - oczywiście ze względów praktycznych. Elementarne narzędzie, które ma szeroką gamę zastosowań.
Scrabble - dla zabicia nudy.
Jaśka - spróbujcie się wyspać w bunkrze bez poduszki :)

Dziękuję za uwagę.


środa, 28 listopada 2012

Smród wokół Smrodka

    Niestety nie najlepiej dzieje się ze Smrodkiem, czyli Grzesiem, Małpką nr 12, którą opisywałam jakiś miesiąc temu. Zapewne pamiętacie, że jego starszą siostrę wsadzono do MOW-u i chłopak bardzo to przeżył. Ja co prawda miałam nadzieję, że taki przykład wyjdzie mu na dobre i podziała jak straszak na zasadzie refleksji: "Jeśli ją mogli zamknąć, to i mnie mogą, jeśli nie przyhamuję". Okazuje się jednak, że neon z podobnym napisem przepalił się w mózgu ucznia i za cholerę nie chce świecić...
    Ale do rzeczy. Jak już pisałam, bezpośrednio po wyekspediowaniu siostry do zakładu Grześ chodził potwornie przybity, do tego stopnia, że wypłakał się nawet w rękaw wychowawczyni, pani Marzence. Potem chodził do szkoły jeszcze z tydzień, w trakcie którego zdołał zaleźć za skórę praktycznie wszystkim nauczycielom, a w Zeszycie Uwag kartki poświęcone jego skromnej osobie prędko się skończyły. Został wysłany na rozmowę do Pedagożycy, wychowawczyni ucięła sobie też przez telefon "pogawędkę od serca" z jego kuratorką, ale po Smrodku wszystko spływało, jak woda po kaczce. Przychodził do Zoo wyraźnie po to, by narobić problemów - a potem w ogóle przestał się pojawiać. Przepadł jak kamień w wodę i szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się go zobaczyć wcześniej, niż na wystawianie ocen [a i to przy dobrych wiatrach...], gdy tymczasem zmaterializował się wczoraj. I to akurat na język polski ze mną.
    Szczerze mówiąc to było mi go najzwyczajniej w świecie szkoda, bo chłopak kompletnie się zaplątał. Przez całe 45 minut robił wszystko, tylko nie to, co akurat było trzeba. Chcę z całą mocą podkreślić, że żadne z jego zagrań nie było chamstwem wymierzonym we mnie, ale jednak jego obecność w sposób skuteczny rozłożyła mi zajęcia. Siadł sobie sam w rzędzie pod oknem, w ławce przed najbardziej zdemoralizowanym klasowym bandziorem [przy czym słowo "bandzior" w tym przypadku nie jest ani odrobinę na wyrost] i robił najprzeróżniejsze rzeczy, byle mu tylko ta lekcja jakoś zleciała. Zaczął od gwizdania i śpiewania, potem przeszedł do chrumkania i wydawania innych, trudnych do sprecyzowania odgłosów. Potem zabawiał się rzucaniem w kolegów papierowymi kuleczkami, graniem w grę na komórce nie zadając sobie nawet trudu, by wyciszyć dźwięki [no bo po co...], a w przerwach oczywiście zagadywał bandziora. Jak się można domyślić, w takich warunkach większość lekcji straciłam na przywoływanie Grzesia do porządku, a w rezultacie musiałam mu postawić jedynkę za pracę na lekcji [czy raczej - jej brak]. To już go ma się rozumieć wyprowadziło z równowagi, postanowił więc znaleźć sobie bardziej agresywny sposób na manifestowanie swojego bólu istnienia. Przyczepił się mianowicie do nowego kolegi z klasy, który został zapisany pod nieobecność Smrodka. Zaczął mu dogryzać i czepiać się go o przysłowiowe: "I co się tak krzywo patrzysz?!". Z dzwonkiem natomiast wyleciał jak strzała, bo koledzy przekazali mu, że ma się zgłosić do wychowawczyni [takie dostali polecenie - wysłać go do niej, jak tylko pojawi się w Zoo]. Grześ więc nie namyślał się długo i nawiał, by tylko nauczycielka nie miała możliwości go zobaczyć.
    Dziś sprawa miała ciąg dalszy. Zauważyłam na dużej przerwie, że Grześ siedzi pod salą, dyskretnie więc odszukałam Marzenkę i zawiadomiłam ją o tym fakcie. Ta zgarnęła go z zaskoczenia, a potem zdała mi relację. Sprawa nie wygląda wesoło, bo Smrodek, nagabywany o swoje zachowanie i wagary, dał wychowawczyni do zrozumienia, że robi do specjalnie. Chłopak po prostu nie może wytrzymać w domu i TEŻ CHCE iść do zakładu, tak jak jego siostra. Jak stwierdził: "Tam jest całkiem fajnie, cisza, spokój, ciepło...". Wymyślił więc, że im gorzej się będzie zachowywał, tym szybciej go zgarną.
    Nie wiem jak Wam, ale mnie ręce opadły na takie dictum. To się w głowie nie mieści - jak paskudnie w domu musi mieć dzieciak, żeby wolał iść do ośrodka wychowawczego, niż mieszkać z rodzicami?! Dodam, że jego siostry nie wzięli przecież do Domu Dziecka, tylko do MOW-u, a więc placówki, gdzie trafia zdemoralizowana młodzież z wyroku sądowego. To naprawdę nie jest miłe i przyjazne miejsce, tylko budynek z kratami w oknach i z zakazem wychodzenia na zewnątrz, a w pokoju z tobą nie mieszkają normalne dzieci, tylko nastoletni chuligani z wyrokami. Przecież taki Grześ - krasnal przed mutacją z twarzą dziecka - zostanie tam zaszczuty... Nie wierzę, by nie zdawał sobie z tego sprawy, a mimo to chce tam iść.
    Groźba jest niestety całkiem realna. Smrodek ma już trochę na sumieniu i jest dobrze znany policji. W styczniu ma mieć rozprawę w sądzie i zgodnie z tym, co wiadomo Marzence, jeśli chłopak zawali półrocze [a więc jakieś jedynki czy nieklasyfikowania], to jest wielce prawdopodobne, że go zamkną. Ale co można zrobić, jeżeli on świadomie prowokuje takie rozwiązanie?

czwartek, 22 listopada 2012

Suplement do "Lekcji o hymnie"

    Jak pamiętacie, w ramach obchodów Święta Niepodległości zadałam zawodówce nauczenie się "Mazurka Dąbrowskiego" na pamięć. Póki co widzę, że był to dobry pomysł - na razie zgłaszają mi się ochotnicy, który rzecz jasna tekst bezbłędnie umieją, a ja mogę im z czystym sumieniem postawić piątki. Znalazł się tylko jeden rodzynek, którego do odpytania wywołałam ja, "na czuja". No i niestety, usiadł z jedynką, bo nie umiał wydukać z siebie nawet refrenu. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale tak właśnie było... Nota bene, ten uczeń to mój dobry znajomy, czyli bohater posta o analfabetyzmie. Nie jest chyba dla Was zaskoczeniem, że wylądował w naszej zawodówce? W końcu żadna inna szkoła by go nie przyjęła z takimi brakami...
    Gorzej jednak było, gdy zaczęłam pytać ze zwyczajowych trzech ostatnich tematów, do których zaliczała się całość lekcji o hymnie razem z jego historią i analizą. Tu przyznam, że pozwoliłam sobie na "małą zemstę", to znaczy wywołałam Kamila, który mi na poprzednich zajęciach podpadł - choć z drugiej strony prawdą jest też, że i tak nie miał oceny z odpowiedzi, więc tak czy inaczej miałam go maglować w najbliższym czasie. Czym sobie zasłużył? Ano usiłował ściągać na sprawdzianie od kolegi, więc go poinformowałam, że obniżę mu ocenę o jeden stopień. W ramach riposty usłyszałam, że jestem "jakaś niedorobiona". Urocze, co? :) Drobiazg, ale gdybym była na jego miejscu, to po obrażeniu nauczycielki na następną lekcję wykułabym trzy ostatnie tematy na blachę. Niestety, Kamil okazał się za mało przewidujący...
    Zemsta zemstą, ale jego poziom wiedzy był naprawdę żenujący. Otóż dowiedziałam się, że:
- hymn Polski został napisany podczas II wojny światowej
- Dąbrowski był pisarzem
- na pytanie o Czarnieckiego w ogóle zaległa grobowa cisza
- Bonaparte to "taki mały zgredzio", który był... polskim generałem.

    Kamil rzecz jasna usiadł z jedynką, co nie obyło się bez awantur - bo przecież pamiętał, że hymn napisano we Włoszech, a autorem słów jest Wybicki [ale już imię zbyt ciężko było młodzieńcowi zapamiętać]. Spokojnie odparłam, że ja jego wiadomości oceniam na niedostateczny, a jeśli nie zgadza się z oceną nauczyciela, to zawsze może napisać podanie o egzamin komisyjny. Kamil aż tak pewny swego chyba nie był, bo w myśl przysłowia "tonący brzytwy się chwyta" rzecz jasna zawołał:
    - Pani to tak specjalnie, bo pani ostatnio pocisłem!
    Tu Smoczyca już nie mogła sobie darować - bo w końcu nie jest aniołem i jej cierpliwość dla chamstwa też ma swoje granice - więc odparła tonem kapiącym od jadu:
    - POCISNĄŁEM, jeśli już. Skoro już stawiasz mi zarzuty, to rób to przynajmniej poprawną polszczyzną...

środa, 21 listopada 2012

Małpka nr 13 - Hiszpan

    Po Europie grasuje groźny zwierz z ogromnymi zębami, ostrymi szponami i oddechem zalatującym siarką. Zwie się KRYZYS. Owo monstrum rozmaicie daje się we znaki w różnych krajach europejskich, do niektórych ledwo zaglądając, a w innych rozgaszczając się na dobre. Dość jednak zauważyć, że blady strach przed nim padł na cały kontynent. Gdyby tylko na strachu się skończyło, to nie byłoby większego problemu - gorzej jednak, że obecność Kryzysu realnie wpływa na obniżenie poziomu jakości życia ludzi, zmuszając Europejczyków do podejmowania trudnych decyzji, byle jakoś przetrwać. I w tym miejscu zaczyna się historia o kolejnej Małpce, którą chcę Wam bliżej przedstawić.
    Marcin miał ledwie kilka miesięcy, kiedy jego rodzice wyemigrowali z naszego uroczego miasta do słonecznej Hiszpanii w poszukiwaniu lepszego życia. I nic dziwnego - w tamtych czasach bowiem, czyli w połowie lat '90,  to w Polsce szalało bezrobocie i generalnie było szaro, smutno, ponuro oraz bez perspektyw na poprawę sytuacji. Za to Hiszpania wydawała się rajem na ziemi, bo pomijając nawet wizję upalnego lata przez większość miesięcy w roku oraz straganów pękających w szwach od przepysznych i tanich owoców i warzyw, to przede wszystkim kraj ten uchodził za miejsce, gdzie stosunkowo łatwo można znaleźć pracę i utrzymać rodzinę na przyzwoitym poziomie. Rodzicie Marcina zabrali więc małego synka i przeprowadzili się do Hiszpanii w nadziei na lepsze jutro. I owszem - ich plan sprawdzał się w 100% przez 16 lat... dopóki w Europie nie rozgościło się owo straszne zwierzę zwane Kryzysem. A jak wiadomo, Hiszpania była jednym z pierwszych krajów, w którym się ta bestia zadomowiła. Przestało być tak fajnie i różowo, zaczęły się cięcia budżetowe, obniżanie pensji, masowe zwolnienia przy jednoczesnym braku nowych miejsc pracy. Problem ten trwa do dziś, a kto ma co do tego wątpliwości, niech posłucha o falach protestów społecznych, które co jakiś czas przewalają się przez ten skądinąd piękny kraj.
    Co na to wszystko rodzice Marcina? Próbowali sobie z początku jakoś radzić, ale w sytuacji, w której dla rodowitych Hiszpanów brakuje zatrudnienia, to co dopiero mają powiedzieć emigranci...? Zmuszeni więc byli podjąć dramatyczną decyzję - po 16 latach zwinęli manatki i z dumą schowaną głęboko na dno kieszeni wrócili do Polski, którą notabene Kryzys nie doświadczył aż tak mocno w porównaniu do innych, południowych krajów Europy. I tutaj przechodzimy do dramatu Małpki nr 13, która musi z dnia na dzień odnaleźć się w nieznanej sobie rzeczywistości, bo Polskę jak dotąd znał tylko z opowiadań tudzież sporadycznych wyjazdów wakacyjnych.
    Hiszpan - bo tak chłopca wszyscy w Zoo nazywają - ma 16 lat i jak dotąd nie odnotował żadnych opóźnień edukacyjnych. Chodził do zwyczajnej szkoły, uczył się przeciętnie i nie sprawiał problemów wychowawczych. U nas, z racji wieku i poziomu, zapisany został do 3 klasy gimnazjum. Nadmieniam, że nie jestem akurat jego polonistką, ale - podobnie jak to było w przypadku Miszy - spotykam się z nim raz w tygodniu na dodatkowych zajęciach pod hasłem "język polski dla obcokrajowców".
    Jak się prezentuje polszczyzna Marcina? Z grubsza można powiedzieć, że jest dwujęzyczny, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Polskim na szczęście posługiwał się w domu przy rodzicach [i całe szczęście, bo gdyby go nie nauczyli w ogóle naszej mowy, to teraz byłby dramat...], ale na tym koniec. Na podwórku, z kolegami, w sklepie, w szkole - tylko hiszpański. W rezultacie on sam instynktownie traktuje język polski jako "ten drugi" i można obrazowo stwierdzić, że "myśli po hiszpańsku". To oczywiście da się zmienić - chłopak pomieszka tu trochę i role się odwrócą - ale póki co musi minąć pewien etap przejściowy, który łatwy dla Marcina z pewnością nie będzie.
    Chłopak ma lekkie kłopoty z wymową ["sepleni" w charakterystyczny, hiszpański sposób, wymawiając głoski szczelinowe], ale większym problemem są braki w słownictwie. Zna podstawowe znaczenia wyrazów, ale wszelkiego rodzaju przenośnie, powiedzonka, idiomy, związki frazeologiczne po prostu leżą i kwiczą. Musi też się podciągnąć z ortografii, ale na tle innych uczniów w Zoo i tak nie pisze najgorzej. Siedzę z nim więc i ładuję mu do głowy rozmaite zasady pisowni, a potem robię wredne dyktanda. Do tego przynoszę stosy ćwiczeń poszerzających słownictwo tematyczne i uczę, jak się poprawnie buduje w języku polskim wyrazy. No wiecie: jaką końcówkę doczepić, żeby zrobił się czasownik dokonany,albo rzeczownik odczasownikowy, albo wykonawca czynności, albo imiesłów taki czy siaki tudzież przymiotnik... Pisać-napisać-pisanie-pisarz-piszący-pisany. I tak do puszczenia pawia :)
    Z Marcinem jest jeszcze jeden, na pierwszy rzut oka zabawny problem, a mianowicie różnice kulturowe. Otóż chłopak, mimo że jest synem rodowitych Polaków, to wychował się w Hiszpanii, ma więc zakodowaną typowo południową mentalność, którą obrazowo można określić "maniana" [czyli - później :)]. Jak na polskie warunki jest zdecydowanie za bardzo wyluzowany, bezpośredni i beztroski, nie zdając sobie oczywiście z tego sprawy. Nie rozumie na przykład, że do nauczycieli [czy w ogóle osób starszych] nie wypada zwracać się na "ty", a wchodząc do gabinetu Głównej Szefowej nie powinno się wołać od progu roześmianego "Cześć!". Musi się też nauczyć, że kolegów z klasy nie klepie się jowialnie bez powodu po plecach, że nie należy śmiać się AŻ tak głośno i że generalnie w Polsce mówi się odrobinę cichszym tonem, mniej się gestykuluje, a facet powinien powściągać mimikę twarzy. Ot, zwykła mowa ciała południowca, ale w Polsce nie do przełknięcia bez uniesienia brwi w wyrazie zdziwienia.
    Realny kłopot będzie miał niestety Hiszpan wiosną, bowiem jako uczeń trzeciej klasy gimnazjum z polskim obywatelstwem będzie musiał zdać normalny egzamin gimnazjalny na takich samych zasadach, jak wszyscy jego koledzy. O ile z przedmiotami ścisłymi z pewnością sobie poradzi - ostatecznie matematyka nie zmienia się wraz z szerokością geograficzną - to naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem zda test z języka polskiego. Naprawdę nie wiem. A nie ma żadnego paragrafu, który pozwoliłby mu zaliczać inny materiał, skoro w papierach jest Polakiem. Jedyne, co możemy dla niego zrobić, to wydłużyć mu czas pisania egzaminu, tak jak dyslektykom. Tylko że to Hiszpanowi naprawdę niewiele pomoże.

sobota, 17 listopada 2012

Dzień Czarnego Kota

    Zgodnie z Kalendarzem Kota Simone'a [który wisi w Pomarańczowej Jaskini], dziś przypada międzynarodowy Dzień Czarnego Kota. A ponieważ tak się składa, że jestem szczęśliwą posiadaczką takiego zwierzęcia [choć w kwestii kto tu kogo posiada, zdania są podzielone...], to dzisiejszy post musi być w całości poświęcony Jej Wysokości.
    Puma, jak zapewne pamiętacie, trafiła do mnie po traumatycznych przejściach z domu tymczasowego, ale szybko z zabiedzonego, wystraszonego kawałka nieszczęścia zrobiła się prawidziwą damą i panią na włościach. Jest wredna, to fakt. Cały czas kombinuje, jak by tu przejąć władzę w stadzie. Miewa humorki. Zdarza jej się drapnąć lub ugryźć mnie bez specjalnego powodu - choć wie, że dostanie za to w papę.
    Ale... choćby się waliło i paliło, zawsze wita mnie, kiedy wracam do domu i nie pozwala zdjąć butów, dopóki jej nie pogłaszczę. Uwielbia się przytulać, miziać i ocierać o wszelkie możliwe skrawki smoczego cielska. Jest bardzo komunikatywna, więc można z nią prowadzić kulturalne rozmowy na poziomie. To doskonała towarzyszka, która wypełnia pustkę cichego mieszkania [kiedy akurat Hipka nie ma w pobliżu]. Jej wieczorne mruczenie ma działanie wyciszające i usypiające. W ogóle - nie raz już wyciągała mnie z olbrzymich dołów i pozwalała się wypłakać na swoim czarnym futrze. Wie, do czego służy drapak i w związku z tym nie próbuje nawet ostrzyć pazurów na meblach. Bezbłędnie trafia do kuwety i jest bardzo czyściutka.
    No co tu dużo mówić - kocham tę wredotę i tyle. Mam nadzieję, że pisane jest jej długie, kocie życie.
    Uwieńczeniem tego posta będzie krótki przegląd fotografii Pumiska, robionych w różnych okresach jej życia. Patrzcie zatem i podziwiajcie :)



Malutka Puma - zdjęcie jeszcze z jej Domu Tymczasowego [czyli zanim do mnie trafiła]




"To moja micha i już!" - minie trochę czasu, nim nauczy się, że jedzenia nikt jej nie zabierze




Kiedyś byłam taka mała,  a laptop taki wielki...




Hmm... Nie macie wrażenia, że komputer jakoś dziwnie się skurczył...?




Ulubione miejsce do spania zimą - ręcznik na kaloryferze




No dobra, koniec audiencji na dziś.




środa, 14 listopada 2012

Lekcja o hymnie

    Dziś kilka spóźnionych refleksji wokół minionego Święta Niepodległości - choć od razu spieszę uspokoić, że będą one w większości utrzymane w tematyce tej witryny, czyli szkolnej.
    Czym jest dla mnie patriotyzm, to już definiowałam kiedyś, w pierwszych miesiącach istnienia tego bloga - drogi Czytelnik może odświeżyć sobie pamięć tutaj. Od tego czasu niewiele się w tej kwestii u mnie zmieniło. Za to od dwóch lat wkurza mnie niesamowicie, że to z założenia radosne święto staje się okazją do zadymy, spuszczenia bęcków przeciwnikom politycznym lub ideologicznym [co w naszej krajowej rzeczywistości zwykle na to samo wychodzi], oplucia jadem każdego, kto ośmiela się głośno wyrażać inne poglądy, a także atakowania policjantów na służbie, których jedyną "winą" jest ochranianie obywateli biorących udział w marszach - czy dziennikarzy wykonujących swoją pracę, czyli filmujących zajścia. Nie można też zapomnieć o zniszczeniach w centrach miast, przez które przewalają się podobne burdy. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę, jak wesoło podczas Święta Niepodległości potrafią bawić się tacy Francuzi czy Amerykanie - gdy tymczasem Polacy nie mogą sobie darować i muszą narobić syfu i smrodu.
    O tym problemie można by niestety pisać długo, ale nie to jest moim dzisiejszym celem. Jako polonista mam sporo możliwości, by kształtować postawy patriotyczne młodych ludzi [lub przynajmniej próbować to robić...], rozmawiać z nimi o polskości, o szacunku dla symboli narodowych. W ramach uczczenia tegorocznego Święta Niepodległości urządziłam zatem zawodówce lekcję o hymnie państwowym. Zwieńczeniem zajęć było zapisanie w zeszytach słów hymnu - trzy zwrotki i refren - oraz łopatologiczne wyjaśnienie, "o co w nim kaman", czyli:
- co i dlaczego mamy odbierać szablą
- po co ten Dąbrowski ma maszerować do Polski z Włoch [i co w ogóle facet robił w Italii?]
- dlaczego mamy patrzeć na Bonapartego, jak cielę na malowane wrota [i jak de facto nas Napoleon potem potraktował...]
- kto zacz Czarniecki i o co chodzi z tymi Szwedami.
    A co, niech dzieciaki wiedzą na przyszłość, o czym śpiewają. Przy okazji od przyszłej lekcji będę ich pytać ze słów "Mazurka Dąbrowskiego" - każdy ma mieć z tego ocenę i już. Korzyść podwójna, bo mają szansę na łatwą piątkę [no nie mówicie, że nauczenie się trzech zwrotek i refrenu to zadanie ponad siły...], a przy okazji będą znali tekst własnego hymnu narodowego i nie narobią sobie obciachu podczas jakichś oficjalnych uroczystości. No nie wyobrażam sobie Polaka, który nie zna słów hymnu - a przynajmniej nie takiego, który był moim uczniem... :)
    Nim jednak przeszłam do właściwej części lekcji, zrobiłam im krótką pogadankę na temat historii utworu. Tak się złożyło, że był na sali chłopak, który ratował honor klasy, bo kojarzył coś niecoś z okoliczności powstania pieśni - w ramach uznania postawiłam mu nawet piątkę z pracy na lekcji. Natomiast reszta... można się załamać. Dużo się ostatnio mówi, że znajomość historii wśród młodego pokolenia leży i kwiczy [pamiętacie, jak opisywałam zdarzenie w Muzeum Powstania Warszawskiego...?], ale co innego rozmawiać o tym teoretycznie, a co innego zderzyć się z problemem osobiście. Na dowód zaserwuję Wam kilka cytatów z lekcji - tzn. jakie padały odpowiedzi z sali na postawione przeze mnie pytania. Komentarz jest chyba zbędny, no, może poza jednym: im jest DOKŁADNIE wszystko jedno, kto kim był i kiedy miało miejsce które wydarzenie. Zero jakiejkolwiek orientacji dziejowej.

JA: "Co nam obca przemoc wzięła..." - o co tutaj chodzi? Jaka przemoc? Co się wtedy działo?
UCZEŃ: No wojna była!
JA: [zdziwiona] Jaka wojna?
UCZEŃ: No jaka, jaka... Światowa! Druga wojna światowa!

JA: Kto dowodził legionami we Włoszech?
UCZEŃ: Piłsudski!

JA: Kto miał pomóc Polakom w odzyskaniu niepodległości?
UCZEŃ: Bolszewicy!

[A teraz perełka... tylko się nie załamcie...]

JA: Jakie państwa dokonały rozbiorów Polski?
UCZNIOWIE [różne głosy z sali]: Francja! Włochy! Niemcy!


sobota, 10 listopada 2012

Chora tchawica i postawa rodzica

    We wtorek wieczorem odebrało mi głos zupełnie - wydobywałam z siebie tylko jakieś nędzne skrzeki. Hipek przynajmniej mógł z czystym sumieniem wydawać mi polecenia w stylu: "Smoku, zamknij pysk!" :) Widmo wizyty w przychodni stało się nieodwołalne, ale ponieważ moja lekarka rodzinna w środy i tak przyjmuje po południu, to poszłam jeszcze rano do szkoły - zresztą, miałam tylko 3 lekcje. Jakoś dałam radę, zwłaszcza na początku, bo dwie pierwsze godziny to były zajęcia z moimi Muppetami, z którymi mam od września dobre układy. Nie musiałam ich nawet prosić o wyrozumiałość - wystarczyło, że się odezwałam... Po następnej lekcji jednak, z zawodówką, gardło paliło mnie jak wściekłe, a brzmiałam tak, jak bym przechodziła mutację. Żarty się zatem skończyły i trzeba było ratować narzędzie pracy.
    Diagnoza była łatwa do przewidzenia - zapalenie krtani albo tchawicy. Obyło się bez antybiotyków [i bardzo dobrze - nie jestem zwolenniczką spuszczania bomby atomowej na organizm, jeśli nie ma takiej bezwzględnej potrzeby], za to dostałam baterię tabletek i syropów plus L4 do końca tygodnia. Zwłaszcza ten ostatni medykament działa cuda, bo niestety nie ma lepszego lekarstwa w takich wypadkach, jak nie rozdziawianie paszczy. Podkreślam, że zgodziłam się tylko na zwolnienie z czwartku i z piątku, mimo że pani doktor chciała mi wlepić cały tydzień [zapytała mnie współczująco: "No niech pani powie, ma pani dość tych bachorów...?"]. Stwierdziłam, że dwa dni L4 w połączeniu z weekendem powinno wystarczyć.
   
     A co z wywiadówką? Rzecz jasna poszłam - poprzednio mogłam z chorym okiem, to co mi teraz szkodziło z chorym gardłem? Pod tym względem mam już zdaje się wyrobioną markę wśród rodziców, o czym może świadczyć komentarz jednej z matek: "Syn mówił, że pewnie tej wywiadówki nie będzie, bo pani jest chora - ale ja tam wiedziałam, że pani przyjdzie". No jakże by inaczej... Frekwencja jak zwykle szalona, czyli czworo rodziców na 17 podopiecznych, mimo że obdzwoniłam wcześniej moim ochrypłym głosem prawie wszystkich.
    Przebieg standardowy - indywidualne rozmowy przy biurku składające się z uświadomienia, że pociecha ma AŻ tyle nieobecności oraz AŻ takie złe oceny. Potem jeszcze przejrzenie Zeszytu Uwag i skomentowanie zachowania, choć jak się łatwo domyślić, na zebranie i tak przyszli rodzice tych Muppetów, z którymi problemy dyscyplinarne są stosunkowo najmniejsze. To akurat całkiem oczywiste, bo jeśli uczeń wie, że jest pilnowany, to się jakoś hamuje - natomiast świadomy tego, że matka czy ojciec centralnie olewają szkołę, będzie pozwalał sobie na wszystko.
    Jak zwykle staram się wpłynąć na rodziców, by nie kryli swoich dzieciaków i nie usprawiedliwiali im wagarów. Tłumaczę, że to droga donikąd, bo w ten sposób Muppety nigdy nie nauczą się ponosić konsekwencji swojego postępowania. A już najbardziej trafia mnie, kiedy rodzice z całą świadomością chcą usprawiedliwiać im pierwsze godziny, bo dzieciątko zaspało. Mówię zwykle na to coś takiego:
    - A czy pani pracodawca przyjąłby wytłumaczenie, że pani zaspała i dlatego nie była w pracy o czasie? Szkoła to tak jak praca, kiedy syn/córka ma się nauczyć poważnego podejścia do obowiązków, jeśli nie tutaj?
    Są rodzice, do których taka argumentacja trafia - ale niektórzy mówią tylko rozbrajająco: "Tak, tak, wiem... ale proszę usprawiedliwić, ten ostatni raz". No łapki opadają.
    Mam w klasie jednego tatusia, którego postawa bardzo mi się podoba. Rodzina jest normalna, ojciec ma firmę i nieźle zarabia, matka zajmuje się domem. Jedyne, co ich wyróżnia, to ilość potomków, mają bowiem sześcioro dzieci [!] - ale skoro ich stać... Ich syn, Darek, trafił do nas w zeszłym roku z powodu wagarów, wywalony z poprzedniego gimnazjum po tym, jak dwa razy zimował w tej samej klasie. Ojciec podchodzi do wszystkiego bardzo spokojnie [przy szóstce dzieci pewnie już niejedno widział i słyszał...], aczkolwiek kontroluje syna na ile może -  mam z nim stały kontakt mailowy, a teraz dojdzie i telefoniczny, bo dałam mu swój prywatny numer komórkowy, żeby mógł regularnie dzwonić i wypytywać, czy Darek był w szkole, czy nie. Co natomiast należałoby postawić innym rodzicom za wzór - żadnego usprawiedliwiania wagarów.
    - On rano wychodził do szkoły i wracał o czasie. - oświadczył. - To są ucieczki, ja o tym nie miałem pojęcia. Wiedział przecież, co robi i że kiedyś się wyda.
    - Proszę uświadomić synowi, że jeśli będzie miał za dużo godzin nieusprawiedliwionych, to grozi mu nieklasyfikowanie i w konsekwencji powtarzanie klasy.
    - Trudno, jego wybór. Chce mieć trzeci rok do tyłu, to będzie miał. - odparł ojciec bardzo spokojnie.

    No i tak to powinno wyglądać. Inaczej Muppet nigdy nie nauczy się odpowiedzialności.
    Ale dziś pojechałam dydaktyką... :) Musicie mi to wybaczyć, to na pewno z powodu choroby :)

poniedziałek, 5 listopada 2012

Król nagi, ale oceniony na pięć

    Uprzejmie donoszę, że hetman Żółkiewski został obroniony. I to na dwie piątki - z pracy oraz z rozmowy.
    Szczerze mówiąc, to nie byłam za bardzo zestresowana, bo nie jestem typem osoby panikującej przed każdym egzaminem dla zasady, "bo tak wypada". Wiedziałam, że nie ma możliwości, abym tego nie zdała. Nie przemawia w tym momencie przeze mnie wygórowana duma, tylko czysty pragmatyzm - po prostu zdaję sobie sprawę, na jakiej zasadzie działają płatne studia podyplomowe. Podpisujesz z uczelnią umowę, w której masz zagwarantowane uzyskanie odpowiednich uprawnień [w moim przypadku - do nauczania historii] pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów [czyli uczęszczania na zajęcia oraz złożenia pracy] oraz uiszczenia w terminie stosownej opłaty. To ostatnie jest rzecz jasna dla twojej Alma Mater najistotniejsze. W praktyce sprowadza się to do tego, że jesteś klientem, który płaci i wymaga i udawanie - zwłaszcza przed samym sobą - że jest inaczej, zakrawa na hipokryzję.
    Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie denerwowałam się w ogóle, ale wynikało to raczej z mojego poczucia przyzwoitości oraz świadomości faktu, że praca, którą oddałam, była na poziomie grubo poniżej smoczych możliwości. Zwyczajnie nie lubię odstawiać fuszerki, a w tym przypadku wiem, że właśnie to zrobiłam i nie czułam się z tym najlepiej. Pozostało mi tylko żywić nadzieję, że moja praca nie była najgorszą z tych, przez które musieli przebrnąć promotor z recenzentem - i chyba jednak nie było tak tragicznie, skoro postawili mi piątkę, czego przecież nie musieli robić. Kolejna kwestia, to absolutnie nie chciałam wyjść podczas obrony na niedouczonego debila czy bezczelną studentkę, która słodkim uśmiechem stara się ukryć swoją niewiedzę, świadoma faktu, że i tak ją muszą przepuścić.
    Wyszło średnio na jeża. Dostałam dwa pytania związane z "życiem i twórczością" pana hetmana, z którymi jakoś sobie poradziłam - a kiedy brakowało mi konkretnych wiadomości, to potrafiłam tak pokierować rozmową, bym mogła dalej nawijać o tym, o czym wiem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że egzaminatorzy zorientowali się, w czym rzecz [w końcu to inteligentni ludzie ze stopniami naukowymi, o których ja mogę jedynie pomarzyć...], ale pozwolili mi podryfować na bezpieczne dla mnie wody.
    W rezultacie mam teraz uprawnienia do nauczania dwóch przedmiotów: języka polskiego oraz historii. Nie mam złudzeń rzecz jasna co do poziomu mojej wiedzy z tego drugiego przedmiotu - nie skończyłam w tym kierunku pięcioletnich studiów magisterskich, więc przede wszystkim jestem polonistką. Nie podjęłabym się na przykład wykładania historii w dobrym liceum w klasie przygotowującej do matury z tego przedmiotu. Ale na poziomie gimnazjum i to jeszcze w Zoo...? Spokojnie mogę poprowadzić każdą lekcję bez szkody dla uczniów. I tak na moim języku polskim zawsze bardzo szeroko omawiam tło historyczne epok literackich. Zawsze byłam zdania, że dobry polonista musi być równocześnie po części historykiem.
    No to jestem. A w dodatku mam nawet na to papier :)

    Poza tym aktualnie walczę z przeziębieniem, które złapałam podczas odwiedzania cmentarzy dolnośląskich. Nie jest źle, dopóki się nie odezwę, bo mój głos przypomina pisk nienaoliwionych drzwi. Jak zwykle wszelkie paskudztwa siadają mi na krtani, czyli tradycyjnie najbardziej nadwyrężonej "części ciała" nauczyciela. Jeszcze nie podjęłam decyzji, czy męczę się z tym samodzielnie, czy zasuwam do lekarza po L4. Obaczym, jak się sprawa rozwinie. W piątek mam wywiadówkę, której absolutnie nie mogę opuścić. Najwyżej będę mówiła romantycznym szeptem do rodziców moich Muppeciątek :)